Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Coraz częściej widzę jak w pogoni za zyskiem sklepy zamieniają się w składy towaru używanego.  A to laptop czy tablet ma dane poprzedniego użytkownika, a to w pamięci aparatu fotograficznego są jakieś zdjęcia etc.

Nie tak dawno opisywałem przygody pana Zbigniewa, który w Sosnowcu w sklepie RTV Euro AGD wypatrzył aparat Nikon D700 w zestawie z obiektywem.

Za zestaw zapłacił 11 tys. zł.

Poinformowano go, że sprzęt jest towarem z ekspozycji, czyli leżał na półce, a klienci mogli go dotykać. - Jest jednak sprawny i w idealnym stanie - usłyszał zapewnienie. Na fakturze zaznaczono: "ekspozycyjny, rysy na obudowie".

Podekscytowany jak fretka pan Zbigniew wrócił do domu, naładował wyczerpany akumulator, włożył kartę i zrobił kilka próbnych zdjęć. Z ciekawości wrzucił zdjęcie do programu Opanda, który dokładnie diagnozuje sprzęt fotograficzny i... zdębiał. Okazało się, że ktoś zrobił jego aparatem aż 23 tys. zdjęć.

Później na jaw wyszło, że były pracownik sklepu dorabiał sobie robiąc zdjęcia na różnych imprezach.

Nie mam proszę państwa problemu z tym, że sklep sprzeda towar ze zwrotu. Ale pod warunkiem rzecz jasna, że jest on odpowiednio oznaczony, cena stosownie obniżona a sam sprzęt wyczyszczony. Na zewnątrz i wewnątrz.

To jak się okazuje coraz częściej próba nie do przejścia.

Pan Tobiasz będąc na zakupach w Auchan-Poczesna koło Częstochowy kupił sobie pendrive’a. Produkt oprócz oryginalnego opakowania, zapakowany był w sklepowe pudełko antykradzieżowe.

Obejrzeć go nie było więc można. Zabezpieczenie zostało zdjęte przy kasie, czytelnik nie zauważył jednak, że oryginalne opakowanie jest rozcięte.

 

Jego błąd. Jak sam jednak zaznacza, nie przesądza to jeszcze sensowności zakupu.

Podłączył nowo nabyty sprzęt do komputera i zdębiał.

Na urządzeniu były bowiem zdjęcia ze studniówki sprzed trzech lat z jednego z częstochowskich liceów. Osoby występujące na zdjęciach są... opisane z imienia i nazwiska. 

Pan Tobiasz skontaktował się z autorem zdjęć, ale ten zaklina się, że to nie jego urządzenie.

Żeby było jeszcze zabawniej pendrive chyba nie jest do końca sprawny. Przynajmniej pan Tobiasz nie jest w stanie go sformatować.

A próbował na co najmniej dwa sposoby.

- Sam też chciałbym złożyć reklamację ale nie podoba mi się fakt że istnieje szansa na to że za kolejne dwa lata ktoś inny kupi go i np. wykorzysta zdjęcia podpisanych z imienia i nazwiska osób - konkluduje czytelnik.

12:18, miaczynski
Link Komentarze (9) »
wtorek, 20 stycznia 2015

Zastanawiają się państwo ile warte są ubezpieczenia telefonów?  Jestem umiarkowanym zwolennikiem podobnego rodzaju rozwiązań. A pani Anita wyjaśni państwu dlaczego. A właściwie wyjaśni to Państwu mąż pani  Anity, który kupując aparat w abonamencie (Orange) dał się skusić na jego ubezpieczenie (Warta).

Co miesiąc regularnie opłacał składkę w wysokości 7,99 zł, czyli płacił niecałą stówkę rocznie.

Traf jednak chciał, że mąż czytelniczki szedł sobie ulicą a telefon, jak to podobnego rodzaju urządzenia mają w zwyczaju, absolutnie nieprzejęty powagą chwili zwyczajnie wyślizgnął  się z ręki podczas spaceru.

A ponieważ nie był zabezpieczony w pancernym ochraniaczu zwyczajnie się rozwalił.

Warta również nie poczuła powagi sytuacji, bo równie zwyczajnie odmówiła wypłaty odszkodowania.

Dlaczego?

A to już będzie pouczające.

W piśmie wysłanym do czytelnika argumentuje tak: „Uszkodzenie lub zniszczenie telefonu w wyniku nieszczęśliwego wypadku (w tym zalania) to uszkodzenie/zniszczenie telefonu (zewnętrzne lub wewnętrzne) spowodowane przez nagłe, nieprzewidziane i niezależne od woli ubezpieczonego zdarzenie zewnętrzne w stosunku do ubezpieczonego i do telefonu, niemożliwe do zapobieżenia, powodujące konieczność naprawy, wymiany uszkodzonych części lub całego telefonu."

Czyli musi być zdarzenie zewnętrzne, które powoduje uszkodzenie sprzętu.

"Podczas zgłoszenia szkody wskazano, że klientowi telefon wyślizgnął się z ręki podczas spaceru. W trakcie rozmowy telefonicznej z dnia 28 listopada 2014 potwierdzono okoliczności zdarzenia jednocześnie oświadczając, że nie doszło do potknięcia, poślizgnięcia lub popchnięcia ubezpieczonego.”

warta

Czytelnik jak widzą państwo popełnił błąd. Zamiast wywalić się spektakularnie, zwyczajnie go wypuścił. Żeby chociaż ktoś go podeptał albo szturchnął to wtedy Warta by ubezpieczenie wypłaciła.

A tu pech.

Czytelnik co potępiam, ale rozumiem usiłował coś jeszcze z tym fantem zrobić. “Należy nadmienić, że w przesłanym odwołaniu wskazał Pan, iż przyczyną uszkodzenia sprzętu było potknięcie się. Tym samym okoliczności zdarzenia zostały zmienione dopiero po otrzymaniu decyzji odmownej.”

Ale Warta pozostała twarda.

- Kobieta która dzwoniła w sprawie ubezpieczenia telefonu w momencie kiedy mąż go nabył w salonie Orange , zapewniała ze ubezpieczenie obejmuje wszystko wiec kiedy ten incydent się wydarzył mąż opisał faktycznie jak to było choć mógł skłamać i wtedy inaczej sprawa by wyglądała – narzeka czytelniczka. 

I choć rozumiem - już po raz drugi - jej ból, umowa ubezpieczeniowa pod tym względem jest jasna. 

22:39, miaczynski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Co jest marzeniem Polaka? Biorąc pod uwagę filmy, które oglądałem w ubiegłym roku jest VW Golf z Biedronki, buty crocsy z Lidla, karp z Lidla i torby Wittchen z Lidla. I o tych ostatnich napiszę dzisiaj. Torby przez niemiecką sieć dyskontów przetoczyły się już dwa razy,

A wyglądało to tak:

Przy drugiej edycji tego przedsięwzięcia społeczno - ekonomicznego mało znana szafiarka Disa, ogłosiła, że w torebkach znanej firmy spod Łomianek Wittchen nosi już tylko ziemniaki. Bo jej zdaniem schodząc do dyskontu, firma zeszła zbyt nisko.

