Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
piątek, 03 lipca 2015

Brytyjski dziennik Guardian właśnie wypalił, że Lidl i Kaufland należące do jednej z najbogatszych rodzin w Niemczech pożyczyły prawie miliard dolarów na rozwój we wschodniej Europie m.in. od Europejskiego  Banku Odbudowy i Rozwoju po to aby zapewnić mieszkańcom tych krajów tanią żywność. 

Chodzi o tanie jedzenie

Pieniądze Lidl otrzymywał przez ostatnią dekadę z dwóch źródeł. Po pierwsze od International Finance Corporation (IFC) , powiązanej z Bankiem Światowym. Po drugie z Europejskiego Bank Odbudowy i Rozwoju.

Obie instytucje ufundowane przez podatników a kontrolowane przez rządy mają wspierać rozwój gospodarczy w krajach przechodzących transformację ustrojową.

Bank Światowy na dodatek ma starać się ograniczać biedę na świecie. Banki przekonują, że pieniądze dla Lidla i jej siostrzanej spółki Kauflanda miały pomóc w rozwoju obu sieci w centralnej i wschodniej Europie, utworzyć nowe miejsca pracy, otworzyć nowe rynki zbytu dla lokalnych producentów oraz zaoferować dobrą jakościowo żywność dla biednych ludzi.

Komu daliście , wstydu nie macie

Dziennikarze "the Guardian" podkreślają problemy niemieckiego właściciela z przestrzeganiem praw pracowniczych. W Wielkiej Brytanii, gdzie Lidl ma powyżej 600 sklepów w ubiegłym roku na nagłówkach gazet pojawiła się informacja, ze polskiemu personelowi w sklepach w Szkocji zabroniono rozmawiania w pracy po polsku, nawet jeśli klient sklepu pochodził z naszego kraju.

Dziennik cytuje też Alfreda Bujarę szefa sekcji handlowej Solidarności, który zarzuca Lidlowi w Polsce, że pracownicy , którzy chcą przystąpić do związków są zastraszani a kierownicy traktują ich agresywnie. 

Cytowany w tekście pracownik skarży się z kolei na przepracowanie.

I fakt jest bezsporny Lidl, zwłaszcza Lidl wobec związków zawodowych wychodzi z pozycji siły. Jego komunikat jest następujący: załodze będziemy płacić lepiej niż wynosi rynkowa średnia. I faktycznie płace w Lidlu należą do jednych z najwyższych w tej branży.

Ale związki u nas nie są mile widziane (tak, tak wiem centrala twierdzi, że są otwarci na dialog z działaczami).

Zrzut_ekranu_20150703_o_15.53.12

Ile na Polskę?

Oczywiście można się długo i błyskotliwie zastanawiać czy Dieter Schwarz, jeden z najbogatszych ludzi świata (jego majątek ocenia się na ok. 21 mld. dolarów), potrzebował takiej pomocy ze strony banków i czy sklepów nie był w stanie postawić sam.

Pierwsze pieniądze dla Grupy - 100 mln dolarów poszły z IFC w 2004 roku. Zostały wydane m.in na ekspansję w Polsce.

Kolejna transza z 2009 roku - 75 mln dolarów poszła na rozwój sieci w Bułgarii oraz Rumunii. W 2011 - 66 mln dolarów dostał Lidl w Rumunii a w  2013 ponad 105 mln zostało pożyczone na rozwój w Bułgarii i Chorwacji oraz na otworzenie pierwszych sklepów w Serbii.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju z kolei współfinansowywał razem z komercyjnymi bankami projekty Lidla i Kauflanda na kwotę powyżej 700 mln. dolarów (pół miliarda z tego wyłożył sam). Pieniądze w części (nie wiadomo jak dużej i kiedy) zostały wydane też w Polsce.

Czy ta pomoc miała sens?

Menagerom Grupy się nie dziwię. Skoro ktoś może im pożyczyć pieniądze na preferencyjnych warunkach to żal byłoby nie brać. Ale czy faktycznie wpompowanie pieniędzy w nasz rynek handlowy sprawiło, że żywność jest bardziej dostępna dla osób niezamożnych?

Gilles Mettetal z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju odpierał zarzuty dziennika przekonując, że w momencie kiedy wspierali Grupę pożyczkami dyskontowy model handlu we wspomnianych krajach nie istniał.

- Daliśmy im kredyt. Oni owszem byli raczej agresywną nastawioną na zysk firmą, ale z drugiej strony dawali ludziom dostęp do produktów, których nie mieliby oni szansy inaczej zdobyć – twierdzi Mettetal.

Bez wątpienia w ciągu ostatniej dekady nastąpiła całkowita zmiana modelu handlu w Polsce.

Dyskonty – przede wszystkim Biedronka, ale również i Lidl (rywalizacja między tymi dwoma sieciami wyznacza kierunki zmian, kiedy jedna z nich mówi skakać, reszta sieci pyta jak wysoko).

Żywność mamy obecnie najtańszą w Europie (inną kwestią jest jednak relacja tych cen do naszej siły nabywczej i tu już tak różowo nie jest). I ta tania żywność również w przeważającej części jest efektem dyskontowego modelu handlu narzuconego przez Portugalczyków oraz Niemców.

Po prostu wyciskają z dostawców siódme soki.

Czy Niemcy zatrudniają pracowników w Polsce?

