Piotr Miączyński
Zacząłem pisać w momencie kiedy pani nauczycielka zabroniła mi się bawić pod ławka samochodem. Po pewnym czasie zaczęło mi się to nawet podobać. Mam nadzieję, że tak już zostanie. W Gazecie Wyborczej od 2001 roku.
RSS


RSS
wtorek, 15 maja 2012

Dziś historia pana Dariusza, który w bardzo pouczający sposób przedstawia nam zasadę obowiązującą w sieciach kablowych:  pamiętaj o terminowym zapłaceniu rachunku, a jeśli nawet nam wpłaciłeś pieniądze i przez przypadek odcięliśmy ci internet to i tak twój problem i co nam zrobisz???

„A teraz opiszę swoją poranną przygodę z UPC. Ku przestrodze wszystkich, a zwłaszcza tych, którzy przenieśli się niedawno z Astera do UPC.

Pierwsze słowa, jakie dziś rano usłyszałem od żony brzmiały:
- NIE MA INTERNETU!
Wstałem i dokonałem oględzin. Faktycznie - Airport Base Station nie widzi połączenia z siecią, miga na żółto zamiast świecić zachęcająco na zielono.
Modem kablowy - w porządku, świecą wszystkie kontrolki. Na wszelki wypadek zrestartowałem go. Wstał, znowu zaświecił kontrolkami jak trzeba. I nadal nie ma internetu.
Podpiąłem się bezpośrednio do modemu kablem - Ethernet nie dostał danych z serwera DHCP. Czyli problem tkwi gdzieś w modemie albo kawałek dalej.

Zadzwoniłem na infolinię UPC i już miałem zacząć awanturę, kiedy natychmiast po zestawieniu połączenia usłyszałem informację: "Z powodu niezapłaconego rachunku część usług została odłączona." Ale zaraz, jak to?
Szybki rachunek sumienia: owszem, w długi weekend dostałem SMS-a, że mam do zapłacenia fakturę. Szybko poszedłem do banku (czyli usiadłem przed komputerem) i przelałem pieniądze. Następnego dnia w elektronicznym biurze obsługi UPC-klienta sprawdziłem, że wpłata dotarła (i to przed 9 maja, kiedy grożono mi odcięciem). Słowem - jestem czysty. Ale widocznie jednak nie.
Druga myśl - skąd oni wiedzą o tej zaległości? Przecież dzwonisz z komórki, baranie i cię zidentyfikowali, odpowiedziałem sam sobie. Sprytne.

Po wysłuchaniu przydługiego komunikatu mogłem się przełączyć na rozmowę z żywym konsultantem.
- Dzień dobry, odłączyliście mi państwo internet.
- Tak, nie zapłacił pan faktury.
- Jak to nie zapłacił. Wpłata dotarła, widzę to w państwa systemie nawet teraz.
(Tu dygresja: awaryjny dostęp do sieci zyskaliśmy dzięki sieci WiFi u sąsiadów z naprzeciwka, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)
- W naszym systemie nic nie ma.
- Ale to wasz system pokazuje mi, że wpłata dotarła.
- A na jaką stronę pan wchodzi?
- Moje UPC.
- Nie, to musi się pan zalogować przez e-bok.
- Ale tam też jestem zalogowany i tam też widać tę wpłatę.
- A na jakie konto pan wpłacał?
- Chwileczkę... [loguję się do banku].. 39... - zaczynam dyktować.
- Ha! To nie jest nasze konto! - triumfuje pani. - Nasze konto zaczyna się od 20.
Sprawdzam szybko. Istotnie, nie zmieniłem w przelewie internetowym numeru Astera na nowy numer konta w UPC. Ale przecież to ta sama firma, do diaska.
- Faktycznie, to była pierwsza faktura nie dla Astera tylko dla UPC, nie zmieniłem numeru. Ale przecież system pokazał mi, że pieniądze do was dotarły - wyjaśniam.
- Owszem, na konto w Asterze [JUŻ ZAMKNIĘTE - przyp. aut.] pieniądze wpłynęły, ale na koncie w UPC tego nie widać.
- To co, mam państwu jeszcze raz wpłacić tę sumę czy sami ją sobie przelejecie? - pytam niewinnie.
- Chwileczkę.
[Przez upojne 3 minuty słuchamy plumkającej telefonicznej muzyczki].
- Tak, przelejemy tę wpłatę. I proszę zmienić konto - poucza mnie pani.
- A kiedy mogę się spodziewać przywrócenia internetu.
- Do 24 godzin.