Innymi słowy decyzja budziła kontrowersje w społeczeństwie.

Są już osoby, które mogą się pochwalić, swoimi doświadczeniami w zakresie użytkowania tego produktu. I w tej sprawie napisała do mnie pani Olga.

„Chętnie podzielę się opinią na temat sławnych toreb marki Wittchen, o które to tysiące Polek toczyło bój w ubiegłym jak i bieżącym roku.

Ja swoją nabyłam w październiku 2013, pobiegłam rano do Lidla i dokonałam zakupu, zadowolona, że za korzystną cenę wejdę w posiadanie skórzanego produktu sprawdzonej marki - mam ich walizki, portfele, rękawiczki, przyszedł czas na torbę. Niestety po kilku miesiącach torba zaczęła się wycierać, rączki pruć i postanowiłam ją zareklamować. W sklepie potwierdziłam zakup torebki w Lidlu, ekspedienci spojrzeli po sobie i już wiedziałam, że nie ma mowy o reklamacji.

Po 2 tygodniach reklamacja została odrzucona, ze względu na zużycie materiału, spowodowane zbyt częstym użytkowaniem. Nie była i nie jest to moja jedyna torba i nie nosiłam w niej jak znana blogerka ziemniaków, a jednak nie przetrwała.

Aktualnie torebki wstydzę się nosić, bo wygląda obskurnie”.

Obskurnie, czyli jak? Ano tak:

wittchen1 wittchen2

A co na to wszystko sam producent, czyli firma Wittchen? Jego odpowiedź mnie szczególnie ujęła za serce.

„W wyniku przeprowadzonych oględzin reklamowanego produktu i zapoznaniu się z treścią zgłoszenia reklamacyjnego stwierdzam, że reklamacja jest bezpodstawna. Zgłaszane przez klientkę zmiany są wynikiem postępującego procesu zużywania się wyrobu, jaki zachodzi w indywidualnych warunkach eksploatacji.

Produkt nie jest wyrobem trwałego użytku i zużywa się stopniowo, w zależności od sposobu, warunków i czasookresu eksploatacji.

Ponadto sprzedawca odpowiada wobec kupującego, jeżeli towar konsumpcyjny w chwili jego wydania jest niezgodny z umową w przypadku stwierdzenia niezgodności przed upływem sześciu miesięcy od wydania towaru domniemywa się, że istniała ona w chwili wydania.

Wynika z tego, że aby sprzedawca ponosił odpowiedzialność przewidzianą w ustawie towar musi posiadać niezgodność z umową która istniała w chwili wydania towaru.”

wittchen51

Proszę zapamiętać i się uczyć: „produkt nie jest wyrobem trwałego użytku i zużywa się stopniowo, w zależności os sposobu, warunków i czasookresu eksploatacji”. Bardzo ładna fraza i właściwie można ją zastosować do każdego towaru, sprzedawanego w sklepie..

W końcu proszę mi znaleźć produkt, który się nie zużywa?? Oczywiście, gdyby sprawa skończyłaby się przed sądem producent mógłby się nieco zdziwić.

Z drugiej jednak strony, powiedzmy sobie szczerze: nie ma co liczyć, że za 249 zł ktoś dostanie taki sam jakościowo produkt jak za złotych 700 czy 900. Torebka za 249 zł jest po prostu torebką zrobioną z takich materiałów i takiej jakości aby jej sprzedaż opłaciła się producentowi.

17:45, miaczynski
Link Komentarze (18) »
środa, 14 stycznia 2015

Powiem szczerze nie wierzę, za specjalnie w promocje. A już największe problemy mam z tymi na elektronikę (promocja czyli sprzedajemy stare albo używane), albo odzież(o tym więcej za chwilę).

Bo czym jest promocja? Wypchnięciem z magazynu tego co się nie sprzedało w pierwotnej cenie, czyli było po prostu słabe, albo za drogie.

1. To, że sklep obiecuje obniżkę, to tylko obiecuje

To że na sklepie jest napisane zniżka do 60 proc. oznacza, że w sklepie jest kilka rzeczy przecenionych do 60 proc. trochę po 30 proc. i całkiem sporo nie przecenionych w ogóle. O proszę: - tak wyglądają świąteczne promocje na odzież – pisze mi pani Agnieszka. 



10906217_737340689677302_1865539370617303348_n

Ładnie to skomentował jeden z czytelników. Jeśli „jest napisane "do 60%" - jak by nie patrzeć, 0% to też "do 60%"

2. Nazwa produktu może mylić.
Oto „sweter z alpaki” według sieci Mango (podesłała Margot).

10906260_737335763011128_2898710526108228535_n

Alpaki jest tu raptem 17 proc.

Jak napisała jednak do mnie pani Joanna „alpaka jest zwierzęciem (całkiem zresztą pociesznym, lama-alike). Nie napisano, jaka jego część została dodana do swetra. Przy owczej wełnie nie oznacza się jej „owca”.

Po prostu produkt zawiera WOM - Wełnę Oddzieloną Mechanicznie….

Pisałem już o równie kreatywnych nazwach produktów  w Zarze.  Więcej na ten temat tu i tu.

3. To sklep decyduje po jakim kursie przelicza euro.

I wynik obliczeń potrafi zaskoczyć.
- Taka sytuacja w Pull&Bear. Dziwne że np. w New Yorker 1euro mnożone jest razy 4 – pisze pan Bartosz.

10917506_883250528386280_1310805086_n

Jeszcze ciekawszy przypadek podesłała pani Kamila. - Może Pan pamięta kiedy euro było po 5,70zł? – pyta czytelniczka.

10389297_741729509238420_67312602826669588_n

4. Przecena ma nam zrobić dobrze psychicznie. Nie faktycznie. 

To, że sklep deklaruje jakąś przecenę to nie znaczy, że ona faktycznie miała miejsce w takiej wysokości, jaką deklaruje sklep na metce. Ceny mają to do siebie, że się zmieniają. Ale fajnie jest opowiedzieć, że się kupiło coś za 229 zł co jeszcze niedawno kosztowało stówkę więcej, prawda? 
Pani Ewelina podesłała mi zdjęcia dwóch metek. Cena przed przeceną i po przecenie, za płaszcz w sklepach Mango (znów Mango).

10917563_1005784626116688_803174979_n

10904906_1005784629450021_223705033_n

5. Sklepy robią na domieszkę

To, że na koszu albo wieszaku jest napisane przecena – 50 proc. nie oznacza, że wszystkie produkty tam są przecenione. Nawet jeśli są w tej samej cenie. W koszu mogą być np. skarpety za 19,99 przecenione o 50 proc. i skarpety za 19,99 zł (ale nigdy nie przeceniane). 

