Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
sobota, 20 grudnia 2014

Jak ktoś ma kilka milionów klientów to powiedzmy sobie szczerze, zawsze trafi się jakiś przypadek, który rozwali system obsługi, tak że szczęki wszystkim potoczą się ze zdziwienia.

W przypadku sieci Play udało się jednak podnieść poprzeczkę jeszcze wyżej. Takiego zbiegu niefortunnych okoliczności (albo dania ciała jak kto woli) nie widziałem dawno. A powiedzmy sobie szczerze trudno mnie już po tych kilku latach zajmowania się państwa sprawami zadziwić.

29 listopada czytelniczka , pani Magdalena będąc w salonie sieci w Jankach chciała przedłużyć umowę abonamentową. Tu dodatkowa uwaga pani Magdalena w Play’u była już cztery lata. Regularnie też co miesiąc buliła stówkę albo i dwie stówki. Może nie jest to majątek, ale powiedzmy szczerze na takich właśnie klientach buduje się sukces finansowy sieci.

Pani Magdalenie bardzo zależało na umowie z telefonem, bo... jak tu ładnie powiedzieć... poprzednie urządzenie miało bardzo przykre spotkanie z betonem, które spowodowało jego natychmiastowy zgon.

Tak, być może są osoby, którym telefony nigdy nie upadają.

Pełna dobrych chęci zjawiła się więc we wspomnianym wyżej salonie. I co? System miał akurat zwis albo padakę, jak kto woli. Żadnej umowy podpisać się więc nie dało.

Czytelniczka zadzwoniła na infolinię, gdzie dowiedziała się, ze sprawę może załatwić przez telefon.

- Podałam adres do wysyłki i numer kontaktowy (choć mój operator powinien go znać;) Problemy zaczęły się 2.12, gdy dowiedziałam się, że zamówiony telefon został wysłany na adres zameldowania do Łodzi zamiast do Pruszkowa, a informacja o paczce została wysłana na numer z którego przechodziłam do sieci Play kilka lat temu, a od tamtego czasu korzysta z niego mój tata – wylicza czytelniczka radosna niczym pogoda za oknem.

Czyli Play zaliczył dwie wtopy za jednym razem. Ale dopiero się rozkręcał. Pani Magdalena zadzwoniła na infolinię (oczywiście płatną), gdzie dowiedziała się, że zamówienie zostanie anulowane. Zaproponowano jej też – o królewski gest – 5 zł złotych rekompensaty za połączenia z infolinią (minuta połączenia połączenie kosztuje od 1 do 1,99 zł).

Czytelniczka dowiedziała się też, że musi wypełnić pisemne zgłoszenie sytuacji na stronie play24. Zrobiła to, zadzwoniła do niej konsultantka przeprosiła za zaistniałą sytuację, jednocześnie proponując rekompensatę 10 złotych od abonamentu i zapewniając, iż wszystko jest już wyjaśnione i pani Magdalena może spokojnie przedłużyć umowę w salonie.

Zrzut_ekranu_20141220_o_16.10.58

I teraz robi się już zabawnie, dla czytających, ale bardzo słabo dla czytelniczki.

- W salonie dowiedziałam się tylko że moje konto jest zablokowane i nie ma mowy o przedłużeniu umowy przez przesyłkę z telefonem który gdzieś jest lecz niestety nie wiadomo gdzie ( o jakichkolwiek rekompensatach na moim koncie nie było mowy w systemie), napisałam kolejną skargę i dowiedziałam się, że jakiekolwiek pole manewru będę miała po powrocie paczki na magazyn ( nikt w play nie raczył anulować tego zamówienia, więc paczka będzie leżała 10 dni w DPD i dopiero wróci do magazynu Play), natomiast na rozpatrzenie mojej skargi sieć ma 30 dni!!! – pani Magdalena miała ochotę w tym momencie na multiplikację (wyjście z siebie, po czym stanięcie obok). 

I dodaje:

- Zdecydowałam się na RePlay FORMUŁA EUROPA Unlimited 3,5 GB za jedyne 99,99 miesięcznie i chciałam podpisać umowę na kolejne dwa lata a od sieci Play dowiaduję się, że niestety mają mnie w głębokim poważaniu – relacjonuje czytelniczka.

Po dwóch tygodniach oczekiwania dostała zaś coś takiego: 

Magdalena xxxx

17 grudnia 12:48

Szanowna Pani,

dziękuję za zgłoszenie dotyczące oferty utrzymaniowej, które otrzymałem 3 grudnia 2014 roku. Uprzejmie informuje, że w najbliższych dniach skontaktuje się z Panią Konsultant który przedstawi warunki przedłużenia aktualnej umowy.

W przypadku dodatkowych pytań zapraszamy do kontaktu z Obsługą Klienta za pośrednictwem portalu Play 24 (www.play.pl). Jesteśmy także do Pani dyspozycji pod numerem 790 500 500 z telefonu innego operatora lub stacjonarnego lub *500 z telefonu Play.

Z poważaniem,

Dawid XXXX

Obsługa Klienta Play

Co na to Play?

Rzecznik sieci Marcin Gruszka przyznaję ogarnął kwestię dość szybko. „Sprawdziłem i nie pozostaje nam nic innego jak przeprosić klientkę co zresztą już zrobiliśmy bezpośrednio. W ramach rekompensaty zrabatowaliśmy opłatę abonamentową do 1 zł.” 

A co na tę ofertę  pani Magdalena?  Nie dała się już ułagodzić. 

- To bardzo miło z ich strony, że się zreflektowali. Tylko w tej sprawie chodzi mi głównie o to, że musiałam na to czekać trzy tygodnie i nastąpiło to dopiero po Pana interwencji...na moje skargi nikt nie reagował. A klienta stracili, ponieważ przez ten czas zdążyłam się już przenieść do innej sieci – wyjaśnia czytelniczka.

16:18, miaczynski
Link Komentarze (7) »
piątek, 12 grudnia 2014

Noże z Lidla ostre niczym wiedźmińskie miecze mają być wabikiem na klientów, którzy mają przytruchtać tu zbiorowo na przedświąteczne zakupy.

Wyglądają faktycznie solidnie, zrobione są ze stali chromowo-molibdenowo-wanadowej (X50 Cr Mo V15) i włożone w ładne, ozdobne opakowania. Występują w dwóch wersjach: Brodnickiego i Okrasy, różniąc się głównie rękojeścią.

Pod choinkę, dla niektórych prezent jak malowanie.

Żeby je dostać trzeba jednak sporo wydać. Każde zakupy po 60 zł to jedna naklejka. A naklejek żeby odebrać nóż trzeba zebrać aż dziesięć.

Nic trudnego - powie ktoś. W święta - a w święta Bożego Narodzenia w szczególności - absolutnie nie oszczędzamy.