Kurtyna.

A raczej nie, będzie jeszcze myśl finałowa autora: to ja jestem 24 godziny bez sieci dlatego, że firma ma system księgowy do d...? Pokazuje klientowi, że faktura została opłacona, ale tych pieniędzy nie widzi tam gdzie trzeba? I dlaczego nikogo w Asterze nie zdziwiło, że nagle wpłynęło tam 295 zł od klienta, który już klientem nie jest?
I na koniec: z przydługiej tyrady o niezapłaconym rachunku, którą dostajemy na infolinii głosem jakiegoś automatu można się dowiedzieć, że jeśli wpłacimy w banku - czas oczekiwania na reaktywację usług to 3 dni. Jeśli w sieci "Moje rachunki" itp. - 4 dni. A w innych przypadkach może być jeszcze inaczej (czytaj dłużej). To ja się pytam: czemu tak długo, szanowne UPC? Przecież przelew bankowy idzie max. 24 godziny. Coś macie nie tak z tym swoim systemem rozliczeń. Przemyślcie to.

Kurtyna zapada na dobre.”

I co Państwo sądzą na ten temat?

Tagi: ASTER UPC
11:11, miaczynski
Link Komentarze (21) »
piątek, 11 maja 2012

 - 19 kwietnia 2012r. kupiłam chleb tostowy firmy Nowakowski  w sklepie Carrefour w Gdańsku na ul. Schuberta. Dopiero wypakowując zakupy z siatek zauważyłam że na chlebie jest pleśń której po prostu w sklepie nie zauważyłam - pisze do mnie pani Agnieszka.


- Coś mnie tknęło aby sprawdzić datę ważności - zdziwiłam się ogromnie kiedy zobaczyłam że data ważności była do 17 kwietnia 2012r. Przypomnę tylko że zakupy zrobione zostały 19 kwietnia 2012r.

I paragon:

- Całe szczęście tego dnia jechać musiałam znów do Carrefoura więc wzięłam chleb ze sobą i oddałam go mówiąc żeby sprawdzali takie rzeczy bo pewnie nie tylko ten jeden chleb jest stary i spleśniały.

Co zrobiła ekspedientka?

- Pani niczym niewzruszona oddała i pieniądze i powiedziała krótko że zadzwoni na dział i powie żeby przejrzeli towar. Może to tylko kwota 2,69 zł ale liczy się sam fakt że sprzedawane są stare rzeczy - twierdzi pani Agnieszka.

Od razu czytając jej historię przypomniało mi się jak w ubiegłym roku sześciu mieszkańców Gdyni pod kątem przeterminowanych towarów przeczesało jeden z hipermarketów sieci Kaufland.  Kaufland dawał 5 zł za każdy przeterminowany produkt. Oni znaleźli ich zaś...251.

Jak zareagowała sieć? Wezwała policję twierdząc, że robią bałagan na półkach. Bony klientom wydano dopiero wtedy gdy policja po przejrzeniu zapisów z monitoringu odmówiła interwencji twierdząc, że wszystko jest ok.

Rzecznik sieci przepraszał za sytuację bardzo mocno. Ale wyjaśniał też że sklepom  bardzo trudno jest kontrolować czy wszystkie towary na półkach mają odpowiednie terminy przydatności do spożycia.

I jak sprawdziłem przed momentem Kaufland... zmienił zasady przyznawania bonów.

