Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
piątek, 24 października 2014

Zamieszczony niżej list jest wyrazem głębokiej frustracji ze strony klienta jednej z sieci komórkowych.

Zaznaczam, że wiem kto jest jego autorem, znam jego numer abonenta oraz potwierdzam, że sytuacja, która w nim jest opisana faktycznie miała miejsce.

Czy jest sens publikowania podobnego rodzaju treści? Moim zdaniem owszem, bo zwracają uwagę na konkretny problem, czyli na to jak sieci komórkowe traktują swoich klientów.

Czy czytelnik faktycznie ma rację, że się denerwuje? A o tym już muszą zadecydować Państwo sami.

„Biuro Obslugi Klienta

Polkomtel S.A.

Szanowni Państwo,

Przeanalizowałem rachunki z ostatnich dwóch miesięcy i ze zdumieniem zauważyłem, że płacę od dwóch miesięcy większy abonament na numerze 607 49 XX XX. Infolinia poinformowała mnie, że skończyła się promocja i płacę taryfę poza promocyjną.

Dlaczego nikt od Państwa ze mną się nie skontaktował i nie poinformował mnie, że kończy mi się promocja?

Dlaczego nikt nie zadzwonił i nie zaproponował przedłużenia umowy i zmiany taryfy?

Gdzie jest mój ponoć dedykowany opiekun, z którym nie ma żadnego kontaktu i to obustronnie - ani on do mnie ani ja do niego nie mogę?

Proszę mi nie odpisywać, że wszystko było napisane tam w umowie i nikt niczego nie ukrywał - mogłem się sam zorientować. Mam to w dupie.

Wasza konkurencja potrafi nękać mnie telefonami codziennie jak kończy mi się umowa - wiem, bo posiadam / odbieram telefon w sieci Orange, - i zaproponować nowe lepsze warunki żebym tylko z nimi został.

Czy wizja skonsumowania cichcem dodatkowych 27,50 PLN netto miesięcznie tak bardzo przesłania Państwu dbałość o klienta....? Czy może mieliście nadzieję, że się nie zorientuje?

Rozumiem więc, że albo Wam na mnie nie zależy - może faktycznie ok. 3500 PLN brutto jakie zostawiam u Was rocznie to mała kwota, albo jest u Was jakaś tajemnicza polityka "a może uda się klienta wyr... [tu pada określenie uznawane za wulgarne] jak nie zauważy, że mu się promocja kończy". No nie wiem. Jak to jest, co?

Nadmieniam, że korzystam od czasu do czasu z pomocy opiekuna biznesowego, który nie był mi dedykowany, ale którego prosiłem o pomoc kiedy zostałem olany ciepłym moczem przez tego dedykowanego przez Was. Podkreślam - korzystam z jego pomocy tylko wtedy gdy mam nóż na gardle i ten opiekun nie jest zobowiązany do informowania mnie czy mi się coś kończy czy też nie. Natomiast ten Pan ratuje wasz image, bo gdyby nie on, to już dawno bym nie korzystał z Waszych usług.

Ponadto, jakim kur... [tu pada określenie uznawane za wulgarne] prawem obciążacie mój rachunek kwotą ok. 1 PLN brutto za połączenie z numerem 2601 i jednocześnie macie czelność puszczać mi reklamy swoich usług w trakcie odczytywania przez automat treści menu? Czy to jest na pewno etyczne i powszechnie przyjęte zachowanie w obsłudze klienta? Kazać sobie zapłacić za możliwość wysłuchania reklam???

Niniejszym, oczekuje anulowania obciążenia mojego konta abonenckiego za trzy połączenia z BOKiem pod numerem 2601 a wykonane w połowie października 2014 roku z uwagi na wyemitowanie w trakcie materiału reklamowego, na którego wysłuchanie nie wyraziłem zgody. Nie widzę powodu, żeby płacić za reklamy, które muszę wysłuchać.

A teraz, jeżeli:

a) zwiększona różnica w kosztach abonamentu w okresie po zakończeniu promocji (dwa kolejne miesiące) na numerze 607 49 XX XX nie zostanie anulowana (2 x 27,50 PLN netto)

b) nie anulujecie Państwo ok. 3 PLN brutto za połączenie z infolinią podczas których wysłuchałem reklamy

to obiecuje uroczyście, że wyrejestruje / przeniosę w piz... [tu pada określenie uznawane za wulgarne] po kolei wszystkie numery jakie u Was posiadam do konkurencji. Dajmy na to do Orange, bo choć wkur.... [tu pada określenie uznawane za wulgarne] mnie codziennym telefonem, że kończy mi się promocja, to jednak przypominają kur.. [tu pada określenie uznawane za wulgarne], że mam szansę coś zmienić w swoim życiu i być może otrzymać korzystniejszą ofertę. Ale nie w Plusie. ALE NIE W PLUSIE...

Tylko nie dzwońcie do mnie z atrakcyjnymi propozycjami jak już zacznę likwidować / przenosić numery, bo już będzie wtedy kur... [tu pada określenie uznawane za wulgarne] za późno.

I zadanie z logiki oraz ekonomi: czy bardziej opłaca się Państwu anulować (2 x 27,5 PLN) + (3 x ok. 1 PLN brutto) , czy stracić całkowicie w najbliższym okresie czasu Klienta, który zostawiał średnio co miesiąc ponad 300 PLN brutto miesięcznie. Odpowiedź po wnikliwej analizie wyników zostawiam Państwu. I naprawdę kur... [tu pada określenie uznawane za wulgarne] nie żartuje!!!

Język reklamacji dostosowuje do podejścia do Klienta. Sracie na mnie, to i ja Wam się pięknym za nadobne odesrywam.

Panią lub Pana z BOK, którzy odebrali tego emaila oraz musieli to przeczytać najmocniej przepraszam, gdyż nie jest to ich wina, natomiast liczę, że przekażą moje sugestie gdzieś wyżej do matoła odpowiedzialnego za procedury wewnątrz firmy, który być może odbierze sygnał od klienta, który nie zgadza się na r... [tu pada określenie uznawane za wulgarne] go w dupę.

