Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
piątek, 12 maja 2017

- Witam, Panie Piotrze - czy słyszał Pan o klapach od sedesu z... funkcją siadania? Ja nie słyszałem, więc kupiłem pierwszą z brzegu deskę do muszli klozetowej i sobie na jej klapie usiadłem, a ona pękła – pisze do mnie pan Łukasz.

Moim zdaniem generalnie na klapach nie powinno się siadać, ale to prawdopodobnie spór jak ten z gatunku, czy placki ziemniaczane je się z cukrem czy bez cukru.

Kiedy jednak klapa pękła, mniemam z ostrym trzaskiem rozpoczął się boks ze sklepem, który klapę sprzedał. Czytelnik zażądał nowej deski albo odstąpienia od umowy. Ewentualnie przywrócenia jej  do stanu sprzed uszkodzenia. To ostatnie jednak mym zdaniem byłoby chyba dość trudne.

18361299_1348049788616705_449450998_n

Na reklamację sklep odpisał, że „klapa nie ma funkcji siadania (służy tylko do izolowania brzydkich zapachów)” A tak w ogóle to duroplast, z którego jest wykonana deska, to materiał twardy, ale kruchy. Poza tym na opakowaniu jest informacja, żeby klapy nie obciążać.

Zrzut_ekranu_20170512_o_12.22.05

- Na moją uwagę, że jest tylko informacja, żeby na niej nie stawać, producent odpowiedział, że idąc moim tokiem rozumowania powinna też być informacja, żeby nie stawać na niej na rękach – pisze czytelnik.

18361511_1348049811950036_1919171861_n

- Idąc Pańskim tokiem rozumowania, w zaleceniach powinniśmy dodać, “nie kładź się”, “nie klękaj”/…// Czy jeśli usiądzie Pan na dachy samochodu lub na pokrywie bagażnika i wgniecie te elementy, też Pan będzie reklamował u producenta tego typu wadę? –napisał przedstawiciel sklepu. 

Zrzut_ekranu_20170512_o_12.22.23

Żeby nie było sprzedawca wyszedł tutaj z inicjatywą. Prześle nową deskę – czytelnik miał tutaj pokryć tylko koszt kuriera. Pan Łukasz się nie zgodził.

- Tematem zainteresowałem już Rzecznika Konsumentów (pod kątem reklamacji) i Inspekcję Handlową (pod kątem bezpieczeństwa produktu i właściwego oznakowania), ale może warto uprzedzić Pańskich czytelników, żeby uważali, gdzie siadają? – twierdzi czytelnik.

I dodaje: - Tak na marginesie - rozmawiałem z innym sprzedawcą desek i najwyraźniej temat jest znany w "środowisku", ale chyba nikt dotąd nic z tym nie robił, bo tłumaczenie "bo wie Pan, to jest duroplast" jest powszechnie używane do odmów uznania reklamacji.

Jak wynika z jego ustaleń jeśli ktoś chce na klapie siadać, to musi być ona z polipropylenu. Taką też teraz zamówił.

Czy oznaczenie deski przez producenta było jednak prawidłowe? Moim zdaniem nie. W końcu co nie jest zakazane, jest dozwolone. W tym przypadku, kierując się opakowaniem można było uznać, że wyraźnie zakazane jest tylko stawanie na pokrywie, czyli obciążanie punktowe.

Inni producenci np. Koło wyraźnie  informują, że na ich klapach nie wolno stawać ani też siadać.

Zrzut_ekranu_20170512_o_12.38.20

A placki to oczywiście bez cukru.

12:57, miaczynski
Link Komentarze (11) »
piątek, 28 kwietnia 2017

Było miło, ale się skończyło. Spółka właśnie rozsyła użytkownikom nowy regulamin usług, który wchodzi od 14 maja. Zgodnie z nim, zostanie skrócony czas przechowywania przesyłek w paczkomatach z 72 godzin do 48 godzin.

- Już dawno zauważyliśmy, że znakomita większość z Was odbiera paczki w czasie... nieprzekraczającym 24 godzin! Skrócenie czasu na odbiór  przesyłki do 48 godzin nie wpłynie na wygodę korzystania z Paczkomatów – twierdzi InPost.

Z tego co usłyszałem od rzecznika firmy Wojciecha Kądziołki 97 – 98 proc. przesyłek jest odbierana w ciągu dwóch dób.

Zrzut_ekranu_20170428_o_16.56.18

Według rzecznika zmiana ma za to przyspieszyć opróżnianie paczkomatów (lub jak kto woli rotację przesyłek) przed świętami Bożego Narodzenia. Wtedy jest największy ruch, paczki nie mieszczą się w maszynach i wydawane są z samochodów stojących przy paczkomatach.

To nie jedyna zmiana. Od 14 maja zarówno odbiorcy, jak i nadawcy będą mieli możliwość przedłużenia czasu na odbiór paczki w paczkomacie o dodatkowe 48 godzin. Będzie to kosztowało 4,62 zł z VAT. Z jednej strony jest to wygodna opcja, której mi osobiście brakowało. Z drugiej to jednak całkiem sporo. 

Krócej też, i  to dużo krócej przechowywana będzie nieodebrana z paczkomatu przesyłka. Teraz jest to 11 dni. Od 14 maja będą to tylko trzy dni.

