Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
środa, 25 marca 2015

John Steinbeck napisał kiedyś: „w handlu człowiek musi kłamać i oszukiwać, ale nazywa się to inaczej. I to jest właśnie ważne. Gdybyś zwędził tę oponę, byłbyś złodziejem, ale kiedy gość chce ci ukraść cztery dolary za dziurawą, to się nazywa po prostu dobry interes”.

Smutna prawda brzmi, że jako konsumenci wcale nie jesteśmy zbyt bystrzy. Polski klient - jeśli chodzi o faktyczne zachowania a nie deklaracje, mieści się w europejskiej średniej. I często daje się nabrać na sklepowe triki. Które również nie grzeszą specjalnym wyrafinowaniem.

I w większości przypadków możemy ich uniknąć, gdyby w sklepie chciało nam się myśleć. Jednym z fajniejszych rozwiązań w naszej obronie jest podana na tzw. cenówce - cena za litr albo kilogram.

Zgodnie z prawem musi ona być na każdym produkcie. Dzięki temu można bardzo dokładnie porównać co się opłaca a co nie. Polecam obejrzeć np. ceny oliwek za kilogram w jakimś dużym sklepie.

Jak się okazuje sklepy i tę zabawę starają się nam utrudnić.

Pan Hubert wybrał się na zakupy do Biedronki. Powęszył niczym rosomak i... 

- Moją uwagę przykuła cena szamponu Glisskur (400/200ml) za 9,89zł, ale za litr wynosi tylko 0,05zł (więc się bardzo opłaca). Jak tylko zobaczyłem tę ofertę, to pomyślałem o Pana stronie, więc zrobiłem zdjęcie, ale po chwili podszedł groźny ochroniarz (o głowę ode mnie wyższy i dużo szerszy), i zażądał usunięcia zdjęć. Jak powiedziałem, że nie ma takiego prawa, to zagroził mi policją – relacjonuje czytelnik.

IMG_20150224_1729531

Poprosił więc pana ochroniarza o regulamin.

Na co usłyszał, że takiego nie ma. Ale ochroniarz ma książeczkę! Jaką książeczkę? Tego już się pan Hubert ie dowiedział, bo wyszedł zirytowany ze sklepu.

Po drodze jeszcze zrobił dwie rzeczy. Zauważył, że pasta do zębów jest w równie rewelacyjnie niskiej cenie, tylko 0,10zł z litr! Tutaj jak widać już mu się nieco ręce ze zdenerwowania trzęsły. 

IMG_20150224_1732031

I zwrócił uwagę pracowniczki na te błędy (stwierdziła, że jej to nie interesuje, i że to normalne).  

- W związku z tą sytuacją mam dwa pytania – pisze mi czytelnik.

1. Czy policja może coś zrobić w takiej sytuacji (bo z Pana strony wiem, że pracownicy mogą tylko poprosić o usunięcie zdjęć)?

2. Czy mogę, przy kasie, żądać sprzedania mi produktu w cenie podanej za litr (lub kilogram), bo przecież to jest oferta handlowa?

Co do punktu pierwszego to potwierdzam. Policję owszem sklep może wezwać, ale czy przyjedzie (bo wie pan panie władzo, klient robił zdjęcia), to raczej wątpię. Poza tym nawet jakby przyjechała, to zrobić nic nie może, bo robienie zdjęć pod żadne paragrafy nie podpada.

Sprawa zakończy się więc raczej ogólnym kwasem, krzykiem i pretensjami. Więcej na ten temat pisałem tu.

A Biedronka...

Sama Biedronka sytuację skomentowała tak: „Informujemy, iż w naszych sklepach istnieje możliwość wykonywania zdjęć za zgodą personelu danej placówki. Taka zasada wynika ze względów bezpieczeństwa i m.in. ochrony wizerunku pozostałych klientów.“

O jakie bezpieczeństwo i czyje chodzi? Nie mam pojęcia.

„Niezależnie od powyższego, wyjaśniamy, że opisana przez klienta sytuacja nie powinna mieć miejsca. Pracownik ochrony w naszej sieci zobowiązany jest do grzecznego zachowania względem klientów i nie może ingerować w ich prywatne urządzenia. Jednocześnie przekazujemy, że pytania odnośnie kompetencji Policji w tego typu kwestiach powinny zostać skierowane do stosownego organu.“

Bardzo ciekawe jest jednak pytanie drugie. Która cena w danym przypadku zobowiązuje.

Ta za litr (kilogram), czy „główna“?

Biedronka?

„Odnosząc się do drugiego pytania, informujemy, iż klient w naszym sklepie nabywa artykuły w cenach podanych dla produktu w oferowanym opakowaniu, a nie w cenach jednostkowych (odniesionych do jednostki miary) widniejących dodatkowo na etykiecie z ceną i opisem produktu.

Zupełnie inną jest sytuacja wystąpienia błędu niezgodności ceny w systemie kasowym z tą umieszczoną na etykiecie cenowej. Wtedy prawem klienta jest możliwość nabycia artykułu w niższej cenie. W tej konkretnej – przywołanej przez Pana – sytuacji cena produktu była poprawna, natomiast cena jednostkowa za litr była efektem oczywistej omyłki drukarskiej i po jej stwierdzeniu należy ją jedynie skorygować. „

I z takim stanowiskiem sieci też się zgadzam.

Biedronka zresztą podesłała stosowne przepisy ustawy:

„zgodnie z art. 3 ust. 1 ustawy z dnia 9 maja 2014r. o informowaniu o cenach towarów i usług, cena to wartość wyrażona w jednostkach pieniężnych, którą kupujący jest obowiązany zapłacić przedsiębiorcy za towar, zaś ceną jednostkową towaru jest cena ustalona za jednostkę określonego towaru, którego ilość lub liczba jest wyrażona w jednostkach miar w rozumieniu przepisów o miarach.

Zgodnie zaś z art. 5 tej samej ustawy w przypadku rozbieżności lub wątpliwości co do ceny za oferowany towar (a nie ceny jednostkowej) klient ma prawo do żądania sprzedaży towaru po cenie dla niego korzystniejszej.“

 

Tagi: biedronka
13:29, miaczynski
Link Komentarze (7) »
piątek, 20 marca 2015

Maciej Brzeziński 23 grudnia, ubiegłego roku kupił w Media Markcie telefon Sony Xperia Z1. Compact.

Do tego wziął ubezpieczenie - roczna składka to 299 zł. Towar był kupiony za pośrednictwem infolinii. A dalej to już było przewidywalnie jak na wyścigu Formuły 1. 20 lutego telefon wypadł czytelnikowi z ręki i się rozwalił.

Ale do czego mamy w końcu ubezpieczenie? – pomyślał pan Maciej. Na infolinii przecież mu mówiono o uszkodzeniach mechanicznych. A efekt tych uszkodzeń trzymał przecież w ręku.

Okazał się być naiwny niczym dziecko. Szóstego marca dostał pismo w którym odmówiono mu roszczenia.

Tu wersja dłuższa: „zgodnie z paragrafem 2 ust 7 Ogólnych Warunków Ubezpieczenia sprzętu zakupionego w sieci sklepów Media Markt przez pojęcie “uszkodzenie lub zniszczenie Sprzętu w wyniku nieszczęśliwego wypadku” rozumie się “uszkodzenie/zniszczenie Sprzętu (zewnętrzne lub wewnętrzne) spowodowane przez nagłe nieprzewidywalne i niezależne od woli Ubezpieczonego zdarzenie zewnętrzne w stosunku do Ubezpieczonego i do Sprzętu, niemożliwe do zapobieżenia, powodujące konieczność naprawy, wymiany uszkodzonych części lub całego Sprzętu.