Uprzejmie również proszę o niewysyłanie odpowiedzi listem poleconym. Wyrażam zgodę na korespondencję emailową. Szkoda papieru. Nie mam również czasu biegać na pocztę. Ale to też macie w dupie i nie uszanujecie nawet tej prośby. Czego i tak nie zrozumiem nigdy, biorąc pod uwagę, że fakturę wysyłacie bez problemu emailem...

W razie jakichkolwiek pytań lub wątpliwości pozostaje do Państwa dyspozycji.

Z poważaniem,

Marcin xxxxx”

Będę informował o dalszym rozwoju sytuacji.

indeks

10:11, miaczynski
Link Komentarze (16) »
czwartek, 23 października 2014

Jeśli ktoś lubi to przez najbliższe trzy tygodnie może jeść tylko włoszczyznę. I nie mam na myśli marchewki z pietruszką związanej sznurkiem. Dwie największe sieci dyskontów w kraju zrobiły sobie bowiem zawody w pływaniu w sosie pomidorowym i synchronicznym okładaniu się makaronem.

Tydzień włoski w Lidlu właśnie trwa. A już 27 października wystartuje włoska akcja Biedronki.

lidlwloskiii

Dlaczego Włochy?

Bo to ciągle najpopularniejsza w kraju kuchnia etniczna.

Jak wynika z badań zrobionych na zlecenie Makro Polacy owszem cenią w pierwszej kolejności polskie dania, rozumiejąc pod tym pojęciem zazwyczaj żurek, bigos, pierogi i schabowego z kapustą.

Schabowego, który swoją drogą jest tanią imitacją cielęcego sznycla wiedeńskiego i do naszych kuchni zawędrował w XIX wieku. Przepis na niego wystąpił po raz pierwszy w książce Lucyny Ćwierczakiewiczowej "365 obiadów za pięć złotych".

Ale już 18 proc. decyduje się na miejsca specjalizujące się w kuchni włoskiej (to mniej niż dajmy na to dwa lata temu ale ciągle sporo). Dalej jest kuchnia hiszpańska, francuska; w tym roku wskazało je 12,7 proc.respondentów. kebab (9,8 proc)., potem hamburgery i hot dogi (3,3 proc.).

W ramach tygodnia włoskiego można więc w Lidlu sobie strzelić carpaccio z ośmiornicy za 11,99 albo krewetki argentyńskie za 6,45 wielkości małej ryby. Jest włoska szynka, są suszone pomidory, włoskie sery na czele z provolone a z tego co opowiadał mi kolega nawet kiełbasa z koniny (ciekawe jak na ten smakołyk zareaguje społeczeństwo, po niedawnej rozróbie z nielegalnym dodawaniem koniny do produktów).

Co będzie w Biedornce? Mniej więcej to samo. Czyli parmezan, grana padano. suszone pomidory, włoska szynka etc. Napisałbym coś więcej, ale gazetki na stronie sieci jeszcze nie ma. A komunikat prasowy jest dość liryczny, ale mało konkretny.

Różnice oczywiście są. Bo w Lidlu jest tydzień włoski, a w Biedronce dwutygodnik włoski.

Co to jest? Naśladownictwo? Kopiowanie pomysłów?

Odpowiadam: normalna rynkowa rywalizacja. Biedronka widzi, że tygodnie tematyczne napędzają wyniki Lidla, chce więc do siebie przyciągnąć te same osoby.

A że to się Lidlowi nie podoba? A wcale się nie dziwię. Mi też by się nie podobało.

Lidl do swoich tygodni regionalnych przywiązuje w końcu gigantyczne znaczenie. To podstawa ich marketingu.

Po raz pierwszy na szerszą skalę Biedronka postanowiła posmakować tego konceptu w wakacje, kiedy szeroko reklamowała akcję, z kuchnią azjatycką "Zasmakuj w Oriencie".

Jak widać chyba im to wyszło, bo się spodobało.

Takie akcje to sposób, aby klient kupił więcej, niż planuje, czyli jak to się określa w handlowym slangu: próba podniesienia wartości koszyka.

A to najłatwiej osiągnąć, sprzedając klientowi rzeczy, których zazwyczaj nie kupuje. Z tego samego powodu kilka lat temu dyskonty mocno weszły w wina. Przeciętny klient Biedronki zostawia w sklepie w trakcie jednych zakupów trochę ponad 30 zł. Ale jeśli dorzuci do tego suszone pomidory, kawałek sera oraz butelkę wina - to rachunek się podwoi.

Ten ruch to także efekt tego co konsumenci mówią w badaniach. Kilka dni temu pisałem o rankingu preferencji zakupowych robionym przez firmę konsultingową OC&C.

Trzy lata temu Lidl był tam 20., teraz jest już 12. Biedronka, owszem, jest 11., ale trzy lata temu była piąta. Wtedy Portugalczycy wyprzedzali też Lidla we wszystkich parametrach badania.

Wyprzedzali to zresztą za mało powiedziane. Bili ich zdecydowanie, niczym bokser Władimir Kliczko swoich przeciwników w obronie tytułu mistrza świata.

Obecnie klienci bardzo podobnie oceniają jakość obsługi w obu sieciach, tak samo jak szerokość asortymentu, darzą je też podobnym zaufaniem.

Biedronka dużo lepiej jest oceniana, tylko jeśli chodzi o "niskie ceny" oraz - ale tu już różnica jest niewielka - stosunek jakość-cena.

Za to konsumenci - co jest szczególnie niebezpieczne dla Portugalczyków, jeśli ten trend by się utrzymał - dużo wyżej cenią jakość produktów Lidla, bardziej podoba im się też wygląd sklepów tej sieci.

Wreszcie klienci idą do Lidla, bo chcą kupić droższe towary (na których jest wyższa marża), a do Biedronki, bo chcą zaoszczędzić.

Czy kopia jest lepsza od oryginału?

Z całą pewnością Biedronka ma mniej produktów od Lidla na półkach (Biedronka 1 tys, Lidl 1,7 tys.). To oznacza, że sieć z chrząszczem tej włoszczyzny będzie mieć u siebie mniej. Ale kto na tym więcej zarobi? To już czas pokaże.