Oczywiście. Sam Lidl ponad 14 tys. I bez wątpienia jest to powód do domu dla sieci. Można się również zastanawiać ile miejsc pracy zostało zlikwidowanych przez ekspansję nowoczesnego handlu. Ale proszę państwa proszę również pamiętać, że to gminy decydują o tym kogo na swój teren wpuszczają a kogo nie (dajmy na to Wadim Tyszkiewicz prezydent Nowej Soli sieci do siebie nie wpuszczał przez 12 lat) .

Czy Lidl by zainwestował w Polsce bez wsparcia ze strony  IFC i EBOiR? Ależ oczywiście, że tak. Nawet w okolicach 2004 roku byliśmy dużym, politycznie stabilnym krajem, który dawał szansę na niezłe pieniądze. Podobnie jest z Bułgarią, Rumunią, Chorwacją i Serbią (pieniądze na rozwój sklepów w tym krajach pożyczono stosunkowo niedawno).

Grupa Schwarz bez wątpienia zrobiła dobry interes. Czy IFC i EBOiR? Nie sądzę. 

15:53, miaczynski
Link Komentarze (10) »
wtorek, 30 czerwca 2015

Są dwa sposoby spędzania wakacji.

Pierwszy to belgijski. Przyjeżdżamy, wrzucamy rzeczy do pokoju i okopujemy się dookoła basenu robiąc barykadę z leżaków i butelek po napojach. Dwa tygodnie później wstajemy z leżaka, pakujemy rzeczy do walizek i wracamy do domu.

Drugi sposób to opcja globtroter. Musimy zobaczyć wszystko, WSZYSTKO, WSZYSTKO!!!! Robimy rajd po wszystkich okolicznych miastach i wioskach ze szczególnym uwzględnieniem malowniczych ruin. A później selfie.

W tym drugim wariancie możemy nieco potrzebować telefonu komórkowego. Bo czasami trzeba coś sprawdzić na mapach googla, albo dowiedzieć się czegoś czego nie ma w przewodniku.

I tutaj dochodzimy do pana Karola.

Czytelnik pojechał na wczasy,

Turcja, jacht. Tak, też zazdroszczę. - Korzystam z telefonu Orange, ściągam również pliki grib wskazane dla bezpieczeństwa żeglugi - pisze pan Karol.

Pliki grib, to w uproszczeniu pliki z mapą pogodową na morzu. Ale...

- Wzrasta transfer danych i ilość rozmów, smsów również z prognoza pogody konieczne na jachcie. Firma Orange dochodzi do wniosku, że moja aktywność wzrosła ponad miarę i blokuje telefon do czasu dokonania przedpłaty 600zł. Wyłącza i koniec, bez uprzedzenia. Jak dokonać przedpłaty, kiedy straciłem dostęp do internetu? - zastanawia się czytelnik.

Płynie więc ileś tam mil morskich do portu. Pan Karol znajduje kawiarenkę z internetem. I tutaj niespodzianka numer dwa.

Jak zrobić przelew?

Kod konieczny do potwierdzenia przelewu przychodzi jak? Oczywiście smsem na telefon czytelnika. Który aktualnie przypomina  dość oryginalną płytkę łazienkową, bo dzwonić ani odbierać sms na nim nie można. Pan Karol na gwałt zaczął szukać kogoś kto wyłoży za niego pieniądze.

Udało mu się, wykonał w końcu przelew. Ale telefonu nie odblokowano. - Podobno mają na to 24h, chyba że prześlę maila z potwierdzeniem przelewu. Wysyłam - nie zadziałało, czekam 24 h tez nie odblokowali - relacjonuje ponuro czytelnik.

- Łączę się z numerem do spraw windykacji firmy Orange. Uprzejmy glos automatu informuje, że blokada dotyczy płatności za rozmowy krajowe, które powinienem zapłacić... 10 dni później - opisuje pan Karol.

Telefon udało mu się odblokować, gdy wrócił do Polski i porozmawiał z panią z Biura Obsługi Klienta.   - Złożyłem reklamację. Odrzucili. Wszystko dobyło się zgodnie z procedurami i standardami Orange. A wystarczałoby ostrzec. Rośnie Twój rachunek zbyt mocno. Prosimy o wpłatę zaliczki a przy jej braku po wzroście rachunku o kolejne 30 zł zablokujemy numer - konkluduje pan Karol.

Co na to wszystko Orange? Też chciałbym wiedzieć. Ale sieć nie udzieliła mi odpowiedzi na prośbę o komentarz do sprawy. 

Zamieszczam z ostrzeżeniem dla wszystkich, których mają zamiar pościągać sobie dane za granicą.

UPDATE

Dochodzi stanowisko Orange:

Przepraszam klienta za kłopoty jakich doświadczył w wyniku wyłączenia telefonu.

Celem naszych działań w takich sytuacjach zawsze jest bezpieczeństwo zarówno użytkownika jak i firmy, aby nie dochodziło do ewentualnych nadużyć. Jednak w tym konkretnym przypadku okazaliśmy się zbyt nadgorliwi, chociaż postępowaliśmy zgodnie z obowiązującymi regulaminami.

Dlatego dokładnie przeanalizujemy przypadek, aby podobne sytuacje się nie powtórzyły, zwłaszcza kiedy dotyczą niestandardowych sytuacji, jak opisana przez klienta.” - napisał mi rzecznik Orange Wojtek Jabczyński

12:26, miaczynski
Link Komentarze (16) »
niedziela, 28 czerwca 2015

Telekomy są cwane. Wiedzą doskonale, że straszliwie nie lubimy dostawać reklamowego bełkotu, którym one z kolei uwielbiają nas faszerować w imieniu swoim i firm, które im za to zapłacą.

Ku czci mamony i jak najwyższego ROI.