Wytłumaczenie? - Ujednolicamy zasady — dla przejrzystości postanowiliśmy  wyrównać czasy awizacji paczek paczkomatowych i kurierskich. Od połowy maja  wszystkie paczki doręczane przez InPost obowiązywać będą te same czasy  awizacji – tłumaczy firma.

Paczkomaty się zmienią

Podobnego rodzaju ruchy, dają coś czego InPost potrzebuje teraz najbardziej, czyli redukcję kosztów. Grupa Integer, właściciel paczkomatów, w ubiegłym roku przyniosła 496,2 mln zł straty netto.

W poniedziałek ogłoszono, że Integer zostanie zdjęty z parkietu warszawskiej giełdy. Będzie to możliwe, bo sukcesem zakończyło się giełdowe wezwanie ogłoszone w lutym w porozumieniu z amerykańskim funduszem Advent International. Fundusz ma prosty plan. Długi będą spłacone. Na nowe inwestycje i zabezpieczenie obsługi zadłużenia pójdzie ok. 500 mln zł.

Nowy kapitał pójdzie na postawienie większej ilości paczkomatów w Polsce i poza granicami kraju (głównie chodzi tutaj o Wielką Brytanię). Tajemnicą nie jest, że nabywcy z nową spółką, do której powędrują wszystkie udziały, będą chcieli ją sprzedać za kilka lat za dużo większe pieniądze.

16:58, miaczynski
Link Komentarze (9) »
czwartek, 13 kwietnia 2017

Wszystko przez koszulę z naszywkami kosztująca w sklepie internetowym sieci 99 zł. Zdaniem części internautów nawiązuje ona do nazizmu.

Koszula jest w stylu militarnym, jasna, z naszywkami. Model w nią ubrany łysy. Sam ciuch na dodatek jest błędnie opisany, bo na zdjęciu  opis mówi o 177 cm modelce. Chyba, że ja czegoś nie dostrzegam. 

Zrzut_ekranu_20170413_o_13.57.57

Komentarze na profilu Reserved są bezwzględne.

„Czy elementem nowej kampanii będzie noc kryształowa?“

„Stylizacja na neonazistę. Jak można w kraju, który tyle wycierpiał z rąk i karabinów nazistów stworzyć taką linię odzieży, która nawet nie przypomina, ale replikuje strój niemieckich bojówek. Kto tu upadł na głowę i z kim zamienił się mózgiem????? Bojkotuj Reserved.“

Od razu też zaczęły powstawać memy, uderzające w markę.

Część osób biorących udział w dyskusji podnosi, że strój wzorowany jest na amerykańskim mundurze z okresu II wojny światowej. To jednak oponentów nie przekonuje. Twierdzą, że sama stylizacja: wygolona głowa oraz glany nie pozostawiają tu żadnych wątpliwości.

Ja bym zauważył, że sam robię się łysy a nie jestem skinheadem, ale prawdopodobnie nikogo to nie przekona. Dlaczego?

Kto sieje wiatr zbiera burzę

Bo to kolejna w ostatnim czasie kontrowersyjna decyzja sieci. Bo czegóż to ostatnio tu nie było.

Niedawno przez sieć przetoczył się filmik, w którym urocza cudzoziemka prosiła ludzi o pomoc w znalezieniu chłopaka z Polski, niejakiego Wojtka.

Po kilku dniach okazało się, że chodzi tutaj nie o pomoc komukolwiek tylko zwykłą, na dodatek durną reklamę Reserved. Część osób udostępniających w dobrej wierze ten film, poczuła się wykorzystana.

Wcześniej były problemy z podatkami (na właściciela Reserved, spółkę LPP czai się UKS w Gdańsku, chce mu dosoli 24 mln zł ekstra).

- W protokole UKS wskazał, iż w jego ocenie za 2012 rok emitent niewłaściwie ustalał koszty uzyskania przychodu, zwłaszcza w odniesieniu do wydatków na sublicencje na korzystanie ze znaków towarowych wniesionych aportem do spółki cypryjskiej (Gothals Ltd) – pisała spółka.

A co o koszuli sądzi LPP?

- Wojskowe motywy to w tym roku bardzo silny trend w modzie, ale komentarze internautów pokazują, że jedna z męskich koszul i stylizacja, w jakiej została przedstawiona, wzbudziły negatywne skojarzenia. W związku z tym podjęliśmy decyzję o natychmiastowym wycofaniu tego modelu ze sprzedaży on-line i w sklepach stacjonarnych – odpowiada na moje pytanie Marta Chlewicka Rzecznik Prasowy  LPP.

Obawiam się jednak, że spółce zbyt dużo się ostatnio zebrało. LPP a w szczególności Reserved ma spory kłopot wizerunkowy. I jego usunięcie będzie trwało lata. Bo brand zaczął się źle kojarzyć. 

15:11, miaczynski
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 27 lutego 2017

To już niemal pewne. W wtorek bądź środę pojawi się projekt ustawy w tej sprawie autorstwa Ministerstwa Kultury. Założenie jest proste: jeśli ktoś ma w domu płatną telewizję, to ma też telewizor. Kablówki i platformy satelitarne będą więc zobowiązane do przekazywania danych o swoich klientach Poczcie Polskiej. Ta następnie sprawdzi, czy dane gospodarstwo domowe płaci już abonament, a jeśli nie, to czy powinno płacić.