W Polsce jest jednak takie piękne powiedzenie: gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta. To ja się zastanawiam, kto będzie tym trzecim.

13:19, miaczynski
Link Komentarze (3) »
środa, 22 października 2014

Pamiętają Państwo to oburzenie, gdy rząd kazał osobom, które chcą zostać w OFE wysyłać listy do ZUS? A ci którzy chcieli zostać w ZUS nie musieli robić nic?

Zaplanowane to było oczywiście w jednym celu, aby jak najmniej w OFE zostało. Bo, dla sporej części społeczeństwa napisanie listu czy oświadczenia, pójście na pocztę, zaadresowanie koperty oraz przyklejenie znaczka to trochę za dużo wysiłku.

Okazuje się, że to co zrobił rząd to nowy standard w branży obsługi klienta. Przynajmniej w branży energetycznej.

- Otrzymałem kilka dni temu pismo od TAURON Polska Energia , jako że kończy mi się z nimi umowa (w końcu). Zaproponowano mi "wyjątkowo" korzystne przedłużenie promocji na 2 lub 3 lata. Co więcej nie muszę nic robić aby przedłużyć umowę. Proszę zobaczyć jakie są warunki odstąpienia od umowy - opisano to mniejszą czcionką. Trzeba wysłać oświadczenie o braku akceptacji promocji w terminie 14 dni od daty otrzymania pisma (co ważne liczy się data wpływu oświadczenia do Taurona) - pisze pan Michał.

tauron_1

A konsekwencje?

- Jeżeli nie wyślę oświadczenie o odstąpieniu z promocji, zostanę związany z automatu umową na 2 lata na bardzo niekorzystynych warunkach (w stosunku do oferty konkurencyjnych firm energetycznych). Co więcej jeżeli w czasie trwanie umowy, która jeszcze raz przypominam zostaje przedłużona automatyczna, będę chciał zmienić dostawcę energii to zostaje naliczona olbrzymia kara finansowa. Wiem, ponieważ tak złapali mnie 2 lata temu w pułapkę. Czy spółka Tauron działa fair w stosunku do klienta? - pyta pan Michał.

Moim zdaniem - to nie jest fair. Ale postanowiłem jeszcze zapytać o stanowisko firmę Tauron. Ta w postaci pani rzecznik Elżbieta Bukowiec tłumaczy się długo i kwieciście.

Po kolei:

1. Bazując na otrzymanych informacjach możemy stwierdzić, że chodzi o umowę na zakup energii elektrycznej zawartą pomiędzy Tauron Sprzedaż a firmą z grupy taryfowej Cxx.

2. W ofercie Tauron nie ma mowy o zapisach „ drobnym maczkiem”, co potwierdza omawiane przez klienta pismo.

3. Prezentowane pismo stanowi konkretną ofertę dla klienta, który już wcześniej podejmował świadomie tego typu decyzje i został zapoznany z warunkami ww. oferty.

- Tego typu pisma wysyłane są do firm (z tej grupy taryfowej), które korzystały już wcześniej z produktów promocyjnych. Przed przystąpieniem do pierwszej oferty promocyjnej przedstawiciel firmy potwierdził we „Wniosku o udział w Promocji”, że zapoznał się i akceptuje Regulamin Promocji wraz z warunkami cenowymi w nim określonymi oraz zaakceptował wymienione we „Wniosku” zapisy do umowy, m.in. następującą informację: „Odbiorcy przysługuje uprawnienie do złożenia oświadczenia o braku akceptacji propozycji Promocji, które powinno zostać złożone w formie pisemnej pod rygorem nieważności w terminie 14 dni od dnia otrzymania propozycji Promocji. Skorzystanie przez Odbiorcę z uprawnienia, o którym mowa w zdaniu poprzedzającym spowoduje, iż po zakończeniu okresu obowiązywania aktualnej Promocji, Odbiorca będzie rozliczany na zasadach przewidzianych w aktualnie obowiązującej Taryfie Sprzedawcy.” - pisze pani rzecznik.

Co autor miał na myśli?

Pozwolą państwo, że przetłumaczę ten fragment na język ojczysty (to trochę podobne jak zadanie w podstawówce, co podmiot liryczny miał na myśli). A miał na myśli to: „widziały gały co brały, trzeba było dokładnie czytać co się podpisuje, zwłaszcza jeśli profesjonalnie prowadzi się działalność gospodarczą”.

I trudno też odmówić pani rzecznik pewnej racji (choć zapis o konieczności odstąpienia od umowy JEST DROBNYM DRUKIEM a przynajmniej drobniejszym niż początek listu, gdzie mówi się o oszczędnościach).

Oburzałbym się jednak znacznie bardziej gdyby chodziło o konsumenta.

Trzeba przyznać, że w ostatnim czasie wiele się zmieniło na lepsze na rynku energii. Może to trochę za wcześnie aby odtrąbić sukces i powiedzieć, ze jest już tam konkurencja, ale zaczyna się coś dziać.

Owszem, zamiast jednej faktury trzeba w przypadku zmiany dostawcy opłacać dwie - za prąd (do nowego) oraz za jego przesyłanie (do tego samego dystrybutora co do tej pory).

Owszem potencjalne zyski z podobnego rodzaju operacji są dla gospodarstw domowych dość symboliczne - najczęściej rzędu kilkudziesięciu złotych rocznie (dużo, dużo lepiej jest w przypadku firm).

Ale jak państwo pamiętają wprowadzanie konkurencji na rynek komórkowy też poczatkowo przebiegało opornie (swoją drogą przydałoby się znów przewietrzyć ten sektor).

Bądźmy więc dobrej myśli. Może nawet niedługo doczekamy się chwili gdy za prąd nie będziemy płacić według prognoz, ale według rzeczywistego zużycia?

18:29, miaczynski
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 20 października 2014

Państwo wybaczą, ale dzisiaj będę się czepiał.