Autor tego tekstu kupił mimo wszystko na wyprzedaży tydzień temu płaszcz. 50 proc. taniej. To znaczy, nie wierzy że było to 50 proc. taniej, ale mimo to kupił. 

21:16, miaczynski
Link Komentarze (7) »
wtorek, 13 stycznia 2015

Noworoczną niespodziankę miała dla swoich abonentów kablówka Multimedia. - 1 stycznia 2015 włączam TV po czym okazuje się, że "robi się" aktualizacja kanałów. Zrobiła się, wszystko OK, po czym po kilku godzinach spostrzegłem, że dodali nowe kanały... i zabrali kilka naprawdę wartościowych pozycji - pisze do mnie pan Paweł.

Multimedia wyłączyła swoim abonentom FOX i FOX HD oraz National Geographic Channel, Nat Geo Wild oraz Fox Life.

W zamian za to dostali np. Polsat Romans, Disney Chanel, Disney XD, Motowizja HD, Disney Jr., Comedy Central HD, Polsat Viasat Nature, TV Republika oraz Eurosport 2 HD.

Czyli zamiast „Chirurgów” czy „The Walking Dead” - „Świnka Peppa”, zamiast „Inwazji Zabójczych Wielorybów” czy ”Rekinów w mieście” w Nat Geo Wild redaktor Ziemkiewicz i redaktor Wildstein w TV Republika.

Niektórym to jednak robi pewną różnicę.

- Dopiero na ich stronie wyszukałem sobie (po fakcie! i sam!), że jedne kanały zabierają, a inne dodają (dla mnie duuużo gorsze). Z tytułem "9 nowych kanałów w ofercie Multimedia Polska" - narzeka pan Paweł.

multimedia2
I dodaje:
- Rozumiem, że może coś się zepsuło na linii Nat.Geo.-Multimedia (nie wnikam), ale czemu jako klient nie zostałem w żaden sposób poinformowany o nadchodzących zmianach (ani listownie, ani na fakturze-choć tak twierdzą na infolinii (mam e-fakturę), ani przez e-bok). Czy to jest zachowanie OK, a właściwie czy jest zgodne z prawem? - pyta mnie czytelnik.

multimedia1

Co na to Multimedia?

Też chciałem się dowiedzieć. Ale rzeczniczka sieci od kilku dni się do mnie nie odzywa.

Widać nie lubi.

Czy wobec tego abonenci mogą sobie wypowiedzieć umowę?

- Na infolinii dostałem informację, że dla nich ma być spełniona ilość kanałów (minimum 90 w moim pakiecie Superbox i że rzekomo takie coś mam w umowie, choć sprawdzałem i nie znalazłem nic takiego) i że ta zmiana jest wg nich OK. Na pytanie czy mogę zerwać umowę bez konsekwencji udzielono mi informacji o "karach umownych", czyli, że nie mam prawa nie zgodzić się na tą zmianę i wypowiedzieć umowę bez konsekwencji - narzeka czytelnik.

Podobną informację dostał też pan Radek.

- Oczywiście BOK twierdzi, że wszystko jest w zgodzie z Regulaminem bo liczba kanałów się nie zmieniła. Czekam więc tylko kiedy pakiet Canal + sybskrybowany przeze mnie zostanie zamieniony na Mango TV HD - wzrusza ramionami.

Poczytałem sobie regulamin Multimediów i znalazłem fragment o który chodziło.

Oferta Usług Operatora – gwarantowana Abonentowi liczba programów telewizyjnych składająca się na Pakiet. Zmianę w Ofercie Usług Operatora, stanowiącą zmianę warunków Umowy Abonenckiej, stanowić będzie obniżenie liczby programów telewizyjnych składających się na Pakiet, poniżej liczby programów gwarantowanej przez Operatora.

W takim przypadku, Abonent uprawniony będzie do wypowiedzenia Umowy Abonenckiej, z zachowaniem terminów wskazanych w Regulaminie. Abonent zostanie poinformowany o tej zmianie na piśmie, przed jej wprowadzeniem, oraz poprzez informacyjny kanał planszowy emitowany przez Operatora, z wyprzedzeniem co najmniej trzech pełnych miesięcy kalendarzowych przed wprowadzeniem tych zmian w życie”.

Taką zmianę w regulaminie wprowadzono w 2011 roku. Jak rozumiem właśnie po to aby dowolnie sterować tzw. ofertą programową.

- Czekam na oficjalną odpowiedź na reklamację i pewnie dotrwam do końca umowy by nie boksować się z koniem ale zdobyli sobie zatwardziałego wroga - konkluduje pan Radek.

12:14, miaczynski
Link Komentarze (13) »
piątek, 09 stycznia 2015

Właśnie zakończyły się w Las Vegas największe targi elektroniczne świata czyli CES. Od czasu do czasu oglądam sobie co pokazano tam ciekawego, ale ten produkt podekscytował mnie na tyle, że postanowiłem o nim państwu napisać.

StoreDot to izraelski startup, który zamiast skupiać się na poprawie pojemności baterii (jak robi wiele podobnych projektów), wolał popracować nad prędkością jej ładowania.

W trakcie pokazu w którym brał udział dziennikarz serwisu internetowego Mashable niemal rozładowaną baterię telefonu Galaxy S5 naładowano do 100 proc. w... mniej niż dwie minuty.

ces

Oczywiście ma to minusy. Pierwszy - taka przeprojektowana bateria starcza jedynie na pięć godzin używania. Ale dwie minuty wystarczą aby telefon znów był w pewni gotowy do akcji.

Finalny produkt ma zresztą być na tyle dopracowany, że ładowanie będzie jeszcze krótsze - poniżej dwóch minut. A ładować komórkę będzie można raz, no góra dwa razy dziennie. Drugi - taka cudowna bateria nie pojawi się raczej na pewno w tanich telefonach, przynajmniej na początku.

Jeśli producent wsadzi ją do komórki podniesie to koszt jej wytworzenia o jakieś 50 dolarów. W tej branży to dużo.

Firma jak twierdzi szef StoreDot Doron Myersdorf właśnie rozpoczęła rozmowy na temat wdrożenia swojego produktu ze wszystkimi „dużymi misiami” czyli Samsungiem, Apple etc.

Jej celem jest abyśmy mogli zacząć używać tego wynalazku już w 2017 roku.

StoreDot rozpoczął swoją działalność w celu skonstruowania szybkoładowalnych baterii do samochodów elektrycznych takich jak Tesla.

Myersdorf twierdzi, że prototyp takiej baterii do elektrycznego auta, którą da się naładować w mniej niż trzy minuty będzie gotowy za rok.

11:21, miaczynski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 08 stycznia 2015

Pani Agnieszka, programistka z dużej, międzynarodowej spółki informatycznej, świątecznych prezentów szukała w warszawskim centrum handlowym Arkadia.

Weszła do kilku sieciówek z odzieżą. Rozglądała się za prezentem dla siostry. Zrobiła zdjęcia kilku rzeczy, które następnie wysłała do narzeczonego, aby zapytać go o radę.