Zrzut_ekranu_20150320_o_11.50.06

Co to znaczy? W skrócie jeśli użytkownik zawinił, naprawa/wymiana sprzętu mu się nie należy.

Pan Maciej innymi słowy popełnił błąd. Zamiast przewrócić się spektakularnie, wystawiając przed siebie komórkę, zwyczajnie ją wypuścił z rąk. Gdyby chociaż ktoś go szturchnął, to Warta by nowy telefon dała. Ewentualnie to kot zrzucił ogonem aparat. A tu pech.

Czytelnik się zagotował. Zadzwonił na infolinię z prowokacją. I cały przebieg rozmowy nagrał.

Co się okazało?

Konsultant wprowadził go w błąd

Na infolinii Media Marktu pan Maciej udał, że chce kupić telefon. Taki sam jak zniszczony.

Konsultant oczywiście zaproponował mu ubezpieczenie,

- A ile kosztuje? - zapytał czytelnik,

- 229 zł roczna. Ubezpiecza od kradzieży, od usterek, od uszkodzeń mechanicznych, wymiana na nowy sprzęt, serwis door to door, ma pan telefoniczną infolinię - zachwalał konsultant.

- I to jest tak, że jak mi telefon przez przypadek spadnie na podłogę i się stłucze to będzie naprawiony? - upewnił się czytelnik.

- Dokładnie. To jest uszkodzenie mechaniczne. Tak, tak. `To jest wtedy naprawiony albo wymieniony na nowy.

- To ja wchodzę w to. Roczną bym kupił.

- To dobrze. Dokładamy ją do koszyka. To zwłaszcza przy telefonach się sprawdza - potwierdził słuszność rozumowania pana Macieja Konsultant.

- No właśnie. Już mi się zdarzyło kiedyś przez przypadek utopić telefon

- Tu upadnie. tu wypadnie. A to jest jak najbardziej mechaniczne uszkodzenie . Jak pan młotkiem w to walnie to tez jest mechaniczne, ale to to … - głos w słuchawce był pełen zrozumienia dla czytelnika.

- Mówimy o przypadkowymi wyślizgnięciu się z dłoni, z kieszeni wypadnie i się stłucze…

- No wie pan… Tak, tak. usterki, kradzież, jak panu zabiorą czy coś. Poproszę o adres mailowy.

- Maciej kropka Brzeziński...

Co na to Media Markt?

Wioletta Batóg rzecznik prasowy Media Marktu i Saturna przyznaje, że pracownik na nagranej przez czytelnika rozmowie popełnił błąd nie uprzedzając, iż ubezpieczenie nie obejmuje uszkodzeń spowodowanych w wyniku nieuwagi użytkownika (np. w razie upuszczenia telefonu na podłogę).

- W związku z tym nasze kierownictwo niezwłocznie podjęło odpowiednie działania mające zapobiec w przyszłości udzielaniu przez pracowników infolinii takich nieprawdziwych zapewnień – twierdzi pani rzecznik.

Batóg przekonuje też że udało się im dotrzeć do zapisu pierwotnej rozmowy telefonicznej z czytelnikiem, która miała miejsce w grudniu zeszłego roku przed zakupem telefonu.

- Okazuje się, iż w trakcie tej rozmowy czytelnik ów nie dopytywał się o szczegółowe warunki ubezpieczenia – przekonuje rzecznik.

I dodaje, że pan Maciej jak każdy klient dostał tekst ogólnych warunków ubezpieczenia. Tam zaś wyraźnie określone były wyłączenia umowy ubezpieczeniowej. - Formalnie więc ewentualne roszczenia czytelnika, wydają się być bezzasadne – twierdzi Batóg.

Chce się jednak z panem Maciejem jakoś dogadać. Zaproponowali mu po moim kontakcie z nimi więc zwrot pieniędzy za ubezpieczenie  oraz telefon 

Zanim jednak to nastąpiło, kilka dni po pierwszym telefonie pan Maciej znów zadzwonił do Media Marktu z krótkim testem. I znów nagrał konsultanta, który znów zaproponował mu ubezpieczenie.

- Czy jak mi telefon upadnie na ziemię i się stłucze, to będzie naprawiony za darmo? - zapytał czytelnik.

- Tak o to chodzi. Z grubsza wygląda to tak, ze trzeba w opisie szkody napisać, że to się stało z przyczyn osób trzecich. Czyli jeżeli by pan rzucił o ścianę i tak powiedział to panu nie zapłacą. Ale jeżeli pan opisze jako wejście do autobusu i ktoś tam pana potrącił to jest ok.

Wnioski?

Sieć ma bez wątpienia spory problem.  To co zrobił konsultant numer jeden to wprowadzenie w błąd klienta. To co zrobił konsultant numer dwa to już namawianie do oszustwa. Rodzi to wiele pytań. Czy to incydenty? Efekt złego szkolenia pracowników? Parcie na wynik i na jak najwyższą sprzedaż ubezpieczeń?

 

11:58, miaczynski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 12 marca 2015

Pan Grzegorz postanowił niechcący wystąpić w roli testera szkolącego obsługę sklepów Lidl z ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym (Dz. U. 2005.180.1495)

Test, wypadł negatywnie. Jakby bowiem wypadł pozytywnie to pan Grzegorz nie byłby rzecz jasna bohaterem tego tekstu. Tylko rozkoszował się pogodą na krakowskich plantach.

Ustawa, że tutaj pojadę państwu odrobiną teorii, zobowiązuje sklep do przyjęcia zużytego sprzętu elektronicznego (agd) pod warunkiem, że kupuje się w tym sklepie nowy. Wszystko według parytetu czajnik za czajnik, zmywarka za zmywarkę, lodówka za lodówkę a toster za toster. Wszystko ku czci ochrony środowiska. 

Pan Grzegorz chciał być praworządnym obywatelem i chciał kupić odkurzacz. W celu jego nabycia udał się do Lidla w Krakowie na ul. Conrada.

- Przy kasie dowiedziałem się że oni nie przyjmują zużytego sprzętu elektrycznego. Poprosiłem kierownika który powiedział mi to samo – referuje pan Grzegorz.

Dla zasady odkurzacza nie kupił, tylko napisał do Lidla z pytaniem o co chodzi i dlaczego sieć ignoruje podstawowe zasady  prawne obowiązujące na terenie RP.

Odpowiedź? Niewiedza pracowników i oczywiście przyjmują taki sprzęt.

 Test trwa - podejście drugie i trzecie

- Tak więc z tymi zapewnieniami udałem się na pewniaka do sklepu, tym razem do Lidla przy ul. Borkowskiej w Krakowie. Jakże się zdziwiłem gdy powiedziano mi że oni też w żadnym przypadku nie przyjmują starego sprzętu przy zakupie nowego! – opowiada czytelnik. 

Co dalej?

Czytelnik postanowił swój elektrotest jednak kontynuować. I udał się do pobliskiego Lidla przy ul. Kapelanka. 