Ale, ale nie jest tak prosto. Naklejki dostać nie można za alkohol, ani za papierosy, ani za np. preparaty do początkowego żywienia niemowląt. Aby dostać nóż (albo dwa jak ktoś ma taką mołojecką fantazję) trzeba więc kupować w Lidlu jedzenie albo prezenty. To coś w rodzaju paktu o lojalności. "Dostaniecie fajny nóż, ale niemal wszystkie zakupy świąteczne musicie zrobić u nas".

I tutaj do gry wchodzi wolny rynek. Na Allegro pojawiły się już zarówno same noże, jak i naklejki (jeśli komuś brakuje dajmy na to kilku do kompletu).

Oto i przykład:

nozzlidla

Sam nóż znalazłem tam najtaniej za 44,99 zł, Powiem szczerze, osobiście w życiu bym nie zapłacił ani złotówki za gratis.

Ale ku memu zdumieniu są też na Allegro jednostki, które chcą sprzedawać noże z Lidla po 120 zł!!! sztuka. Tak, też byłem zaskoczony. Zwłaszcza, że jak ktoś się dobrze przyjrzy to za 120 zł znajdzie na Allegro od ręki dwa noże, czyli jeden od Brodnickiego i jeden od Okrasy.

Jedna naklejka wyceniana jest z kolei od 6 zł do 9,99 zł No, prawie jak promocja. O lawinie transakcji mówić nie można, ale handel faktycznie trwa i zarówno noże jak i naklejki znajdują nabywców.

Czy to się opłaca? Jeśli ludzie je kupują, to znaczy, że uważają, że jest warto. Ta jednak bardzo wysoka wycena „gratisu” z Lidla. Chyba najwyższa jaką widziałem do tej pory w przypadku produktów sprzedawanych według modelu „kup u nas coś za określoną kwotę, damy ci jakiś gadżet w zamian”.

Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że marże dyskontów to jakieś 3 proc.

14:33, miaczynski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 09 grudnia 2014

"Szanowne Orange,

odnosząc  się do niezliczonych telefonów, zgłoszonych usterek oraz nieprofesjonalnie rozpatrzonych reklamacji chciałbym w tym liście wyrazić wielkie niezadowolenie z oferowanych przez Państwa usług oraz obsługi klienta, którą to Państwo w swoich reklamacjach opisujecie jako „stałe podnoszenie jakości usług i dokładanie wszelkich starań, aby spełniały one wymagania naszych Klientów” – niestety jest to całkowitą nieprawdą. Nie dość, że nie „dokładacie wszelkich starań”, bo nie dokładacie prawie żadnych starań, to tym bardziej nie spełniacie jakichkolwiek wymagań Waszych klientów, a w tym wypadku moich.

Zacznę swoją wypowiedź od początków problemów z usługą Neostrada do 10 Mb/s. Sam fakt, że nie zwracacie jakiejkolwiek uwagi na stan Waszej infrastruktury na osiedlu pokazuje jak bardzo troszczycie się o to, aby klient otrzymał w pełni obiecany mu dostęp do Internetu, ale nie byle jaki dostęp, bo DO 10 Mb/s – wnioskując, mogę mieć mniejszą prędkość, lecz nadal dostęp do Internetu posiadam. Owszem, tutaj się zgodzę, lecz regulamin nie określa dokładnie jak bardzo niekomfortowy dostęp do Internetu możecie mi zaoferować, jeśli pingi do polskich serwerów zamiast 30ms wynoszą do 5000ms (5 sekund!) – nie na się tego nazwać oferowaniem usługi zgodnie z umową…

Występujące opóźnienia – przede wszystkim w godzinach wieczornych – czyli zapewne tych, w których najwięcej użytkowników korzysta z Waszych łączy/infrastruktury/serwerów nie pozwalają w żaden sposób korzystać z Internetu jako miejsca, przy pomocy którego byłbym w stanie normalnie pracować. Ciekawi mnie jednak fakt, że przed kilku laty taki problem w ogóle nie istniał. Dodatkowo, śmieszy mnie sytuacja gdy – zakładając czysto hipotetycznie – przychodzi do Waszego salonu nowy klient i chce posiadać usługę Neostrady na moim osiedlu. Miła pani sprawdza w Waszym „systemie” i mówi „Tak! Jak najbardziej jest możliwa tutaj opcja Neostrady do 10 Mb/s!” – klient podpisuje umowę i jest wpinany do osiedlowej sieci – centrali. Jak wiadomo – nowe domy się budują, nowe rodziny się osiedlają – nowi klienci… Czyli… Jeśli wiecie o przeciążeniu na infrastrukturze, to dlaczego ciągle podłączacie nowych klientów?

Kontynuując, problem istnieje od wielu miesięcy, jednak jego częstotliwość występowania oraz mój łagodny charakter pozwoliły mi zaniechać jakiegokolwiek działania np. zgłoszenia uszkodzenia. Jednak od pewnego czasu (kilku miesięcy), problem jest na tyle irytujący, że nie pozwala na komfortowe korzystanie z Internetu i mojej pracy. W związku z tym zgłosiłem uszkodzenie przez infolinię 801505505. Pierwsze, drugie, trzecie… szóste. I co? I każde z tych uszkodzeń, zostało przez Was „zrealizowane” – jak pokazuje strona orange.pl, więc ja się teraz pytam – dlaczego w tak głęboki sposób oszukujecie, kłamiecie w żywe oczy, że coś naprawiliście, a technik czy konsultant, z którym rozmawiam na temat rozwiązanej usterki mówi „Tak, już zostało naprawione, jest odpis od technika…” – super!

Cieszę się! Siadam przy komputerze, i co? I nadal to samo! Po raz szósty, ósmy i dziesiąty. Nie zliczając już połączeń wykonanych na infolinię, na której to pracownicy nie są w stanie udzielić mi rzeczowej i konkretnej odpowiedzi, powoduje, że składam reklamację.

Obsługa klienta – stałego klienta – na infolinii, a raczej jej jakość woła o pomstę do nieba, gdzie pracownicy bez wyciszenia mikrofonu – podczas przełączania lub odbierania przekierowanego połączenia - krzyczą do siebie „to ja wezmę tego gościa od reklamacji” – nieprofesjonalne i żenujące.

Teksty typy „nie mogę aktualnie pomóc Panu, gdyż nasz system na awarię” – to mnie nawet nie dziwi, wszystko tam ma awarię. Jak ma działać poprawnie w domu, skoro nawet sam konsultant nie może „zalogować się do systemu”, znaleźć mnie po „identyfikatorze usługi” lub nie jest w stanie powiedzieć mi ile została do końca umowy bo „nie ładuje mu się strona”. Przydałby się Wam jako firmie łyk zimnej wody, a nawet cała szklanka.