Z dwojga złego wolę już jednak reakcję Kauflandu, który przynajmniej jakoś stara się przeprosić klienta. Ale jak widać nie chce też aby przypadkiem ktoś znalazł tych przeterminowanych produktów zbyt dużo. A jak to wygląda w innych sieciach? Mają Państwo jakieś doświadczenia?

środa, 09 maja 2012

Wczoraj Peugeot podał, że do kampanii reklamowej nowego modelu auta zatrudnił Kominka, czyli jednego z popularniejszych blogerów w Polsce

W ramach umowy Tomasz Tomczyk otrzymał do testów nowego Peugeota 208. Bloger będzie jeździł autem i opisywał to u siebie na blogu oraz w serwisie społecznościowym Facebook.

Dlaczego Peugeot wybrał Kominka? Guillaume de Bienassis, dyrektor marketingu Peugeot Polska cytowany w materiale prasowym, tłumaczy, że to dlatego, że wpływ blogów "na życie i decyzje konsumentów rośnie z roku na rok".

To kolejna umowa z dużym koncernem, którą zawarł Kominek w ostatnim czasie (m.in. Panasonic czy GG). Najsłynniejszy do tej pory był jego kontrakt z Burger Kingiem, który wydał 10 tys. dol. na jego wycieczkę do USA.

Firma wynajęła go, aby wrzucał swoje relacje z Ameryki na stronę Burger Kinga (tzw. fan page) na Facebooku. Tomczyk pisał tam np., że nocował w hotelu na nowojorskim Manhattanie za 1500 dol., wypalił cygaro za 120 dol., zjadł kolację za 2 tys. I przegrał w kasynach Las Vegas około tysiąca.

W sumie ciekawostka.

Jeśli firma, uważa że się jej to opłaca - Burger King - zdobył  dzięki tej akcji z Kominkiem ok. 5 tys. fanów na Facebooku to czemu nie?

Tymczasem porcja pomyj, która wylała się na Kominka na gazeta.pl, pod krótką notką o zawarciu umowy z  Peugeotem przypomina rynsztok. „Czy ten cały kominiarz ma jakiś cennik? Ile kosztuje wynajęcie go do czyszczenia dworcowych kibli?  Sponsoruje Domestos.” „Zwykła prostytutka, a nie kominek”.

Czyste chamstwo.

Kominek owszem zasłynął jako kontestator (do tej pory na większości branżowych spotkań poświęconych kontaktom firmy - internet podawany jest przykład jego wpisu oceniającego negatywnie i również chamsko jakość budyniu robionego przez dr Oetkera) ale teraz zwyczajnie na sieci zarabia pieniądze.

Czy to coś złego???

Internauci zapomnieli, że blog to nie jest dziennikarstwo a bloger nie jest wydawcą. Nie chodzi tu o obiektywny, wyważony przekaz tylko właśnie jak najbardziej subiektywny.

Bloger wygłasza swoje zdanie na różne tematy - czasami mniej a czasami bardziej mądrze bądź głupio. Jak mu to wychodzi oceniają czytelnicy. A jeżeli Kominek ma ochotę pisać, że Peugeot to najlepsza marka pod słońcem a Burger King to najlepszy posiłek na świecie jego prawo. To jego wiarygodność i on robi z nią to co mu się żywnie podoba.

Istotne jest, że na blogu znajduje się informacja, że zawarł umowę z danym koncernem. Sytuacja jest wtedy uczciwa. Jeśli się komuś nie podoba co robi Kominek, to go zwyczajnie nie czyta.

O wiele groźniejszy dla mnie jest marketing szeptany uprawiany przez niektóre firmy w sieci całkowicie anonimowo. Gdy blogerzy zachwalają dane produkty a nie mówią, że za ich reklamę coś dostali. Albo gdy firmy wynajmują armie cieni do fałszowania opinii konsumenckich w internecie.

I to jest problem a nie Kominek i to z kim podpisał kontrakt. 