- Niestety tam też się dowiedziałem że nie przyjmują starego sprzętu! Oczywiście znowu rozmowa z kierowniczką, powołałem się na korespondencję poniżej, pokazałem punkt 4 regulaminu który wisi w sklepie nad pojemnikiem na zużyte baterie ale się dowiedziałem że ten dotyczy tylko baterii i oczywiście nie przyjmą ode mnie starego odkurzacza! – oburza się czytelnik.

Przyznają państwo, że można pozazdrościć panu Grzegorzowi samozaparcia. Wiele osób na jego miejscu machnęłoby ręką i dało sobie spokój.

On jednak walczył dalej!

Zadzwonił na infolinię Lidla pod numer 800-507-777.

- Niestety dowiedziałem się tam że Lidl jest sklepem spożywczym a nie marketem elektronicznym. I oczywiście nie przyjmują zużytego sprzętu elektronicznego! Tutaj ręce mi opadły bo ustawa dotyczy wszystkich sklepów, nawet spożywczych sprzedających sprzęt elektryczny / elektroniczny i z tego co wiem każdy sklep sprzedający taki towar pobiera w cenie towaru opłatę recyclingową zwaną KGO!  - oburza się czytelnik a ja kiwam mu do taktu głową, bo ma rację.

Pan Grzegorz w rezultacie odkurzacza nie kupił.

A Lidla na to - niemożliwe 

Ja zaś udałem się do Lidla z pytaniem o co chodzi i dlaczego sieć tak brzydko się zachowuje.

Odpowiedź?

A tu już oddaję głos pani Annie Biskup PR Manager Lidl Polska. 

„Szanowny Panie Redaktorze,

co prawda Lidl jest sklepem spożywczym, ale w naszej ofercie regularnie pojawia się sprzęt elektroniczny, a zatem zgodnie z Ustawą o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym (Dz. U. 2005.180.1495), naszym obowiązkiem jest nieodpłatne przyjęcie zużytego sprzętu w ilości nie większej niż sprzedawany nowy sprzęt, jeżeli tylko zużyty sprzęt jest tego samego rodzaju. Wobec tego, w przedstawionej sytuacji, klient kupujący u nas odkurzacz bez wątpienia ma możliwość pozostawienia w sklepie zużytego odkurzacza, a naszym obowiązkiem jest jego przyjęcie. 

W sklepie zamieszczone są informacje dla klientów o możliwości skorzystania z tego prawa, a wszyscy nasi pracownicy są szkoleni w tym zakresie.

Trudno nam zatem stwierdzić, dlaczego w trzech sklepach Lidl w Krakowie zużytego odkurzacza nie przyjęto. Chcielibyśmy jeszcze raz najmocniej przeprosić klienta za tę sytuację oraz poświęcony w związku z nią czas i zadany sobie trud. Dla nas to istotny impuls, by ponownie, w trybie natychmiastowym, przeszkolić wszystkich pracowników 
z zakresu obowiązków wynikających dla Lidla z Ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym  i elektronicznym. Wierzymy, że pozwoli to uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości.”

Czy edukacyjna akcja pana Grzegorza przyniosła rezultat?

Zadzwoniłem przed momentem na infolinię Lidla. Zapytałem – jako potencjalny klient - czy mogę przynieść do nich zużyty sprzęt AGD i? 

I na samym początku pani poszła się zapytać kogoś o poradę, ale wróciła stwierdzając, że oczywiście każdy Lidl ode mnie zużyte AGD przyjmie. Jak będą jakieś problemy – proszę dawać znać. 

zarcik

11:35, miaczynski
Link Komentarze (13) »
wtorek, 10 marca 2015

Dziś ukazał się Czerwony Przewodnik Michelin „Main Cities of Europe 2015”.

Atelier Amaro zachowuje gwiazdkę zdobytą dzięki talentowi szefa kuchni Wojciecha Modesta Amaro. Zanim do tego doszło 21-letni Amaro nieraz spał w metrze wracając z londyńskich restauracji, gdzie pracował.

W kuchni robotę zaczyna się bowiem o siódmej rano a kończy o drugiej rano kiedy wszystko się po gościach posprząta. Za granicą Amaro spędził lat dziewięć pracując w trzygwiazdkowych restauracjach Michelina: francuskim Le Meurice, hiszpańskim El Bulli, duńskiej Nomie. 

Większość społeczeństwa informację o utrzymaniu gwiazdki przyjmie wzruszeniem ramion. W końcu aby w wariancie dla dwóch osób spróbować w Atelier Amaro kolacji trzeba wyasygnować jakieś 8 stówek – i to też będzie posiłek bez wina.

Czysta rozpusta, prawda?. I w d… się poprzewracało, jeśli ktoś wydaje pieniądze na takie duperele. Kuchnia na tym poziomie to jednak nie jedzenie, raczej hmm spektakl. Sztuka jest sztuka – jak mówił jednak pewien klasyk.

Skoro Amaro jest taki zdolny to czemu ma tylko jedną gwiazdkę a nie więcej? Bo jedna gwiazdka jest za perfekcyjnie przygotowane potrawy. To potrafią najlepsi z najlepszych. A druga i trzecia są za autorską nutę szefa kuchni, który potrafi wykreować swój własny styl gotowania.

Tego zdaniem inspektorów przewodnika, jeszcze się Amaro nie udało zrobić. 

Poziom rośnie

Polskie restauracje patrząc na przewodnik powoli podnoszą poziom.

Dwie warszawskie restauracje, Brasserie Warszawska oraz Butchery and Wine, zostały wyróżnione symbolem Bib Gourmand (to oznacza dobry stosunek jakość – cena).  Liczba polskich restauracji uwzględnionych w przewodniku wzrosła o 4 lokale.

W stolicy z rankingu wypadł 1 lokal (Concept), zaś dołączyły 3 nowe (Senses, Salto, Signature). W Krakowie do zestawienia dodane zostały natomiast 2 restauracje (Ed Red, Bianca).

Tu cytat z komunikatu prasowego:

„O uwzględnieniu lokalu w przewodniku decydują inspektorzy Michelin, którzy opiniują i przygotowują rekomendacje. Wizyty inspektorów zawsze pozostają anonimowe, co zapewnia wiarygodność  i obiektywizm oceny. Inspektor może ujawnić swoją tożsamość, jednak dopiero po uregulowaniu rachunku. W przeciwieństwie do Gwiazdek Michelin, które przyznawane są kolegialnie, decyzję  o umieszczeniu restauracji w przewodniku może podjąć jeden inspektor.”

W przewodniku „Main Cities of Europe” restauracjom przyznawane są następujące symbole:

- Gwiazdki Michelin – za walory smakowe potraw (od jednej do trzech gwiazdek)

- Sztućce (Łyżka & Widelec) – za wystrój, jakość obsługi, atmosferę lokalu (od jednego do pięciu sztućców)

- Bib Gourmand – za stosunek jakości do ceny

image001

Czy warto płacić za dobrą kuchnię?

To już decyzja oczywiście, każdego z nas.

Mi brakuje przyzwoitych restauracji na każdą kieszeń. I nie kolejnego kebaba czy pizzerii.

Tradycje mamy przecież piękne. Przed II wojną światową nie brakowało i dobrych restauracji (żeby do nich wejść trzeba było dysponować sporą gotowizną) jak i niepozornych tzw. handelków, czyli kilku stolików łączonych ze sklepem, gdzie tanio zjeść można było śniadanie czy obiad, oraz zwyczajnych mordowni.