Wszystko przebiegało zgodnie z przedświąteczną rutyną (dekoracje w złocie i czerwieni, Mikołaj, Rudolf renifer, kolędy i dzikie tłumy), aż pani Agnieszka weszła do sklepu jednej z marek hiszpańskiego Inditexu.

Tam ekspedientka poinformowała ją chłodno, że nie można robić zdjęć.

- Zdziwiłam się, mówiąc, że w pozostałych sklepach nie miałam z tym problemów. "Niemożliwe, wszędzie to jest zabronione, prawa autorskie" - opowiada czytelniczka.

Na jej prośbę, aby pokazać jakiś regulamin, który tego zabrania, usłyszała, że "regulamin jest wewnętrzny i nie pokazujemy go klientom". To niestety w polskich sklepach standard.

z17177694QCzywsklepachmoznaskanowacceny

Jak to wygląda pod względem prawnym?

Na prośbę agencji badawczej ABR SESTA opinię w tej sprawie sporządził dr Artur Krzykowski z warszawskiej kancelarii prawnej AKLEGAL.

W wersji krótszej wygląda to tak:

Oczywiście sklep może wprowadzić na swoim terenie regulamin przewidujący różne zakazy albo nakazy. Ale klientowi zasady obowiązujące w placówce muszą być przy wejściu jasno zakomunikowane, tak aby wiedział, czego może się tam spodziewać. I podjąć decyzję, chce wejść albo nie.

Tymczasem w niektórych sieciach kierownictwo pytane o regulamin wskazywało piktogramy: przekreślony aparat, przekreślonego psa, przekreślone lody.

Na pytanie o regulamin w postaci pisemnej obsługa rozkładała ręce.

Jak sklepy uzasadniają zakaz fotografowania? Wymówek jest kilka. Na przykład argumentują, że stanowi to kradzież ich własności intelektualnej w postaci autorskiego sposobu rozmieszczenia produktów na półkach. - Taka argumentacja jest całkowicie chybiona zwłaszcza w odniesieniu do towarów niebędących utworami (utworami są np. obrazy, plakaty, biżuteria) - mówi dr Artur Krzykowski z warszawskiej kancelarii prawnej AKLEGAL.

Poza tym zgodnie z polskim prawem autorskim wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu, ale tylko na własny użytek.

Niekiedy wprowadzanie zakazu fotografowania sklepy usprawiedliwiają "chęcią ochrony wizerunku produktu". Zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego ochrona wizerunku dotyczy jednak tylko osób, nie rzeczy.

Wreszcie sieci przekonują, że klient, fotografując produkty wbrew ich woli, "popełnia przestępstwo naruszenia tzw. miru domowego". Tyle że sklep jest po prostu miejscem publicznym.

Zakaz fotografowania to jedno, ale we wszystkich badanych placówkach handlowych brakuje regulaminu lub innej widocznej informacji dotyczącej zakazu skanowania cen.

Dla sklepów fotografowanie i skanowanie to po prostu te same czynności. Tymczasem przy skanowaniu nie robi się zdjęcia - skan nie zapisuje się w pamięci komórki, służy tylko do przekierowania na odpowiednią stronę w internecie.

W prowadzonym przez prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Rejestrze Klauzul Niedozwolonych nie znalazło się jednak jak dotąd postanowienie dotyczące zakazu robienia zdjęć lub skanowania w sklepach.

Dlaczego? Bo po prostu sąd ochrony konkurencji i konsumentów, do którego właściwości należy rozpatrywanie tego typu skarg, jeszcze się takim przypadkiem nie zajmował.

Niezależnie od prawnych przepychanek odnośnie zakazów używania komórek nie ulega wątpliwości, że nawet jeśli klient zrobi zdjęcie czy przeskanuje towar (np. w celu zbadania jego składu czy porównania ceny), sklep może go jedynie uprzejmie poprosić o przerwanie tej czynności.

Zgodnie z opinią sporządzoną przez AKLEGAL: "sprzedawca ani pracownicy ochrony nie są uprawnieni do domagania się od kupującego okazania, a tym bardziej wydania im telefonu komórkowego, jak również nie mogą oni żądać usunięcia konkretnego zdjęcia czy też zamieszczonej na telefonie aplikacji. Działania takie są bezprawne, naruszające m.in. prawo konsumenta do własności jego telefonu oraz znajdujących się tam utworów, aplikacji etc.".

Nie mogą też klienta zatrzymać ani wyprowadzić ze sklepu (inaczej narażają się na zarzut naruszenia nietykalności cielesnej).

-----

A niżej jest pełna opinia prawna autorstwa AKLEGAL.

Skanowanie w sklepach kodów kreskowych produktów lub robienie im zdjęć przy wykorzystaniu urządzeń mobilnych (np. telefonu komórkowego lub tabletu) to coraz popularniejszy sposób zdobywania przez konsumentów informacji o cenach lub właściwościach oferowanych artykułów.

Sfotografowanie lub zeskanowanie produktu umożliwia konsumentom porównanie jego ceny lub innych parametrów w Internecie albo bezpośrednio w konkurencyjnych sklepach poprzez dostępne na rynku aplikacje, które w szybki sposób pozwalają klientowi znaleźć ofertę w najniższej możliwej cenie. Weryfikacja przez klienta właściwości lub cen produktów, za pomocą aplikacji mobilnych, pełni funkcję nowoczesnego notatnika i ołówka. Z tą różnicą, że wykonanie zdjęcia lub zeskanowanie kodu kreskowego jest znacznie szybsze, niż wykonywanie odręcznych notatek, i pozwala na pozyskanie bardziej wyczerpujących informacji o produkcie.

Przepisy prawa (m.in. art. 2 ustawy z dnia 27.07.2002 r. o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej(…) nakładają na sprzedawców wiele obowiązków informacyjnych, w tym m.in. udzielanie kupującym jasnych, zrozumiałych i niewprowadzających w błąd informacji, wystarczających do prawidłowego i pełnego korzystania z towaru, jak również umożliwienie zbadania go lub sprawdzenia jego jakości jeszcze przed dokonaniem zakupu. Przy ustalaniu, czy informacje te zostały udzielone przez sprzedawcę we właściwy sposób, należy ocenić, czy będą one zrozumiałe dla typowego konsumenta, tj. osoby wyedukowanej, rozważnej i świadomej swoich praw (por. wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 22.8.2007 r., sygn. akt: VI ACa 414/07, Apel. Warszawa 2009, Nr 1, poz. 6).

W przypadku niektórych grup produktów, np. produktów żywnościowych, zostały wprowadzone ustawą z dnia 25.08.2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia dodatkowe wymagania informacyjne. Istnieje także wiele innych ustaw szczególnych wprowadzających podobne obowiązki (np. ustawa z dnia 12.12.2003 r. o ogólnym bezpieczeństwie produktów, ustawa z dnia 30.8.2002 r. o systemie oceny zgodności, ustawa z dnia 7.5.2009 r. o towarach paczkowanych, ustawa z dnia 11.5.2001 r. o opakowaniach i odpadach opakowaniowych).