19:19, miaczynski
Link Komentarze (17) »
środa, 25 kwietnia 2012

Gemma Correll to brytyjska ilustratorka mieszkająca na co dzień w Norwich. Rysowała dla the New York Times, the Guardian, Hermésa, Toyoty itd.

Jej prace przypominają trochę bazgraninę dziecka (żartuje, że wynajmuje pięciolatka który za nią rysuje, ma na imię Alan).

Kilkanaście dni temu na  profilu na Facebooku opisała jak to firma House wykorzystała jej rysunki na koszulkach. Odezwałem się więc do niej.

Co mi odpisała Gemma:

- Usłyszałam o  koszulkach od przyjaciela z Polski mniej więcej dwa tygodnie temu. Sprawdziłam na stronie internetowej Housa i tam zobaczyłam inny wzór, który bez żadnych wątpliwości jest kopią jednej z moich prac.

- Wszystko czego chcę od firmy to to aby przyznali się, że skopiowali moje wzory (nie chcą tego zrobić mimo, że to oczywiste) oraz wycofali je ze sprzedaży.

- Ale niestety House zachowuje się w tej sytuacji po prostu chamsko („but unfortunately House have been very rude about the whole thing”).

Czy Gemma Correll ma rację? Proszę ocenić:

Kopia? Czy tylko inspiracja?  

LPP właściciel marki House ma na swoim koncie już kilka podobnych przygód.

Kiedy po raz pierwszy dwa lata temu pisaliśmy w „Gazecie” o tym problemie zgłosił się do nas Michał, który swoje zdjęcie charakterystycznego bloku odnalazł właśnie na koszulce House.

Inny przykład marka Reserved, która również należy do LPP.

"Nazywam się Rockie Nolan. Jestem 19-latką mieszkającą w USA. Poinformowano mnie, że duża firma odzieżowa Reserved sprzedaje koszulki z moim zdjęciem".

 

Zdjęcie Rockie Nolan wykorzystane przez firmę Reserved

Kiedy sprawa wyszła na jaw Reserved zaproponowało jej ... 150 dolarów za zdjęcie.  

Inny przykład Miss Chérie z Norwegii w blogu opisywała jedną z koszulek ze strony Reserved, która "zbyt mocno" przypominała jej rysunek francuskiej ilustratorki Garance Doré. Na ilustracji i koszulce widać kobietę popijającą koktajl przez słomkę. Kobiety noszą niemal identyczne spodenki, obok których widnieją gigantyczne truskawki.

 

Ilustracja Garance Doré wykorzystana przez firmę Reserved

Oczywiście można powiedzieć, że wszystkie większe firmy odzieżowe mają problemy z „pożyczaniem” zdjęć, rysunków od internautów. Pytanie jak starają się wyjść z tego problemu. LPP wychodzi słabo. Duży minus.

10:03, miaczynski
Link Komentarze (48) »
wtorek, 24 kwietnia 2012

Co powinien proszę Państwa robić listonosz? Głupie pytanie? Zaraz wyjaśnię.

Listonosz rzecz jasna powinien dostarczać paczki. I listy. Nie zostawiać w skrzynkach awiz.

A co powinien robić listonosz według nowej strategii Poczty? Sprzedawać usługi bankowe i ubezpieczenia.  Znaczy się ma w ten sposób Bank Pocztowy ma mieć armię 27 tys. akwizytorów.

Sporo nieprawdaż?

A skąd to się wzięło? Aż 64 proc. przychodów Poczty Polskiej pochodzi z listów. Ten segment ma się skurczyć w ciągu najbliższych lat nawet o 90 proc.

I druga rzecz - 80 proc. przychodów Poczty Polskiej w zakresie usług finansowych pochodzi z przekazów emerytalno -rentowych i wpłat na rachunki bankowe. A te też się kurczą.

Nowy zarząd Poczty zaczął więc poganiać listonoszy żeby roznosząc listy pani Basi i pani Kasi lat 65 zapytali też: a może pani Basiu weźmie pani kredyt na turbodoładowaną suszarkę do włosów? Albo rachunek w banku?