Są klienci, którzy nie wiedzą za co płacą, są też tacy, którzy wiedzą za co płacą, ale nie wiedzą czy to działa czy nie. Są też tacy klienci jak ja, którzy płacą, wiedzą za co mają płacić, ale wiedzą też, że dostają coś innego, niż to za co zapłacili, a sama usługa działa niepoprawnie, a z klienta na infolinii robi się debila, a konsultanta wystawia na piedestał wiedzy i wszechmocności.

Otóż nie jest tak, sprawdziłem 3 różne routery, wiele kabli, połączenia WiFi, LAN, połączenia przez modem. Zadawanie tych durnych pytań sprowadzających się do „jeśli Panu nie działa, to ja sprawdzę błędy i zresetują Panu łącze”, „niech Pan wyłączy router z prądu i podłączy ponownie”, „niech Pan zrobi speedtest na orange.pl”, „niech Pan sprawdzi czy świeci się lampka od ADSL”. Internet wykorzystuję do pracy i to takiej pracy, która odnosi się do usług internetowych, więc kpiną jest dla mnie to, w jaki sposób problemy techniczne inne niż „podłączenie zasilacza do gniazdka” są rozpatrywane.

Idźmy dalej, złożyłem 8 listopada reklamację, której treści przytaczać nawet nie chcę, rozumiem, że konsultant pisze „z palca” treść reklamacji, ale mógłby się na tyle postarać, aby przekazać w tej reklamacji to, co ja mu przekazuję przez słuchawkę (problem z odczytaniem reklamacji miał kolejny konsultant, który na moją prośbę przeczytał, a raczej przetłumaczył treść reklamacji z języka „po polskiemu” na polski).

W odpowiedzi na reklamację, na którą czekałem 17 dni! otrzymałem dokładnie te same informacje, które konsultant powiedział mi podczas złożenia reklamacji, więc nie rozumiem pewnej rzeczy. W jaki sposób można powiedzieć, że „powyższa odpowiedź wyczerpuje drogę postępowania reklamacyjnego” skoro ona nawet w żaden sposób nie poruszyła zapytania reklamacyjnego? Co otrzymuję w piśmie z odpowiedzią, na które czekałem 17 dni?

„że dbamy o klienta i jego obsługę” – niestety tak nie jest, „że nie jesteśmy w stanie oferować Panu w pełni tej usługi” – mimo, że salon mówi co innego „że nie wiemy kiedy to naprawimy, bo nie znamy terminu” – to kto ma znać? Ja? Czy Wy jako oferujący tą usługę na SWOICH łączach „że MA PRAWO nie działać na pełnej prędkości bo mówi o tym regulamin”,

„że jak coś nie działa to mam dzwonić na infolinię 801505505 i zgłaszać usterkę i wnioskować o bonifikatę” – teraz to już jest konkretna kpina, nie dość, że nie jesteście w stanie sami kontrolować tego czy coś działa, to jeszcze ja mam dzwonić na PŁATNĄ infolinię i Was informować o tym, że nie działa – tak, jakbyście sami nie wiedzieli co u Was działa, a co nie – jeżeli nie jesteście w stanie ogarnąć tak rozbudowanej infrastruktury.

„że dostanę bonifikatę jak Wasze służby podpiszą kwitek, że w danym miesiącu były przeciążenia” – nie rozumiem, wcześniej napisaliście, że nie wiecie kiedy zakończycie prace nad ulepszaniem sieci – przyznaliście się do tego, że obciążenia występują, a termin ich likwidacji nie jest znany - , a teraz mówicie o tym, że technik ma potwierdzić, że sieć (nadal) nie działa? – mimo, że wiadomym jest, że ona nie działa poprawnie

„że jest wam przykro” – mi też jest przykro, że całkowicie zlewacie temat, nie proponujecie żadnego satysfakcjonującego rozwiązania,

Jesteście ogromną firmą, z kapitałem zakładowym na prawie 4 miliardy złotych, a w odpowiedzi na reklamację dostaję informację, że nie jesteście w stanie naprawić, nie wiecie kiedy, a żadna propozycja ulepszenia dostępu do Internetu nie zostaje w moim kierunku skierowana.

I na takie oto odpowiedzi czekałem 17 dni, gdzie przy składaniu reklamacji uzyskałem TE SAME informacje. Więc po co w ogóle ta reklamacja skoro ona nic nie zmienia? Totalnie nic – z resztą tak identycznie jak same zgłaszanie uszkodzeń… Znajomi twierdzą – walczę z wiatrakami, ale nie bez powodu tworzę to pismo, być może da to do myślenia dla Was, że nie liczą się tylko pieniądze, reklamy z rodzinką.pl, i „rozum i serce”. W waszej obsłudze do klienta brakuje szczerych chęci na stworzenie dobrej relacji, a jedynie na wyciśnięciu kasy za następny miesiąc.

Wrócę teraz do reklamacji oraz samej usługi Neostrady. Jeżeli nie jesteście w stanie świadczyć usługi poprawnie (niski ping, brak strat pakietów), to dlaczego pozwalacie nowym klientom podpinać się do już istniejącej sieci? Dlaczego ja też mam na tym cierpieć? W dzień działa dobrze, wieczorem – nijak! Internet to nie woda – nie mogę nabrać go do wiadra i gdy go zabranie nalać sobie do komputera. Jest jak prąd - albo jest, albo go nie ma wcale. Nie może działać trochę, albo działać, ale nie do końca.

Tomasz X. 

----

pakiety2

I co?

Odezwałem się do rzecznika Orange, co on na to wszystko. I muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony reakcją.

„Nasze służby techniczne dokładnie sprawdziły łącze i niestety mogę potwierdzić, że pracuje ono na przeciążonej w tym miejscu sieci, co może powodować opisane przez klienta problemy. Przepraszamy naszego abonenta, a w związku z tymi niedogodnościami postanowiliśmy naliczyć mu bonifikatę w wysokości 50 proc. abonamentu za każdy miesiąc, w którym występowały kłopoty. Będziemy też starali się maksymalnie poprawić działanie linii, na ile będzie to możliwe z technicznego punktu widzenia.

Pozdrawiam

Wojciech Jabczyński

Rzecznik Orange Polska”

20:20, miaczynski
Link Komentarze (9) »
piątek, 05 grudnia 2014

W ostatnich kilku dniach przybyło mi do kolekcji kilka doskonałych historii z zakresu obsługi klienta.

Numer 1.

Koleżanka poszła zrobić sobie paznokcie do bardzo ekskluzywnego centrum paznokci. Ekskluzywne więc charakteryzowało się cenami na poziomie zachodnioeuropejskim.Paznokcie zostały zrobione, słony rachunek uiszczony a następnego dnia paznokcie zrobiły co? Ano lakier zaczął z nich odpadać.