Jak mieć ciastko i zjeść ciastko? Telekomy dobrze wiedzą, że ryb nie łowi się na truskawki, bo ryby nie lubią truskawek. Co lubią ryby? Tłuste robaki.

Co lubią klienci telekomów? Zniżki na abonament.

Więc dają nam takie zniżki za dobrowolną i nieprzymuszoną zgodę na połykania różnego rodzaju reklamowego bełkotu (a może kredycik? a może garneczek? A może granie na czekanie, a może tuzin szwedzkich widelców z wikliny?).

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.24.28

Przypomina to proces produkcji foie gras, gdzie kaczkom i gęsiom  wtyka się w przełyk sondę i wpuszcza na siłę paszę.

W Orange dostajemy za to 5,99 zł rabatu miesięcznie.

 Zrzut_ekranu_20150627_o_21.30.51

W T- Mobile - 5 zł rabatu.

 Zrzut_ekranu_20150627_o_21.21.11

W Play - 5,99 zł rabatu.

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.25.55 

Jedyną siecią w której nie zauważyłem podobnego ustrojstwa był Plus. Ale nie doklikałem do końca zamówienia (jeśli ktoś z państwa coś wie na ten temat to proszę o kontakt).

Proszę zwrócić zresztą uwagę jak idealnie jest wykalkulowana ta kwota. Przy 3 zł zniżce, wiele osób parsknęłoby śmiechem i odpowiedziało, że ich godność osobista jest warta więcej.

Ale 5 zł? Albo prawie 6 zł? To już zupełnie inna historia.

Dodam, że z tego mojego przeklikiwania się wynikało, że w każdej chwili jestem w stanie wybrać wyższy abonament bez reklam. Czyli teoretycznie mam wybór. Nie jestem do niczego zmuszany. Prawda?

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.27.42

W końcu możesz konsumencie powiedzieć – nie,  no pasaran i płacić te 60 zł czy 72 zł rocznie więcej. A, że nie chcesz płacić? Twój wybór. Tak się tylko zastanawiam, czy to na pewno mój, skoro ofertę z rabatem za zgody marketingowe dostaję jako opcję pierwszego wyboru.

Stawiam obiad w Agorze (dwudaniowy a niech stracę z deserem!), że jakieś 90 proc. klientów godzi się właśnie na taką a nie inną opcję.

Reasumując - umowa bez reklam, jest tu nie opcją podstawową, ale specjalną, ekstra płatną.

I to niestety trend, który będzie się rozwijał. Coraz częściej będziemy musieli zapłacić więcej za możliwość korzystania z usługi bez dodatkowego karmienia paszą.

Czekam na przykład, kiedy kina za 5 czy 10 zł więcej wprowadzą możliwość obejrzenia filmu bez półgodzinnego bloku reklamowego.

09:25, miaczynski
Link Komentarze (11) »
środa, 24 czerwca 2015

Byłem niedawno na konferencji, gdzie specjaliści od technologii wraz ze specami od  sprzedawania zastanawiali się w jaki sposób wykorzystywać te wszystkie nowoczesne zabawki, które nosimy przy sobie. A także jakie elektroniczne zabawki można zainstalować w sklepie.

Można tam wsadzić dajmy na to systemy kamer z funkcją map ciepła. Pozwalają poznać i przeanalizować zachowania kupujących. Taka kamera pracowicie śledzi  jakie trasy wybierają klienci, przy których półkach spędzają najwięcej czasu, jak długo czekają w kolejce do kasy itp.

Dzięki specjalnej aplikacji dane zliczane są w czasie rzeczywistym (dla przykładu: jeśli kamera wyłapie, że sporo osób zainteresoanych jest produktem x, odpowiedni pracownik sklepu otrzyma informację, żeby uzupełnił zapas produktu na półce). Obrót rośnie, właściciel zaciera ręce a jak już wsadzi na taką półkę do której klienci mają specjalne zamiłowanie coś atrakcyjnego to ho ho!

Bekony nadchodzą

Innym rozwiązaniem są  beacony, nazwane przeze mnie w tytule tekstu bekonami. Przypomina to bowiem łowienie klienta na plasterek świeżo smażonego boczku. Klient czuje, zapach i zaczyna za nim iść, kierując się nosem. 

W wersji dla wegetarian -  niezłym wyjaśnieniem działania beaconów może być latarnia morska. Po co jest latarnia morska? Po to aby statki nie wpadły na brzeg. Wysyła im ostrzegający strumień światła. Beacon wysyła podobny sygnał do naszego telefonu poprzez bluetooth.

Idziesz sobie ulicą, przechodzi obok sklepu a sklep wysyła ci informację jakie aktualnie ma przeceny i na co.  Może wpadniesz? Podoba ci się coś szczególnie? Telefon podprowadzi cię pod ten przedmiot. Jeśli beacon jest podklejony do przedmiotu – na ekranie szybko wyświetlą ci się informacje na jego temat.

Jak wychodzisz ze sklepu na telefon dostajesz kupon promocyjny ze zniżką. Po co? żebyś powrócił/a.

Albo przechodzisz koło restauracji, wyświetla ci się na telefonie jej ocena w serwisach społecznościowych.  

Wchodzisz, oglądasz na telefonie menu i klikasz co tam chcesz sobie zjeść. Żeby zapłacić rachunek nie musisz wołać kelnera. Możesz to zrobić również telefonem.

Fajnie nie?

Jak to wygląda w realu?

Ano tak:

 

 

 

W Polsce prawdziwie innowacyjnych i jeszcze globalnych firm nie mamy zbyt wiele. Są paczkomaty (o ile uważam, że na rynku listów InPostowi idzie słabo, tak paczkomaty są naprawdę imponującym wynalazkiem). 