Opłata wyniesie dokładnie tyle samo ile teraz, czyli 22,70 zł miesięcznie, płatne od gospodarstwa domowego.

abonamentScreenshot ze strony Poczty Polskiej

W ubiegłym roku z abonamentu wpłynęło niespełna 750 mln zł. Po zmianie Ministerstwo Kultury, które opracowało projekt, liczy na 1,4 mld zł.

Cała idea budzi kilka poważnych pytań. 

Co z osobami, które obecnie płacą kablówce, ale nie uiszczają abonamentu?

Zgodnie z obecnym stanem prawnym, gdy kontroler stwierdzi, że ktoś używa niezarejestrowanego odbiornika RTV (radia lub telewizora), wydaje nakaz rejestracji oraz nakłada karę w wysokości 30-krotności miesięcznej opłaty abonamentowej. Dziś to 22,70 zł miesięcznie. Oznaczałoby to, że nagle miliony osób, które obecnie nie płacą abonamentu (a mają płatną telewizję), musiałyby zapłacić ponad 680 zł kary.

Ministerstwo Kultury dla takich klientów kablówek/platform cyfrowych najprawdopodobniej zaproponuje amnestię.

Ale od wejścia w życie ustawy będą musiały już abonament płacić. 

Dlaczego abonament wyniesie 22,70 zł miesięcznie?

Wcześniej szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański wspominał, że nowy abonament będzie dwa razy niższy niż obecnie. Tak się jednak nie stanie, a przynajmniej nie od razu.

Owszem, w rozmowie z PAP wiceszef Ministerstwa Kultury Paweł Lewandowski, który pracuje nad tą sprawą, przyznał, że jego resort rozpoczął prace nad zupełnie nowym rozwiązaniem. - Mamy już analizy i zastanawiamy się nad wyborem rozwiązania. Optujemy za tym, by składka abonamentowa była potrącana od podatku PIT i składki KRUS w wysokości około 6 zł na osobę - twierdził.

Taki pomysł wymaga jednak notyfikacji Komisji Europejskiej. Rząd musiałby na to czekać – jak pokazuje praktyka – od ośmiu do 18 miesięcy. Ustawa weszłaby więc w życie najprawdopodobniej pod koniec 2018 roku. 

Co z ustawą o ochronie danych osobowych?

Ministerstwo kultury nie pokazuje projektu, bo czekamy na uwagi Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych oraz Urzędu Ochrony Konsumenta i Konkurencji. Czy jednak ewentualny sprzeciw GIODO odnośnie przekazywania bazy danych o klientach cokolwiek da?

PiS potrzebuje pieniędzy na publiczną telewizję, a uszczelnienie to jedyny pomysł na szybkie ich dostarczenie. 

Jakie dane będą przekazywać płatne telewizje?

O tym czy ktoś płaci rachunek za telewizję. Internet, tablet, monitor (przynajmniej na razie) nikogo ma nie interesować.

Czy przed uszczelnieniem, będzie można uciec?

Płatne telewizje boją się ucieczki klientów. Sieci kablowe i platformy satelitarne boją się, że część ich klientów zrezygnuje z płatnej telewizji i przerzuci się na oglądanie bezpłatnej naziemnej telewizji cyfrowej. W tej technologii oglądać można wszystkie największe stacje telewizyjne oraz niektóre kanały tematyczne. Są tam: TVP ABC, 8TV, TTV, Polo TV, ATM Rozrywka, TV Trwam, StopklatkaTV, FokusTV, Polsat, Super Polsat, TVN, TVN7, TV4, TV Puls, PULS2, TV6,  TVP1 HD, TVP2 HD, TVP3, TVP Info, TVP Kultura, TVP Historia, TVP Rozrywka, Nowa TV, Metro, Zoom TV, WP1.  .

Telewizję można też oglądać przez internet.

Część osób będzie też chciała przepisać swoje umowy kablówki np. na babcię czy dziadka, jeśli są oni zwolnieni z opłacania abonamentu. Takie zwolnienie przysługuje po ukończeniu 75 lat.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

13:28, miaczynski
Link Komentarze (14) »
czwartek, 29 grudnia 2016

To już koniec sezonu na karpia. Osoby które chcą go jeszcze zjeść muszą się pospieszyć. Zaraz zniknie ze sklepów. Na nasze stoły karp trafia zazwyczaj raz w roku. Przeciętny Polak zjada go rocznie niespełna pół kilograma. Aż 90 proc. z tego przypada na dwa grudniowe tygodnie przed wigilią.

Karp ma swoich gorących zwolenników, jak i również zażarte grono przeciwników, określających go jako kulinarny koszmar (że niby jedzie mułem), ale jest symbolem tych świąt. Sieci handlowe machają tą rybą niczym transparentem, chwaląc się co roku najniższymi cenami. Pojedynek jest o prestiż i o klienta. Sieci mają bowiem nadzieję, że tani karp przyciągnie konsumenta, którzy przy okazji zrobi większe zakupy.

I tak w tym roku można go było kupić w Biedronce za 9,50 zł za kilogram (płat ze skórą)  czy za 7,99 za kilogram żywego karpia w Carrefourze.

Ten poziom cen jest już na tyle niski, że hodowcy, którzy dostarczają rybę musza się już zdrowo nakombinować aby na takiej transakcji odnotować jakikolwiek zysk.

