Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
środa, 02 września 2015

Nową kampanię reklamową niemieckiej sieci poprowadzą Karol Okrasa z Dorotą Wellman. Obowiązujący przez trzy lata koncept dwóch wojujących kucharzy (w tej roli Pascal Brodnicki i Karol Okrasa) został wyrzucony do kosza. Kto ich zastąpi? “Dorota, Karol i goście”.

Czyli Dorota Wellman, Karol Okrasa oraz inni. 

Spoty mają być nagrywane w konwencji talk show. Co tydzień do studia/knajpki/kuchni Lidla będą zapraszani nowi goście: celebryci, ale i amatorzy.

Rozmawiać będą o gotowaniu. Wśród gości będą m.in. Stefano Terrazzino (tancerz), Elisabeth Duda (mało znana aktorka zażartowała na konferencji: ja teraz mam bardzo dobre nazwisko). 

Co będą robić goście?

- Przekonywać, że gotować może każdy - wyjaśnia Okrasa.

Nowe spoty będą emitowane w weekendy w TVP. Są długie, bo aż 3,5 minutowe, co oznacza, że kapania kosztować będzie małą fortunę.  Lidl już w tym momencie wydaje najwięcej na reklamę telewizyjną ze wszystkich sieci handlowych. 

Konferencję prasową prowadził Marcin Prokop, którego stawki za takie usługi należą do najwyższych na rynku. W parze z Wellman prowadzi poranki w telewizji TVN. Konwencja śniadaniówki była  na konferencji zachowana. Prokop stwierdzał na przykład że “poprzednia kampania była dziełem sztuki, bądź “wypuściłem Dorotę z gołębnika mego serca”.

Naprawdę zabawnie było raz, kiedy Wellman nieco podirytowana marudzeniem Prokopa wypaliła do niego: uważaj bo zamienię cię na Kuźniara. Śmiali się wszyscy. Prokop też. 

fot._Lidl_nowa_kampania

Wellman ryzykuje

Związki celebryta - sieci handlowe są ryzykowne dla jednych i drugich. Przekonał się o tym choćby Daniel Obrychski. Kiedy wystąpił w reklamach konkurencyjnej sieci “Biedronka” Stowarzyszenie Stop Wyzyskowi - Biedronka zwracało mu uwagę, że nie powinien reklamować sieci, która wyzyskiwała pracowników. "Wielokrotnie grał Pan role Polaków, wielkich patriotów, którzy honor cenili sobie najbardziej. Wierzymy, że jest Pan człowiekiem honoru nie tylko na ekranie" - pisało.

Nie inaczej jest teraz. Wystąpieniem Doroty Wellman w reklamie Lidla już publicznie zdziwił się Klub Jagieloński (organizacja skupiająca studentów i byłych studentów z terenu całego kraju jego ambicją jak twierdzi jest krzewienie patriotyzmu).

W liście do prezenterki Klub pisze, że ceni jej zaangażowanie “w liczne akcje charytatywne i wrażliwość na problemy społeczne.” To postawa - jak zaznacza klub - rzadka w świecie ludzi polskiego show biznesu.

Z tym większym zdziwieniem przyjęliśmy informacje, że zaangażowała się Pani w kampanię reklamową sieci handlowej, której praktyki na polskim rynku budzą liczne wątpliwości zarówno natury ekonomicznej, społecznej jak i moralnej. Znając Pani poglądy wychodzimy z założenia, że w kampanię reklamową Lidla zaangażowała się Pani nie będąc świadoma tych problemów, dlatego pozwalamy sobie je krótko przedstawić.”

Dalej Klub punktuje ,że Lidl znany jest z ograniczania praw pracowniczych czego dowodem są choćby nieudane próby założenia tam związków zawodowych. 

Poza tym produkty sprzedawane w tej sieci są zbyt często importowane.