Listonosze ostatnio do mnie dzwonią i skarżą się że, teraz muszą sprzedać przynajmniej jeden ROR w miesiącu, bo inaczej stracą połowę premii.

Co na to Poczta Polska?

Jej rzecznik Zbigniew Baranowski tym razem wszedł na wyżyny wykręcania się od konkretnej odpowiedzi.

Chciałem się dowiedzieć, czy listonosze słusznie się skarżą i jaki jest ewentualnie cel takich działań?

Oto co mi odpisał:

„Premia dla naszych pracowników składa się z dwóch części tzw. premii czasowej, którą dostaje każdy pracownik, który w danym miesiącu regularnie wykonuje powierzone obowiązki służbowe, a także premii zadaniowej, która zależy od zaangażowania danego pracownika. Tak więc jest ona uzależniona od realizacji konkretnych zadań – dla pracowników okienkowych może to być np. konkretna wartość sprzedaży. W firmie premie są zatem uzależnione od realizacji wyznaczonych celów, podobnie jak ma to miejsce w przypadku innych firm działających na rynku.
Odnośnie sygnałów z którymi zgłaszają się listonosze, to wolelibyśmy odnosić się do konkretnych dokumentów.”

A Bank Pocztowy - bazując na obecności w 8 tys. placówek Poczty Polskiej - otworzył w zeszłym roku ponad 160 tys. ROR-ów i został drugim najszybciej rosnącym bankiem w kraju. Co czwarty nowy klient to osoba dotąd nieubankowiona

Prezesi Banku Pocztowego jakiś czas temu ogłosili, że przez najbliższe cztery lata zamierzają pozyskiwać po pół miliona klientów rocznie.

Listonoszy czeka dużo pracy.

10:44, miaczynski
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 kwietnia 2012

Dziś w naszej piątkowej szkółce będzie proszę Państwa z czego robi się pesto.

Potrzebujemy:

100 g liści świeżej bazylii 2 ząbki czosnku 6 łyżek tartego parmezanu

1/4 szklanki orzeszków piniowych

1/2 szklanki oliwy z oliwek

A dalej to już jest prosto. Do malaksera trzeba wrzucić bazylię, czosnek, parmezan i orzeszki piniowe i utrzeć składniki na krem. Stopniowo dolewać oliwę, wciąż ucierając.

Proste? Proste.

Oczywiście można też ucierać ręcznie. Ale to już zajęcie dla osób, które mają już dużo więcej czasu niż ja.

A teraz zobaczmy czym różni się robione w domu pesto od kupnego. Na początek pesto ze średniej półki - cena 14,99 zł za niewielki słoik.

Skład?

- zamiast oliwy - olej

- zamiast parmezanu - grana padano

- zamiast pinii - orzechy nerkowca

I teraz będzie ta zabawniejsza część: to jest całkiem niezły produkt. W porównaniu do innych oferowanych w sklepach.  

Zobaczmy naprawdę słabe pesto.

Gotowi?

10,99 zł za niewielki słoik.

To jest wyjątkowo polskie pesto. Dlaczego polskie? Bo na ziemniakach. A oprócz tego jest tu syrop glukozowy. Słodkie.

 

czwartek, 19 kwietnia 2012

Finowie mówią: pracą zarobisz na życie, a na handlu się wzbogacisz.

Tyle, że wychodzi nam to kiepsko. Polacy potrafią budować co najwyżej średniej wielkości sieci handlowe jak np. Piotr i Paweł, w którym nawiasem mówiąc robię zakupy mimo, że mnie wnerwia ale jest zabudowany na rodzimym kapitale. 

Duży handel w kraju kontrolują Portugalczycy (Biedronka), Brytyjczycy (Tesco) i Francuzi (Carrefour). Przebicie się przez tę magmę jest bardzo trudne. Tym z większą sympatią przeczytałem wczoraj gigantyczny tekst w FT o sukcesach nasazej sieci Inglot za granicą

Dawno nie widziałem tak fajnej promocji Polski i naszego biznesu.