Z tych ostatnich słynął choćby warszawski Czerniaków.  

Niezwykle popularny był sklep z wędlinami Pod Ryjkiem przy Marszałkowskiej 42 prowadzony przez rzeźnika Jana Jabłońskiego.

Zjeść tutaj można było doskonałą golonkę, świetne parówki, kotlety, pieczeń z dzika!! a specjalnością właściciela było dwumetrowe salami. 

Pisałem o tej fantastycznej historii, ale nie szkodzi ją raz jeszcze przypomnieć.

Władysław Płachciński, warszawski erudyta, miłośnik knajp, dobrego towarzystwa i takich samych trunków opowiadał o tym jak to przed II wojną światową do restauracji Edzia Żelechowskiego, „Langner skład win” przyszedł kiedyś na śniadanie Witold Bogusławski w towarzystwie trzech panów.

Ponieważ był wtorek zjedli kołduny litewskie. Kołduny litewskie w warszawskich restauracjach podawano co wtorek. Zagadali się nieco przy kawie, znajomi wracając późną porą z teatru, zastali ich przy tym samym stoliku, przy którym usiedli do śniadania.

Całe towarzystwo w przyjaznej atmosferze zjadło kolację, która zakończyła się późno w nocy. Co robi dziś właściciel warszawskiej restauracji w takiej sytuacji? Wyprasza gości z ulgą zamyka lokal i o sprawie zapomina. Co zrobił restaurator Żelechowski? Poszedł spać a przy stoliku zostawił kelnera.

Kiedy następnego dnia pojawił się kolo południa panowie akurat pili kawę z pepermintem czyli likierem miętowym na lodzie.

Ale oddajmy głos Płachcińskiemu: „Poszedł do kuchni i wywiedział się, że około pierwszej będzie świeża sztukamięs ze szpikiem. Jeśli więc panowie sobie życzą, może im podanie sztuki przyspieszyć, ażeby w samo południe mogli, pod mocno zamrożoną wódę, przekąsić szpikiem. Panowie się zgodzili i niebawem półmisek ze świeżo ugotowaną sztuką mięsa z rurą znalazł się na stole. Tymczasem Edzio, uważając ten ewenement za świetną dla siebie reklamę [WIDZĄ TO PAŃSTWO? REKLAMĘ! NIE KŁOPOT - przyp. supermarket], rozdzwonił się po znajomych, zapraszając ich, aby zobaczyli towarzystwo, które chla od 24 godzin.” 

Panowie siedzieli dalej, znów odwiedzili ich znajomi wracający w środowy wieczór z teatru. Znów zjedzono kolację, zbliżała się północ. Panowie nieco naruszeni ciut wydłużonym śniadaniem zaczęli przebąkiwać o tym aby imprezę zakończyć, ale tu obruszył się restaurator przekonując że przecież jest już czwartek dzień flaków a jak przecież w czwartek flaków nie zjeść?

Zwłaszcza, że się już gotują. „Na razie mogą zjeść rybkę pod białe wino wytrawne i dobrze zamrożone, a za kilka godzin podadzą im flaki zapiekane z parmezanem w garnuszkach, z protekcyjną porcją pulpetów”.

Protekcyjną! - widzieli państwo to cudowne zestawienie słowne?  A dalej to już było prosto. Panowie jedli i popijali do rana. Znów towarzyszył im jeden kelner (ale inny niż pierwszej nocy).

Koło południa zjedli flaki, popili zmrożoną gorzałką i zostawiwszy sute napiwki i poszli spać.

Krótkie śniadanie wydłużyło im się do 48 godzin. Czytając to wszystko żałować tylko można, że nie ma już takich knajp (wtorki - dni kołdunów, czwartki - dni flaków), nie ma takich właścicieli restauracji i nie ma nawet takich klientów.

Zrzut_ekranu_20150310_o_14.31.53 

Zrzut_ekranu_20150310_o_14.32.11

14:33, miaczynski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 marca 2015

Sklepom i producentom żywności od dłuższego czasu nie podoba się mała, skromniutka, aplikacyjka na smartony o nazwie e-food.

Wydawałoby się, że jest niczym potworny smok, który wpuszczony do sklepu zionie ogniem, zabiera dzieciom batony czekoladowe a babciom wyrywa laski oraz balkoniki.

A tak w ogóle trzeba by było odprawić nad nią egzorcyzmy i wygnać. Apage, Satanas!

Przeciwko programowi protestuje Polska Federacja Producentów Żywności - nalezą do niej Danone, Nestlé, Unilever, Maspex i stowarzyszenia branżowe, jak Związek Polskich Przetwórców Mleka czy Związek Polskie Mięso oraz POHiD, czyli organizacja branżowa zrzeszająca zachodnie sieci sklepów w Polsce.

Producenci twierdzą że budzi ona "nieuzasadnione poczucie zagrożenia poprzez podważenie wiarygodności systemu bezpieczeństwa i urzędowej kontroli żywności w Polsce".

Sklepy dodają do tej wyliczanki argument, że klienci wcale nie dostają w ten sposób rzetelnej informacji, bo jeśli żywność jest sprzedawana w sklepach, to znaczy, że jest bezpieczna. A jeśli coś zawiera niedozwolone składniki, to nie jest żywnością. Koniec, kropka.

Jak słyszę podobne argumenty, to powiem szczerze klawiatura zaczyna mi grzechotać. I nie dlatego, żebym uważał, że e-food jest cudem dzięki, któremu dowiedzieć się można wszystkiego na temat tego jak nas karmią.

Bo zwyczajnie nie jest.

Ale producenci po pierwsze święci nie są. Święte nie są też sklepy.

A podobnego rodzaju produkty (bo oprócz e-food, jest choćby Mobit GS1 zrobiony przez Instytut Logistyki i Magazynowania) zwyczajnie poszerzają nasze źródła informacji.

Aplikacje tego typu nie są specjalnie innowacyjne. Po prostu sprzęgają dane, które można wyszperać w sieci z telefonem komórkowym. Mocno przyspieszają jednak cały proces. Wystarczy zeskanować kod kreskowy i od razu wiemy co jest w produkcie.

E-food w swojej bazie danych - co budzi największe kontrowersje - ma informację o różnych dodatkach rozpoczynających się na literę E.

Kilka dni temu pobawiliśmy się nią chwilę w redakcji.

Owszem zabawnie było.

I tak skanując gumy Orbit można się dowiedzieć, że zawierają zakazany w niektórych krajach E320 (może powodować ból głowy, astmę, katar sienny) czy substancję słodzącą E950 (Acesulfam K), która w nadmiarze może doprowadzić do "białaczki (...), raka płuc oraz raka piersi", za to jest "niskoenergetyczna, nie powoduje próchnicy". Dla porównania praliny Lindt okazują się całkowicie zdrowe (czyżby dowód na to, że lepiej jeść czekoladę niż żuć gumę?).

Branża przekonuje, że opisane w aplikacji negatywne działania mogłyby, owszem, wystąpić, ale tylko w przypadku spożycia gigantycznych ilości poszczególnych substancji. Ich zdaniem w praktyce nie jest to możliwe. Zgodnie z przepisami dawki dodatków do żywności zastosowane w produktach spożywczych są minimalne (na ogół znacznie poniżej 1 proc. w składzie produktu).

