Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


Blog > Komentarze do wpisu

Powrót „złego” jedzenia do szkolnych sklepików

Od 1 września mamy dobrą zmianę w szkolnych sklepikach i szkolnych stołówkach. I faktycznie jest to zmiana na lepsze (serio, serio, zero ironii).

Przez ostatnie 12 miesięcy w szkołach trwał eksperyment uczenia dzieci jedzenia zdrowo. Eksperyment miał swoje plusy i minusy.

Plusem było bez wątpienia to, że ktoś w końcu podjął problem. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. Według Instytutu Żywności i Żywienia 30 proc. chłopców i ponad 25 proc. dziewczynek w ostatnich klasach szkoły podstawowej ma nadwagę. Powoduje ona cukrzycę i choroby serca.

Minusem, że chyba trochę przegięto jeśli chodzi o restrykcyjność nowych przepisów. Ministerstwo Zdrowia specjalnym rozporządzeniem ograniczyło doprawianie uczniowskich obiadów solą, pieprzem czy śmietaną.

Szkoły ograniczenie zrozumiały różnorako. Niektóre przestały jedzenie doprawiać wcale. To teraz proszę pomyśleć jak smakują niedoprawione ziemniaki. Mamy to? To teraz nieposolona ryba. A ponieważ w domu czekały na dzieci posolone i słodkie rzeczy nietrudno było zgadnąć co działo się ze stołówkowym jedzeniem.

Po prostu lądowało w śmietnikach.

Jak zbadał instytut ABR SESTA, (odpytał 400 losowo wybranych placówek z 15 województw), w niektórych szkołach resztki stanowiły ponad jedna czwartą przygotowywanych obiadów (przed zmianami było to 18 proc.).

Jako odpadki kończyłoby pewnie znacznie więcej jedzenia, gdyby nie to, że rodzice zwyczajnie zaczęli rezygnować z abonamentu stołówkowego. Tak się stało w aż 95 proc. badanych placówek.

sklepikSklepik szkolny w Radomiu pod logo Piotra i Pawła

Od zeszłego czwartku mamy stołówkach i sklepikach nowy asortyment.

Do sprzedaży w sklepikach wróciły takie rarytasy jak 70 proc. czekolada (w sensie z 70 proc. zawartością miazgi kakaowej), drożdżówki (nie wiem po co, to chyba symbol naszego szkolnictwa, aczkolwiek uczciwie odnotowuję, że teraz muszą one mieć więcej jaj, mniej cukru i mniej tłuszczu) czy serki homogenizowane. Można też kupić gumy do żucia (ale bez cukru).

Zakazane zaś jest pieczywo z ciasta głęboko mrożonego.

Stołówki mają wytyczne. I zgodnie z nimi od poniedziałku do piątku nie mogą być podane więcej niż dwie porcje potrawy smażonej, Każdego dnia mają być podawane co najmniej dwie porcje mleka lub produktów mlecznych, oraz co najmniej jedna porcja z grupy mięso, jaja, orzechy, nasiona roślin strączkowych. Ryba? Minimum raz w tygodniu.

Na dodatek posiłki w trakcie gotowania będą mogły być w umiarkowany sposób doprawiane.

Pięknie? Pięknie.

Tyle, że jeśli komuś się wydaje, że zmiana w asortymencie stołówek i szkolnych sklepikach przyniesie jakieś radykalne zmiany w odżywianiu dzieci to się myli.

Owszem sytuacja może się odrobinę poprawi w dużych miastach.

Ale stołówkę ma tylko 59,4 proc. szkół podstawowych i 33,8 proc. gimnazjów. Dlaczego tak mało? Szkoły nie mają pieniędzy lub lokalu. Korzysta z nich 1,2 mln z 4,7 mln uczniów.

Dzieci zaopatrują się więc w szkolnych sklepikach. Tych też nie ma w każdej szkole. Szczególnie ich nie ma w małych miastach i miasteczkach, gdzie generalnie dzieci spędzają mniej czasu w placówce edukacyjnej i posiłki jedzą w domu.

A z tą świadomością dorosłych to akurat bywa różnie. Sam zbaraniałem ostatnio kiedy od dwójki dzieci (ośmiolatek i trzylatka), młócących słodycze w ilościach przemysłowych usłyszałem, że rodzice pozwalają im nie myć zębów, bo je to... „stresuje”.

Zmiany proponowałbym więc zacząć również od nas, dorosłych. 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

środa, 07 września 2016, miaczynski

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Michał, *.internetdsl.tpnet.pl
2016/09/08 09:23:23
Głównymi winowajcami są rodzice. Gdy widzę przy kasach w supermarketach taśmy zawalone syfiastym żarciem lub co jeszcze bardziej irytujące syfiastym żarciem imitującym "zdrowe"/"fit" to mnie krew zalewa. Albo w wakacyjnych kurortach- dzieci dostają mrożone zapiekanki, pizze, kebaby, lody z proszku, cola, czipsy. W obojętnie jakiej sprawie matki i ojcowie zawsze przesadnie bronią swoje dzieci, a jednocześnie trują je i tuczą chemią, syropem glukozowym i tłuszczem palmowym.

Rząd PO zrobił dobry krok, choć przede wszystkim trzeba postawić na edukację - zarówno dzieci, jak i (może przede wszystkim) rodziców.
-
2016/09/08 17:09:01
Powiem tak pierdzielicie panie.