- Mamy 145 sklepów za granicą - mówi w tekście Joanna Kobryło wiceprezes Inglota. - O przepraszam 146. W ubiegłym tygodniu otworzyliśmy sklep w Azerbejdżanie

W tym roku chcą otworzyć w sumie 70 punktów poza krajem.

Całość można przeczytać tu (trzeba się zarejestrować).

Ingolt to sieć sklepów i „wysp” w centrach handlowych, gdzie kobiety mogą kupić kosmetyki Taką wyspę jak chwali się sam Wojciech Inglot do którego należy 70 proc. udziałów w firmie można otworzyć w 24 godziny.

Budżet firmy na reklamę i marketing? ZERO.  Nie wiem na ile to prawda, bo w sieci znalazłem to:

          

Jak sieć rozrosła się do takich rozmiarów? Polsko - kanadyjski biznesmen zobaczył w centrum handlowym „wyspę” Inglota: i zaproponował, że coś podobnego otworzy u siebie. I w 2006  sklep Inglota powstał w Montrealu.

Kanadyjski punkt zobaczył z kolei inwestor z Dubaju, który stwierdził co? Że coś podobnego otworzy u siebie. I teraz sklepy Inglota są od Instambułu, po Kuala Lumpur i Las Vegas, przez Dublin, po wyspę Aruba.

Sceptyk powie, że w globalnej skali to manufaktura. I będzie miał rację. Inglot w Polsce miał w ubiegłym roku przychody ok. 34 mln dolarów, poza granicami 57 mln dolarów.

Ale - fajnie jest wejść do centrum handlowego w jakimś zakątku świata i zobaczyć, że jest tam sklep z Polski. Tak dla odmiany.

 

Tagi: INGLOT
11:48, miaczynski
Link Komentarze (7) »
środa, 18 kwietnia 2012

Dziś o cudach i liczeniu z firma Vichy.

Pani Paulina kupiła sobie zestaw kosmetyków w SuperPharmie. Według opisu na pudełku w środku znajduje się VICHY NORMADERM PRO MAT o pojemności 50ml. O tak jak jest na zdjęciu:

 I w opisie:

A co jest w środku? [wstawić werble]

Krem o pojemności 30 ml.

- Próbowałam się skontaktować z marką - niestety nikt prowadzący fanpage na FB nie uznał za stosowne mi odpowiedzieć -skarży się pani Paulina.

MINUS.

To teraz Państwo wiedzą, że jak Vichy cos obiecuje na opakowaniu to... tylko obiecuje.

Tagi: vichy
12:05, miaczynski
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Otóż 23 lutego zobaczyłam na stronie internetowej Parfois całkiem ładną torebkę - zaczyna swój mail pani Agnieszka.

Torebka wygląda tak (model po lewej stronie):

Zdjęcie ze strony internetowej sklepu.

Czy ładna mi jest trudno ocenić.

Ale pani Agnieszka podekscytowana jak żbik wybrała się do sklepu (stacjonarnego) w Galerii Krakowskiej, żeby ją obejrzeć (bo różnić się mogła w stosunku do zdjęć mocno) i ewentualnie kupić.

- I tu, tak niewinnie, zaczął się ciąg przedziwnych zdarzeń, który aż do teraz nie osiągnął swojego finału - relacjonuje tajemniczo czytelniczka.

W sklepie torebki nie było. Pani Ekspedientka obdzwoniła krakowskie Parfois, gdzie również jej nie mieli. W końcu poprosiła pani Agnieszkę o numer telefonu, żeby skontaktować się gdy uda jej się znaleźć tę torebkę gdzieś indziej.

Nie zdążyła jeszcze dojść na parking a dostała telefon, że torebka jest w Łodzi i przyjdzie do sklepu w przyszłym tygodniu.

Później było za dwa tygodnie.

W końcu 7 marca sklep zadzwonił, że torebka już jest.