W końcu karpia zanim się sprzeda hoduje się przez dwa, trzy lata. W tym czasie powinien on zjeść pszenicy za jakieś 6 zł.

z21150684Q

Co się dzieje z niesprzedanym karpiem?

Na moje pytanie co się dzieje z nie sprzedaną rybą polskie Tesco nieco się usztywniło węsząc chyba pułapkę.

- Ilość ryb, jaka trafia do naszych sklepów wynika z prognoz, które powstają w oparciu o wyniki sprzedaży z lat poprzednich, jak i o zwyczaje zakupowe naszych klientów. W tym roku, jak i w latach ubiegłych wszystkie karpie zamówione przez Tesco zostały sprzedane – twierdzi biuro prasowe sieci.

Powiem szczerze, że wątpię. Owszem sieci zamawiają taki towar (co by nie mówić szybko psujący się) niezwykle starannie. Ale nawet przyjmując założenie, że przez sklepy brytyjskiej sieci przeszedł dziki tabun karpiożerców, to zawsze z zamówionego towaru coś zostanie.

Bardziej wymowne są dyskonty.

Sekwencja wydarzeń jest ich zdaniem następująca. Na początek niesprzedanego karpia się po prostu przecenia.

I tak w środę płat karpia ze skórą kosztował w Biedronce 8,90 zł za kilogram. Gdy termin przydatności ryby zbliża się do końca wycofuje się go z tzw. sali sprzedaży.

Później karp nie jest wyrzucany na śmietnik jak mogłoby się wydawać, tylko odbierany przez wyspecjalizowane firmy,  które gwarantują recykling resztek.

- Niesprzedane ryby przerabiane są na tłuszcze oraz komponenty wykorzystywane przy produkcji pasz dla zwierząt – twierdzi Aleksandra Robaszkiewicz z Lidla.

Swoją drogą Senat pracuje nad projektem ustawy o przeciwdziałaniu marnowania żywności. Zgodnie z projektem sklepy o powierzchni ponad 250 m kw. musiałby przekazywać żywność na cele charytatywne.

Jeśli by tego nie zrobiły groziłaby im kara (5 tys. zł od sklepu). Ministerstwo Rolnictwa wolałoby zamiast kar wprowadzić jednak ulgi podatkowe dla sieci, które się na taki ruch zdecydują. Resort boi się bowiem, że sklepy w obawie przed karami zaczną zwracać niesprzedany towar do dostawców.

Prace więc idą w ślimaczym tempie.

Jak karp trafił na nasze stoły?

Karp w Polsce jest znany od wieków. Pierwszy podręcznik o jego hodowaniu powstał w 1573 r. Było to dzieło Olbrychta Strumieńskiego "O sprawie, sypaniu, wymierzaniu i rybieniu stawów". Decyzja, by karp trafił na nasze wigilijne stoły, aż tak odległa nie jest. To powojenny wymysł ówczesnego ministra przemysłu i handlu Hilarego Minca.

Minc znany jest głównie z tzw. wojny o handel, bo w czerwcu 1947 r. przeforsował nowe prawo, zgodnie z którym każdy właściciel sklepu mógł być skazany na 5 lat więzienia i wysoką grzywnę za zbyt wysokie ceny. To miało pomóc w opanowaniu braków towaru na rynku. A że brakowało również ryb, Minc stanął przed wyzwaniem największym: czym zastąpić na wieczerzy wigilijnej śledzia?

Potrzebna była jakaś ryba hodowlana. Minc nie myślał zbyt długo. Jako Żyd z pochodzenia jadł często karpia, który w kuchni żydowskiej był bardzo popularny. Partia ogłosiła więc hasło: "karp na każdym stole wigilijnym w Polsce". Od tej pory Centrala Rybna dostarczała go raz do roku ku uciesze ludu pracującego miast i wsi. Obecnie największe hodowle karpia znajdują się w woj. lubelskim i na Śląsku.

Karpiowi mówimy do zobaczenia za rok. 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

09:34, miaczynski
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Kolejka w tej warszawskiej Biedronce była na mniej więcej 15, no może 20 minut stania.  Sobota przed świętami ma swoje prawa. Sklep był nietypowy, kolejka była w nim jedna, a  klienci podchodzili do jednej z kilku czynnych kas. Mężczyzna z wąsem w wieku lat ok. 50 lat, nie chciał jednak czekać. Minął swobodnie ze swoim koszykiem cały ogon ludzi i ustawił się przy pierwszej wolnej kasie.

Jego rówieśnik stojący grzecznie w kolejce krzyknął: panie, a po co w ciąży? 

50 latek obejrzał się flegmatycznie, po czym stwierdził: jasne, że tak. Nie widać?

A później to już panowie chcieli się bić.

Skąd się to bierze?

Generalnie zakupy same w sobie są męczące. Górna granica naszej odporności  to 25 minut. Po tym czasie mózg zupełnie przestaje kalkulować. Wyłącza się nam racjonalne myślenie.

Po 40 minutach nie wiemy już nawet, co kupujemy. Chcemy uciekać. Albo wrzucać do koszyka wszystko, co tylko pod rękę się nawinie. To drugie zjawisko często pojawia się właśnie przy zakupach przedświątecznych. Wszyscy mają pełne koszyki, to ja też muszę mieć. Spora część produktów okazuje się później niepotrzebna.

W tym momencie przechodzimy zaś z koszykiem do najbardziej newralgicznego miejsca w sklepie, czyli linii kas.