Oczywiście, wszelkie istotne informacje dotyczące produktów oferowanych w sklepach powinny być przekazane konsumentom w języku polskim (art. 48 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia, art. 7 i 7a ustawy z dni 7 października 1999 r. o języku polskim).

Naruszenie przez sprzedawcę ww. obowiązków informacyjnych może być w pewnych okolicznościach (każdy przypadek powinien być jednak badany indywidualnie) zakwalifikowane nawet jako czyn nieuczciwej konkurencji. Ustawa z dnia z dnia 16 kwietnia 1993 r. o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (dalej – u.z.c.n.k.) uznaje bowiem za takie zabronione działania w szczególności opatrywanie towarów fałszywym lub oszukańczym oznaczeniem geograficznym, wskazującym bezpośrednio albo pośrednio na kraj, region lub miejscowość ich pochodzenia (art. 8 u.z.c.n.k.) oraz oznaczanie ich ewentualnie brak takiego oznaczenia, które może wprowadzić klientów w błąd co do pochodzenia, ilości, jakości, składników, sposobu wykonania, przydatności, możliwości zastosowania, naprawy, konserwacji lub innych istotnych cech produktów, a także zatajenie ryzyka, jakie wiąże się z korzystaniem z nich (art. 10 u.z.c.n.k.). Dodatkowo, zgodnie z ustawą z dnia z dnia 16 lutego 2007 r.  o ochronie konkurencji i konsumentów działanie sprzedawcy, polegające w szczególności na naruszeniu obowiązku udzielania konsumentom rzetelnej, prawdziwej i pełnej informacji może zostać uznane za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów. Sprzedawca, w wyjątkowych okolicznościach, za brak należytej informacji o oferowanych przez niego artykułach może zostać pociągnięty nawet do odpowiedzialności karnej przewidzianej w art. 15 ust. 1 ustawy z 23.8.2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym.

Stosownie do treści art. 2 ust. 1 Ustawy z dnia 5 lipca 2001 r. o cenach (dalej - u.c.) sprzedawca jest zobowiązany także podać do wiadomości kupującego cenę oferowanego przez niego towaru, która powinna obejmować podatek od towarów i usług oraz podatek akcyzowy, jeżeli jest on należny (art. 3 ust. 1 pkt 1 u.c.). 

Po stronie sprzedawców istnieje zatem obowiązek umożliwienia konsumentom zapoznania się przez nich z informacjami dotyczącymi oferowanych towarów.Klienci mają prawo do wszechstronnego zbadania produktu również pod kątem informacji niezamieszczonej wprost na jego opakowaniu, czy też zweryfikowania tego czy podana informacja jest prawdziwa.

Co istotne, w świetle przepisów kodeksu cywilnego, „wystawienie rzeczy w miejscu sprzedaży na widok publiczny z oznaczeniem ceny uważa się za ofertę sprzedaży” (art. 543 k.c). Klient zanim dokona zakupu, tj. zanim przyjmie ofertę sprzedawcy, może sprawdzić oferty innych sklepów i wybrać tą z nich, która jest dla niego najbardziej korzystna.

Chcąc zabronić klientom fotografowania lub skanowania produktów, coraz częściej w regulaminach sklepów, zwłaszcza wielkopowierzchniowych, pojawiają się ogólne zakazy fotografowania na ich terenie, o czym klienci są powiadamiani, np. przez tabliczki informacyjne znajdujące się przy wejściu do sklepu lub odpowiedniego działu. Obiektem, w którym znajduje się powierzchnia handlowa, zawsze ktoś zarządza. Sprzedawca może zgodnie z prawem w pewien sposób unormować zasady korzystania z niego, np. wprowadzając odpowiedni regulamin czy też poszczególne nakazy czy zakazy.   Aby nakazy i zakazy, czy też treść całego regulaminu, o ile taki istnieje, były wiążące dla konsumenta, muszą zostać mu w odpowiedni sposób zakomunikowane, tak aby mógł się on z nimi zapoznać jeszcze przed wejściem na teren sklepu. W przeciwnym razie postanowienia takiego regulaminu, czy też poszczególne nakazy lub zakazy, mogą nie wiązać konsumenta (art. 384 § 2 k.c.). Przekraczając granicę sklepu, konsument o ile mógł z łatwością dowiedzieć się o treści regulaminu, czy też o pewnych nakazach i zakazach, tym samym akceptuje zasady tam obowiązujące, zawierając ze sklepem pewnego rodzaju umowę o korzystanie z niego. Jeżeli regulamin czy też obowiązujące w sklepie nakazy i zakazy nam nie odpowiadają, zawsze możemy wybrać się do innego, konkurencyjnego sklepu.

Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że korzystając z aplikacji dostępnych na smartfonie nie robimy jednak zdjęcia poszczególnym artykułom ani ich części, a jedynie skanujemy kod kreskowy na nim umieszczony. Te dwie czynności różni to, że skan nie zapisuje się w pamięci naszego urządzenia, tylko po jego wykonaniu konsument automatycznie przekierowywany jest do opisu produktu znajdującego się w danej aplikacji.

Należy zastanowić się, czy zakaz fotografowania lub skanowania nie wkracza jednak zbyt daleko w sferę wolności wyboru i zagwarantowaną przepisami możliwość zebrania informacji o towarze. Często bowiem tego typu regulaminy nakładają na konsumenta obowiązki nieuzasadnione żadnymi obiektywnymi celami, np. ochroną porządku lub zdrowia, a jedynie uniemożliwiają klientom w łatwy i szybki sposób porównanie cen danego produktu w innych miejscach. Jeżeli tak rzeczywiście jest, postanowienie takie może zostać zakwalifikowane nawet jako tzw. niedozwolone postanowienie umowne, ponieważ nakłada ono na konsumenta obowiązki lub zakazy, które mogą zostać uznane za sprzeczne z dobrymi obyczajami, rażąco naruszając jego interesy (art. 3851 § 1 k.c.). Przypomnijmy, iż niedozwolone postanowienia umowne nie są prawnie wiążące dla konsumenta (art. 3851 § 1 k.c.). Bezprawność takiego działania ze strony sklepu nie przekreśla fakt, iż w prowadzonym przez Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Rejestrze Klauzul Niedozwolonych nie znalazło się jak dotąd postanowienie dotyczące zakazu robienia zdjęć lub skanowania w sklepach (art. 479[45] § 1,2 k.p.c.). Nie było bowiem ono jeszcze oceniane przez Sąd Okręgowy w Warszawie - sąd ochrony konkurencji i konsumentów, do którego właściwości należy rozpatrywanie tego typu kwestii (art. 479[36] k.p.c.).