Mamy jednak też firmę Estimote, która zajmuje się właśnie beaconami. 10 beaconów kosztuje w niej 99 dolarów.

Zrzut_ekranu_20150624_o_18.25.46 

Oczywiście podobnego rodzaju urządzenia mogą budzić obawy. Jak daleko technologia jest w stanie wejść w nasze życie aby tylko wyciągnąć od nas pieniądze?

Jak dużo kontroli nad własnym życiem przekazujemy w ten sposób telefonom?

To jednak zależy przynajmniej na razie tylko i wyłącznie od nas. Smartfona zawsze można odłożyć na półkę i kupić sobie na Allegro poczciwą Nokię 3210. 

18:40, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 16 czerwca 2015

Rzadko a nawet prawie nigdy nie piszę o sprawach bankowych pozostawiając to osobom bardziej kompetentnym, czyli koledze Maćkowi Samcikowi.

Tu jednak nie mogłem się powstrzymać i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze pan Marcin, którego sprawa dotyczy jest stałym czytelnikiem tego blogu.

Po drugie jest absolutnym Terminatorem reklamacji. Nie odpuszcza nigdy. Dusi, pisze, dzwoni i domaga się tłumaczeń. Do skutku. Dla wszelakich konsultantów i ludzi z biura obsługi klienta jest chodzącym koszmarem, bo zawsze ZAWSZE domaga się wyjaśnienia sprawy do końca.

Trup ścieli się gęsto, jeńców brak, Arnold Schwarzenegger kiwa głową z uznaniem. Ale do rzeczy.

Wojna za 2,98 zł

Traf chciał, że pewnego majowego poranka czytelnik odkrył, że z jego konta w banku Pekao S.A ściągnięto 2,98 zł. Za co? Nie wiadomo. Bank nie raczył tego wyjaśnić. Po prostu jednego dnia saldo wynosiło 0,00 PLN. A następnego było już minus 2,98 zł. Historia rachunku? Nie ma tam żadnej operacji na 2,98 zł. Po prostu kasa przepadła. Wyparowała.

Kwota ta przyznają państwo nie jest ogromna. Dla pana Marcina, który prowadzi dobrze prosperujący biznes i ma w Pekao kilka kont jest ona również niewielka. Ale w tym przypadku nie chodzi o pieniądze, tylko o zasady. Pan Marcin zadzwonił więc na infolinię banku chcąc dowiedzieć się z jakiego tytułu ściągnięto z jego konta te pieniądze. Niestety infolinia też nie była w stanie tego wyjaśnić. Pan Marcin więc na piśmie poprosił o wyjaśnienia.

List zakończył tak: "Jeżeli nie ma dowodu na operacje, to znaczy że Państwo ukradliście te kwotę z mojego konta."

I dostał taką odpowiedź.

Szanowny Panie,

W odpowiedzi na przysłaną korespondencje uprzejmie informujemy, że kwota 2,98 PLN pobrana z Pana rachunku w dniu 14/05/2015 jest opłatą za obsługę karty debetowej nr 6761 **** **

Na dzień 14/05/2015 na rachunku nie było zapewnionych środków, w związku z tym na rachunku powstało zadłużenie, które prosimy uregulować.”

Pod pismem były zaś podpisane dwie pełnomocniczki. Dlaczego dwie? A to już pozostanie słodką tajemnicą banku. Może się dopingowały w trakcie pisania?

Formalnie wszystko jest więc jasne. Pieniędzy na rachunku nie było, bank sobie potrącił prowizję. Ale dlaczego u licha nie odnotował tego w historii rachunku??? Pan Marcin bardzo chciał się tego dowiedzieć. Odpisał więc tak (tu z góry przepraszam co bardziej delikatne osoby):

Szanowne Panie Pełnomocnik sztuk dwa,

Obraża mnie jako Klienta Premium (Konto Pekao 24 Premium, złota karta, itd.) odpowiedź udzielona przez Panie. Tak odpowiadać możecie do właściciela konta studenckiego ale nie do mnie. Mniej arogancji w stosunku do Klienta tej rangi zalecam.

A dlaczego? Dlatego, że żadna z Pań Pełnomocnik nawet nie zadała sobie trudu sprawdzenia stanu konta obecnego a pouczacie mnie żebym uregulował zadłużenie, którego od wczoraj nie ma. Amatorszczyzna i ch.... podejście do Klienta w jednym.

Nadmienię więcej - otóż ZADŁUŻENIE jak to Panie raczyłyście napisać, uregulowało się samo poprzez niespodziewaną wpłatę 200 PLN na konto, która to wpłata uregulowała ZADŁUŻENIE. I teraz wisienka na torcie - dopiero w dniu dzisiejszym na koncie pojawiło się obciążenie konta w kwocie 2,98 PLN. DZISIAJ. DZISIAJ JEST 26.05. ZADŁUŻENIE UREGULOWANO 25.05. W porządku to jest?

Mniej arogancji bo Wasza infolinia nie potrafi udzielić odpowiedzi z jakiego tytułu jest zadłużenie na kwotę 2,98. Wasza infolinia domyśla się - nie jest pewna. To jest tylko 2,98. A co będzie jak to będzie 100 PLN? Czy tez się będziecie domyślać? I jak długo. Reklamacja była składana przeze mnie telefonicznie prawdopodobnie 13 maja. Gdybym nie upomniał się wczoraj dalej byście nie raczyli odpowiedzieć gdzie się podziało 2,98 PLN.