Niemal na pewno będą tam gigantyczne kolejki. W miniony weekend niektóre sieci handlowe z powodu gigantycznego ruchu, opornie zgadzały się na puszczenie pracowników do łazienki!! (takie sygnały dostałem z „Solidarności”). 

Klienci mniej więcej po pięciu minutach zaczynają przestępować z nogi na nogę. Po 15 minutach już zaczynają głośno sarkać.

Ponieważ ludzie są zmęczeni bieganiną rodzi się w ich napięcie. Ono też udziela się innym, więc prędzej czy później a raczej prędzej pojawia się agresja.

Może być wymierzona w dwóch kierunkach - innych klientów (pan tu nie stał!), bądź obsługi sklepu. 

Klient nasz cham

Powiem szczerze strasznie współczuję kasjerom w takie dni. Same sklepy najchętniej wywiesiłyby wielkie tablice: „Z powodu braku robotów część naszej obsługi to ludzie, którzy reagują nieprzewidywalnie gdy są obrażani lub w stresie.”.

 15319128_1140078092736891_1591603863350475969_n

Oficjalna polityka sklepów nie pozwala im jednak wypowiadać się źle o klientach. Toteż wszystkie snują opowieści jak to całym rokiem dokładają starań aby każdego dnia obsługa była szybka, sprawna, kompetentna i uprzejma dla wszystkich klientów a święta nie są tu żadnym wyjątkiem.

Kasjerki teoretycznie są zaznajomione jak radzić sobie z tzw. trudnym klientem. Tyle, że taka naprawdę zrobić mogą niewiele.

- Nawet jak jest dobrze przeszkolona. Jak się uśmiechnie do klienta to jeszcze usłyszy: co się pani tak głupio uśmiecha? - opowiada dr hab. Alicja Grochowska, psycholożka biznesu z Uniwersytetu SWPS.

Rozwiązaniem jest spokój. Ale też jak zachować spokój w sytuacji kiedy co chwila jest się obrażanym. Pracownicy sklepów zamieniają się więc w automaty. Nie myślą. Skanują. Nie zwracają uwagi na otocznie.

Czy klient czekający w kolejce może jakoś sam rozładować sobie napięcie?

- Może, wymaga to jednak pewnej samoświadomości. Trzeba sobie zracjonalizować sytuację. Dlaczego ja tutaj stoję? Czy muszę stać w tej kolejce? Czy nie mogę tego załatwić inaczej? Rozłożyć na przykład tych zakupów na kilka dni? Zrobić je przez internet?

A jak nadal skacze nam kortyzol? - pytam.

- Polecam liczenie do 10 - radzi Grochowska.

A jak i to nie skutkuje?

- To do 100.

Ja bym dodał do tego zastanowienie się czy święta naprawdę polegają na kupowaniu i czy aby na pewno zjemy wszystko to co mamy w koszyku.

12:49, miaczynski
Link Komentarze (9) »
piątek, 02 grudnia 2016

To chyba jedna z większych wtop wizerunkowych jakie w ostatnim czasie zaliczyła Biedronka. Co gorsza w dobrej intencji, bo ktoś tam czegoś nie dopatrzył. A konsekwencje są słabe. Ale po kolei. 

Od czwartku 24 listopada trwa druga edycja akcji promocyjnej sklepów Biedronka. W pierwszej rozdawano pluszaki z warzywami i owocami. Teraz za każde zakupy z kartą Biedronka można dostać dwie saszetki, w których są dwie karty do gry oraz dwie naklejki.

Biedronka pomyliła cukrzyce

Jest Gang Świeżaków (Banan Bruno, Marchewka Marysia, Pomarańcza Pamela itd.) oraz Gang Pana Choróbki (Przykra Angina, Stara Próchnica itd.). Kolekcja składa się z 50 kart, 50 naklejek oraz wspomnianych dwóch kart specjalnych. Można nimi grać (na stronie Biedronki są zasady), można też tworzyć z nich układanki. W drugim gangu jest też karta Panna Cukrzyca - zgryźliwa złośnica, na obrazku kostka cukru i towarzyszący jej wierszyk. Za tę kartę dzieci otrzymują ujemne punkty.

z21024994QPromocjaGangSwiezakowwBiedronce

- Gra Gang Świeżaków kierowana jest do grupy wiekowej przedszkolaków, dzieci wczesnoszkolnych, wśród których nie ma dzieci z cukrzycą typu 2, której dotyczy karta, a jest kilkanaście tysięcy dzieci z cukrzycą typu 1 - twierdzi Monika Zamarlik z Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pomocy Dzieciom i Młodzieży Chorym na Cukrzycę. To największa tego typu organizacja w kraju. Ma pod opieką kilkanaście tysięcy osób, chorych i ich rodzin

A cukrzyca typu 1 to choroba autoimmunologiczna, nie zależy od stylu życia i diety. Dzieci od chwili diagnozy muszą mieć wykonywane zastrzyki z insuliny (około 2500 zastrzyków rocznie) i pomiary poziomu cukru poprzez nakłucie palca i pobranie próbki krwi (około 3600 pomiarów rocznie). Muszą ważyć jedzenie, liczyć węglowodany, białka, tłuszcze i przeliczać je na jednostki insuliny.

- To bardzo trudna, obciążająca i nieuleczalna choroba - twierdzi Zamarlik.