Może nam się to wydać szokujące, ale według Eurostatu żywność i napoje bezalkoholowe mamy tańsze nawet od Rumunów, Albańczyków czy Bułgarów. W tej dziedzinie jest tylko jeden kraj, gdzie jest taniej i to niewiele: Republika Macedonii (Ukrainy, Białorusi i Rosji w tym kontekście Eurostat nie bada).

I nawet jak nałożymy to na siłę nabywczą, to i tak nam wyjdzie, że akurat pod tym względem nie powinniśmy za specjalnie narzekać.

Efekt tego jest jednak również taki, że producenci są tak dociśnięci, przez sieci że ledwo wiążą koniec z końcem. No dobrze, tutaj nieco przesadziłem. Część faktycznie kwiczy, a druga część widząc przed sobą perspektywę cięcia swojej marży, albo podwyżkę ceny produktu (na co sieci handlowe nie chcą się zgodzić) rozkłada ręce w magiczny sposób w obie strony i znajduje rozwiązanie.

I nagle okazuje się, że aby zachować ceny, chwytają się magicznych sztuczek w rodzaju "opakowanie to samo, ale mniej w środku" (dla klienta 5 proc. jogurtu w opakowaniu to niewiele mniej, dla producenta to duża oszczędność) albo produkują pod marką własną sieci.

Trzeba jednak przyznać, że pomysłowość jest tutaj coraz większa. Pisałem już jak cudownym sposobem spada moc alkoholi (akcyza w końcu wzrosła, trzeba zbilansować sobie koszty) 

Teraz zaskoczył mnie jednak pan Dominik, który będąc ostatnio  w sklepie sieci E.Leclerc zauważył "Mięso mielone wołowo-wieprzowe" w cenie 7,99zł/kg. Porwał łup i zadowolony ruszył w stronę kasy. W domu jednak obejrzał opakowanie i mina mu nieco zrzedła.

Jak przeciętny konsument założył, że jednego i drugiego wkładu mięsnego będzie tyle samo.

A tu proszę niespodzianka. Mięso mielone wołowo – wieprzowe składało się z wieprzowiny (w 80 proc.) i z wołowiny (w 20 proc.).

 10728693_778580575540194_2062372148_n

Wyjaśnienie oczywiście jest bardzo proste. Wieprzowina jest tania, wołowina droga.Mieszając pół na pół jedno z drugim nijak nie wyjdzie 7,99 zł za kilogram.

- Czy w przypadku 20 proc. wołowiny i 80 proc. wieprzowiny można nazwać taki produkt "wołowo-wieprzowy"? Czy nie powinno być na odwrót, skoro wieprzowiny jest więcej (pow. 50 proc.) – pyta czytelnik.

Jak dla mnie jest to produkt wieprzowy z dodatkiem wołowiny. Ale ja jestem w mniejszości.

Z kolei pan Rafał zadumał się nad losem śledzia, którego nabył drogą transakcji kupna – sprzedaży w dyskoncie sieci Biedronka. Kupił, otworzył i się zdziwił. - Z zewnątrz bardzo ładnie. Po otwarciu cały środek to cebula tylko na około opakowania są koreczki śledziowe. A zdawało mi się że kupowałem śledzia a nie cebule – komentuje czytelnik.

 sledz

Na profilu „Towaru” na Facebooku, gdzie zamieściłem zdjęcie powstała od razu gorąca dyskusja gdzie część komentujących stwierdziło, że sprawy nie ma bo w sumie śledzia tu trochę jest a poza tym czytelnik mógł uważać co kupuje i dokładnie obejrzeć pudełko. Druga grupa wspierała pana Rafała.

Ten rzuca na szalę ostateczny argument, czyli denko. Faktycznie – nawet oglądając dokładnie pudełko ciężko się zorientować ile w środku jest śledzia a ile cebuli.

10726657_846785138678725_928931355_n 

Poza tym cebula w sumie jest zdrowa. Ale z drugiej strony jak ktoś pragnie śledzia, to pragnie śledzia. 

I kończąc tę historię – pan Horacy, który również kupił śledzia w Biedronce i po wyjęciu cebuli zastanawia się teraz jak owijają te śledzie na ściankach, na klej, czy siłą odśrodkową...

BzkxHntCcAEMHzG

Zaiste jest to ciekawa zagadka.

BzkxSKiCIAAEMO2

Tagi: biedronka
22:51, miaczynski
Link Komentarze (16) »
niedziela, 19 października 2014

Pewnie niektórzy z Państwa już słyszeli, mało znana szafiarka Disa, ogłosiła, że w torebkach znanej firmy spod Łomianek Wittchen nosi już tylko ziemniaki. Po tej deklaracji stała się bardziej znaną szafiarką.

Osobom, które nadal nie czują się wprowadzone w temat wyjaśnię, że w całej sprawie chodzi o to, że sieć dyskontów Lidl po raz kolejny sprzedawała torebki marki Wittchen w cenie złotych niespełna 250.

Fakt ten wywołał tradycyjne turbulencje przy koszykach z produktami (ludzie wpierw czekali przed sklepami na otwarcie sklepów, a później się pchali).

Podobnego rodzaju ekscesy miały już miejsce w Lidlach kilkakrotnie w tym roku, choćby sławetna bitwa o crocsy czy potyczka o ubrania sportowe.

Tu jednak sprawa jest nieco szersza, bo nie chodzi tylko o wyrywanie sobie torebek z ręki, co przyznaję oglądam zawsze ze zdumioną gębą i pewnym podziwem, że ktoś ma na to siłę i ochotę, ale również o odpowiedź na pytanie, czy nie są one sprzedawane za tanio.

A zdaniem Disy są.

10 lat temu zakochałam się w torebkach marki Wittchen. Pamiętam pierwszą torebkę, którą dostałam na urodziny, a której cena była wtedy dla mnie zaporowa. Pamiętam radość, szczęście i pewnego rodzaju dumę.