Skandalem jest potrącenie kwoty i brak księgowego odnotowania tego na koncie. Nie ja, a Państwo doprowadziliście do tej sytuacji. System pekao24, infolinia nie potrafiąca odpowiedzieć na pytanie

Od 10 lat zajmuje się Client Servicem i z doświadczenia oraz praktyki wiem, że w takim przypadku wypadało by Klienta "POINFORMOWAĆ O" i "PRZEPROSIĆ a nie łajać go jeszcze i pouczać. Rozumiem, że Szanowne Panie Pełnomocnik mają inne podejście biznesowe. Przełożeni wiedzą i popierają ten rodzaj wysublimowanej arogancji?

Rozumiem, że tak się świetnie bankowi powodzi, że mu na Klientach nie zależy. 

Marcin XXXX

ps. do kolejnej odpowiedzi dobierzcie więcej pełnomocników!"

I bank przeprosił 

Oczywiście część z państwa czytających ten tekst może odnieść wrażenie, że pan Marcin jest nieuprzejmym i chamskim bucem.

Ale jego pismo.... odniosło pewien skutek.

Szanowny Panie, W odpowiedzi na Pana zgłoszenie uprzejmie informujemy, że z uwagą zapoznaliśmy się z przedstawionymi zastrzeżeniami i bardzo przepraszamy za powstałą sytuację.  Pragniemy Pana zapewnić, że niedopatrzenie, które wpłynęło na przekazanie nieaktualnej informacji odnośnie rozliczenia opłaty było zdarzeniem incydentalnym. Zostały podjęte stosowne kroki zmierzające do tego, aby podobna sytuacja więcej nie miała miejsca.  Jednocześnie uprzejmie informujemy, że zgodnie z postanowieniami Regulaminu Rachunków Bankowych Banku Pekao S.A. dla Osób Fizycznych (§ 118.3.) w przypadku braku na rachunku środków dla pokrycia prowizji i opłat Bank pobiera je z najbliższych wpływów na rachunek. Przekazując powyższe jeszcze raz pragniemy przeprosić za wszelkie niedogodności związane z przedmiotową sprawą. Dziękujemy za korespondencję. Zapraszamy do ponownego kontaktu. Z poważaniem  Magdalena XXXX Bank Pekao S.A.”

19:18, miaczynski
Link Komentarze (29) »
czwartek, 11 czerwca 2015

Są czasami akcje, które rozlewają się po internecie w imponującym tempie i ta do nich należy. Zaczęła się w poniedziałek a już 6 tys. osób zadeklarowało swój udział. O co chodzi?

„Lidl Polska prowadzi właśnie w swoich sklepach Tydzień Włoski. Napiszmy do menedżerów Lidla, że chcielibyśmy Tygodnia Ukraińskiego - w tym wprowadzenia do sprzedaży w Lidlu naszych ulubionych produktów spożywczych z Ukrainy. Piszmy swoje uwagi do Lidla” - zachęca organizator, którym jest Port Europa portal poświęcony Europie Środkowej.

Jest nawet ankieta jakie produkty ukraińskie chcielibyście kupić w trakcie takiego tygodnia?

Najwięcej głosów na razie ma "guz z majdany na wagę" oraz chałwa słonecznikowa. Trzecie jest piwo lwowskie.

 lidl1

Z jednej strony Lidl powinien z radości zaklaskać uszami. Taka społecznościowa akcja promocyjna? Za darmo? Z czyjeś inicjatywy?  W słusznej sprawie, bo każdy kto o akcji słyszy, w tyle głowy ma gest sympatii wobec sąsiada w kłopotach.

Z drugiej w grę wchodzi polityka. A sieci handlowe starają się od czegoś takiego trzymać z daleka. Szanse na realizację w szybkim tempie podobnego przedsięwzięcia są więc niewielkie. Aczkolwiek nie jest to niemożliwe.

Jak mi powiedzieli w Lidlu „akcje tematyczne planują długofalowo”

- Ponadto dostawcy muszą spełnić wyznaczone przez nas założenia dotyczące skali działania oraz powtarzalnej, wysokiej jakości dostarczanych do sklepów Lidl produktów 
– dlatego aktualnie trudno jest nam jednoznacznie odpowiedzieć czy udałoby nam się wprowadzić tydzień promujący oryginalne ukraińskie produkty – opowiada Anna Biskup
PR Manager
Lidl Polska.

Pozwolą państwo, że przetłumaczę to na polski: Lidl mówi, zobaczymy czy ktokolwiek tam jest w stanie dostarczyć nam towaru do blisko 600 sklepów. I sprawdzimy czy to się w ogóle dopnie finansowo.

Lidl do swoich tygodni regionalnych przywiązuje gigantyczne znaczenie. To podstawa ich marketingu. Akcje są na tyle skuteczne (kasa leci szerokim strumieniem), że ten sam koncept wprowadziła do siebie też dużo większa od Lidla – Biedronka. To może Biedronka zrobiłaby tydzień ukraiński ha?

22:50, miaczynski
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 08 czerwca 2015

Wydaje się Państwu, że wasze dane u operatora komórkowego są całkiem bezpieczne? Ha! To dziś rozwieję Państwa złudzenia. Pan Michał posiada kilka abonentów firmowych w sieci Play.

 - W zeszłym roku na moim koncie w portalu Play24 (posiadam odpowiednie zrzuty ekranu) pojawił się nieznany mi numer. Zgłosiłem sprawę na infolinii gdzie zostałem zapewniony przez konsultanta że cała sprawa mi się przyśniła i nie ma takiej możliwości - relacjonuje czytelnik.