Koleżance poszła para uszami, pojawiła się w salonie na miejscu, trzasnęła torebką o stół po czym usłyszała, że po prostu ma... złe paznokcie,.

- Ale jak chodzę do innych salonów to lakier trzyma się przez tydzień! - rzuciła ostatecznym argumentem.

- To proszę chodzić do tych innych salonów - odpowiedziała z gracją pani ekspedientka.

I wszystko jasne, prawda?

Numer: 2.

Redakcyjny kolega schudł nieco. Poszedł więc do krawca, aby ten zwęził mu spodnie. Tak, są jeszcze tacy krawcy, choć już niewielu ich. Krawiec owszem zwęził, ale tak że kanty znalazły się po bokach, jak lampasy. Kolega się nieco oburzył. Na co krawiec odpowiedział mu z wrodzoną prostotą: po prostu ma Pan krzywe nogi.

A teraz będzie historia numer trzy

Pani Magdalena od niedawna ma bliźniaki. Rodzice postanowili sprezentować jej, a jeszcze konkretniej wnukom matę edukacyjną.

- Wybrana mata miała mieć rozmiar 100x110, dodatkowym plusem była darmowa dostawa z Mall.pl. Transakcja przebiegła szybko, z doskonałą informacją o postępach ze strony sklepu. Niestety mata okazała się mniejsza niż zadeklarowano (100x76). Prezent mimo to został wręczony, dzieci jakoś się na niej pomieściły, pozostał jednak niesmak. Mat w tym rozmiarze jest sporo i niekoniecznie była to najtańsza i najciekawsza - opowiada czytelniczka.

mall

Matka pani Magdaleny poinformowała o tym sklep, który odpowiedział jej tak:

"W dniu 28 listopada 2014 13:12 użytkownik Dział <reklamacje@mall.pl> napisał:
Dzień dobry,
Dziękuje za kontakt.
Przepraszam w imieniu swoim i sklepu za powstałe niedogodności, niestety na stronie pojawił się błąd w opisie i zamówiony przez Panią towar ma wymiary 100x76.
Za zgodą kierownika w ramach rekompensaty mogę Pani zaproponować jako gratis :
Philips Avent Zestaw pielęgnacyjny z etui SCH400/30
Czy zgadza się Pani na taka formę rekompensaty?
Pozdrawiam/Best regards,”

Pani Magdalena była pod wrażeniem. Zestaw o którym pisał sklep kosztował 89 zł i zawierał termometr elektroniczny, szczotkę, grzebień, obcinarkę do paznokci maluchów itd.

W sumie jak na przeprosiny gratis był to hojny.

Matka pani Magdaleny odpisała więc, że zgadza się na propozycję. A sklep co? Zamilkł. Mama pani Magdaleny po kilku dniach odezwała się więc do niego jeszcze raz. Tym razem pracownik działu reklamacji przeprosił i poinformował, że „przekazał sprawę do magazynu w celu wysłania dla Pani gratisu”.

- Poinformuję o terminie wysyłki oraz numerze listu przewozowego - zakończył.

Innymi słowy wszystko jest ok. a teraz należy spokojnie czekać na wysyłkę.

Ale wczoraj mama pani Magdaleny otrzymała kolejnego maila. I to takiego, że opadła jej szczęka.

„W dniu 4 grudnia 2014 14:06 użytkownik Dział <reklamacje@mall.pl> napisał:
Dzień dobry,
Dziękuje za cierpliwość.
Otrzymałem informację od kierownika działu handlowego, że za gratis, który Pani zaproponowaliśmy musiałaby Pani zapłacić 1gr + koszty przesyłki 14.99.
Czy zgadza się Pani na taką przesyłkę? „

Tutaj mi z kolei opadły ręce. I nawet rozumiem, że ktoś nagle z Mall.pl policzył, że ta reklamacja robi się trochę droga. Ale trzeba się już trzymać zasady: słowo się rzekło, kobyłka u płotu.

Za 15 zł psuć sobie opinię? Po co?
12:25, miaczynski
Link Komentarze (5) »
środa, 03 grudnia 2014

Czy kupon o wartości 200 zl do perfumerii Douglas, jest w stanie zachęcić kogoś do kupna pralki?

Trudno sobie wyobrazić, że ktoś bierze dla takiej „premii” nową pralkę, jeśli dobrą pralkę ma. Ale jeśli już potrzebuje takiego urządzenia, ba ma w planach podobny zakup, to te dwie stówki mogą ją (bo to raczej kobiety decydują o kupnie pralki) przekonać aby zamiast urządzenia A, wybrać urządzenie B.

Taką promocję 200 zł kupon do perfumerii za zakup pralki Eco Bubble właśnie robi Samsung. Żeby nie był gołosłownym proszę zresztą zobaczyć samemu.
samsung3
samsung

Wygląda ładnie prawda?

Sytuacja jest mniej klarowna, gdy zagłębiłem się w szczegóły tej oferty.

Akcja trwa od 03.11 do 31.12.2014 r. Czyli przyznają państwo dość długo. Ale naprawdę interesujące rzeczy dzieją się dopiero gdy zajrzy się do regulaminu promocji.

Jak się okazuje proces wydobywania bonu z Samsunga jest może nie trudny, ale upierdliwy. Trzeba wypełnić formularz zgłoszeniowy (nie za długi, nie za krótki, imię, nazwisko adres zamieszkania, telefon, email, data zakupu, model zakupionej pralki, numer seryjny, nazwa sklepu, pełny adres sklepu, zgody marketingowe i podpis).

Do tego dołożyć kopię rachunku i wysłać na adres organizatora pocztą albo emailem.

Zgłoszenia zbierane są do końca stycznia. A kod sms przyjdzie nie później niż... 15 lutego przyszłego roku.

Ale powiedzmy sobie szczerze nagroda jest wata świeczki, tfu w sensie bonu.

Tyle, że okazuje się, że Samsung rozdaje raptem... tysiąc bonów.
samsung2
Pralek w „promocji” jest z kolei aż 29 modeli...

Pan Konrad, który zainteresował mnie sprawą oburza się, że „nigdzie w reklamie nie ma info, że tylko pierwszych 1000 pralek bierze udział w promocji”.

- Natomiast jeśli chcemy się dowiedzieć od Samsunga czy już 1000 wniosków zostało zarejestrowanych to nabierają wody w usta i konsultant twierdzi, że nie są w stanie tego ustalić (mam zapis czatu). W dodatku istnieje wielkie prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że te 1000 pralek poszło w pierwszych dniach, a promo trwa do końca roku - opowiada rozżalony czytelnik.