Zawsze zaciekle broniłam tej polskiej marki… broniłam nawet wtedy, gdy jakość spadła dość odczuwalnie. Jeszcze do niedawna z przyjemnością sięgałam po produkty tej marki i dość często nabywałam je na prezenty dla bliskich. Pierwsza promocja marki Wittchen w Lidlu przeszła obok mnie dość obojętnie, ale nie ukrywam, że poczułam dyskomfort. Małe ukłucie wewnętrznego buntu i torebki poszły na tył szafy, a co za tym idzie były na drugim planie. Kolejne „rzuty” w Lidlu i walka o torebki po 250 zł sprawiły, że przestałam zaglądać do ich sklepu i przestałam zaglądać na stronę.

Z czasem zauważyłam, że zaczęłam torebki Wittchena traktować jak te robocze, te gorsze. Pewnie każda kobieta ma torebki, które kocha, dba o nie i z przyjemnością ich dotyka oraz ma takie, które bierze by oszczędzić te ulubione. Wittchen stał się symbolem torebki gorszej kategorii, a jakiś czas temu przyłapałam się na tym, że wzięłam skórzaną (tania nie była) torebkę Wittchena do warzywniaka i wsypałam do niej luzem ziemniaki. Czy jest coś gorszego niż w ten sposób sponiewierana miłość?” – pyta szafiarka

A dalej w komentarzach dodaje, że „po prostu nie mam ochoty płacić (średnio) 700 zł za torebki, które później walają się w koszach w dyskoncie spożywczym.”

10339779_699203373491034_1518477794246469195_n

Oczywiście społeczeństwo zareagowało na podobne deklaracje w znaczącej części w bardzo prosty sposób uznając, że szafiarce w pewnej części ciała się poprzewracało. Osobiście jednak rozumiem jej nastawienie jako konsumentki. Zwyczajnie czuje się zrobiona w jajo i więcej torebki za 700 czy 900 zł tej firmy nie kupi.

I dla Wittchena będzie to problem, bo podobnego rodzaju manewry jak romans z Lidlem dla marki chcącej przebywać w kategorii premium (choć z całym szacunkiem na pewno nie luksusowej czy ekskluzywnej) to rzecz niebezpieczna.  

Można oczywiście porównywać to do sytuacji gdy np. Karl Lagerfeld zaprojektował serię ubrań dla taniej sieciówki H&M. 

- Ale to jest tanie – rozpaczał w reklamie jeden z rozgoryczonych regularnych klientów

- Sam jesteś tani, nic ci nie pomoże – odpowiadał Lagerfeld dumnie.

Tu jednak drobna uwaga, to co zrobił Lagerfeld to była specjalna kolekcja robiona tylko i wyłącznie dla H&M. A w komunikacji reklamowej było wyraźnie zaznaczone, ze jest to nie Karl Lagerfeld, tylko  „Karl Lagerfeld for H&M”.

Różnico pozornie niewielka, ale w rzeczywistości bardzo duża.

Podobnie było w H&M z innymi dużymi markami. Owszem był Versace, ale w wersji  „Versace for H&M”. Był  Jimmy Choo jako „Jimmy Choo for H&M” (zresztą sam Jimmy Choo, udziały w swojej firmie sprzedał 13 lat temu za 10 mln. dolarów i nie bierze udziału w jej prowadzeniu, bo jakby brał to by się na to nie zgodził).

 

Tu nie mamy jednak „Wittchen dla Lidla” czy jak kto woli „Wittchen for Lidl” tylko po prostu „Wittchen”. I na dodatek nie wiadomo czym te torebki różnią się od sprzedawanych za kilka razy większą sumę w salonach sieci.

Na dodatek Wittchen powtarza swój manewr ze sprzedażą w dyskoncie rok po roku. Jeśli ktoś zrobił tutaj dobry interes to z całą pewnością Lidl.

Ale Wittchen również przyznam szczerze nie miał wyjścia. Spółka zwyczajnie potrzebuje pieniędzy. Nie może się cały czas pozbierać po nieudanym przejęciu Vip Collection (zresztą szybko sprzedanego).  Z tego samego powodu musiała odwołać swój giełdowy debiut. 

Torebki Wittchena w Lidlu mają więc podwójne dno.

 

23:59, miaczynski
Link Komentarze (15) »
środa, 15 października 2014

Przyszłością branży pocztowej nie są żadne listy,  żadne usługi finansowe, ani koperty i znaczki sprzedawane na pocztach.

A co jest? Paczki. Małe, duże, pękate, wypukłe i płaskie.

Bo, o ile list można wysłać mailem, tak nie da się jeszcze przesłać mailem dajmy na to telewizora, pralki albo zestawu kosmetyków.

Oczywiście w miarę upływu czasu, pewne rzeczy będzie można sobie wydrukować w domu, na drukarce 3D. Czyli zapłacimy owszem, ale za projekt, którzy przyjdzie przez internet. Podłączymy sobie pod smartfona drukarkę 3D i wciśniemy: drukuj buty.

O na przykład tak:

To jednak pieśń przyszłości.

Jak na razie trwa między firmami kurierskimi a Pocztą Polską wyścig o paczki (głównie te z interentu). Wyścig w którym narodowy operator był przez lata tym leniwym kolarzem, który zamiast harować na treningach imprezował z kolegami.

Zamiast nabierać mięśni, przybierał na wadze. A rower? A rower to mu po prostu ukradli. Albo go zgubił, tak do końca nie wiadomo.

Od dwóch lat Poczta usiłuje wrócić do zawodowego ścigania, ale jak wynika z przygód pana Janka sporo jej jeszcze zostało do zrobienia.

- Historia ta przydarzyła mi się w dniu dzisiejszym na Poczcie Polskiej kiedy odbierałem przesyłkę wysłaną do mnie przez kolegę z Bydgoszczy. Kolega wysłał do mnie przesyłkę nową usługa Poczty, która działa w ten sposób, że "przesyłka kurierska", jak nazywa ją Poczta, dociera do wybranego urzędu pocztowego skąd może być odebrana natomiast nie jest dokonywana próba doręczenia, trochę jak paczkomat - relacjonuje pan Janek.

Czytelnik dostał emailem informację (emailem, czuja Państwo jak się zmienia rzeczywistość!), że przesyłka dotarła do urzędu pocztowego.