Tymczasem w społeczeństwie rzadko kto wie, że cukrzyca typu 1 i cukrzyca typu 2 to różne choroby, o różnym przebiegu, leczeniu, a przede wszystkim przyczynie zachorowania. - Karta "Panna Cukrzyca" sprawić może, że dzieci z cukrzycą typu 1 będą dyskryminowane i stygmatyzowane, a ich choroba łączona będzie ze złym odżywianiem. Wierszyk służyć może do przezywania przez rówieśników - mówi Zamarlik. I tak też się dzieje.

Matki dzieci chorych na cukrzycę skarżą się na Facebooku, że ich dzieci są prześladowane.

"Dziś mój słodki syn dotkliwie odczuł skutki kart Biedronki. Koledzy cały czas śmiali się z niego, że ma minus 42 punkty. Syn ze szkoły wrócił ze łzami w oczach i pytaniem, czy jest gorszy od innych. Ręce opadają na bezmyślność ludzi. Wkurzona jestem na maksa, dwa lata choroby i przez takich ludzi wszystko się wali" - pisze jedna z nich.

biedronka_2

Tylko w dniu, w którym wystartowała akcja, organizacja odebrała kilkadziesiąt telefonów i maili z prośbą o interwencję. "Rozumiemy ideę gry i popieramy. Promocja zdrowego trybu życia, zdrowego odżywania, aktywności fizycznej, prewencja chorób cywilizacyjnych to ważna sprawa. Mamy nadzieję, że podejmą Państwo stosowne działania, by nie dopuścić do skrzywdzenia dzieci chorych na cukrzycę typu 1" - pisze organizacja w liście do Biedronki.

Zrzut_ekranu_20161202_o_21.32.19

Co na to Biedronka?

- Przykro nam, że informacje zawarte na jednej z kart, zatytułowanej "Panna Cukrzyca", mogą być interpretowane w sposób odwrotny do zamierzonego - twierdzi sieć. - Chcielibyśmy podkreślić, że głównym zadaniem wspomnianej karty jest ostrzeżenie dzieci przed nadużywaniem słodyczy, co może prowadzić do cukrzycy typu 2, która stanowi obecnie około 90-95 proc. wszystkich przypadków tego schorzenia - dodaje Biedronka.

Jej zdaniem informacje zawarte na karcie nie mają jednak charakteru publikacji naukowej i nie mają na celu wyczerpującego przedstawienia choroby, jaką jest cukrzyca, lecz jedynie wskazanie zagrożenia związanego z nadmiernym spożyciem cukru i źle zbilansowaną dietą.

Biedronka zamieściła dodatkowe informacje o wspomnianej karcie na stronie internetowej Gangu Świeżaków. Zaproponowała też Federacji spotkanie w celu omówienia możliwych dalszych kroków.

21:35, miaczynski
Link Komentarze (9) »
wtorek, 08 listopada 2016

Klienci wykorzystują ją do zrobienia darmowych zakupów.

Akcja Lidla "Sprytnie i tanio" miała w założeniu promować marki własne sieci. Idea pozornie jest prosta, klient może zwrócić artykuły spożywcze, chemiczne i kosmetyki (ale tylko te zrobione na zamówienie sieci), jeśli uzna, że mu one nie odpowiadają. I dostaje zwrot pieniędzy.

Promocja ma trwać od 27 października do 30 listopada.lidl2

Tymczasem część konsumentów postanowiła wykorzystać akcję do zrobienia darmowych zakupów. Organizatorzy akcji nie przewidzieli potencjalnych nadużyć. Zgodnie z regulaminem promocji dokonując zwrotu produktu marki Lidl klient zobowiązany jest przedstawić opakowanie zwracanego produktu marki Lidl, przy czym jego zawartość może być w stanie nienaruszonym lub częściowo zużytym, bądź zużytym.

Jak pisze lokalny serwis wroclawskiejedzenie.pl "ludzie robią zakupy na 1000 zł, wypakowują towary w domu, a na drugi dzień przyjeżdżają do sklepu z koszykiem wypchanym pustymi pudełkami."

Niektórzy przepakowują towar jeszcze na parkingu.

Czytelnicy na stronie Lidla na Facebooku skarżą się, że z powodu zwrotów w sklepach sieci powstały gigantyczne kolejki. Trzeba w nich czekać po 30 minut. -Podjechałem do kas. Bajzel. Zakupy zostawiłem w koszyku i ewakuacja ze sklepu - komentują.

lidl3

Co na to Lidl?

Lidl widząc co się dzieje przestał przyjmować w ramach promocji całkowicie puste opakowania.

- W Państwa odpowiedziach przewija się informacja, że zwracane opakowanie nie mogą być puste. Tymczasem wg. regulaminu promocji pkt. 6 ust ii wskazane, jest że opakowanie ".. może być w stanie nienaruszony lub częściowo spożytym, bądź zużytym". Odpowiedzi na FB wydaję się stać w sprzeczności wobec regulaminu promocji na stronie lidl.pl. Proszę o uściślenie - pytają klienci.

lidl11

Lidl? "Zawartość produktu może być w stanie częściowo spożytym lub częściowo zużytym. Zatem zwroty pustych opakowań nie będą uznawane."

Sieć  przyznaje, że ma problem z promocją. Po południu ma być wydane specjalne oświadczenie co do dalszych losów akcji.