- Świetny prezent na Dzień Kobiet – pomyślałam. - W skowronkach pojechałam do sklepu kolejnego dnia i ku mojemu zdziwieniu inna niż wcześniej Pani Ekspedientka wyjmuje mi z zaplecza torbę... ale nie tę o którą prosiłam. Dokładnie – jej siostrzany model, ale nieco mniejszy. W dodatku dość niechlujnie pognieciony i pobrudzony (torebka na zdjęciu po prawej stronie).

Jak do tego doszło?

Po sprawdzeniu w systemie komputerowym ekspedientka poinformowała. że pomyłka zaszła w Łodzi. Wysłali nie ten model.

A w tym czasie torebkę z Łodzi już ktoś kupił.

- A dlaczego TA torebka nie może być?” – zapytała pani Ekspedientka. No nie mogła. Raz, bo nie mieściła laptopa, dwa bo była pobrudzona - wyjaśnia czytelniczka.

Pani Agnieszka się nie poddawała i skontaktowała się mailowo z biurem Parfois. Opisała dokładnie sytuację i poprosiła o pomoc.

I? Dostała odpowiedź:

(...) Po długich poszukiwaniach opisanej przez Pani torby, postaramy się sprowadzić ją z magazynu głównego do Galerii Krakowskiej.

W związku z tym chciałabym prosić o potwierdzenie czy nadal jest Pani zainteresowana jej kupnem?” - odpisało biuro.

I co to koniec? A gdzie tam.

29 marca pani Agnieszka dostała wiadomość, że torebka PRZEZ POMYŁKĘ została wysłana do innej galerii (Bonarka). Jeśli czytelniczka chce, to może ją tam odebrać, jeśli nie, to w poniedziałek zrobią transfer do Galerii Krakowskiej.

Czytelniczka stęskniona za torebką udała się do CH Bonarka, bo nie chciała czekać a tam....panie ekspedientki zrobiły tylko wielkie oczy.

- Skontaktowałam się po raz kolejny z Panią Obsługującą E-mail, no bo co to ma znaczyć, że dostaję wiadomość, że torebka czeka, a nie czeka. No i dostałam bardzo dziwnego maila, informującego mnie, że zaszła NIEFORTUNNA POMYŁKA.

Niestety rzeczywiście zaistniała mała pomyłka.

W Pani pierwszym mailu do nas podała Pani numer referencyjny torby, której Pani szukała. Numer ten jest jedyny i niepowtarzalny dla każdego artykułu i właśnie tak poszukiwany był dla Pani. Toba zarezerwowana w Bonarce posiadała właśnie taką referencję, dlatego napisałam do Pani informując, że zamówiona torba już czeka. Musiało zajść bardzo niefortunne nieporozumienie, za które oczywiście bardzo Panią przepraszam w imieniu Parfois.

W tej chwili już wiem, że szuka Pani torby, która okazała się bestsellerem i już została wyprzedana. Jeśli osoby decyzyjne postanowią, że wznowimy produkcję i torba pojawi się w sklepach, na pewno skontaktujemy się z Panią.

W tym momencie, możliwe jest jeszcze, że torba pojawi się w sklepie online w kilku egzemplarzach.

Raz jeszcze przepraszam za Pani długi okres oczekiwania na wyjaśnienie sytuacji. Mam nadzieję, że mimo to, będziemy mieli przyjemność często gościć Panią w naszych sklepach.”

- Tego maila nie do końca zrozumiałam - pisze pani Agnieszka.

Mówiąc szczerze, ja też.

PS. Pani Agnieszka poprosiła o ponowne wytłumaczenie, dlaczego została wprowadzona w błąd, skoro ta torebka po prostu była niedostępna. Ale odpowiedzi nie dostała do dziś.

 

Tagi: Parfois
15:55, miaczynski
Link Komentarze (11) »
czwartek, 12 kwietnia 2012

 ... ale o tym będzie za chwilę.

Mystery shopper to taki pan lub pani, który przychodzi do sklepu i na zamówienie centrali podszywając się pod klienta ocenia czy jest w sklepie dobrze czy źle, czy go sprzedawcy dopieszczają i gładzą pod szyją czy może traktują z buta.