A jeszcze konkretniej do Urzędu Pocztowego Warszawa 123, Ul. Warszawska 58C, Warszawa.

- Po sprawdzeniu dowodu osobistego pani na poczcie podsunęła mi do podpisania kartkę, wskazując miejsce na podpis, nad którym malusieńkimi literkami napisane było "przesyłkę otrzymałem w dobrym stanie". Zapytałem panią w okienku, czy mogę zobaczyć przesyłkę skoro mam poświadczyć swoim podpisem, że otrzymałem ją w dobrym stanie. Powiedziano mi, że taka możliwość istnieje, ale tylko jeżeli nadawca wykupi dodatkową usługę, a skoro nie wykupiłem to mogę poświadczyć, że w dobrym stanie albo odmówić przyjęcia przesyłki - pisze do mnie zdumiony czytelnik.

Jak widać ten email go zmylił i oczekiwał, że w razem z uruchomieniem systemu komputerowego narodowy operator uruchomi też logikę w urzędach pocztowych.  Błąd. Być może pracowników Poczty rozprasza pobliski bioenergoterapeuta...

pocztapolska1

- Nie miałem pojęcia, czy przesyłka była w dobrym stanie, a jeśli po odebraniu zobaczyłbym, że jest zniszczona i wtedy złożył reklamację to doskonale wiemy co by się stało: Poczta wyciąga właśnie podpisaną przez mnie karteczkę, że przecież w dobrym stanie, koniec rozmowy. W paczce były drogie głośniki i nie chciałem ryzykować - opowiada pan Janek.

Czytelnik zapytał czy może w tej sprawie złożyć reklamację i dowiedział się, że reklamację w takim przypadku może złożyć tylko klient a klientem jest nadawca nie adresat.To nie był oczywiście koniec.

- Zapytałem, czy mogę porozmawiać w tej sprawie z kierownikiem ale dowiedziałem się, że go nie ma. W takiej sytuacji, przyparty do muru (bardzo potrzebowałem tych głośników!) po prostu podpisałem. Podpisałem stwierdzenie o którego prawdziwości w momencie podpisywania nie miałem pojęcia, ale do którego zostałem (nie fizycznie, bardziej przez vis compulsiva) zmuszony. Bo wybór podpisujesz albo nie dostajesz paczki to nie jest wybór, to jest wykorzystywanie dominującej pozycji - uderza w mocne tony pan Janek.

I w tym szlachetnym oburzeniu go wsparłem odpytując Pocztę Polską.

Rzecznik tej instytucji Zbigniew Baranowski również był nieco zdziwiony. Jego zdaniem placówka pocztowa Warszawa 123 przy ulicy Warszawskiej w Warszawie  się myli i to dwa razy.

Pierwszy

- Oczywiście, paczka przed podpisaniem odbioru mogła zostać pokazana klientowi. Skoro Klient wyraził takie życzenie, to pracownik wydający powinien mu to umożliwić. Uczuliliśmy pracowników placówki w kwestii zasad wydawania przesyłek. Jednocześnie za Pana pośrednictwem chciałbym przeprosić Klienta za zaistniałą sytuację - twierdzi Baranowski. I wyjaśnia, że Poczta ma również usługę innego rodzaju, czyli sprawdzenie zawartości zgodnie ze specyfikacją dołączoną przez nadawcę. Koszt dla nadawcy to 6,15 PLN.

I drugi.
- W kontekście prawa wniesienia reklamacji to chciałbym wyjaśnić, że przysługuje one zarówno nadawcy, jak i adresatowi. Adresatowi - w przypadku gdy nadawca zrzeknie się na jego rzecz prawa dochodzenia roszczeń, albo gdy przesyłka została doręczona adresatowi - mówi Baranowski.

Żeby jednak nie było, że biję w Pocztę Polską a inni są świeci. Dzisiaj na Facebooku czytałem wyznanie kolegi, któremu Amazon uparcie twierdzi, że paczka, którą trzyma właśnie w ręku dojdzie do niego za siedem dni...

16:58, miaczynski
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 października 2014

- Czy mógłby się Pan odnieś jakoś do tego artykułu czy nie jest to czasem czarny PR - pyta pani Agnieszka.
I dodaje:

- W szkole do której chodzi moja córka, Pani dyrektor zabroniła przynosić gumek (loom bands), mówiąc, że są one rakotwórcze. Dziecko spać nie może po nocach, bo miało styczność z tymi gumkami. Szukam informacji na ten temat, ale widzę, że nic sensownego się nie pojawiło - pisze czytelniczka.

O co chodzi?

W szkołach jest teraz nowa moda, dziewczynki robią sobie bransoletki z kolorowych gumek recepturek. Dwie najpopularniejsze marki tych produktów to Loom Bands i Rainbow Loom.

- Eksperci alarmują o szkodliwych związkach zawartych w podróbkach popularnych zestawów do robienia ozdób – Rainbow Loom. Wykryto w nich bardzo niebezpieczne dla zdrowia substancje – ftalany. Niektóre z podróbek zawierały aż 50 proc. ftalanu, podczas gdy ich dopuszczalna norma w produktach wynosi 0,1 proc! - pisał niedawno Fakt a wraz z nim sprawę podchwyciły inne media..

ftalanwlasciwy

Efekt jest tego taki, że wokół gumek kręci się jakaś niezdrowa histeria.

 ffff4

ftalany

Po kolei. Owszem ftalany w dużym stężeniu najczęściej mogą uczulać, czyli powodować wysypkę albo zaczerwienienia na skórze.

Cała sprawa wzięła się od artykułu w angielskim tabloidzie Daily Mail

daily

Można się oczywiście zastanawiać na ile jest szansa, że tanie przewieszki z Wielkiej Brytanii dotrą do Polski. Ale istotniejsze jest coś innego Na 16 badanych w Anglii tanich zestawów problemy były z dwoma.

Ale nie chodzi tutaj o gumki, bo nawet w tanich zestawach wszystko z nimi było w porządku, tylko o przewieszki do tych gumek, czyli doczepiane do nich kawałki plastiku.