Polska Federacja Producentów Żywności zażądała w połowie ubiegłego roku natychmiastowego usunięcia  e-food z sieci.

Przedstawiciele e-food odpowiedzieli, że nie usuną. I co? I sprawa się zakończyła.  Co sądzą zaś o argumentacji sklepów, że „demonizują środki i składniki, które są dopuszczone do legalnego obrotu”?

- Co mam powiedzieć, papierosy i alkohol też są dopuszczone do legalnego obrotu. Papierosy były przez wiele lat polecane przez lekarzy, a teraz są (chyba) numer 1 wśród przyczyn zachorowań na raka. Jak ktoś wychodzi z takim argumentem to zwyczajnie słabo mi się robi - twierdzi Marcin Dybicki z e-food.

- Czy wprowadzamy w błąd? W e-food to nazywamy to prowokowaniem do przemyśleń. Przytaczamy ... informacje podawane prze ustawodawcę, jak i te które dyskutują z ustawodawcą. Czy żyjąc w wolnym kraju mamy do tego prawo. Jak najbardziej  - mówi Dybicki.

Mobit GS1  - co swoją drogą wydaje mi się wyjątkowo durną nazwę, podobnych kontrowersji nie budzi. Skanując kod kreskowy odsyła po prostu do internetowych stron sklepów, gdzie podany jest „goły” skład produktów. Goły, czyli bez interpretacji.

aplikacja

Mobit GS1  ma też opcję „aktualne promocje” ze skanami gazetek promocyjnych sieci. To akurat mi się podoba (choć brakuje tu np. gazetek Lidla).

Mam również wrażenie, że Mobit lepiej niż e-food radzi sobie z szybkim czytaniem kodów kreskowych.

E-food zapowiada tymczasem zmiany. - Za najdalej miesiąc będziemy oceniać nie tylko E, ale również pozostałe substancje. Ocena pralin i gum będzie realizowana na innym poziomie. Nie wszystkie produkty należy oceniać ze względu na zawartość E - opowiada Dybicki.

efood

Jego zdaniem są na rynku producenci, którzy zaczęli stosować sprytne sztuczki, aby zmylić konsumentów. Zrezygnowali  na przykład z używania E621, na rzecz ekstraktu drożdżowego, który jest przemysłowym źródłem glutaminianu sodu (E621). Na opakowaniu można jednak napisać, że produkt nie ma strasznego glutaminianu, ani E. Czyli produkt nie zawiera "wzmacniaczy smaku".

E-food ma też w przyszłości pokazywać, ile dany produkt zawiera cukru.

Czy aplikacje do badania etykiet produktów są w stanie zmienić nasze zakupy? Takie programy służą moim zdaniem do użytku hmmm incydentalnego.

Tzn. na samym początku człowiek wpada w szał skanowania wszystkiego co mu tylko pod rękę podejdzie. Ale jak już przestudiuje wszystkie swoje zakupy (a proszę mi uwierzyć zazwyczaj jak już wybraliśmy jakiś konkretny produkt to się go trzymamy) zaczyna aplikacji używać rzadziej i rzadziej.

Być może po prostu jest tam za mało informacji, aby utrzymać uwagę konsumenta na dłużej? A co Państwo sądzą o przydatności takich aplikacji?

14:10, miaczynski
Link Komentarze (11) »
piątek, 20 lutego 2015

Po przeczytaniu tego maila, pomyślałem sobie: o jak pięknie w tej Biedronce, nie ma sensu spieszyć się z kupowaniem w promocji, bo ma się na to prawie miesiąc...

Ale do rzeczy.

Odezwała się do mnie czytelniczka, którą skusiła promocja na brokuły w największej sieci handlowej w kraju.

- 29.01.15 brokuły kosztowały 2,99 zł, od 2 lutego  przecena z 4,99 zł na 2,99 zł. Re-we-la-cja. Przepraszam za pokiereszowany paragon, ale nie sądziłam, że mi się jeszcze przyda – pisze czytelniczka, która poczuła się zrobiona w trąbę. 

biedronka11

biedronka2x1

Co na to sieć?

„W odpowiedzi na Pana pytania informujemy, że w ramach akcji tematycznej „Włoskie smaki“, która dostępna była w sklepach sieci Biedronka od 15 stycznia br., wiele produktów oferowano w promocyjnych cenach. Jednym z nich były brokuły, które kosztowały w ramach akcji 2,99 zł za sztukę (min. 500g). Promocja ta została przedłużona o dodatkowych tydzień, czyli do 8 lutego br.

Jednocześnie chcielibyśmy zaznaczyć, że cena warzyw, w tym m.in. brokułów, zależy od wielu czynników, tj. pora roku, warunki pogodowe towarzyszące uprawie etc. Przed wspomnianą promocją w ramach akcji włoskiej brokuły dostępne były w cenie 4,99 zł za sztukę (min. 500g).”

Jak widzą Państwo problemu nie ma. Po prostu promocja na brokuły miała być przez dwa tygodnie, ale okazała się tak gigantycznym sukcesem (Polacy narodem brokułożerców), że przedłużono ją jeszcze o siedem dni.

W sklepie mózg nie działa

Powiem szczerze czytelniczka zrobiła na mnie wrażenie zapamiętaniem cen brokuł (chyba że kupuje je często). Dlaczego? Bo to rzadkie.

Wiele osób twierdzi, że w sklepach porusza się równie umiejętnie, jak pani Mgada Gessler odróżnia czy mięso było bite na drewnianej czy plastikowej desce. 

Ale tak naprawdę i to potwierdzają badania, pamiętamy ceny góra kilkudziesięciu podstawowych artykułów, które należą do tzw. pierwszego koszyka zakupów. Innymi słowy chodzi o rzeczy do domu, które kupujemy cztery razy w tygodniu.

Poza tym to, że pamiętamy cenę, nie znaczy też że pamiętamy również gramaturę. Opakowanie może być w końcu to samo, ale waga produktu mniejsza. Wszystko w końcu drożeje, a producenci muszą sobie jakoś radzić. 

A kupujemy – i to znów potwierdzają badania – z automatu. Po prostu w trakcie wędrówki po sklepie chcemy używać jak najmniej mózgu (czysto biologiczna reakcja zużywa za dużo energii), więc powtarzamy swoją zwyczajową rundę. Jak Państwo będą szli dzisiaj po sklepie proszę zwrócić uwagę, że robicie to właściwie na autopilocie. 

Na dodatek po mniej więcej 25 minutach mózg przestaje kalkulować zupełnie. Wyłącza mu się racjonalne myślenie. A po 40 minutach bytności w sklepie kupimy już wszystko, aby tylko móc stamtąd uciec.

Dlatego jeśli ktoś chce wydawać racjonalnie to zakupy powinien robić… krótko. I z listą. 

Tagi: biedronka
14:17, miaczynski
Link Komentarze (20) »
wtorek, 17 lutego 2015

Przez media w ostatnim okresie przetoczyła się fala tekstów na temat Empiku. Jak traktuje pracowników, jakie to ma problemy finansowe, i jak zabija rynek książki.

Warto przy tej okazji wyjaśnić kilka rzeczy.

To nie był żaden cud

Empik kiedy go przejmowano zaraz po przełomie nie był żadnym złotym interesem.  Tak dziś wspominają go przynajmniej niektórzy. Pamięć ich delikatnie zawodzi.