UPDATE! Lidl odwołuje promocję. 

- Podjęliśmy decyzję o zakończeniu z dniem 8 listopada. promocji - pisze Lidl. - Przyczyną tej decyzji są przypadki wykorzystywania promocji wbrew jej celom. (...) Oczywiście wszyscy Klienci, którzy dokonali zakupów przed dniem zakończenia akcji, nadal mogą korzystać z uprawnień wskazanych w jej Zasadach w odniesieniu do produktów wcześniej nabytych. W przyszłości, długofalowo będziemy rozwijać udogodnienia w zakresie zwrotów Produktów marek Lidla oraz nowych konceptów promocyjnych".

12:18, miaczynski
Link Komentarze (10) »
piątek, 16 września 2016

Zarząd ogólnopolskiej sieci delikatesów Alma Market złożył w czwartek w krakowskim sądzie wniosek o otwarcie postępowania sanacyjnego. 

  1. Co to jest sanacja?

To ostatni krok przed bankructwem. Teoretycznie Alma ma więc szanse ucieknięcia spod topora. Na pewno jednak nie będzie to sieć jaką teraz znamy.

Jest to pewnego rodzaju pożegnanie z jednym z symboli ery zeszłego dziesięciolecia, lat dwutysięcznych – ery optymizmu, ery bogacenia się wielkomiejskiej części społeczeństwa, rodzenia się klas średniej.

- Jeszcze 8-10 lat temu paradowanie z torbą Alma po centrum handlowym było symbolem sukcesu i konsumpcji rzeczy droższych, wyjątkowych, delikatesowych jako nieodzownego składnika profilu człowieka, który ten sukces odniósł. Zmieniły się czasy – jest zdecydowanie mniej optymizmu, zmieniły się symbole statusu i model konsumpcji, ale także otoczenie konkurencyjne Almy i oferta konkurentów – komentuje analityk handlowy (chce pozostać anonimowy).

  1. Dlaczego tak się stało?

Tak w krótszej wersji, bo Polacy lubią delikatesy, ale z dyskontów.


A w dłuższej? Właściwie pierwszy sygnał, że delikatesy Alma mają problem pojawił się w styczniu 2015 roku.

„Wszystkie zabawki minus 25 proc. Wielka wyprzedaż do minus 70 proc. Kawa mielona Food & Joy 6,29 zamiast 8,99 zł. Ryż biały po 1,95 za opakowanie zamiast 2,79 zł, a parówkowa wiedeńska za 12,90 zamiast 18,50.”
Analitykom podobne komunikaty od razu przypominały promocje delikatesów  Bomi które ponad pięć lat temu również chwaliły się cytrynami po 2,99 za kilogram czy filetem z kurczaka po 10,99 zł za kilogram. Było to niedługo przed złożeniem wniosku o upadłość.

Dla tego formatu sklepów kluczowym okresem jest ostatni kwartał roku. Można wtedy odrobić nawet gigantyczną stratę.

Na Boże Narodzenie - albo jak wolą handlowcy "wyjątkowe dni" – klienci chcą sobie bowiem podarować odrobinę luksusu. Problem w tym, że produkty delikatesowe albo uchodzące za delikatesowe zaczęły w dużej ilości wstawiać na półki dyskonty, czyli głównie Biedronka oraz Lidl.

Spółka nie wytrzymała z nimi konkurencji.

- Wygląda na to, że polski, także wielkomiejski konsument zdecydował, iż zupełnie wystarczy mu szynka „pseudo-parmeńska”  i wino portugalskie za 20 zł z dyskontu, niż specjały i delikatesy dobierane osobiście przez właściciela sieci prezesa Jerzego Mazgaja, o nieporównywalnej jakości ale też z innej półki cenowej – twierdzi analityk.

Jego zdaniem wydaje się, iż przynajmniej na razie nie ma zapotrzebowania w istniejącym modelu zakupowym Polaków na niewielką sieć delikatesową, do sklepu której trzeba się specjalnie wybrać i zapłacić nieco więcej za ponadprzeciętną jakość.

Polacy wolą zakupy w dyskontach, a ich ofertę uzupełniają zakupami w sklepie na rogu.

Problemy Almy pogłębił wprowadzony od 1 września podatek od handlu detalicznego. O ironio uchwalany w obronie polskich sieci handlowych. 

Zrzut_ekranu_20160916_o_14.52.071

  1. Co teraz będzie?

Jeśli wniosek zostanie przyjęty przez sąd, to dostawcy i wierzyciele nie będą mogli dochodzić swoich roszczeń, choć Alma oczywiście będzie mogła im płacić (jeśli będzie chciała dostać towar rzecz jasna).

Restrukturyzacja Almy będzie się odbywać przez zarządcę powołanego przez sąd.

W ciągu 30 dni od otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego zarządca przedstawi w sądzie plan, co jego zdaniem powinno się zrobić ze spółką. Sieć ma aktualnie ok. 50 sklepów.

W tym planie jedno jest pewne. Zamknięte zostanie sporo sklepów Almy. Jeśli ktoś by mnie pytał o zdanie to strzelam, że jakaś połowa.

Mogą być również spore (jeszcze większe niż do tej pory) problemy z zaopatrzeniem sklepów. 