„Marion Wilson, from the Birmingham Assay Office, said: 'The problem we found was not with the bands but with the charms that are sold with them.”

Reasumując jeśli dziecko bawi się gumkami nic mu nie grozi. A jeśli ktoś chce mieć pewność, że obcuje z produktem przebadanym i dopuszczonym do sprzedaży na terenie UE niech wybiera taki ze znakiem CE.

11:32, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 października 2014

Od 2 października zaczęła się niezwykle ciekawa z punktu widzenia handlu promocja w sieci sklepów Biedronka. Po raz pierwszy dyskont rzucił na swoje półki spory zestaw kolorowych spirytualiów spod znaku pędzącej myszy.

Sieć do tej pory znana była głównie ze sprzedaży whisky „Golden Loch” zwanej pieszczotliwie przez koneserów „złotą lochą”. Trunek jest ten o tyle charakterystyczny, że nawet zalany colą wydobywa z siebie charakterystyczny posmak - hmmm co tu dużo kryć - bimbru i to słabej jakości bimbru.

Swoją drogą moim zdaniem konkurencja w postaci Kauflandu (Black Sword) czy Lidla (Glen Orchy albo bourbon Western Gold) smakuje zdecydowanie lepiej. Ale ponoć o gustach się nie dyskutuje.

Wracając do tematu „Loch” w ofercie Biedronki jest i tym razem. O ile jednak zazwyczaj kosztuje 31,99 zł tak teraz w gazetce występuje za 33,95 zł.

W ofercie jest też markowa szkocka whisky, czyli dwa rodzaje Grant'sa. Jeden „reserve” za 34,89 zł za pół litra, drugi za 49,99 zł za 0,7l, jest również czarny Johnnie Walker 0,5 l za 68,99 zł.

Górny pułap za butelkę - 70 zł

Wszystkie wymienione wyżej alkohole były już wcześniej dostępne w Biedronce. Nowością w tym towarzystwie jest za to Highland single malt Grangestone double cask za 69,99 zł.

„Single” oznacza produkcję w jednej destylarni, a „malt” wytwarzanie ze słodu jęczmiennego (czyli teoretycznie jest whisky jest lepszej jakości). Double cask oznacza z kolei, że whisky była przechowywana w dwóch rodzajach beczek (wpierw w jednej, później w drugiej). W tym przypadku początkowo w tradycyjnych dębowych beczkach, a później w baryłkach po bourbonie.

Whisky pachnie ładnie - kwiatami, w smaku nie jest jednak szczególnie godna zapamiętania.

„Grangestone” to żadna mała destylarnia. Marka należy do Quality Spirits International Ltd, firmy która odpowiadała za pojawienie się na półkach w dyskoncie jakiś czas temu 12 letniej whisky James King. QSI to z kolei spółka podległa gigantowi, czyli William Grant & Sons do ktorego oferty należy również oprócz rzecz jasna Grant’sa także irlanadzka whiskey Tullamore (w Biedronce w tej ofercie za 39,99 zł za 0,5 l ).

W gazetce Biedronki jest też Bushmills (marka Diageo do której należy Johnnie Walker),Jim Beam– whiskey typu bourbon oraz trochę brandy i likierów.

biedra

Zdjęcie: Racoon

Październikowa oferta jest o tyle ciekawa, że Biedronka zwolniła cześć swoich półek z winem, aby wstawić tam whisky/whiskey. To znając portugalską sieć test, na ile ta kategoria alkoholi jest w stanie zrobić większy obrót.

Sprzedaż whisky/whiskey od ładnych kilku lat w Polsce mocno rośnie. Średnio w ciągu ostatniej dekady po 20 proc. rocznie.

whisky21Infografika: Wealth Solutions

whisky3Infografika: Wealth Solutions

Dla porównania sprzedaż czystej wódki - maleje. A wino? W ubiegłym roku wydaliśmy na nie 2,06 mld zł (dane Ambra za firmą badawczą Nielsen). To wzrost o 3 proc. W 2012 r. wzrost wyniósł prawie 8 proc. Tu jednak Biedronka ma potężnego konkurenta w postaci Lidla, który z roku na rok radzi sobie coraz lepiej.

- W 2013 roku sprzedaliśmy ponad 15 milionów butelek wina, czyli 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Wartościowo sprzedaż wzrosła o około 18 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Oznacza to, że klienci w sklepachLidl nie sięgają wyłącznie po wina najtańsze - zwiększa się sprzedaż win droższych. Z danych sprzedażowych wynika, że konsumenci przeznaczali średnio 9 proc. więcej na zakup butelki wina. Natomiast już na chwilę obecną sprzedaż wina w 2014 wyniosła ponad 10 milionów butelek, a należy wziąć pod uwagę, iż przed nami jest jeszcze akcja promocyjna win francuskich oraz okres świąteczny - dowiedziałem się w Lidlu.

W whisky/whiskey Biedronka takiej konkurencji nie ma. 

Tagi: biedronka
15:18, miaczynski
Link Komentarze (9) »
środa, 01 października 2014

Na początek będzie zagadka. Bols, Żubrówka, Absolwent czy Soplica to polskie wódki czy nie? Aby nie trzymać za bardzo w napięciu odpowiem: to zależy jak kto na to patrzy. Produkowane są w Polsce, ale właścicielem firmy CEDC jest rosyjski oligarcha Rustam Tariko, który firmę CEDC kontroluje przez firmę Russian Standard.

- Niedawno wpadłem na trop rosyjskich sankcji gospodarczych, uderzających w nasz rynek! - pisze mi pan Piotr.

I załącza zdjęcie wódki Soplica. Widać na nich, że Soplica z banderolą z 2013 roku, ma 36 proc. alkoholu, a nowa z 2014 roku ma już tylko 32 proc.

Zaniemogła? Osłabła biedaczka?
- Zastanawiam się, czy firma Russian Standard uznała, że 36 proc. to za dużo w nalewce, czy po prostu jako konsumenci jesteśmy ofiarami oszczędności. W przypadku wielu serków czy jogurtów zmniejsza się waga, tutaj Ciężko ukryć mniejszą objętość, bo przecież na to każdy zwróci uwagę, wiec alkohol wyparował - pisze czytelnik.