Co na to konsultant?

samsung4
Zapytałem więc Samsunga

1. Ile wniosków zostało już złożonych? Czy jest ich ponad tysiąc? Mniej? 

2. Dlaczego nie zaznaczają Państwo, ze liczba bonów jest ograniczona? Nie ma żadnej gwiazdki z odnośnikiem? 

Na te pytania częściowo odpowiedział mi Olaf Krynicki rzecznik prasowy Samsunga.

I co on na to?

Pozwolą Państwo, że na początek zaprezentuję wersję skróconą, czyli sam sens wypowiedzi. Na ulotkach piszemy, że w promocji jest tylko tysiąc pralek. A ile zgłoszeń przyszło nie powiem.

A teraz to samo, ale w dłuższej wersji:

„Zarówno na ulotkach jak i w regulaminie zamieszczonym na stronie  zawarta jest informacja  o ograniczeniu promocji w czasie oraz  o tym, że do akcji promocyjnej  przeznaczono  1000 pralek. Podano tam też modele pralek, które objęto akcją promocyjną. 

W paragrafie 3 punkt 5 Regulaminu znajdzie Pan stwierdzenie: Liczba nagród w Promocji jest ograniczona i wynosi 1000 nagród. W przypadku, gdy liczba zgłoszeń w Promocji przekroczy liczbę nagród o uzyskaniu nagrody decydować będzie kolejność dokonania zgłoszenia w Promocji, zaś w przypadku takiej samej daty kolejność otrzymania zgłoszenia.  

Zakup pralki objętej promocją nie jest jednoznaczny z wzięciem udziału w promocji. Trzeba w przeciągu 30 dni o daty zakupu wypełnić formularz na stronie promocji, potwierdzić też zapoznanie się z jej regulaminem. Cały czas formularze są weryfikowane i jeśli są poprawnie wypełnione informujemy o tym klientów i przesyłamy bony.  Ten proces cały czas trwa.”

WNIOSEK?
Czy to wszystko oznacza, że bonów już nie ma, więc nie ma też sensu wysyłać cokolwiek? 

W Samsungu już po publikacji tego tekstu przekonywano mnie, że są one wydawane na bieżąco. I właściwie jeśli ktoś  wyśle formularz to w ciągu czterech, pięciu dni powinien dostać sms -a z kodem.
Trzymam za słowo.
I liczę, że Samsung na swoich stronach internetowych wyraźnie napisze, że w promocji bierze udział tylko i aż tysiąc pralek. A nie będzie tylko odsyłał do regulaminu, aby w nim zdobyć  tę cenną wiedzę.

Widzą państwo - marketing - marketingiem, owszem ma swoje prawa, ale moim zdaniem lepiej klientów o najważniejszych warunkach promocji informować wprost. Pozwala to uniknąć wielu przykrych niespodzianek.

15:49, miaczynski
Link Komentarze (5) »
czwartek, 27 listopada 2014

Dawno, dawno temu, (w branży dziennikarskiej to trzy lata) zrobiliśmy z kolega wywiad z panem Modestem Amaro, który jeszcze nie był tak znany jak jest znany teraz a właśnie kończył przygotowania do otworzenia pierwszej swojej własnej restauracji.

Zapytaliśmy go wtedy czy wśród kucharzy na Zachodzie istnieje świadomość, że jest coś takiego jak polska kuchnia i o sushi?

- Istnieje. Przymierzamy się z profesorem Jarosławem Dumanowskim do napisania książki na ten temat. Udałoby się wybrać ok. 100 przepisów które funkcjonują w Europie inspirowane kuchnią polską. W większości krajów "kuchnia ŕ la polonaise" kojarzy się głównie z szafranem. Yannick Alléno, trzygwiazdkowy francuski kucharz Michelina, wymyśla przepisy inspirowane kulebiakiem. Choć jego kulebiak jest nie w cieście francuskim, tylko w cienkim waflu. I nie z zapiekanym łososiem ze szpinakiem, ale z małżami św. Jakuba i odrobiną kawioru. Foie gras z bułką tartą z obu stron też pochodzi z Polski. Albo magdalenki, czyli kruche ciastka! Tyle że sami Polacy nie mają o tym zielonego pojęcia. Bo co jest u nas super? Kebab i sushi.

Dwie nowe narodowe potrawy Polaków.

- A sushi w Polsce jest paranoją.

Dlaczego?

- Robimy je z łososia i ryby maślanej. Na dodatek rzadko kiedy jest to świeża ryba.

Pan sushi nie jada?

- W Polsce absolutnie. Moja córka fascynuje się Japonią, ale jak chce jeść sushi w Polsce, to jej zabraniam. Krewetek też nie jem. Zostawiam sobie tę przyjemność na wyjazdy za granicę.

Polacy jednak Amaro nie słuchają i sushi jedzą. Choć chyba rzadziej niż dwa, trzy lata temu. Teraz w stolicy na fali są hamburgery, choć i ich popularność powoli gaśnie.

Sporo osób robi jednak sushi samodzielnie w domu. Wyzwanie podchwyciły sklepy i teraz każdy chętny może sobie skręcać i rolować to co mu się żywnie podoba. A potem  doprawiać wasabi. Jeśli ktoś lubi na ostro rzecz jasna.

10819071_956542607693881_1370758591_n
I w tej sprawie napisał do mnie pan Jakub.

- Proszę przeczytać skład po angielsku i polsku. To jest zwykle oszustwo - alarmuje.

 10822423_956542641027211_4299678_n

To czytamy:

Po angielsku: Horseradish (Armoracia rusticana), syn. Cochlearia armoracia) is a perennial plant of the Brassicaceae family

Po niemiecku: Der Meerrettich (Armoracia rusticana) gehört zur Familie der Kreuzblütengewächse (Brassicaceae).

Czyli w wolnym tłumaczeniu chrzan pospolity – gatunek rośliny z rodziny kapustowatych. (Armoracia rusticana)

Jak to opisano zaś po polsku?

10799744_956542684360540_1860386572_n
Chrzan wasabi.

A co to jest chrzan wasabi? Chrzan japoński, wasabia japońska, wasabi (Eutrema japonica) – gatunek rośliny z rodziny kapustowatych (Brassicaceae). Jest uprawiany w Japonii, w Korei i na Tajwanie.

- A ja nie wiedząc jak jest po angielsku "chrzan pospolity", czyli ten zwykły, biały, dałem się złapać i kupiłem 2x droższy produkt. Skład oczywiście był niemal identyczny jak w tym tańszym - narzeka czytelnik.
Jak widać można schrzanić nawet opis chrzanu. W końcu chrzan pospolity nie brzmi zbyt dumnie. A że jedno ostre i drugie ostre? To już inna sprawa.