  1. Czy ktoś kupi sieć?

To bardzo mało prawdopodobne. Jeśli już to pojedyncze sklepy tak jak się to działo w przypadku Bomi. Dla polskich inwestorów branżowych format Almy zwyczajnie jest nieatrakcyjny. Jednak na świecie delikatesy, takie jak angielski Waitrose, czy amerykański Whole Foods radzą sobie bardzo dobrze, a właściwie z każdym rokiem lepiej.

Paradoks polega na tym, że Alma w dzisiejszej postaci jest zwyczajnie za duża (nietrafione lokalizacje), ale i za mała (żeby dostać dobre warunki od dostawców).

Format miałby szansę, gdyby go przytuliła sieć podobnego rodzaju. W kraju jest tylko jedna nieco podobna: Piotr i Paweł.

I czysto teoretycznie oczywiście można sobie wyobrazić sytuację, w której Piotr i Paweł przejmuje ze 20 najbardziej atrakcyjnych sklepów Almy i robi tam format „Alma by Piotr i Paweł”.

Ale to niestety tylko teoria. 

15:00, miaczynski
Link Komentarze (18) »
środa, 07 września 2016

Od 1 września mamy dobrą zmianę w szkolnych sklepikach i szkolnych stołówkach. I faktycznie jest to zmiana na lepsze (serio, serio, zero ironii).

Przez ostatnie 12 miesięcy w szkołach trwał eksperyment uczenia dzieci jedzenia zdrowo. Eksperyment miał swoje plusy i minusy.

Plusem było bez wątpienia to, że ktoś w końcu podjął problem. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. Według Instytutu Żywności i Żywienia 30 proc. chłopców i ponad 25 proc. dziewczynek w ostatnich klasach szkoły podstawowej ma nadwagę. Powoduje ona cukrzycę i choroby serca.

Minusem, że chyba trochę przegięto jeśli chodzi o restrykcyjność nowych przepisów. Ministerstwo Zdrowia specjalnym rozporządzeniem ograniczyło doprawianie uczniowskich obiadów solą, pieprzem czy śmietaną.

Szkoły ograniczenie zrozumiały różnorako. Niektóre przestały jedzenie doprawiać wcale. To teraz proszę pomyśleć jak smakują niedoprawione ziemniaki. Mamy to? To teraz nieposolona ryba. A ponieważ w domu czekały na dzieci posolone i słodkie rzeczy nietrudno było zgadnąć co działo się ze stołówkowym jedzeniem.

Po prostu lądowało w śmietnikach.

Jak zbadał instytut ABR SESTA, (odpytał 400 losowo wybranych placówek z 15 województw), w niektórych szkołach resztki stanowiły ponad jedna czwartą przygotowywanych obiadów (przed zmianami było to 18 proc.).

Jako odpadki kończyłoby pewnie znacznie więcej jedzenia, gdyby nie to, że rodzice zwyczajnie zaczęli rezygnować z abonamentu stołówkowego. Tak się stało w aż 95 proc. badanych placówek.

sklepikSklepik szkolny w Radomiu pod logo Piotra i Pawła

Od zeszłego czwartku mamy stołówkach i sklepikach nowy asortyment.

Do sprzedaży w sklepikach wróciły takie rarytasy jak 70 proc. czekolada (w sensie z 70 proc. zawartością miazgi kakaowej), drożdżówki (nie wiem po co, to chyba symbol naszego szkolnictwa, aczkolwiek uczciwie odnotowuję, że teraz muszą one mieć więcej jaj, mniej cukru i mniej tłuszczu) czy serki homogenizowane. Można też kupić gumy do żucia (ale bez cukru).

Zakazane zaś jest pieczywo z ciasta głęboko mrożonego.

Stołówki mają wytyczne. I zgodnie z nimi od poniedziałku do piątku nie mogą być podane więcej niż dwie porcje potrawy smażonej, Każdego dnia mają być podawane co najmniej dwie porcje mleka lub produktów mlecznych, oraz co najmniej jedna porcja z grupy mięso, jaja, orzechy, nasiona roślin strączkowych. Ryba? Minimum raz w tygodniu.

Na dodatek posiłki w trakcie gotowania będą mogły być w umiarkowany sposób doprawiane.

Pięknie? Pięknie.

Tyle, że jeśli komuś się wydaje, że zmiana w asortymencie stołówek i szkolnych sklepikach przyniesie jakieś radykalne zmiany w odżywianiu dzieci to się myli.

Owszem sytuacja może się odrobinę poprawi w dużych miastach.

Ale stołówkę ma tylko 59,4 proc. szkół podstawowych i 33,8 proc. gimnazjów. Dlaczego tak mało? Szkoły nie mają pieniędzy lub lokalu. Korzysta z nich 1,2 mln z 4,7 mln uczniów.

Dzieci zaopatrują się więc w szkolnych sklepikach. Tych też nie ma w każdej szkole. Szczególnie ich nie ma w małych miastach i miasteczkach, gdzie generalnie dzieci spędzają mniej czasu w placówce edukacyjnej i posiłki jedzą w domu.

A z tą świadomością dorosłych to akurat bywa różnie. Sam zbaraniałem ostatnio kiedy od dwójki dzieci (ośmiolatek i trzylatka), młócących słodycze w ilościach przemysłowych usłyszałem, że rodzice pozwalają im nie myć zębów, bo je to... „stresuje”.

Zmiany proponowałbym więc zacząć również od nas, dorosłych. 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

17:37, miaczynski
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78