Proszę zobaczyć samemu:

soplica1

Co na to producent? A to już tłumaczy mi Krzysztof Kouyoumdjian z CEDC.

„W rzeczywistości, opisana sytuacja wygląda inaczej: jeszcze na początku tego roku mieliśmy w ofercie warianty smakowe Soplicy o różnej zawartości alkoholu: 32 i 36%. Podjęliśmy więc decyzję o ujednoliceniu tego wskaźnika dla całej linii nalewek i przeprowadziliśmy testy wśród konsumentów, badając różne opcje – zarówno słabsze, jak i mocniejsze.”

Według Kouyoumdjiana konsumentom bardziej smakował w testach wariant 32 proc.

- Płynie stąd wniosek, że w tym segmencie alkoholi smakowych (formalnie ta kategoria nazywa się „napój spirytusowy”, możemy też w tym wypadku używać terminu „nalewka”), konsumenci bardziej cenią potrzebę delektowania się smakiem niż… zawartość alkoholu. Warto zaznaczyć, że Soplice smakowe nie są i nigdy nie były wódką – także z formalnego punktu widzenia, ponieważ aby produkt można było nazywać „wódką” musi on mieć minimum 37,5% alkoholu - twierdzi Kouyoumdjian.

I dodaje, że sprzedaż Soplicy w wersji lżejszej osiągnęła w sierpniu tego roku najwyższe udziały rynkowe w historii.

Z tymi procentami i etykietami to w ogóle trzeba mocno zwracać uwagę, bo to że coś wygląda jak wódka, wcale nie oznacza, że wódką jest.

O proszę oto i kolejny nadesłany przed Państwa dowód:

gorzka

Czym jest wobec tego to cudo jeśli nie wódką?

Stock, czyli producent tłumaczy tak: „Żołądkowa Gorzka to słodko- gorzki alkohol. Trudno go skategoryzować - jest to zwyczajnie rodzaj trunku o zawartości alkoholu 36 % a my bardzo często powtarzamy w takim przypadku, 
że ze względu na siłę marki Żołądkowa Gorzka to segment alkoholu sam w sobie. Butelki Żołądkowej nie stoją wśród wódek a raczej wśród alkoholi kolorowych które są przypisywane do bardzo różnych kategorii od likierów po napoje spirytusowe.”

Jak widzą państwo wygląda jak wódka, ale to nie jest wódka, tylko od razu cały segment.

poniedziałek, 29 września 2014

Jedna z największych sieci w kraju powinna zastanowić się nad stworzeniem własnej religii. Podobnego rodzaju zamiany ewidentnie kwalifikują się do kategorii cudów, podobnie jak to było z zamianą wody w wino.

A co chodzi? A to już wyjaśni nam czytelniczka o barwnym nicku „Martini”, która ma tę przypadłość, że nie toleruje laktozy.

- Moja mama w ramach uszczęśliwienia mnie zakupiła w TESCO w Łodzi ser OWCZY. Pani ekspedientka również zapewniała ją, że ten ser jest w 100% z mleka owczego bez dodatku mleka krowiego - relacjonuje.

Matka (szczęśliwa niczym żbik, że udało się jej upolować coś takiego dla córki) zjawiła się w domu a tam panienka Martini przyzwyczajona, już że nazwa produktu producentów specjalnie nie zobowiązuje do niczego, bo potrafią tam pisać różne rzeczy obejrzała dokładnie opakowanie i....

... ser z mleka owczego okazał się być serem krowim.

Mu. MU.

To znaczy serem z pasteryzowanego mleka krowiego (w trzech czwartych) oraz z mleka owczego (w jednej czwartej). Cena? 54,90 za kilogram.

tescooo1

- Proszę o rozpropagowanie tej informacji, niby nic, ale mama nie kupiłaby tego sera wiedząc, że oprócz mnie nikt nie zjada w domu serów pleśniowych. Będę również zgłaszać sprawę do UOKIKU - pisze mi czytelniczka.

Co mi odpisało Tesco?

- W przypadku opisywanego sera doszło do błędu podczas nadawania mu nazwy w naszym systemie informatycznym, za co pragniemy przeprosić naszą klientkę. Na drukowanej etykiecie znajdującej się na każdym opakowaniu oprócz składu sera znajduje się także informacja iż jest to produkt "z dodatkiem mleka owczego". Niemniej jednak, oczywiście zgadzamy się z klientką, iż nazwa może budzić wątpliwości, dlatego jak najszybciej zostanie ona zmieniona. Jeśli to możliwe, prosimy o przekazanie kontaktu do klientki abyśmy mogli uzgodnić sposób rekompensaty tego błędu.

Nazwa nie budzi wątpliwości? Moim zdaniem jest ona zwyczajnie niezgodna z prawem. Jeśli ser nosi nazwę „Danablau z mleka owczego luz” to znaczy, że przynajmniej jego połowa jest z mleka owiec.

W przepisach nie ma wyraźnie określonego poziomu mleka owczego w serze z mleka owczego, żeby mógł on nosić taką nazwę. Inspekcja Handlowa przyjmuje, jednak że musi go być przynajmniej 50 proc. Co z innego gdyby Tesco nazwało swój ser „Danablau z dodatkiem mleka owczego”. O wtedy tego mleka mogłoby być tylko 3 proc. Tak zresztą robią producenci parówek. Robią parówki „z cielęciną” gdzie cielęciny jest 3 proc. (czyli na 100 gramów parówek 3 gramy to cielęcina) oraz cielęce (gdzie cielęciny musi być co najmniej połowa).

Tyle że „ser z dodatkiem mleka owczego” nie brzmi już tak atrakcyjnie jak „z mleka owczego”. Inna kwestia, że panienka Martini niezależnie od tego czy mleka owczego jest 25 proc. czy 55 proc. i tak nie mogłaby go zjeść. Potrzebuje bowiem sera w 100 proc. owczego. A taki w wersji blue będzie kosztował ok. 100 - 120 zł za kilogram.

Tagi: tesco
11:18, miaczynski
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67