Empik na początku transformacji miał 32 czy 33 lokalizacje. To były małe sklepy albo klubokawiarnie, w niczym nie podobne do tych obecnych. Dziś z tych 30 kilku sklepów w pierwotnych lokalizacjach zostało kilka.  Obroty? Równowartość sześciu milionów dolarów. I sieć oczywiście przynosiła straty.

To co oglądaliśmy przez lata w salonach sieci to koncept zapożyczony z francuskiej sieci Fnac. Empik po prostu kupił dwóch panów z Fnaca, którzy wyjaśnili im jak się robi pewne rzeczy.

empik21

Wydawcy są uzależnieni od Empiku.

Niektórzy przepuszczają przez niego ponad połowę  nakładów książek. Taktyka w tym przypadku wygląda następująco: wykupuję się promocję za prawie 30 tys. co zapewnia ekspozycję książki w dobrym miejscu. A następnie liczy się na to, że sprzeda jej się tyle, że książka trafi do TOP 40 sprzedaży sieci.

To wygodne, ale i głupie.

Jak ktoś uzależnia się od jednego kanału sprzedaży i później krzyczy, że go krzywdzą można dodać, że owszem, ale to na własne życzenie.

To podobnie jak z wejściem do dyskontu. Owszem sprzedaż dużo, ale licz się z tym, że po pewnym czasie może nie być różowo a handlowcy będą cię dociskać.

Poza tym - i to kolejny problem dla wydawców: 

Empik zrobił im konkurencję

Tak jak dyskonty weszły w sprzedawanie produktów pod marką własną, tak Empik sam wydaje książki w ramach Grupy Wydawniczej Foksal (m.in. Bator, Dehnel, Kuczok, Miłoszewski, Piątek).

Wiadomo, że własny produkt ma lepszą ekspozycje.

Książki zastępują durnostojki

Wiele osób skarży się, że salony Empiku zamiast książek sprzedają coraz większą ilość tandetnej chińszczyzny w rodzaju plakatów, misiów i przedmiotów o bliżej nieznanym mi przeznaczeniu, z których większość mym zdaniem nadaje się do natychmiastowego wystawienia na śmietnik.

Ale rzeczywistość rynkowa po raz kolejny zaskakuje wszystkich. Dziennikarzy od handlu też. Te durnostojki sprzedają się naprawdę świetnie (ich sprzedaż rośnie o 1,7 p.proc., mimo, że w ogóle sprzedaż w salonach Empik jest  na minusie 7,8 p. proc. (dane za trzy kwartały 2014).

Nie wypierają jednak książek (to ponad 40 proc. sprzedaży salonów), tylko filmy i muzykę. Żeby nie  być gołosłownym, fragment raportu giełdowego spółki:  „Spadek sprzedaży artykułów w kategoriach „muzyka”, film” i „multimedia” został częściowo zrównoważony poprzez wzrost sprzedaży a artykułów nie wydawniczych, których udział w strukturze sprzedaży Salonów Empik na koniec I II kwartału 2014 r. wyniósł 22,5%. Asortyment ten cechuje się wyższą rentownością produktową w porównaniu do artykułów wydawniczych.”

Sieci księgarni generalnie mają problemy

Po prostu. Kwitnącym interesem nie jest Empik (ponad 200 salonów), ani Matras (ponad 170) ani Świat Książki (ponad 40).

Wcale bym się nie cieszył gdyby któraś z nich padła.

A złe traktowanie pracowników trzeba piętnować i basta.

empikkurs

12:59, miaczynski
Link Komentarze (15) »
czwartek, 05 lutego 2015

Tradycje to my mamy piękne.

Szewskich familii w przedwojennej Warszawie było wiele, ale tak naprawdę liczyły się już tylko dwie: Kielmanowie i Hiszpańscy.

Przy czym Hiszpańscy rozpatrując rzecz uczciwie byli nieco więksi, ale Kielmanowie jak historia pokaże wytrwalsi, bo ich salon jest do dzisiaj.

Sklep Hiszpańskich istniał do 1944 roku przy Krakowskim Przedmieściu 7, tam gdzie jest Księgarnia Naukowa im. Bolesława Prusa, dosłownie vis a vie bramy Uniwersytetu Warszawskiego.

Ludzie którzy wtedy byli młodzi, a dziś są bardzo starzy pamiętać mogą brunatnego niedźwiedzia z wysokim butem w łapach zawieszonego nad sklepem. Slogan głosił: „Jak buty to od Hiszpańskiego”.

Oba szewskie rody można porównywać przez listę klientów. W butach od Hiszpańskiego chodził Kiepura i Kossak, premier Składkowski, marszałek Finlandii Carl Gustaw Mannerheim czy książę Radziwiłł.

W butach od Kielmana gen. Władysław Sikorski z rodziną, Jan Kiepura, Adolf Dymsza, Stefan Wiechecki - Wiech, Marian Brandys czy aktorka Mieczysława Ćwiklińska. Parę oficerek obstalowuje sobie tu również kpt. Charles De Gaulle, który w 1921 r. przebywał w Warszawie na francuskiej misji wojskowej (od kawiarni Bliklego nie miał daleko).

Ale szewców było w mieście dużo, że na ich usługi i dopasowanie buta pod stopę mógł sobie pozwolić każdy normalny człowiek.

Takie ręcznie robione buty były trwałe a chodzić w nich było można latami. Teraz tradycje szewskie właściwie konają sobie powoli, jak ktoś chce sobie zrobić buty na zamówienie to płaci za to bardzo dużo, bo przynajmniej jakieś 2.5 - 3 tys. zł.

A chodzimy głównie w butach robionych mechanicznie, które rozwalają się czasami od samego na nie patrzenia. Z zareklamowaniem takiego bubla są oczywiście wielkie problemy.

Na początek będzie pan Arkadiusz - który nie umie wiązać.

Czytelnik w lutym kupił sobie buty New Balance model 373. Śmigał w nich do jesieni, kiedy się okazało, że buty odklejają się od podeszwy, czyli robią klasycznego rekina z rozdziawioną paszczą. Buty włożył do pudełka i przy pierwszej dobrej okazji pojawił się w sklepie, aby je zareklamować.

Traf chciał, że ta okazja nadarzyła się dopiero w grudniu. To, że reklamacja została odrzucona zdziwiło go trochę. Ale roześmiał się, gdy zobaczył jakie jest uzasadnienie odmowy.

"Uszkodzenie jest brakiem stabilizacji stopy w bucie spowodowanej noszeniem butów bez prawidłowego zasznurowania".

 buty11

- Wygląda na to że w wieku 18 lat dalej nie potrafię prawidło wiązać butów. Widocznie buty New Balance trzeba wiązać jakoś specjalnie - mówi z ubolewaniem czytelnik, zastanawiając się czy przypadkiem nie cofnąć się jednak z edukacją do czasów przedszkolnych, gdzie podobnej sztuki uczą.

Jak jednak szybko sprawdził w sieci rzeczoznawca, który się podpisał pod opinią podobnego rodzaju opinię wystawił wielu osobom.

Pani Małgorzata - która się ocierała o wycieraczkę

Czytelniczka kupiła sobie buty w salonie Ecco w Szczecinie. Buty kosztowały niemal 400 zł, - Po 3 tygodniach użytkowania podczas pastowania zauważyłam w nich dziury z tyłu podeszwy - relacjonuje.