18:10, miaczynski
Link Komentarze (9) »
środa, 26 listopada 2014

Zawsze wychodziłem z założenia, że więcej można załatwić uprzejmością niż krzykiem. Podam państwu przykład. Do „Agory” wjeżdża się przez szlaban. Aby otworzyć szlaban trzeba zrobić co?

Przyłożyć kartę do specjalnego czytnika, czyli zatrzymać się, otworzyć okno w samochodzie (trochę już wieje), przyłożyć kartę, zamknąć okno i pojechać dalej. Niby nic nieskomplikowanego, ale zabiera trochę czasu i jest nieco upierdliwe. Tyle, że od zawsze mówię panom, którzy kręcą się w okolicach szlabanu: dzień dobry. A oni odpowiadają mi również dzień dobry.

Robię to ze zwykłej uprzejmości. Kiedy jest gorąco, oni są na zewnątrz, kiedy jest zimno, oni również są na zewnątrz. Zasługują na odrobinę szacunku.

Panowie ochroniarze ponieważ również są uprzejmi i mnie rozpoznają robią bardzo miły gest: Widząc zbliżające się moje auto, naciskają guzik na pilocie, który trzymają w ręku. Wtedy szlaban się podnosi i nie muszę się zatrzymywać. Oni są mili, ja jestem miły, świat jest dzięki takim rzeczom bardziej sympatycznym miejscem.

Ale do rzeczy. Koszmarem każdego punktu obsługi klienta są klienci, którzy wrzeszczą. Aby ich spacyfikować montuje się czasem za plecami konsultanta wielkie lustro. Ludzie są mniej chętni do wygrażania pięścią gdy widzą w nim swoją czerwoną twarz.

Konsultanci.w punktach obsługi klienta, powiedzmy szczerze widzieli wiele i tylko od nich zależy czy mogą bardzo pomóc, mało pomóc czy w rygorystyczny sposób trzymając się zaleceń nie zrobić absolutnie nic.

I tutaj przechodzimy do wspomnianej w tytule pozy, którą opracowała na użytek prywatny Jessica Winter dziennikarka internetowego magazynu Slate.

Poza nazywa się całkiem niepoprawnie dla naukowców, ale niezwykle efektownie dla mediów uprzejmym brontozaurem.

Jessice Winter udało się dzięki niej  uzyskać miejsce w samolocie na praktycznie wyprzedany lot z Nowego Jorku na Heathrow. Udało się też skłonić obsługę do otwarcia już zamkniętego gate’u (osoby, które latają wiedzą, że jest to bardzo trudne) i do wpuszczenia jej na pokład. Na dodatek tuż przed świętami.
Dzięki brontozaurowi Jessica Winter zobaczyła koncert grupy Go-Betweens. Nie miała na niego biletu. Brotozaur przekonał ochronę aby wpuszczono ją do zamkniętej części muzeum Ermitażu w Sankt Petersburgu.

Wreszcie brontozaur podziałał na kolejkę mniej więcej tysiąca czekających pod księgarnią Barnes and Noble osób. Winter weszła na publiczne czytanie książki przez pewną/pewnego celebrytę. Widownia już była upakowana jak sardynki w puszce.

Jak wobec tego wygląda uprzejmy brontozaur?
brontozaur
Źródło: Slate

Jak się okazuje niektóre osoby mniej lub bardziej świadomie już ją stosują...mucha
Źródło: Pudelek

Dlaczego to działa?
O to Winter zapytała Dr. Lilian Glass specjalistkę od mowy ciała. Ta zaś przekonuje, że postawa sprawia, że druga osoba (konsultant) czuje, że jest królem dżungli. A im bardziej czuje się tym królem tym jest dla uprzejmego brontozaura bardziej pełna zrozumienia.

Poza jak twierdzi działać będzie nie tylko w przypadku obsługi klienta, ale również z rodzicami , partnerami, dziećmi oraz upierdliwymi współpracownikami.

Polecam do testowania w okresie przedświątecznym.

A jakie są inne sposoby traktowania klienta? To można zobaczyć na tym filmie w wykonaniu LOT.

14:26, miaczynski
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 listopada 2014

Leszek Miller za czasów swojej świetności miał fantastyczny bon mot, tu cytuję z pamięci: „mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy”. Jak ulał pasuje to do firm i sposobu w jaki traktują klienta. 

Są małe i duże sklepy, które do momentu, kiedy wszystko idzie ok. zachowują niezły standard usług. Problem za to pojawia się w momencie gdy – niespodzianka - pojawia się problem. Bo firmy proszę państwa poznaje się nie przez to co mówią, nie przez to jak się reklamują, ale przez to co robią i jak załatwiają reklamację. 

A o tym opowie nam więcej pan Łukasz, który był  w warszawskiej Stodole na koncercie Morrissey'a. - Niestety po zaśpiewaniu 5 numerów szanowny artysta zwinął się ze sceny. Po zamieszaniu okazało się, że został ponoć obrażony przez kogoś z widowni – relacjonuje czytelnik. 

Jak twierdzi w czasie między utworami Morrissey chciał coś powiedzieć. ale ktoś z widowni krzyknął "Zamknij się i graj!".

A jeszcze konkretniej jeden z widzów miał krzyknąć nieco łagodniej "Don't chat just sing". Według części relacji Morrissey miał zaśpiewać wcześniej nie pieć ale siedem utworów. 

- Po kilku minutach ogłoszono, że jeśli osoba która to powiedziała nie wyjdzie z sali to koncert nie będzie kontynuowany. Przez 15 minut trwało nerwowe ustalanie autora tych "okropnych" słów godzących w godność artysty. Ktoś się wreszcie przyznał i wyszedł, ale po kolejnych kilkunastu minutach na scenę wyszedł przedstawiciel organizatora/piosenkarza (?) i powiedział, że "Morrissey nie jest w stanie kontynuować koncertu, że nie czuje się na sali bezpiecznie i jest już w drodze do Krakowa" – relacjonuje pan Łukasz.  

Uczestnicy koncertu oczywiście byli rozczarowani. Koncert, który miał trwać 1.5 godziny – trwał zaledwie trochę ponad 20 minut. 

Drugim rozczarowaniem było jednak stanowisko organizatora, czyli Live NationWidzowie co tu dużo ukrywać, liczyli na zwrot swoich pieniędzy w mniej, albo bardziej brzęczącej walucie – bilety kosztowały od 145 do 199 zł. 

W końcu koncert się skończył, zanim nawet dobrze nie rozpoczął. Co na to organizator? Tu już będzie zabawnie. Wydał oświadczenie. 

W trakcie dzisiejszego koncertu Morrisseya w klubie Stodoła w Warszawie jeden z widzów stojących blisko sceny wypowiedział niezwykle obraźliwe i szowinistyczne słowa pod adresem Artysty. Zaistniała sytuacja zmusiła Artystę do opuszczenia sceny.

