Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


Blog > Komentarze do wpisu

Dyskonty wprowadziły nowe typy promocji, które mają wyciągnąć nam pieniądze z kieszeni

Najpopularniejszą promocją występująca w sklepach dyskontowych jest obniżenie ceny. Coś co kosztuje np. 4 zł, sprzedajemy więc po 3,50 zł. Jest to może równie finezyjne jak otwarcie zamkniętych drzwi łomem, ale za to bardzo skuteczne. Czasami też zamiast faktycznej obniżki, mamy jej złudzenie (bo produkt ma np. mniejszą gramaturę a cena w przeliczeniu na gramy i mililitry jest taka sama), ale to już inna historia.

Podobnego rodzaju promocja jest oczywiście najbardziej przez konsumentów lubiana. Ale producenci strzelają fochy. Bo, sieć ceny przecież nie obniża z tego co zarabia, tylko prosi miło (albo niemiło) producenta, aby on w imię dobrej współpracy raczył przy najbliższej dostawie podyktować bardziej atrakcyjne stawki.

Ponieważ nie wszyscy dostawcy dają się aż tak dociskać, a i pod względem marketingowym koncept  jest nieco zużyty, sieci w ostatnich tygodniach zaczęły nam opowiadać tę historię w innej wersji.

W niej Czerwony Kapturek (klient) jest przekonywany przez wilka (sklepy), że jego wielkie oczy świadczą nie o wilczym apetycie, ale o tym, że jest miły i łagodny jak baranek. A te wielkie oczy to nic innego jak promocje typu: obniżamy ceny na kilka produktów, licząc, że klient dojdzie do wniosku, że cały asortyment jest taki super tani.

I tak, pod koniec kwietnia Lidl na półki wsadził 100 produktów po 2 zł każdy. Kilka dni później Biedronka zaczęła sprzedawać ponad 100 produktów 2 zł taniej. Zbieg okoliczności? Na pewno.  

Lidlowi ten pomysł na tyle się  spodobał, że pod koniec maja sprzedawał blisko 100 produktów m.in. pieczywo, napoje, jogurty czy lody po złotówce. Pod koniec czerwca miał kolejną akcję: ponad 50 produktów za grosze. Tu Lidl jakby się nieco zatrzymał, bo naturalnym  krokiem byłoby rozdawanie rzeczy już nie za grosze, ale za darmo. A to powiedzmy  trochę się nie mieści w handlowej rutynie.

Od 11 lipca jest więc w Lidlu nowa akcja: „najtańsze produkty w historii obecności sieci w Polsce”. Każdego dnia od poniedziałku do soboty jeden produkt ma być sprzedawany w „niezwykle atrakcyjnej cenie”. Jako pierwsze wystawiono jabłka. Kilogram kosztował 0,99 zł.

Co jest sprzedawane w tym tygodniu? Niestety nie wiem, choć chciałem sprawdzić.

 najtanszy

Z kolei „Biedronka” poszła teraz w wielopaki (im kupisz więcej towaru, tym lepszą cenę dostaniesz).

 biedronka2

Zaczęła też wykorzystywać gratisy. I tak jeśli ktoś zrobił zakupy za 59 zł, to mógł za darmo wziąć dwie sztuki: „napój Lipton Ice Tea 0,5 litra lub Paluszki Pub 400 g lub Chipsy Top Chips lub Piwo Leżajsk lub woda Żywiec Zdrój.”

W ten sposób dochodzimy do pani Mileny.

 - Po odejściu od kasy, kiedy zwykle wyrzuca się paragony, okazało się ze do paragonu dołączony jest świstek z informacją o promocji - opowiada.

promocja 

Czytelniczka podekscytowaną wizją gratisu pognała jeszcze raz do kasy, gdzie usłyszała, że teraz to niestety za późno. Gratis musi być bowiem na paragonie. Miła pani kierowniczka, zauważyła, że czytelniczka, może teraz zrobić kolejne zakupy na kwotę 59 zl. Ewentualnie zwrócić towary, wziąć je ponownie, pobrać wybrany gratis z półki i wtedy odliczą jej cenę promocyjnego produktu.

A tak w ogóle kierowniczka stwierdziła, że nie ma żadnych form komunikacji o tej promocji w sklepie  (plakaty/reklama/inne materiały POS/informacje z głośników etc) i że to nie pierwsza tego typu promocja o której konsumenci się nie mają szansy dowiedzieć.