Czytelnik sprawdził jeszcze raz, uszczypnął  się, aby sen przerwać, ale nie - nadal miał dostęp do czyjegoś numeru. A jeszcze konkretniej przez około tydzień mógł zarządzać kontem pewnego lekarza z Wrocławia.  Faktury, usługi historia połączeń, generalnie wszystkie dane jakie są zamieszczane w portalu play24.

O proszę:

play13

Konsultant sprawdził jednak o co chodzi. Po czym się odezwał stwierdzając, że sprawy właściwie nie ma, nieprawidłowości nie stwierdzono, owszem numer został błędnie przypisany, ale już został usunięty. Czyli polska klasyka: „Ten pan przyszedł w tym płaszczu i w nim wychodzi.”

Czytelnik również by zapomniał o sprawie, ale traf chciał, że właśnie zmienił pracę i na początek zderzył się z kilku godzinnym szkoleniem z zakresu  bezpieczeństwa danych oraz ustawie o ochronie danych osobowych.

Zmotywowany wiedzą wtłoczoną mu do głowy wysłał do Playa pismo z kilkoma nieprzyjemnymi i dość kłopotliwymi dla sieci pytaniami:

1. Czy sprawa została zgłoszona do GIODO tak jak wymaga tego od Państwa ustawa o prawie telekomunikacyjnym oraz Ustawa o ochronie danych osobowych?

2. W jaki sposób jesteście Państwo w stanie udowodnić że moje dane dostępne w portalu Play24 są bezpieczne i nie widoczne innym użytkownikom tego portalu tak jak miało to miejsce w ww zgłoszeniu?

3. Czy osoba której dane były widoczne na moim koncie została poinformowana o tym zdarzeniu?

Tutaj sieć Play się zwyczajnie zapowietrzyła i zawiesiła jak nie przymierzając Windows 95 i to na ponad dwa miesiące. W końcu system się odetkał.

„W odpowiedzi na powyższe zgłoszenie poinformowaliśmy, iż opisana sytuacja wynikała z błędu systemowego, który na podstawie Pani zgłoszenia został naprawiony.“

A odpowiedzi na konkretne pytania? Tu już zaczyna się robić zabawnie. „Informuję, że niestety nie mogę udzielić informacji na temat dalszego postępowania po stwierdzeniu nieprawidłowości z uwagi na fakt, że nie jest Pani właścicielką danych, które zostały w błędny sposób udostępnione. Zapewniam jednak, że cały proces jest zgodny z wymogami jakie stawia przed Operatorem Prawo Telekomunikacyjne”

„W kwestii pytania czy Pani dane są przechowywane w sposób należyty zapewniam, że P4 zachowuje staranność, żeby właściwie zabezpieczyć dane osobowe abonentów i użytkowników sieci Play oraz przetwarzać je zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa.”

„Odnosząc się do kwestii czy osoba, której dane dotyczące Umowy były widoczne na Pani koncie Play24, została poinformowana o zajściu informuję, że niestety nie mogę odnieść się do wspomnianej kwestii z uwagi na fakt, iż nie jest Pani stroną w sprawie a szczegóły postępowania mogą być przekazane wyłącznie właścicielowi danych.”

Czyli niby sprawa była, ale jednak nie było.

Ja jestem bardzo wielkoduszny i jestem nawet w stanie uznać, że to był absolutnie pojedynczy wypadek przy pracy. Ale jakoś mi się wydaje, że sieć zamiast rozwiązać problem zwyczajnie wsadziła głowę w piasek.

I również byłbym w stanie uznać całą kwestię za pierdołę, gdyby nie moja bujna wyobraźnia. Bo od razu wpadło mi do głowy: a co by było gdyby ktoś miał nagle radosny dostęp do mojego konta?  

Jeśli mieli państwo podobne wypadki zachęcam do kontaktu.

15:03, miaczynski
Link Komentarze (14) »
piątek, 29 maja 2015

Od trzech tygodni centrum handlowe M1 w Markach robi promocję w której można dostać za zrobienie zakupów prezent.

Idea jest prosta niczym świński ogon. Za wydane 100 zł w minimum dwóch sklepach przysługuje nagroda trzeciego stopnia, czyli jakieś myszki komputerowe, torby etc.  Takich nagród jest dziesięć. Za zakupy w trzech sklepach za 200 zł można dostać słuchawki czy głośniki. Takich nagród drugiego stopnia jest12.

Wreszcie crème de la crème :zakupy za 350 zł w pięciu sklepach. Za to można dostać osiem nagród pierwszego stopnia, czyli sześć tabletów, kamerkę samochodową i nawigację.

 m1

Nagrody rozdawane są każdego dnia, w sumie 30 sztuk, według zasady kto pierwszy ten lepszy. Wszystkie produkty sa marki Modecom, czyli jeśli chodzi o elektronikę jest to raczej niższa półka.

Tutaj dochodzimy do czytelniczki pani Karoliny, która w M1 znalazła się w minioną środę. Przyjechała zapłacić niemal 15 tys. zł za wczasy dla rodziny.

Ze sprawą uporała się w kilka minut. Było trochę po 8 rano. Czytelniczka pomyślała, że skoro już przepuściła taką gotówkę to chociaż weźmie słuchawki dla syna. Ustawiła się więc w kolejce po „prezenty”. A z każdą chwilą mina jej rzedła.

Pani Karolina zajmowała formalnie pozycję 11 (co gwarantowało jej wspomniane słuchawki).