Zapraszamy wszystkich obecnych na warszawskim koncercie do nieodpłatnego uczestnictwa w koncercie krakowskim, który odbędzie się w Łaźni Nowej 21 listopada 2014 roku.

Zainteresowanych prosimy o kontakt pod adresem info@livenation.pl

To oczywiście się uczestnikom nie spodobało. Na profilu Live Nation pojawiły się opinie dalekie od zadowolenia. Określiłbym je jako próbę przeprowadzenia bombardowania w trudnym terenie. 

1. „za benzynę/bilety kolejowe/autobus do Krakowa dopłacicie skoro zapraszacie?! Plus, nie ma żadnej gwarancji, że to się nie powtórzy.

KPINA!

2. „no pewnie stawiajo bilety Pendolino”

3. „Super oświadczenie: ) Tylko, że ja mam bilet zarówno na koncert w Warszawie i na ten piątkowy w Krakowie. Podejrzewam, że wiele osób też zakupiło bilety na oba koncerty. Więc nic mi po Waszej propozycji. Proszę o zwrot pieniędzy za "koncert" w Warszawie.

Oczywiście, nie ma możliwości aby wszyscy uczestnicy warszawskiego koncertu zmieścili się w Krakowie. Propozycja firmy była więc co najwyżej ofertą dla garstki najbardziej zażartych fanów. 

Kiedy uczestnicy psioczyli dalej w tym tonie w końcu pojawiła się bardziej konkretna informacja o tym, że można składać jednak w tej sprawie reklamacje. 

Ukryta jednak tak na Facebooku, że trudno ją znaleźć. 

Zrzut_ekranu_20141121_o_14.28.49

Jak do tego zagadnienia podchodzi regulamin uczestnictwa w koncercie umieszczony na stronach Live Nation?

W punkcie 3.1b organizator pisze, że  „w przypadkach uzasadnionych względami bezpieczeństwa żądać, aby posiadacz biletu opuścił teren imprezy i zastosować odpowiednie kroki, aby zarządzenie zostało wykonane. Dotyczy to w szczególności sytuacji, w których uczestnik imprezy zakłóca porządek publiczny, zachowuje się agresywnie lub niezgodnie z niniejszym Regulaminem.

To tłumaczy na jakiej podstawie została wyproszona osoba, która kazała artyście przystąpić do rzeczy. 

O odszkodowaniach za zbyt szybkie przerwanie koncertu mowy wyraźnie nie ma. Ale w paragrafie 4.3 regulaminu przeczytać można tak:

Zakupiony bilet należy traktować jako indywidualną zgodę Organizatora na wejście na koncert, która może być cofnięta w każdej chwili, z przyczyn związanych z koniecznością zachowania zasad bezpieczeństwa. Upoważnia to do otrzymania jedynie zwrotu całości lub części kwoty wydrukowanej na bilecie, w zależności od tego czy zgodę cofnięto przed wejściem na koncert, czy w jego trakcie.

I ten zapis też od biedy można wykorzystać w tej sytuacji. 

Niezależnie od okoliczności, uczestnicy koncertu moim zdaniem nie dostali tego za co zapłacili. I powinno im się zwrócić jakieś dwie trzecie ceny biletu.  

UPDATE!

Sprawa zakończyła się jak na razie w sposób mało satysfakcjonujący dla uczestników koncertu.

Pan Łukasz:

"Dostałem dwa, 25 złotowe kupony zniżkowe na zakup kolejnych biletów. Żałość mnie ogarnia tak jak innych rozczarowanych uczestników koncertu.

Próbują się jakoś zorganizować, ale jakoś chyba rozejdzie się po kościach. Podsyłam odnośniki do tych zorganizowanych akcji. Byłbym wdzięczny gdyby umieścił Pan wzmiankę o tym jak zakończyła się akcja z tą durną firmą. Może chciałby Pan dwa kupony zniżkowe? "

Jak widać organizator wybrał najtańsze wyjście z sytuacji. Przy czym część osób dostała takie pisma:

18:03, miaczynski
Link Komentarze (24) »
czwartek, 20 listopada 2014

Frondzie nie spodobał się najnowszy klip reklamowy niemieckiej sieci dyskontowej. Jak przeczytać można w tekście na stronie Frondy

„w pierwotnej reklamie pojawiły się wszystkie elementy charakterystyczne dla przedświątecznego okresu: zaśnieżone ulice, radośni ludzie szykujący się do Świąt, choinki i inne bożonarodzeniowe dekoracje, bohaterowie dający sobie prezent podczas spotkania rodzinnego oraz piosenka „Let it snow”. Lektor mówił o Świętach i Bożym Narodzeniu.

Niestety do stacji telewizyjnych trafiła wersja zupełnie inna. Zamiast Świat i Bożego Narodzenia pojawiło się laickie określenie „te wyjątkowe dni".”

 

Fronda wzywa do bojkotu.

lidlbojkot

„Polska to kraj chrześcijański. Nasza tradycja bożonarodzeniowa jest ściśle związana z przeżywaniem Narodzenia Pana Jezusa Chrystusa. Nie pozwolimy na to, by zagraniczna firma narzucała nam laicką i ateistyczną ideologię. Nie chcemy w Polsce propagandy nihilistycznej! Domagamy się przywrócenia „Bożego Narodzenia” do spotu przedświątecznego, albo będziemy wzywać do bojkotu produktów sklepu Lidl.

Już teraz wysyłajmy maile do przedstawiciela sieci Lidl na adres: biuro.prasowe@lidl.pl z następującą treścią: Oddajcie nam „Boże Narodzenie”

Z wielkim oburzeniem zauważyłem/am, że promują Państwo niechrześcijańską wizję Świat Bożego Narodzenia w Państwa spocie telewizyjnym. Dlatego proszę o przywrócenie w reklamie akcentów polskiej chrześcijańskiej kultury, Bożego Narodzenia. Jeśli Państwo nie zmienią swojej nihilistycznej i obcej nam ideologii, przestaniemy kupować Państwa produkty i będziemy zachęcać innych do bojkotu Lidla!

Z poważaniem

Imię i nazwisko”

Tłumaczenia „Lidla”, że chodzi im tylko o to, aby reklama objęła jak najszerszy odcinek czasu - w końcu spot jest emitowany od początku listopada (w międzyczasie są choćby Mikołajki) oczywiście nikogo nie przekonały.

Myślę, że Fronda by się oburzyła jeszcze bardziej gdyby wiedziała, że Lidl wcześniej propagował satanizm. W ubiegłym roku portal Gazeta.pl cytował czytelnika z Kartuz, który w gazetce promocyjnej Lidla w ramach tygodnia francuskiego dopatrzył się antychrześcijańskiej symboliki.