Bo kasjer powinien zapytać

Dlaczego tak? O to zapytałem Biedronkę.

W naszych sklepach organizujemy wiele akcji promocyjnych. Dążymy do tego, by komunikacja na ich temat była jak najskuteczniejsza. Dla tej konkretnej akcji przygotowane zostały plakaty do rozwieszenia w placówkach oraz wydruki z informacjami przekazywane klientom wraz z paragonem.

Oczywiście mamy świadomość, iż może zdarzyć się sytuacja, w której część klientów nie dostrzeże żadnego z wymienionych nośników. W związku z tym, kasjer, po spełnieniu przez klientkę warunków określonych w regulaminie, czyli zrealizowaniu transakcji na odpowiednią kwotę, powinien był poinformować o możliwości skorzystania z promocji. Takie zachowanie wyeliminowałoby sytuację opisaną przez Pana Czytelniczkę.

Wygląda na to, że to nie miało miejsca, a ponieważ wydanie dodatkowych produktów w ramach promocji jest procesem odzwierciedlonym na tym samym paragonie, który świadczy o spełnieniu warunków regulaminu, kierownik zaproponował rozwiązanie w postaci wycofania produktów i ponownego ich skasowania.

W odniesieniu natomiast do informacji udzielonych przez naszego pracownika dotyczących komunikacji akcji promocyjnych, o ile tak rzeczywiście brzmiały, należy zaznaczyć, że były niewłaściwe.

Przypomina mi to stary dowcip w którym pan na budowie lata z pustymi taczkami i opowiada, że tyle ma pracy, że nie było czasu ich załadować....

Jakie z tego wszystkiego płyną wnioski? Moim zdaniem cztery:

  1. paragony opłaca się oglądać, przed wyrzuceniem do kosza.
  2. nie ma gratisów, za wszystko się jakoś płaci.
  3. sklepy robią już tak dużo promocji, że same zaczynają się w nich gubić.
  4. kupujmy nie to co jest w promocji, ale to czego naprawdę potrzebujemy. To daje dużo większe oszczędności.

 A tak już na koniec zacząłem się zastanawiać nad tą promocją z Biedronki i wyszło mi, że użycie na paragonie słowa „lub” to pod względem logicznym nie to samo co „albo”.

„Lub” oznacza że po za kupach za 59 zł mogę sobie wziąć np. piwo, paluszki i czipsy. Albo jak mi fantazja podpowiada tylko samą wodę. Chyba, że takie tutaj miało być założenie???  Proszę mnie poprawić jeśli się mylę. 

UPDATE

Odezwała się Biedronka:

"W ramach promocji, po wydaniu określonej w regulaminie kwoty w sieci Biedronka, klient mógł otrzymać 2 artykuły spośród wymienionych na wydruku. Oznaczało to, że mógł zdecydować się za zestaw zawierający dwa różne produkty albo dwa takie same produkty. "

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

 

 

 

wtorek, 19 lipca 2016, miaczynski

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Mikołaj, *.gazeta.pl
2016/07/19 18:38:55
Powiem więcej - ta promocja Biedronki to dobra ściema jest - zrobiłem zakupy, dostałem plik paragonów od pani, po czym oznajmiła że taka promocja jest i dwie wody żywiec zdrój dostaję... Nie mogłem zrezygnować, nie mogłem oddać, a dopiero w domu okazało się że promocja obowiązuje na inne rzeczy, które pewnie bardziej niż woda by mnie interesowały... ot promocja/wciskanie na siłę towaru
-
2016/07/20 11:31:50
Ciekawe. Ja patrzę na paragony, ale zazwyczaj w domu. Nie zauważyłam jednak tego dopisku na paragonie (może dlatego, że spisuję wydatki i te wszystkie dodatki od razu w domu wyrzucam). Aczkolwiek zawsze nieufnie patrzę na te wszystkie promocje, ponieważ wiem, że nic nie jest za darmo, zwłaszcza w sklepach.
-
2016/07/20 12:59:57
"kupujmy nie to co jest w promocji, ale to czego naprawdę potrzebujemy. To daje dużo większe oszczędności." Zdecydowanie tak. Bądź: "Kto chce oszczędzić, ten dwa razy płaci".
-
Gość: ika, *.static.ip.netia.com.pl
2016/07/20 13:36:45
Ja nie miałam najmniejszych problemów. Pani poinformowała nas o promocji jak wartość paragonu doszła do 59 zł, a ponieważ mieliśmy zakupy za dużo większą kwotę, powiedziała, że możemy je podzielić na kilka paragonów i do każdego wybrać sobie dwie rzeczy gratis. Gratisy leżały przy kasie, nie trzeba było latać po sklepie i szukać. Dobrze ogarnięta kasjerka w dobrze ogarniętej Biedronce w Gdańsku :-)
-
Gość: Bol0, *.ksiaznicapodlaska.pl
2016/07/22 09:33:33
W końcu dobry wpis na blogu!