“Jak pokazują najnowsze badania, udział wyprodukowanych w Polsce produktów w asortymencie Lidla to kolejno: 17% wśród produktów spożywczych, 21% wśród produktów z kategorii chemia i kosmetyki oraz 0% w dziale mrożonki! Dla porównania, w powszechnie krytykowanej w ostatnich tygodniach konkurencyjnej portugalskiej sieci blisko 68% produktów kategorii FMCG to produkty wyprodukowane w Polsce.” - przekonuje organizacja.

Lidl się broni, że pracowników traktuje dobrze, płaci im dużo więcej niż wynosi branżowy standard a cała załoga u nich ma etaty.

Wellman wczoraj zadeklarowała, że ze swojego wynagrodzenia 100 tys. zł na Fundację TVN nie jesteś sam” oraz 200 tys. na inną działalność charytatywną.

Kucharze wyjechali do Chorwacji

Dorocie Wellman bez wątpienia łatwiej było zaangażować się w kampanię Lidla po wielkim sukcesie poprzedniej z Pascalem Brodnickim i Karolem Okrasą. Dwaj kucharze zmienili wizerunek sieci, przenieśli go na wyższy poziom. Udowadniając dzięki przekonującej kreacji, że dyskont może sprzedawać produkty aspirujące do delikatesowych.

Swoją drogą - obaj kucharze mocno naciskali na zarząd Lidla żeby ten zmieniał asortyment dostępny w sklepie, wprowadzając tam chociażby świeże zioła.

- Skoro mamy radzić jak gotować - to chcemy mieć z czego - naciskali na Niemców. Skutecznie.

Lidl rósł razem z nimi. Sieć liczyła pieniądze (rosła szybciej niż konkurencja). Brodnicki z Okrasą stali się celebrytami, którzy mogą teraz odcinać kupony od telewizyjnej popularności wykreowanej przez reklamy.

Koncept dwóch walczących kucharzy wymyślony w Polsce jest realizowany w innych krajach Europy  m.in w Chorwacji. 

Dlaczego go więc zmieniono u nas?  Bo w Polsce zwyczajnie się zestarzał i opatrzył. Lidl musiał wypuścić na rynek coś nowego podejmując ryzyko, że nowa kampania nie będzie tak przełomowa jak poprzednia.

Materiał współtworzył Leszek Kostrzewski 

16:03, miaczynski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 września 2015

Jeszcze ze dwie dekady temu, no może z dekadę podróże samolotem były dla nas czymś ekscytującym i niecodziennym. Niczym dla 10 latka (no może 12 latka) wizyta w Disneylandzie.

To się zmieniło od kiedy w Polsce pojawiły się tanie linie lotnicze. Mają one tyle samo wad, co zalet. Ale jak ktoś dobrze upoluje bilet, to za niewielkie pieniądze może pofruwać sobie po Europie.

Jedna rzecz łączy jednak tamte i obecne czasy. Co? Oczywiście zakupy. A co się najczęściej kupuje w strefie wolnocłowej? Oczywiście alkohol i perfumy. I tutaj wartko przechodzimy do pani Sylwii, która miała okazję kilka tygodni temu spędzić uroczy ranek, popołudnie oraz późne popołudnie na krakowskim lotnisku Balice w oczekiwaniu na samolot Ryanaira który miał ją przetransportować do Londynu Stansted.

balice2

Nie żeby w tym przypadku linia lotnicza dała ciała, po prostu wszystkie samoloty były opóźnione ze względu na burzę. Czytelniczka nudziła się jak mops. W końcu poszła do sklepu wolnocłowego i zakupiła alkohol. Zakupy dostała w zwykłej reklamówce (co oczywiście będzie dość istotne dla całej historii). A potem to już było tak jak zazwyczaj bywa na lotniskach, sprawdzono pasażerom bilety, zabrano ich do autobusu i żeby nie było zbyt konwencjonalnie po chwili poinformowano, że jednak odlotu nie będzie i trzeba powrócić do terminalu.

Pasażerowie samolotu posiedzieli w tym terminalu pół godzinki. Usłyszeli następnie, że iż samolot odleci najprawdopodobniej dopiero o 17, wiec dostaną vouchery od linii lotniczej, a następnie autobusami przyjadą ponownie do hali przylotów.