Zdarza się, że sklepy starają się usprawiedliwić prawo do zakazania klientom robienia zdjęć, czy skanowania produktów tym, iż stanowi to kradzież ich własności intelektualnej np. w postaci autorskiego sposobu rozmieszczenia rzeczy na półkach. Taka argumentacja jest chybiona. Jedynie wyjątkowo, a jak uczy doświadczenie oraz praktyka w sklepach, raczej czysto teoretycznie, można byłoby w nielicznych sytuacjach poszczególne artykuły (np. rzeźby z czekolady), czy też sposób ich wyeksponowania uznać za stanowiący przedmiot ochrony praw autorskich. Ponadto należy pamiętać także o tym, że wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu (np. oryginalnej wystawy z czekolady) na własny użytek (art. art. 23 ustawy z dnia 04.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, dalej – pr. aut.). Fotografowanie, czy też skanowanie produktu oferowanego przez sklep na własny użytek, jest zatem w świetle prawa dopuszczalne. Wprowadzanie zakazu fotografowania sklepy niekiedy starają się błędnie usprawiedliwiać również chęcią ochrony wizerunku produktu. Zapominają przy tym, że ochrona wizerunku dotyczy tylko osób, a nie rzeczy (art. 81 i nast.pr. aut., por. orzeczenie Sądu Najwyższego z 23.05.1977 r., sygn. akt I CR 159/77), zatem i ten argument jest całkowicie chybiony. Część sprzedawców stara się znaleźć podstawę prawną wprowadzanego zakazu fotografowania czy też skanowania w prawie karnym. Twierdzą oni, że klienci, fotografując lub skanując produkty wbrew ich woli, popełniają przestępstwo naruszenia tzw. miru domowego (art. 193 kodeksu karnego). Argumentacja taka jest błędna. Strefy handlu, co do zasady, są bowiem miejscem publicznym, tj. miejscem dostępnym dla nieograniczonej liczby osób (por. Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 12.04.2002 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie, wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 14 marca 2008 r., sygn. akt II OSK 245/07). Przestępstwo naruszenia miru domowego polega natomiast na wdzieraniu się do pewnej zamkniętej przestrzeni, wbrew woli jej właściciela, co oczywiście – w przypadku otwartego sklepu – nie może mieć miejsca. Prowadzi to do wniosku, iż prowadzenie zakazu fotografowania lub skanowania produktów oferowanych do sprzedaży w sklepie, nie ma uzasadnienia prawnego.

Klient robiący zakupy w miejscu, w którym stosowane są tego typu zakazy, w przypadku jego nie przestrzegania może zostać niekiedy poproszony o zaprzestanie fotografowania lub skanowania. W takiej sytuacji może on zawsze schować telefon i kontynuować zakupy. Co się jednak stanie, kiedy nie zastosuje się do tej prośby? Czy istnieją jakiekolwiek prawne środki wyegzekwowania przez sklep przestrzegania takiego zakazu przez klientów?

Sprzedawca ani pracownicy ochrony nie są uprawnieni do domagania się od kupującego okazania, a tym bardziej wydania im telefonu komórkowego, jak również nie mogą oni żądać usunięcia konkretnego zdjęcia czy też zamieszczonej na telefonie aplikacji.  Działania takie są bezprawne, naruszając m.in. prawo konsumenta do własności jego telefonu oraz znajdujących się tam utworów, aplikacji etc. (art. 222 § 2 k.c.). Personelowi sklepu nie przysługuje również prawo do egzekwowania żądania opuszczenia sklepu przez klienta. Uprawnienie takie mają bowiem wyłącznie licencjonowani pracownicy ochrony i to w ściśle określonych sytuacjach, np. w razie zakłócenia porządku (ustawa z dnia 22.08.1997 r. o ochronie osób i mienia). W przypadku przymusowego wyprowadzenia klienta ze sklepu personel sklepu tym samym naraża się na zarzut naruszenia nietykalności cielesnej konsumenta, co stanowi przestępstwo (art. 217, 217a kodeksu karnego). W przypadku zatrzymania klienta robiącego zdjęcia lub skanującego pracownicy sklepu mogą zostać nawet oskarżeni o pozbawienie go wolności (art. 189 kodeksu karnego). Wszelkie groźby kierowane do klientów, w szczególności groźba wezwania policji, mogą zostać uznane za zabronione groźby karalne (art. 190 kodeksu karnego). Wobec konsumenta, który wbrew zakazowi robi zdjęcia lub skanuje produkty, nie może być także zastosowana, jako pewnego rodzaju „kara” za jego niewłaściwe w ocenie pracowników sklepu zachowanie, odmowa sprzedaży wybranych przez niego artykułu. Taka reakcja personelu sklepu może bowiem stanowić wykroczenie sprzedawcy zabronione np. przez kodeks wykroczeń (art. 135 kodeksu wykroczeń).

Sklepy nie dysponują zatem żadnymi prawnymi narzędziami, aby wymóc na konsumentach przestrzeganie zakazu skanowania produktów, ponieważ zachowanie takie jest legalne, oczywiście pod warunkiem, iż służy zebraniu informacji o produkcie, w tym o jego właściwościach , cenie oraz innych warunkach handlowych (sposób dostawy, możliwość zakupu na raty).

Konsumenci powinni o tym pamiętać i bronić się przed niewłaściwymi w stosunku do nich działaniami. W szczególności mogą o zaistniałej sytuacji poinformowaćmiejskiego  lub powiatowego rzecznika konsumentów, do kompetencji których należy m.in. występowanie do przedsiębiorców w sprawach ochrony praw i interesów konsumentów (art. 42  ustawy z dnia 16 lutego 2007 r. o ochronie konkurencji i konsumentów.

Podsumowując, konsument, aby mógł dokonać świadomego wyboru konkretnej oferty produktu dostępnej na rynku, ma prawo do uzyskania wyczerpującej informacji o towarze i jego cenie. Swoboda wyboru stanowi jednocześnie jeden z przejawów istnienia wolnego rynku, a sklepy, zarówno internetowe jak i tradycyjne, powinny poszukiwać sposobu uczciwego konkurowania między sobą w walce o klienta w taki sposób, aby go do siebie nie zrazić i nie narazić się na ryzyko odpowiedzialności prawnej.

UPDATE!

Pani Agnieszka: Napisałam do obsługi klienta w Oysho i zostałam oficjalnie przeproszona i zapewniona, że od kierowniczki utrudniającej mi zakupy zostaną wyciągnięte konsekwencje.

10:37, miaczynski
Link Komentarze (11) »
wtorek, 06 stycznia 2015

Powiem szczerze nic u Państwa nie budzi większych emocji jak telefony komórkowe. A właściwie zepsute telefony komórkowe, bo na sprawne to się nikt nie skarży. A co do tych zepsutych to prośbę o interwencję u producenta dostaję co najmniej kilka razy w tygodniu.

Problem w przypadku takich spraw polega na tym, że nawet jeśli konsument zaklina się na wszystkie świętości, że telefon nosił tylko wewnątrz pancernego opakowania przypominającego czołg Rudy 102 i był  nieśmigany oraz niebity to i tak bywa z tym różnie.