Rzeczoznawca? Reklamacja oczywiście nieuznana.

Ale cóż to będzie za piękny cytat: „Wyżej wymienione uszkodzenia powstały w wyniku otarcia o twarde powierzchnie np. chodnik, kratki (wycieraczki)”.

buty3

Pan Mateusz, który buty wyprał

Pan Matusz jest fanem Nike. Ewidentnie musi być fanem, bo kupił sobie dwie pary tych samych butów Nike Air Max. Za jedną dał 399 zł, za drugą 429 zł. Różnice w cenach biorą się z tego, że buty były kupowane w różnych sklepach. Jak widać towar deficytowy jak salceson w latach 80.

Obie pary rozeszły się w tym samym miejscu. Oba sklepy odrzuciły reklamację.

Sklep 1? Ot tak w skrócie: buty były wyprane o czym świadczy zapach albo buty zostały przemoczone i wysuszone przy sztucznym źródle ciepła co doprowadziło do uszkodzeń.

buty21

- Oczywiście nie miało to nigdy miejsca, buty śmierdzą jak to każde buty po kilku miesiącach noszenia, żadnego zapachu proszku – zaklina się czytelnik.

Sklep 2?

Obuwie jest za małe – dlatego się zepsuło.

Z tym określeniem spotkałem się również w wersji, że klient nie dopasował tęgości stopy do rozmiaru obuwia”. Schodzący kolor? Można z góry obstawiać, że w uzasadnieniu rzeczoznawca napisze, że kolor zszedł „przez kurz pot i temperaturę oraz gołe stopy”.

Zastanawiają się Państwo może co trzeba zrobić aby zostać rzeczoznawcą? Och kurs tygodniowy na specjalistę ds.reklamacji obuwia kosztuje 1400 zł lub 1800 zł (kurs weekendowy). Ceny brutto.

Później tylko wniosek o wpis na listę rzeczoznawców do Inspekcji Handlowej i można dokonywać ekspertyz. Jasnym jest, że w tym fachu im bardziej elastyczny jest rzeczoznawca, tym więcej zleceń dostanie od sklepu. Jasnym jest, że część osób katując buty do upadłego (butów nie powinno się nosić codziennie, jeśli mają wystarczyć na dłużej powinny odpoczywać co drugi dzień) a później chce je reklamować.

Ale powiedzmy sobie również szczerze mamy z reklamacjami obuwia coraz większy problem.

Liczę, że trochę się zmieni na lepsze dzięki obowiązującym od 25 grudnia nowym przepisom konsumenckim. Teraz jeśli buty się zepsują to kupujący może wybrać, czego oczekuje: naprawy, wymiany czy zwrotu pieniędzy.

Sprzedawca nie będzie jednak całkiem bezbronny. może również uprzedzić ruch konsumenta i zaproponować, że naprawi towar albo wymieni go na wolny od wad (jeśli sklep poda rękę do zgody - nie można jej odtrącić). Ale naprawić towar może tylko raz.

Po zmianach przepisów łatwiej jest też udowodnić, że towar ma wady. Do 25 grudnia ubiegłego roku przez pierwsze sześć miesięcy to sklep musiał udowodnić, że buty były sprzedane jako pełnowartościowe. Po upływie tego okresu ciężar dowodu przechodził na kupującego.

Teraz domniemanie, że stwierdzona wada towaru istniała już w momencie sprzedaży, obowiązuje nie przez sześć miesięcy, lecz przez rok.

16:12, miaczynski
Link Komentarze (13) »
czwartek, 29 stycznia 2015

Czasami proszę Państwa zamieszczam na blogu historie ku przestrodze. Bo, każdemu w sklepie zdarza się czegoś nie dopatrzyć. A czasami mimo najlepszych chęci i mimo tego, że wybraliśmy markę, która powinna teoretycznie gwarantować najwyższą jakość, tej jakości niestety nie ma.

Wtopić zdarza się nawet mi - zgodnie z zasadą, że szewc bez butów chodzi.

Kiedyś na przykład kupiłem suszarkę. Suszarka była bardzo znanej firmy, która chwali się wysoką jakością zarówno jeśli chodzi o obsługę klienta jak i produktu. Znaczy się tłumaczy, że owszem są drodzy, ale warto.

I wszystko było z nią, czyli suszarką  w porządku gdyby nie to, że mniej więcej miesiąc po jej zakupie padł w niej bezpiecznik. Serwis przyjechał wymienił bezpiecznik i sprzęt działał dalej.

Tyle, że ten nieszczęsny bezpiecznik psuł się mniej więcej co trzy miesiące.

Gdy sprzęt pozostawał na gwarancji, było to uciążliwe, ale do przejścia. Kiedy jednak gwarancja się skończyła za dojazd serwisu oraz inkryminowany bezpiecznik musiałem płacić już sam. Ot - dwie stówki.

Firma kilkakrotnie robiła podejścia mające ustalić co jest nie tak. Bezskutecznie. Brała ją do siebie do siedziby, aby przytulić, porozmawiać i poklepać po obudowie. W trakcie jednej takiej wizyty wymieniono m.in. termostat, koło wentylatora, stycznik, wtyczkę oraz oczywiście bezpiecznik. 

Rachunek opiewał na tysiąc złotych, ale czym jest tysiąc złotych w obliczu potencjalnej możliwości posiadania sprawnej suszarki?

Urządzenie nic sobie jednak nie robiło z tych starań. Raz na trzy miesiące bezpiecznik ciągle się psuł. Pan serwisant (po pewnym czasie dorobiłem się nawet stałego) doradzał mi nawet wymianę instalacji elektrycznej w kuchni. Bowiem mogła ona powodować jego zdaniem dziwne skoki napięcia.

Jego rada wydała mi się nieco przesadna, ale dla bezpieczeństwa zakupiłem suszarce listwę przepięciową. Bezskutecznie.

Firma w końcu wzięła do siebie suszarkę na cały miesiąc aby ją poobserwować w akcji. Jak się okazało za przepalanie się bezpiecznika od samego początku winę ponosiły wadliwe łożyska. 

Rachuneczek? 1.4 tys. zł.

Suszarkę z pietyzmem przywieziono z powrotem, zamontowano. A suszarka - złośliwe bydle -  zaraz po wyjściu technika który ją przywiózł wyświetliła komunikat: "proszę wezwać serwis". 

Prawda, że zabawne?

Na dodatek suszarka została dostarczona bez klapki zamykającej filtr umieszczony w dolnej części sprzętu. Na moją prośbę serwisant dowiózł klapkę i ją zamontował.

I wszystko byłoby w porządku gdyby nie dwa drobiazgi.  Pierwszy - klapka miała wyłamane zaczepy.  Drugi - w czasie serwisowania uszkodzony (zamieniony?) został element do którego zamocowana jest siatka filtra, (montowanego w drzwiach suszarki). Zerwaną siatkę przyklejono do oprawy za pomocą szarej taśmy...

Oczywiście  po dłuższej wymianie korespondencji firma przysłała nową klapkę, nową siatkę a naprawą, która miała kosztować 1.4 tys. zł odbyła się ostatecznie za darmo.  

Czy oczekiwałem jednak nieco więcej dbałości o klienta, korzystając z firmy o ustalonej renomie? Ależ oczywiście.

Tego samego oczekiwała pani Katarzyna.