Nikt jednak nie wspomniał co zrobić z zakupami. Pani Sylwia zapytała o to ubranego “na zielono” pracownika lotniska.

- Pan stwierdził, ze jeśli mamy paragon to nie będzie problemu. Pani obok powiedziała ze ona paragonu nie posiada, na co Pan: odpowiedział pocieszająco “może Pani spróbować”. Odpowiedź lekko mnie zdziwiła, gdyż moglibyśmy wyjść z zakupami gdziekolwiek i z powrotem wnieść załóżmy butelkę pełną nitrogliceryny, ważne ze mamy paragon. No, ale skoro pracownik służby celnej czy tez granicznej tak mówi, nie będę się z nim spierać - relacjonuje czytelniczka.

10 godzin na lotnisku minęło jak z bicza strzelił. Koło godziny 16 nastąpiła kolejna odprawa. 

Pani Sylwia ustawiła się w kolejce i zaczyna wyjaśniać panu na kontroli bagażu, że jest z opóźnionego samolotu Ryanaira i że ma alkohol ze strefy wolnocłowej i że... tutaj padło strasznie dużo dodatkowych słów. Na co pan z kontroli celnej odpowiedział ze stoickim sposobem, że nie ma problemu, jeśli pani Sylwia ma alkohol zapakowany w tzw. torbę bezpieczną.

- Jak już wspomniałam nikt w sklepie nawet się o niej nie zająknął, ale opowiadam historie ze spotkania z pracownikiem “w zielonym”, na co Pan grzecznie tłumaczy, że niestety, ale nie może mnie z zakupami wpuścić, że musze je wyrzucić - opowiada pani Sylwia

Czytelniczka równie grzecznie poprosiła czy może wobec tego porozmawiać chwilę z jego przełożonym.

Przełożony jednak też był twardy jak głaz.

Na pytanie pani Sylwii dlaczego otrzymała inna odpowiedź w hali przylotów stwierdził “że nie odpowiada za szkolenia innych służb na lotnisku”, dodatkowo, że “takie sytuacje zdarzają się notorycznie”, oraz “że mogłam przyjść do nich to oni by mnie o wszystkim poinformowali I zapakowaliby mi zakupy”. Pytanie: Skąd miałam o tym wiedzieć??? - pyta czytelniczka.

Alkohol zgrabnym ruchem ręki powędrował do kosza (na lotniskach takie odebrane pasażerom rzeczy, przejmują zazwyczaj firmy utylizacyjne).

Czytelniczka jednak postanowiła w tej sprawie napisać do zarządu portu lotniczego.

Ten przeprosił panią Sylwię, ale w sposób jasny wytłumaczył, że:

 balice

„We wszystkich portach lotniczych Unii Europejskiej od 6 listopada 2006 r., obowiązują specjalne regulacje dotyczące płynów i żeli zakupionych w strefie operacyjnej lotniska za punktem kontroli bezpieczeństwa. Ponadto od 31 stycznia 2014 r. obowiązują nowe zasady kontroli bezpieczeństwa substancji płynnych w bagażu podręcznym. Płyny, aerozole i żele zakupione w porcie lotniczym po kontroli bezpieczeństwa muszą zostać zapakowane w szczelnie zamkniętej torebce (STEB) przez obsługę w sklepie wolnocłowym lub na pokładzie samolotu z widocznym dowodem zakupu lub identyfikatorem miejsca zakupu. Ważność szczelnie zamkniętego opakowania po opuszczeniu strefy operacyjnej lotniska wynosi 3 godziny. Oznacza to, że w przypadku gdy pasażerowie opuszczą strefę operacyjną (np. z powodu opóźnienia lotu) i upłynie ważności opakowania (STEB) lub zostanie ono naruszone w czasie 3 godzin od umieszczenia w nim płynów, aerozoli lub żeli, przewożone w ten sposób substancje płynne będą musiały ponownie zostać poddane kontroli bezpieczeństwa.”