Na zewnątrz aparat wygląda pięknie.

Ale może być tak, że telefon kiedyś spadł na zewnątrz. Niby nic nie pękło, obudowa nie jest podrapana, a w środku telefonu jest miazga. Albo telefon był przegrzany, a obudowa wygląda jak nowa.

incidence1

Pamiętam też tłumaczenia czytelniczki, która zaklinała się na wszelkie świętości, że aparat nie mógł być zawilgocony, bo nigdy nie miał kontaktu z wodą.

Tyle, że jak się później okazało w trakcie zajęć fitness trzymała go… za biustem.  I czujnik wilgoci w telefonie od potu zwyczajnie zmienił kolor, odczytując to jako zalanie.

Wreszcie czasami też ktoś kupi na allegro telefon, który sprzedawca określa jako nowy i na gwarancji. A okazuje się, że nabytek jest składakiem zrobionym z dwóch, trzech a czasami nawet z PIĘĆIU aparatów   (pomysłowość Polaków jak widać kończy się nie tylko na robieniu jednego auta z rozbitych dwóch).

Na to wszystko nakłada się specyficzna polityka gwarancyjna producentów.

 Naprawią głośnik, jeśli wymienią ekran

I tak np. w większości krajów świata serwisy nie naprawiają telefonów Apple, tylko je wymieniają na nowe bądź tzw. odnawiane (naprawiane w specjalnych punktach Apple). Które są nowe a które odnawiane? Nie wiadomo. Jedne i drugie pakuje się w nowe obudowy.

Zgodnie z wytycznymi firmy Apple autoryzowane serwisy odmawiają naprawy gwarancyjnej, jeśli telefon nosi ewidentne ślady zawilgocenia, np. zalania mlekiem, wodą czy piwem, albo korozji. Tak samo jest jeśli są na nim ewidentne mechaniczne uszkodzenia, np. naruszone jest gniazdo, do którego podłącza się kabel ładowania.

Samsung? W warunkach gwarancyjnych jest określone, że naprawa następuje po przywróceniu telefonu do stanu fabrycznego. To znaczy najpierw trzeba go przywrócić do stanu fabrycznego, a później dopiero można się zająć właściwą usterką.

Czyli jeśli aparat ma pęknięcie na wyświetlaczu, a klient chce aby coś zrobiono z niesprawnym głośnikiem, to owszem serwis zajmie się głośnikiem, ale dopiero jak wymieni wyświetlacz.

Jak widzą Państwo potencjalnych problemów jest mnóstwo. I bywają wypadki, że lepiej zamiast z gwarancji producenta skorzystać z rękojmi (to jednak zupełnie inna historia, nad którą pochylę się w najbliższym czasie). 

Czasami jednak trafiam na sprawę, która ewidentnie budzi moje zdziwienie. I tak było z panem Kacprem.

Karta swoje, Sony swoje 

"Właśnie spotkało mnie niemiłe zaskoczenie ze strony firmy Sony. Posiadam ich telefon kupiony w ramach abonamentu w salonie Orange. Przestał w nim działać głośnik, ponadto w święta zauważyłem kolejną usterkę.” Ponieważ telefon był objęty gwarancją ważną do 27 grudnia ubiegłego roku, czytelnik wieczorem tego dnia postanowił zgłosić usterkę, tak aby zachować swoje prawa.

- Sięgam po Kartę Gwarancyjną Sony. Szukam informacji co zrobić w przypadku usterki. Zadzwonić na infolinię lub odwiedzić stronę www. Dzwonię. Oczywiście infolinia nieczynna. Odwiedzam stronę, wypełniam formularz, opisuję usterki. Po chwili dostaję mejla zwrotnego informującego o przyjęciu zgłoszenia – relacjonuje czytelnik.

Wydawałoby się, że wszystko w porządku prawda? I jedyne co może grozić czytelnikowi, to to że serwis nie uzna jego roszczeń, bo dojdzie do wniosku, że pan Kacper używał swojego aparatu dajmy na to do wbijania kołków w ścianę z bloku z wielkiej płyty. 

Ale rzeczywistość okazała się znacząco bardziej skomplikowana.

29 grudnia rano czytelnik zadzwonił na infolinię Sony a tam właśnie ta ponura rzeczywistość walnęła go w głowę. Komunikat był prosty: „przykro nam, pana telefon jest po gwarancji, nie przyjmiemy go do naprawy”.

- Zgłosiłem usterkę w dniu obowiązywania gwarancji przecież...- argumentował pan Kacper.

- My nie przyjmujemy zgłoszeń uszkodzonych produktów. Kierujemy w tej sprawie do zewnętrznego serwisu. Ponieważ nie zgłosił się pan do serwisu w trakcie obowiązywania gwarancji naprawy nie będzie – wytłumaczył pracownik infolinii. 

- Proszę pani, w karcie gwarancyjnej nie ma słowa o żadnym serwisie ani konieczności kontaktu z nim. Skąd miałem wiedzieć że mam kontaktować się z serwisem. Postąpiłem zgodnie z zaleceniami Karty Gwarancyjnej – spróbował  czytelnik.

- Nie ma tam informacji o serwisie bo one się często zmieniają – odbił piłeczkę pracownik infolinii.

- Aha – markotnie zauważył pan Kacper.

- No ale mógł pan wysłać do serwisu mejla. Nie wysłał pan. Wysłanie mejla (formularz) do nas nie ma znaczenia – doradził dobrodusznie pracownik infolinii.

- Aha - markotnie zauważył pan Kacper po raz drugi.

- Przykro mi, nie naprawimy pana telefonu. Czy w czymś mogę jeszcze pomóc?

- Nie, dziękuję.

- Dziękuję za kontakt z Sony Mobile Center, zapraszamy do odwiedzenia naszej strony internetowej."

 Zrzut_ekranu_20150106_o_18.28.41

Sprawa mnie zafrapowała, bo co innego było w końcu w karcie gwarancyjnej Sony a inną procedurę jak widać Sony stosuje w praktyce.

 Postanowiłem więc dopytać u źródła.

 I?

 - Rolą inflolinii jest pomoc klientowi i faktycznie niefortunnie się stało, ze Klient trafił na okres świąteczny i nie udało się Klientowi skontaktować z infolinią bo wówczas by otrzymał pełną infromację o procesie reklamacyjnym – napisała do mnie Agnieszka Jaskiewicz Head of Marketing Sony Mobile Communications.

Tutaj możemy sobie długo z panią Agnieszką pokiwać ze współczuciem głowami, ale nic z tego kiwania więcej nie będzie.

Ważniejsze jest jednak pytanie, jak wobec tego wygląda naprawdę procedura gwarancyjna? - Jako, ze usługi serwisowe dla Sony Mobile świadczy firma zewnętrzna – aby zgłosić reklamację należy zgłosić usterkę i oddać telefon / produkt Sprzedawcy lub wysłać telefon / produkt bezpośrednio do serwisu Sony Mobile – twierdzi Agnieszka Jaskiewicz.