Mystery shopper dla sprzedawcy jest równie straszny jak dla urzędnika NIK.

Dostałem raport o naszych sklepach zrobiony przez firmę Daymaker z wykorzystaniem metody mystery shopping.

Tajemniczy klienci byli w 625 sklepach ze 125 sieci. Na jedną sieć przypadało pięć wizyt. Czyli szału nie ma, ale o jakieś wnioski można się już pokusić.

Z raportu wynika, że:

40 proc. klientów nie zostaje przywitana przy wejściu do sklepu;

do 45 proc. klientów sprzedawca nie podchodzi lub nie nawiązuje kontaktu;

48 proc. klientów nie zadano otwartych pytań dotyczących ich wymagań i potrzeb;

65 proc. klientów nie proponuje się przetestowania produktu;

60 proc. klientów nie proponuje się sprzedaży dodatkowej.

Znaczy się jest do kitu.

Według raportu Daymaker takie dane świadczą o tym, że nasze sklepy mają po prostu słabych sprzedawców. A gdzie te najlepsze i najgorsze? Będą za moment.

Co z tego, ktoś zapyta, że w sklepie sprzedawca powie dzień dobry albo nie powie? Zdaniem badaczy jeśli to zrobi rośnie wskaźnik powracających klientów; spada liczba kradzieży, klient czuje się dostrzeżony i mile widziany; a jego wizyta w sklepie trwa dłużej.

Co ciekawe są branże w których sprzedawcy są wyszkoleni dużo lepiej.  I tak generalnie nieźle z klientem sobie radzą salony z biżuterią - liderem jest Yes, operatorzy telefonii komórkowej (numer jeden to T Mobile) oraz drogerie (Body Shop).

- Branże, które osiągnęły najniższy wynik to sklepy z materiałami budowlanymi, apteki, sklepy z artykułami dla dzieci i z wyposażeniem wnętrz. Niski rezultat osiągnięty przez apteki jest zaskakujący, ponieważ to także jedna z branż, w której Klient w większym stopniu oczekuje rady i pomocy. W pewnym sensie to samo dotyczy sklepów z artykułami dla dzieci, w których wielu rodziców nabywa przedmioty takie jak wózki, dziecięce foteliki samochodowe itp., produkty przy kupnie których konsultacja jest potrzebna - przeczytać można w raporcie. A gdzie ten ranking? Za chwilę.

W niektórych branżach mocno się też różniły poszczególne sklepy w ramach tej samej sieci - jedne były bardzo dobre, inne bardzo złe.  Ta prawidłowość jest szczególnie widoczna

Generalnie  najlepsze sklepy to VOBIS, Parfois, T-mobile i Yes.

Sklepy z najsłabszymi wynikami to C&A, Świat Dziecka, Carrefour i KappAhl.

A jeśli chodzi o kategorie produktów?

Kawiarnie

1. Grycan        

2. Aroma Espresso bar     

3. Green Coffe

A ostatni jest Starbucks

Odzieżowe

1. Etam

2. Top Secret

3. Reebok

Najgorszy jest KappAhl, Gap i Reserved

RTV - AGD

1. Vobis

2. Sony Center

3. Neonet

A najgorszy jest Euro RTV AGD

Biżuteria

1. Yes

2. Swarowski

3. W. Kruk

Słabo wypadł zaś Apart.

Sklepy obuwnicze

1. Kazar

2. CCC

3. Venezia

I na ostatnim miejscu Clarks

Takie a nie inne wyniki mym zdaniem biorą się z kilku rzeczy: sklepy do wyszkolenia pracowników nie przywiązują większego znaczenia. A ponieważ w handlu płace są słabe to rotacja pracowników jest duża.

Na dodatek sieci oszczędzają aby podbić sobie marże. A co się robi jako pierwsze gdy sieć oszczędza? Zwalnia się pracowników. I to co dawniej robiło sześć osób, dziś robią dwie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38