Na pozycji numer cztery stał na oko 30 letni mężczyzna. Piąta była jego matka, szósta jego ciotka. On przyjechał do centrum o północy. Przespał się w wózku na zakupy.

Do środka M1 wszedł punkt ósma i od razu ustawił się w kolejce. Nagrody wręczano o 12.

Mężczyzna miał listę kolejkową na której byli zapisani pozostali stojący. O godzinie 11 miało być zbiorowe wyczytanie kolejkowiczów (kolejek od 25 lat już nie mamy a zasady rządzące listami zakupowymi jak widać są przekazywane genetycznie). Ci których nie będzie w trakcie odczytywania listy. mieli być z niej skreśleni. Gdzie są? Tak, pani Karolina też zadała sobie to pytanie. To proste. Zmęczyli się oczekiwaniem i aktualnie spali w samochodach.

Uwzględniając listę czytelniczka była pod koniec piątej dziesiątki oczekujących.

Przed panią Karoliną stał również pan z panią. Oni czekali w aucie na parkingu od 22 wieczorem. Jak widzieli że ktoś podchodził pod centrum handlowe od razu mówili że są pierwsi.

Było też małżeństwo po 60. Regulamin mieli rozpracowany. Zgodnie z zasadami promocji można było odebrać jedną nagrodę na tydzień. To im  nie przeszkadzało.

Nagrody zdążyła już odebrać i córka i zięć, dziś przed 12 miała się pojawić czwórka ich sąsiadów. Jak wyznała pani Karolinie kobieta ma dużo wnuków, dla których potrzebuje dużo tabletów.

 A skąd paragony?

Właśnie. Obsługa sklepów w centrum była już nieco poirytowana, bo ciągle ktoś do nich przychodził z pytaniem czy przypadkiem jakiś klient nie zostawił paragonu.

Ochrona z kolei zaczęła pilnować śmietników. Co bardziej przedsiębiorczy uczestnicy grzebali w nich bowiem niezwykle namiętnie.

Od pracowników centrum pani Karolina dowiedziała się też że były już dwie bijatyki przy wręczaniu nagród. Była wzywana policja, bo ochroniarze nie dawali sobie rady. Po trzech godzinach słuchania podobnego rodzaju historii, powiedziała pas.

- Powiem brzydko, czułam się jak w stadzie debili. Jak można bić się i kłócić o tablet za stos złotych z hakiem? - dziwi się czytelniczka.

Czytelnik pan Rafał podesłał mi zdjęcia z kolejki stojącej ostatniego dnia promocji czyli w niedzielę.

- Było trochę problemów z ochroną, która chciał zabrać mi komórkę Ale w końcu udało się zrobić zdjęcie od tyłu kolejki. Tak na oko było ok. 100-120 osób. Jeden Pan mówił, że stoi od 22:00 dnia poprzedniego - relacjonuje. 

IMG_0214

Kolejka twardo stała dalej.

Jak widać jesteśmy wciąż zwierzętami. Na zakupach kierujemy się instynktem. U mężczyzny działa pierwotny instynkt łowcy, u kobiety instynkt zbieractwa. I często tego sobie nawet nie uświadamiamy. Płaty czołowe naszego mózgu związane z planowaniem, myśleniem, logiką, świadomością i oceną emocji mają "zaledwie" 250 tys. lat. Nieuświadomione reakcje, emocje, instynkty, tzw. układ limbiczny to już 5 mln lat.

Kiedy przychodzi co do czego kierują więc nami emocje. A niech tylko pojawi się w danym miejscu większa grupa osób i towar jest w ograniczonej ilości to od razu uruchamia się w nas poczucie możliwej straty.

I myślimy: MUSZĘ TO MIEĆ.

Podobnego rodzaju reakcje, można było zaobserwować choćby w trakcie bijatyk o promocyjnego karpia w Lidlu czy torebki Wittchena.

I mało kto jest na to odporny. Istnieje spora szansa, że gdybyśmy stali w tej kolejce zachowywalibyśmy się tak samo.

17:43, miaczynski
Link Komentarze (13) »
środa, 27 maja 2015

Kiedy byłem w szkole podstawowej moja pani od polskiego niejaka Misiak, oddając moje wypracowanie mówiła: Miączyński znowu napisałeś o niczym. Co z ciebie wyrośnie?- pytała kręcąc ze zmartwieniem głową.

No właśnie. Jej obawy co przyznaję ze smutkiem się sprawdziły. Proszę mi wybaczyć dziś będzie tekst absolutnie o niczym. A konkretnie o Coli z Biedronki.

cola

Cola Original to jeden z ciekawszych produktów jeśli chodzi o kopie Coca - Coli. Z jednej strony nazywa się Cola z drugiej chwali się, że jest „Original” czyli „oryginalna” co samo w sobie budzi opad szczęki.

Z trzeciej jest to właściwie Hoop Cola, tylko, że robiona na zamówienie „Biedronki”.

Cena tego trunku jest zaiste imponująca: 6 litrów można kupić w promocji za 3,99 zł . Znaczy się taniej niż woda. Mimo, że składa się głównie z wody i cukru.  O tak jak na obrazku poniżej.

1295345328_by_Bartoosh21_600 

Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie kiedy dostałem w sobotę takiego maila:

Biedronka nakazała pracownikom wycofać ze swoich sklepów "cole original". Proszę o sprawdzenie, jakie były powody takiej decyzji z ich strony. Wiarygodne info z dzisiejszego dnia 23.05.2015.

Postanowiłem spełnić życzenie czytelnika.

Co na to Biedronka?