Zrobiłem zakupy, zachodzę do domu, żona przegląda te dodatkowe Biedronkowe kwitki z kasy - a Liptona masz? Ja na to jakiego Liptona? No promocja jest. Mówię dawaj paragon i idę rączym krokiem do B. Wołam kasjerkę - jest promocja a nikt mnie nie poinformował. Kasjerka - ale to już za późno, trzeba było przy kasie. Ja - proszę kierownika sklepu zawołać. Kierowniczka - ale to trzeba zwrócić wszystkie produkty. Ja - chyba Pani żartuje :) K. - No to koleżanka zbierze do koszyka wszystkie produkty, skasuje w kasie i dostanie Pan Lipton. Ja - OK, poczekam (dziwne rozwiązanie ale co mi tam). Kasjerka w 1/3 koszyka dała sobie spokój i wręczyła mi 2 Liptony. Podziękowałem, uśmiech i do widzenia.
Nie dawajcie sobie wciskać ciemnoty, szukałem regulaminu tej promocji - nigdzie nie ma. Biedronka już nie ogarnia swojej polityki reklamowo/sprzedażowej - Centrala coś wymyśli a reszta zależy już od kierowników czy rejonu czy sklepu. A wystarczyło przy każdej kasie trzymać po 4 szt. każdego produktu i informować klienta o promocji po osiągnięciu danego progu kwotowego :) No ale zakładam że pracownik Biedronki wie że taka promocja istnieje, co wcale pewnym nie jest ;)
-
2016/07/28 09:16:28
I ja trafiłem na tę wspaniałą promocję Biedronki. Ale trzeba przyznać, że spec od ustalania warunków tej promocji wykazała się niebywała inwencją. Było to parę tygodni temu i promocją był objęty 4-pak piwa. Oczywiście po przeczytaniu paragonu radośnie podążyłem do kierowniczki kas w celu uzyskania "gratisu" za zakupy na kwotę ponad 100 zł a tu zonk. Pani poinformowała mnie, że ten zakup musi być na paragonie. Czyli muszę wiedzieć o promocji przed wydrukowaniem paragonu, na którym jest informacja o niej i do tego muszę wiedzieć, że zakupy będą mnie kosztowały min. 100 zł a nie np. 99,99 zł. Jestem pewnie, że nigdzie nie ma takiej informacji (na pewno nie w nośnikach reklamowych) a z ciekawości zajrzałem do regulaminu promocji na stronie www i... był niedostępny.
Tak więc trzeba pogratulować marketingowcom Biedry, bo tak skrojona promocja, która coś daje i nie jednocześnie i jest zupełnie pozbawiona logiki jest niezłym chwytem. Tylko czy mieści się w granicach rzetelności kupieckiej? No mnie już wyleczyli.
-
Gość: Klient z Poznania, *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl
2016/07/30 15:15:48
W drogeriach sieci R. natknąlem sie na ciekawy sposob promocji. Dezodorant meski Rexona jest oznaczony karteczka promocja i kosztuje 8,99 - stara cena to wg wywieszki 10,99. Wystarczy zajrzec do sasiedniego supermarketu i nagle sie okazuje, ze cena jaka drogeria R. podaje jako promocyjna, jest tak sama jak cena bez promocji w sklepie obok. Takie promocje powinny byc przedmiotem uwagi Urzedu Ochrony Konsumenta.
-
2016/08/13 01:49:35
Naprawdę ktoś jeszcze wierzy w promocje? To jak wierzyć w reklamy...
-
2016/09/10 21:25:32
Ja polecam uwierzyć w promocje bankowe. Banki oferują sporo by przyciągnąć klientów, ale wytrawni wyjadacze wisienek potrafią z nich wyciągnąć po kilkaset złotych miesięcznie. Więcej choćby tu: promocjebankowe.pl/