- Poruszał Pan w niedawnym wpisie temat reklamacji torebki Wittchen, ja mam równie "sympatyczny" przypadek z naszą kolejną narodową marką premium czyli Ochnikiem. Aspiracje są premium, praktyka niekoniecznie - pisze czytelniczka.

Otóż, 23 grudnia w salonie firmowym, wespół z mężem, kupowaliśmy dla mnie prezent świąteczny - długie, skórzane rękawiczki w kolorze jasno-beżowym. W trakcie zakupu ja, a nie mąż, zauważyłam że są trochę przybrudzone z boku, ale nie chcąc nadużywać cierpliwości mojego mężczyzny nie skomentowałam tego faktu i towar kupiliśmy. Nikt z obsługi nawet się nie zająknął co sprzedaje.

Po świętach i dokładnym obejrzeniu tego w domu, stwierdziłam, że w zasadzie całe rękawiczki są przybrudzone, pewnie wskutek złego przechowywania w sklepie i zwyczajnie brudne. Jako że zakupiłam towar pełnowartościowy w cenie 329,90 zł, a nie przeceniony z uwagi na zabrudzenie, doszłam do wniosku, że udam się do salonu aby otrzymać rękawiczki bez wad. I tu zderzyłam się ze ścianą.

W zasadzie moim jedynym błędem, ale stwierdziłam że w sklepie tej marki moja sprawa to w zasadzie będzie błahostka (błąd), było stwierdzenie na dzień dobry, że przy zakupie zauważyłam przybrudzenie. Naprawdę nie byłam ani napastliwa, ani niegrzeczna ale dosłownie zostałam zbesztana przez kierownik sklepu, która w obcesowy sposób stwierdziła, że towaru nie wymieni bo widziałam co kupuję. W tym momencie zaznaczyłam, że nie domagam się zwrotu pieniędzy tylko zwyczajnie chcę otrzymać pełnowartościowy towar, bo za taki zapłaciłam czyli moje przyjście do salonu to reklamacja towaru, a nie jego zwrot.”

W salonie spisano reklamację. A czytelniczka czekała, czekała i czekała.

ochnik

 

ochnik2

Co na to Ochnik?

„W odniesieniu do Pani skargi pracownicy Salonu przedstawili sytuację z własnej perspektywy wskazując głównie na fakty, które Pani również potwierdza: towar był dokładnie obejrzany przed zakupem, natomiast przyniesiony 14.01 do Salonu nie posiadał oryginalnie przyczepionej metki a czas na wymianę minął dlatego proszę o wyrozumiałość dla pracowników Salonu ponieważ działali zgodnie z procedurami firmy.!

Zaręczam, że przykładamy bardzo dużą uwagę do szkolenia naszych pracowników i utrzymywania wysokiego standardu obsługi klientów. ! Decyzja w sprawie reklamowanych rękawiczek zostanie przekazana w ciągu 14 dni od złożenia reklamacji i przekazana Pani przez pracowników Salonu.!”

- Ostatecznie reklamacja została odrzucona, ze względu na to iż wiedziałam o wadzie w momencie zakupu. Pewne jest, że w Ochniku już nic nie kupię. Jestem ciekawa Pana i/lub czytelników opinii w tej sprawie - twierdzi pani Katarzyna.

Czy Ochnik zareagował zgodnie ze swoim regulaminem? Pewnie tak. Czy jednak zareagował tak, aby nie stracić klienta? Nie. Na miejscu osoby zarządzającej regionem kazałbym przyjąć rękawiczki i je zwyczajnie wyczyścić (choć nie rozumiem dlaczego komuś wciśnięto brudny towar). Koszt niewielki a klient może nie byłby szczęśliwy, ale nieco szczęśliwszy.

Oczywiście zabrzmi to jak wołanie na puszczy, ale moim zdaniem od marek premium powinniśmy wymagać jednak więcej.

16:58, miaczynski
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Coraz częściej widzę jak w pogoni za zyskiem sklepy zamieniają się w składy towaru używanego.  A to laptop czy tablet ma dane poprzedniego użytkownika, a to w pamięci aparatu fotograficznego są jakieś zdjęcia etc.

Nie tak dawno opisywałem przygody pana Zbigniewa, który w Sosnowcu w sklepie RTV Euro AGD wypatrzył aparat Nikon D700 w zestawie z obiektywem.

Za zestaw zapłacił 11 tys. zł.

Poinformowano go, że sprzęt jest towarem z ekspozycji, czyli leżał na półce, a klienci mogli go dotykać. - Jest jednak sprawny i w idealnym stanie - usłyszał zapewnienie. Na fakturze zaznaczono: "ekspozycyjny, rysy na obudowie".

Podekscytowany jak fretka pan Zbigniew wrócił do domu, naładował wyczerpany akumulator, włożył kartę i zrobił kilka próbnych zdjęć. Z ciekawości wrzucił zdjęcie do programu Opanda, który dokładnie diagnozuje sprzęt fotograficzny i... zdębiał. Okazało się, że ktoś zrobił jego aparatem aż 23 tys. zdjęć.

Później na jaw wyszło, że były pracownik sklepu dorabiał sobie robiąc zdjęcia na różnych imprezach.

Nie mam proszę państwa problemu z tym, że sklep sprzeda towar ze zwrotu. Ale pod warunkiem rzecz jasna, że jest on odpowiednio oznaczony, cena stosownie obniżona a sam sprzęt wyczyszczony. Na zewnątrz i wewnątrz.

To jak się okazuje coraz częściej próba nie do przejścia.

Pan Tobiasz będąc na zakupach w Auchan-Poczesna koło Częstochowy kupił sobie pendrive’a. Produkt oprócz oryginalnego opakowania, zapakowany był w sklepowe pudełko antykradzieżowe.

Obejrzeć go nie było więc można. Zabezpieczenie zostało zdjęte przy kasie, czytelnik nie zauważył jednak, że oryginalne opakowanie jest rozcięte.

 

Jego błąd. Jak sam jednak zaznacza, nie przesądza to jeszcze sensowności zakupu.

Podłączył nowo nabyty sprzęt do komputera i zdębiał.

Na urządzeniu były bowiem zdjęcia ze studniówki sprzed trzech lat z jednego z częstochowskich liceów. Osoby występujące na zdjęciach są... opisane z imienia i nazwiska. 

Pan Tobiasz skontaktował się z autorem zdjęć, ale ten zaklina się, że to nie jego urządzenie.

Żeby było jeszcze zabawniej pendrive chyba nie jest do końca sprawny. Przynajmniej pan Tobiasz nie jest w stanie go sformatować.

A próbował na co najmniej dwa sposoby.

- Sam też chciałbym złożyć reklamację ale nie podoba mi się fakt że istnieje szansa na to że za kolejne dwa lata ktoś inny kupi go i np. wykorzysta zdjęcia podpisanych z imienia i nazwiska osób - konkluduje czytelnik.

UPDATE!!

Dorota Patejko, rzecznik Auchan, przeurocza kobieta, która ma ze mną ciężkie życie odpowiedziała tak:

"Oczywiście Klienci mają rację, taka sytuacja nie powinna mieć miejsca wogóle, klient powinien zakupić produkt pełnowartościowy, nieużywany. Mogę jedynie przeprosić Klienta w imieniu Auchan , uważam, ze sklep powinien mu wymienić produkt na pełnowartościowy, lub oddać pieniądze bezzwłocznie."

12:18, miaczynski
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71