Od lipca zacząłem restrykcyjną dietę - dla lepszego samopoczucie i zdrowia.
Pierwszego dnia czułem się tak podle za sprawa "zwykłego" jedzenia, które nie miały smaku, a przynajmniej tak mi się wydawało na samym początku - ZERO soli. Jak na kolację zjadłem wędzoną makrelę to nie mogłem się nacieszyć i przestać oblizywać palców - w końcu coś słonego :)
Obecnie mamy wrzesień a mi to lotto czy jest sól czy nie. Wszystko tak naprawdę siedzi w naszej głowie. Nie można się poddawać, a że ministerstwo poza zmianą "jadłospisów" nie zrobiło nic innego to już inna bajka... Czy jak kto woli, druga para kaloszy. Pierwszą należy dopatrywać się u rodziców, którzy wolą gotować tłusto, dodając masę cukru i soli. A co najgorsze korzystać z ostro przetworzonego jedzenia. Pomijam lenistwo i kupowanie dzieciom śmieciowego wypełniacza kołduna w ciągu dnia.

Do dziś pamiętam reklamę w TV, gdy jakiś sypki szajs o kryptonimie ZUPA, była reklamowana hasłem "Jak u mamy"- więc nasuwa się od razu proste skojarzenie, jakoby mam karmiła dziecko non stop zupami z proszku.
-
Gość: Kamil 32, *.cable.smsnet.pl
2016/09/08 22:54:34
Edukacja dzieci, rodziców, brak pieniędzy w szkołach ? G..o prawda. Głównym winowajcą są politycy. To oni pozwolili zalać nasz kraj całym tym syfem. To, że mnie wielu wyśmiewa kiedy przyznaję się, że pozwalam sobie na jednego hamburgera w roku, paczkę czipsów co kilka miesięcy, to inna sprawa. Z głupimi ludźmi można walczyć jedynie poprzez ograniczanie ich praw w dostępie do państwowej służby zdrowia.
-
2016/09/12 09:57:14
Kto jak nie rodzice powinni uświadamiać swoje dzieci co powinny jeść a czego nie... Z drugiej strony śmieciowe żarcie, kto tego nie je drodzy rodzice? czekoladki, chipsiki, czasami po cichu na stacji paliw ;)
-
2016/09/14 10:45:08
Jak nie kupią w szkole to przyniosą ze sobą z zewnątrz.
-
Gość: facebook.com LazySundayPerfumes, *.telemedia.pl
2016/09/15 09:45:34
Niestety jest tak, że dorośli -ale także tzw. młodzież ma w łebie sieczkę i tak samo jak kupuje na allegro tysiace podróbek D&G Light Blue i Euphoria po 89-119zł /bo oryginalny tester D&G za 169 czy EDT zapakowana za 235 to już im za drogo/ czy Dior-Chanel-Armani po 120-200zł i myślą że zrobili interes życia tak samo myślą, że jak kupią colę, ciasto przemysłowe z syropem glukozowo-fruktozowym i utwardzonym tłuszczem palmowym rakotórcze albo cudowne wędliny z wszelkimi mozliwymi konserwantami, pirosoforanami, gluaminianem i tymże syropem glukozowo-fruktozowym to dzięki niskiej cenie zrobili interes życia. Niestety nikt ich nie nauczył, że można samemu upiec, że można samemu zrobić coś dobrego-to się tłumaczą "że nie mają czasu", ale na durnowate gry czy zakupy w sklepach śmieci to już czas się znajduje. A sklepy zarabiają na obrocie, więc im rybka czy rodzice 500+ ze swoimi pociechami kupują piwo dla siebie a dzieciom pianki, śmieci i rakotwórcze chipsy czy kawałek dobrej ryby, dobrego pieczywa w wyjątkowej piekarni a nie sieciówce, czy świeżej dobrej wołowiny bądź jagnięciny albo chociaż kurczaka "biegającego". Baba w hipermarkecie ogląda sery, chce coś wybrać, a facet jej; Nie! tu masz duży kawałek za 3 zł, bierz ten za 3 zł-produkt seropodobny-niejadalny :P Niestety -edukacja jest zerowa, Ciemny Lud kupuje wszystko, od "oryginalnych chińskich podróbek" wszelkich najdroższych perfum po 100-200zł-chociaż nie trzeba wcale kupować w najdroższych perfumeriach-wystarczy kupić Euphorię EDP100ml za 199zł zamiast sklepowego 199zł za 50ml, wystarczy kupić prawdziwy ser, mięso, pieczywo, dobrą rybę a nie później jęczeć, że krzywda się dzieje bo się nacięliśmy. No niestety-jeden lubi lody z promocji z utwardzonego tłuszczu palmowego i słodzonego syropem glukozowo-fruktozowym, a inny kupi Grycana-i to czytając jeszcze listę składników, bo nie każde są takie super- albo zrobi w domu. Będąc dzieciakiem też ubiłem Snickersy-to było wtedy coś. Dopiero po latach dowiedziałem się co to coś jest i jaki ma skład-odechciało mi się. Kwestia świadomości. No ale elbanowscy rodzice ratujący swoje pociechy przed szkołą z jednoczesnym praniem mózgu katechezami od przedszkola raczej nie uświadomią dzieci, a i sami nadal będą kupować. Pisslamski rząd też nie służy szeroko pojętej edukacji, a raczej hodowli Ciemnego Luda-idealnej grupy wyborców.
-
2016/10/01 21:13:16
Az dziwne ze zadna z sieciowek nie wpadla na pomysl, by wepchnac sie do wszystkich szkol - jakas Zabka, albo Lidl. Mogli by przygotowac oferte pod przepisy. Logistyka rozpracowana. We franczyze puscic i gra!
A tak jacys sklepikarze cwaniakujacy ze na snickersie musza miec 25% zysku marudzili, ze musza zwinac interes z powodu "drakonskich przepisow".