I miał rację! Jak się okazuje butelki Coli Original zachowywały się jak bomby z opóźnionym zapłonem. Mogły w trakcie otwierania eksplodować razem z nakrętką. Był to prawdopodobnie błąd konstrukcyjny opakowań.

 - Sam produkt (napój gazowany Cola Original) był w pełni wartościowy i bezpieczny. Nieprawidłowości pojawiły się w jednostkowych przypadkach i dotyczyły wyłącznie konstrukcji opakowań.

W trosce o bezpieczeństwo naszych klientów, niezwłocznie skontaktowaliśmy się z producentem napoju, aby jak najszybciej wyjaśnić wszystkie okoliczności sprawy. Podjęliśmy także decyzję o natychmiastowym wycofaniu produktu ze sprzedaży i możliwości jego zwrotu przez klientów.

W tej chwili napoje w wadliwych opakowaniach nie są już dostępne w naszych sklepach. Produkty pod marką Cola Original oferowane obecnie w naszej sieci są w pełni bezpieczne - konstrukcja ich opakowań została zmodyfikowana w taki sposób, aby wykluczyć prawdopodobieństwo wystąpienia podobnych zdarzeń w przyszłości - pisze mi Biuro Prasowe Jeronimo Martins, czyli właściciela „Biedronki”.

Wielbiciele Coli Original mogą odetchnąć z ulgą.

17:45, miaczynski
Link Komentarze (7) »
wtorek, 26 maja 2015

Jako żywo cała sytuacja przypomina znane mi z literatury historie z przełomu roku 1946 i 1947, kiedy w sklepach zaczęło brakować wszystkiego. Sklepikarze stanęli nagle przed gigantyczną pokusą: wystarczyło przetrzymać towar przez tydzień, dwa albo trzy, a mocno zyskiwał on na wartości. Nie każdy potrafił się oprzeć.

W rewanżu socjalistyczne władze z furią zaatakowały handlarzy, zarzucając im, że jako klasa społeczna mają naturalną skłonność do przewałek i spekulacji.

Pod naciskiem Hilarego Minca, w tamtym okresie ministra przemysłu i handlu, w czerwcu 1947 r. uchwalono nowe prawo, zgodnie z którym każdy właściciel sklepu mógł być skazany na 5 lat więzienia i 5 milionów grzywny za zbyt wysokie ceny. O tym, czy są one zbyt wysokie, decydowały rzecz jasna władze. Powołano Biuro Cen, które ustalało dopuszczalne marże i ceny maksymalne, oraz Komisję Cennikową, która kontrolowała ich przestrzeganie.

Wprowadzono domiary - specjalne podatki nakładane przez urzędy skarbowe, jeśli udało się ujawnić, że przedsiębiorca ma wyższe dochody, niż zadeklarował.

Wreszcie Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, czyli nowe ramię socjalistycznego państwa, ruszyła do sklepów. Tylko w ciągu pierwszych sześciu tygodni sprawdziła ich ponad 15 tys. Handlarze, którzy wzbudzali podejrzenia, od razu trafiali do obozów pracy. W 1947 r. było tam 4,5 tys. osób. W 1949 - już dwa razy więcej.

I nie żebym kogokolwiek chciał wtrącać do obozu pracy czy powoływać jakieś komisje (dużo ich ostatnio było), ale spekulantów jak się okazuje ciągle mamy.

Spekulują na niemowlakach

W kwietniu był pożar w holenderskiej fabryce NUTRICIA produkującej mleko w proszku Bebilonpepti 1 DHA oraz Bebilon pepti 2 DHA w proszku. To produkty dla niemowląt mających alergię.

- Jestem mamą maluszka który ze względów zdrowotnych powinien pić preparat mleko zastępczy na receptę. Z powodu pożaru w fabryce mleko nie było produkowane a więc nie było dostaw i na dzień dzisiejszy mleka w aptekach nie ma. Czekamy niecierpliwie na dostawy karmiąc dziecko resztkami – pisze do mnie pani Sylwia.

Pierwszy transport mleka trafił z końcem maja.

Jego dystrybucja wciąż jednak w niektórych regionach kraju kuleje. Poza Allegro, gdzie można je kupić bez problemu. 

- Ktoś wyczuł dobra okazję do zarobienia na biednych chorych dzieciach bo ceny są kosmiczne. Preparat z recepta kosztuje 10.49, bez ok.  34 zł.  A tu proszę nawet 60 zł za szt. Serwis nic z tym nie robi – komentuje rozgoryczona czytelniczka.

I pisze dalej, że sprzedawcy często tłumaczą, że mleko zostało im po dziecku. 

beb

- Ulubione moje ogłoszenie to 15 puszek sprzedawane bo dziecku mleko nie podpasowało. Mnie lekarz na próbę przepisał 1 szt.  Nie 15. To wszystko jest chore. Gdyby te ilości zostały w aptekach to pewnie pomogłyby niejednemu dziecku. A tak ktoś na tym nieźle zarobi – konkluduje czytelniczka.

Spekulować na matkach niemowlaków, które dla swoich dzieci zrobią wszystko?

Ała. To strasznie słabe.

Jak się dowiedziałem w firmie NUTRICIA fabryka po czterech tygodniach ograniczania produkcji teraz pracuje już na 100 proc.

- Dostępność produktu będzie zwiększać się stopniowo w poszczególnych regionach kraju – twierdzi Małgorzata Kołodrub reprezentująca koncern.

Kiedy skończą się problemy z zaopatrzeniem? Tego jednak Kołodrub nie jest w stanie precyzyjnie określić. 

Zamiennikiem Bebilonpepti  jest Nutramigen. 

09:27, miaczynski
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73