- Nie jestem fanatykiem religijnym, ale zwróćcie uwagę, że kosztują nie 6 złotych i 99 groszy, bo zwykle taka jest końcówka, lecz 6 złotych i 66 groszy, co pokazano na reklamie jak trzy szóstki - mówi pan Zdzisław.

- Trzy szóstki i głowa kozy (kozła) uznawane są za symbole zła - wtórowała mu egzorcystka.

Materiał na temat sera koziego, był wówczas zatytułowany „Trzy szóstki i rogi w reklamie Lidla". Ser "szatański" po takiej reklamie sprzedał się już całkowicie drugiego dnia promocji.

Jakie z tego płyną wnioski?

Sieci handlowe rozpoczynają sezon świąteczny coraz wcześniej. Dekadę temu startował on w połowie listopada i wydawało nam się to dość wcześnie.

Obecnie taką granicą rozpoczęcia w reklamach i centrach handlowych ofensywy świątecznej jest 1 listopada, czyli Wszystkich Świętych. Choć zdarzają się coraz częściej próby startu z kampanią świąteczną, już w październiku.

Bierze się to z bardzo prostego powodu. Handel polega na tym, by wywołać w klientach szał zakupów. W święta jest to prostsze niż zwykle, bo ludzie są nastawieni na kupowanie. A więc będziemy im wmawiać, że te święta już się zaczęły.

Paniom i panom z Frondy mogę przekazać tylko jedno, nie chodzi tutaj o żadne wartości, tylko pieniądze.

A celebracja świąt chrześcijańskich raczej nie polega na oglądaniu reklam.I im mniej będzie w nich religii, tym lepiej dla samych wierzących.

Bo "święta" z centrów handlowych i sklepów z normalnymi Świętami Bożego Narodzenia nie mają nic wspólnego. 

11:37, miaczynski
Link Komentarze (17) »
środa, 19 listopada 2014

W ubiegłym roku Lidl aby Polacy robili w nim przedświątecznego zakupy rozdawał książkę kucharską  Pascala Brodnickiego i Karola Okrasy.

Rozdawał na tyle skutecznie, że na samym początku zniknął milion egzemplarzy, a później również dodruk 200 tys. egzemplarzy. Obstawiam, że gdyby niemiecka sieć chciała rozdać 1,5 mln. książek też by im się udało.

Po takim sukcesie wiadomo było, że nastąpi ciąg dalszy.

O naszej zeszłorocznej akcji słyszało 61% Polaków, a 75% z nich przyznało, że promocja bardzo im się podobała. Co więcej, aż 78% respondentów jest zdania, że powinniśmy realizować podobne akcje w przyszłości–twierdzi cytowana w komunikacie prasowym Anna Biskup, PR Manager Lidl Polska.

Od siebie dodam, że na żywo mówi mniej więcej podobnie. I sieć analizowała poszczególne akcesoria kuchenne, które można by było w takim „niby prezencie” przekazać.

Analizowała i w końcu doszła do wniosku, że jedynym słusznym rozwiązaniem jest nóż. 

15829887405_ea3aaca5f7_z

Tutaj znowu były badania (tak poważnej rzeczy, jak przychody grudniowe nie opiera się tylko na intuicji).

I co wyszło z tych badań?

„Aż 83% z nas przyznaje, że nóż kuchenny jest zdecydowanie ważnym wyposażeniem każdej kuchni, a niemal co drugi Polak jest zdania, że noże kuchenne mogą nam służyć nawet całe życie. Nasze przywiązanie do noży wyrażamy w liczbie posiadanych ostrzy. Większość z nas ma  w swojej kuchni ponad 6 noży, a co trzeci szczyci się posiadaniem zestawu noży  w liczbie 4–6 sztuk. „

Znaczy się: lubimy noże i lubimy mieć ich dużo. 

W ubiegłym roku aby dostać książkę trzeba była zbierać naklejki. Wymiana odbywała się według parytetu: jedne zakupy za 50 zł to jeden znaczek. Jak ktoś zebrał 6 znaczków (czyli wydał 300 zł) dostawał „prezent”.

To oznaczało również, że za książki Lidl odnotował przynajmniej 360 mln. zł obrotu. W tym roku jest podobnie a jednak całkiem inaczej.

„Za każde wydane 60 zł otrzymamy jedną naklejkę. Po zebraniu 10 naklejek i uiszczeniu symbolicznej opłaty w wysokości jednego grosza otrzymamy profesjonalny nóż szefa kuchni. Z akcji wyłączone są napoje alkoholowe  w tym piwa, wyroby tytoniowe, produkty lecznicze, preparaty do początkowego żywienia niemowląt i przedmioty służących do karmienia piersią. Promocja będzie trwać od 1 do 24 grudnia lub do wyczerpania zapasów.”

Innymi słowy nóż kosztuje 600 zł i 1 grosz.

To dużo czy mało?

Nóż jest niezwykle solidny i ostry jak brzytwa Wiedźmina o czym może zaświadczyć mój skaleczony nim palec (oraz palce sześciu innych dziennikarzy, którzy nożem siekali). Zrobiony jest ze stali chromowo-molibdenowo-wanadowej (X50 Cr Mo V15) i wpakowany w ładne ozdobne opakowanie.

Występuje w dwóch wersjach Brodnickiego i Okrasy różniąc się głównie rękojeścią. Generalnie rzecz biorąc podobny nóż kosztuje pewnie w detalu ok. 30 - 50 zł.

Lidl oczywiście zapłacił za coś takiego dużo taniej.

Ile noży rozda w promocji Lidl? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że będzie ich mniej niż książek. Osobiście obstawiam jakieś 500 – 600 tys. noży co znów dałoby znów między 300 a 360 mln. przychodów.

Lidl kalkuluje, że klienci do koszyków w pierwszej kolejności włożą serię  świąteczną produktów de luxe – gdzie ma bardzo przyzwoite marże.

Wydanie w Lidlu – 600 zł wcale jednak łatwe nie będzie (zwłaszcza, że naklejek nie można dostać za alkohol). To coś w rodzaju paktu o lojalności. Dostaniecie fajny nóż, ale sieć w zamian domaga się całkowitej lojalności swoich klientów w miesiącu grudniu. Tak aby wszystkie zakupy  świąteczne zrobili u nich. W dużych miastach to pewnie wypali. Sporo osób noże może dawać jako prezenty świąteczne.

Ale w mniejszych miejscowościach może to być już trudne. 600 zł to ciągle w naszym kraju sporo pieniędzy. Zwłaszcza, że do Lidla przychodzi się głownie po jedzenie.

23:54, miaczynski
Link Komentarze (20) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69