Na koniec przedstawicielka Sony obiecała jednak, że przyjrzą się sprawie klienta i jego produktowi.

Trzymam za słowo. 

18:39, miaczynski
Link Komentarze (17) »
wtorek, 30 grudnia 2014

Wprowadzając nową ustawę o prawach konsumenta, nasi parlamentarzyści radośnie podtopili raczkujący rynek e-booków oraz elektronicznych prenumerat gazet wszelakich.

Jakby już ten segment rynku nie miał pod górę -choćby VAT na elektroniczne książki wynosi 23 proc., na papierowe 5 proc.

Od 25 grudnia pojawił się jednak kolejny kamyczek.

- Na WOBLINKU jeśli nie zahaczę opcji, że "rezygnuję z prawa zwrotu" – nie mogę zakończyć transakcji, czyli MUSZĘ zahaczyć tę opcję chcąc kupić e-booka. Na Publio teoretycznie mam dwie opcje – przy czym, przy zachowaniu "prawa do rozmyślenia się" np. zakupioną gazetę z 29.12 dostanę na czytnik dopiero po 14 dniach - pisze pani Joanna.

ebooki

I zastanawia się skąd wzięło się takie ustrojstwo?

Odpowiadam, to właśnie efekt ustawy.

Art. 38.Prawo odstąpienia od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorstwa lub na odległość nie przysługuje konsumentowi w odniesieniu do umów:

13) o dostarczanie treści cyfrowych, które nie są zapisane na nośniku materialnym, jeżeli spełnianie świadczenia rozpoczęło się za wyraźną zgodą konsumenta przed upływem terminu do odstąpienia od umowy i po poinformowaniu go przez przedsiębiorcę o utracie prawa odstąpienia od umowy.

Co to znaczy? Ano jeśli klient chce kupić ebooka, to zgodnie z prawem w wyraźny sposób musi zaznaczyć, że rezygnuje z prawa zwrotu. Inaczej go nie dostanie na swój czytnik.

A jeśli chce mieć prawo zwrotu, to mieć je owszem może, ale... nie dostanie ebooka. Gazety też nie.

Jasne prawda?

Ta sama ustawa - wyeliminowała również możliwość kupienia e-booka jednym klikiem. Teraz zanim to zrobimy pojawi się długa lista 21 punktów informująca klienta co kupuje i od kogo.

Pisałem o tym już kilkakrotnie, ale powtórzę jeszcze raz.

Dyrektywę unijną wprowadzającą opisywane regulacje powinniśmy byli wdrożyć do 13 grudnia ubiegłego roku, a nowe przepisy miały zacząć obowiązywać najpóźniej 13 czerwca. Tymczasem rząd przesłał projekt ustawy do Sejmu... 17 stycznia. Zamiast zrobić coś dobrze, zrobiliśmy coś szybko.

I teraz wychodzą tego rezultaty.

Inny przypadek to ogłoszenia drobne za pomocą SMS. Klient wysyłał dajmy na to sms z 3,69 „pralkę sprzedam” a ogłoszenie ukazywało się w gazecie lokalnej.

Pod rządami nowej ustawy to niemożliwe. Trzeba przyjść do biura ogłoszeń i stać w kolejce.

To oczywiście, nie oznacza, że ustawa jako całość jest zła. Ma po prostu punkty, które budzą duże kontrowersję i w miarę upływu czasu będzie pojawiać się ich coraz więcej. 

11:03, miaczynski
Link Komentarze (17) »
wtorek, 23 grudnia 2014

Radykalizuję się na stare lata.  Moim zdaniem sklepy 24 grudnia powinny być czynne góra do godziny 12. Ewentualnie należy je całkowicie tego dnia zamknąć.

Najdłuższy tegoroczny weekend handlowy zakończy się w środę we wczesnych godzinach popołudniowych. Większość sklepów zamknie się tego dnia o 14 (Biedronka, Lidl, Tesco) albo 15 (Auchan). Nieliczne wyjątki, jak Żabka, będą tego dnia czynne do godziny 16.

To nie oznacza, że pracownicy sklepów o tej godzinie zakończą pracę. Trzeba poczekać, aż wyjdą ostatni klienci, zdać kasy, sprzątnąć. To trwa godzinę albo i dwie. Owszem, sklepy tego dnia pod naciskiem związków zawodowych zamyka się coraz wcześniej. Jeszcze kilka lat temu w Wigilię pracowały do 18.

Większego racjonalnego sensu to nie ma. Już po 13 mało kto tam przychodzi. Dlaczego sklepy nie są więc czynne krócej? - Jesteśmy otwarci, bo konkurencja jest otwarta - przyznają przedstawiciele marketów.

Za kasami siedzą więc pracownice marketów i odliczają w myślach, czas do momentu, kiedy wrócą do domu i staną za garami, żeby przygotować wigilijną wieczerzę.

Przepraszam jeśli kogoś uraziłem z tymi garami.

Ale proszę mi uwierzyć, to naprawdę różnica, czy tego dnia pracuje się do 16, 14 czy może 12.

Co stracilibyśmy jako konsumenci, gdyby tego dnia sklepy były czynne krócej np. do 12? Absolutnie nic.

Co najwyżej trochę osób nie zdążyłoby dokupić jajek, których zabrakło albo kilograma soli, której również zabrakło.

Co straciłyby sklepy? Również niewiele. Owszem handel podzielił się teraz dwie części. Jest Biedronka, później długo, długo nic i Lidl (obie sieci zarabiają nieźle). A reszta z trudnością wiąże koniec z końcem (co wielu osobom wyda się kontrowersyjną tezą, ale na prowadzeniu sieci sklepów szczególnych kokosów to teraz nie ma).

Biedronka dusi sieci, ale trudno sobie też wyobrazić, że dwie godziny sprzedaży więcej są tutaj w stanie zrobić jakąkolwiek znaczącą różnicę.

Co byśmy zyskali? Odrobine spokoju. Życie polega nie tylko na staniu do kasy o godzinie 13.58 – 24 grudnia.

Oczywiście najlepiej by było gdyby sieci handlowe doszły razem do wniosku (np. w ramach Polskiej Organizacji Handlu I Dystrybucji –o ironio nie należy tam, żadna sieć z rdzennie polskim kapitałem), że tego dnia zamykają sklepy o 12.

Powiem szczerze, nie wierzę, tu jednak, aby branża handlowa sama była w stanie uregulować ten problem.

I w sumie szkoda, że posłowie, zamiast ustanawiać kilka lat temu 6 stycznia dniem wolnym od pracy, czyli święto Trzech Króli, nie zakazali pracy w Wigilię.

Byłoby to z korzyścią dla wszystkich. W tym gospodarki, która bardziej cierpi z powodu wytworzenia sztucznego długiego weekendu między sylwestrem a 6 stycznia.

1356378048_by_JanKenPon_600

23:41, miaczynski
Link Komentarze (24) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70