Port lotniczy uprzejmie zgodził się z czytelniczką, że: „znacznie wygodniej dla pasażerów byłoby, gdyby sklepy automatycznie pakowały w torebkę STEB każdy sprzedany płyn. Niestety nie ma takich przepisów, które zobligowałyby do tego sklepy. Zgodnie z obowiązującym prawem, obowiązek właściwego przygotowania bagażu (w tym płynów zakupionych na terenie lotniska) spoczywa na pasażerach. Aby zminimalizować ten problem, władze Kraków Airport postanowiły po Pani zgłoszeniu, wzmocnić kampanię informacyjną w tym zakresie, a ponadto zwrócić się do naszych kontrahentów, aby przy każdym zakupie informowały pasażerów o obowiązujących przepisach.”

- I nadal czegoś nie rozumiem: Ja jako pasażer jestem zobligowana przez prawo do ostrożności na każdym kroku i pamiętania o zapakowaniu płynów w torbie bezpiecznej, nawet jeśli lecę pierwszy raz i nie jestem obeznana w przepisach, natomiast sklep i jego obsługa pomimo tego że pracują tam ciągle i prawdopodobnie znają te przepisy, niestety nie są zobligowani przez żadne prawo??? Chyba zbyt długo przebywam na emigracji i odzwyczaiłam się od polskich standardów "frontem do klienta".... - twierdzi pani Sylwia.

Wnioski?

Oczywiście znajdzie się solidna grupa osób, która stwierdzi, że trzeba było czytać, spytać a jak ktoś tego nie robi to ma za swoje. Z drugiej jednak strony wiedza żeby domagać się zapakowania w STEB nie płynie z powietrza tylko z doświadczenia. Tak więc przestrzegam proszę państwa: kupując w wolnocłowym domagajmy się wsadzenia w opakowanie bezpieczne.

To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy.

14:43, miaczynski
Link Komentarze (3) »
środa, 26 sierpnia 2015

Dziś Konfederacja Lewiatan organizacja  lobbująca w interesie przedsiębiorców wypuściła alarmistyczny komunikat prasowy w którym załamuje ręce, że w szkolnych sklepikach nie będzie drożdżówek.

I dobrze, że nie będzie. Nie widzę powodu aby tam miały się znajdować. Dzieci pod względem żywieniowym są durne jak szpadle i najchętniej jadłby sam cukier i tłuszcze. Ot przykład z badań na zlecenie Tesco wynika, że 22 proc. dzieci wśród zdrowej żywności wymienia pączki, 14 proc. batony z czekoladą, 14 proc. napoje gazowane a 11 proc. chipsy!

pczki

Skandalem i tu się zgodzę z Lewiatanem - jest za to tryb uchwalania tych przepisów.

Ustawa uchwalona została w listopadzie 2014 r.

Resort od tej pory zdrowia „intensywnie” pracuje nad aktem wykonawczym do ustawy, który ma określić szczegółowy wykaz co jest dozwolone a co zabronione. Mamy 26 sierpnia, a dzieci z tego co mi wiadomo do szkoły idą 1 września. Tymczasem do tej pory właściciele sklepików szkolnych nie wiedzą jakie produkty będą mogli sprzedawać.

Ta przejaw arogancji i bezmyślności urzędników.

To przejaw ostrej i przewlekłej choroby na jakie cierpi nasze państwo: biegunki legislacyjnej.

Uchwalamy szybko przepisy, które są niepotrzebne i nie rozwiązują systemowo problemu (vide podnoszenie bramek na autostradach), tam zaś gdzie regulacje są potrzebne wydawane są one byle jak i na ostatnią chwilę.   A później i tak przepisy są nowelizowane

Państwo może wprowadzać nowe zasady gry, może uchwalać ustawy, które w trosce o obywatela ograniczają wolny rynek. Ale ma to robić z wyprzedzeniem! Przedsiębiorca ma mieć możliwość wyboru, wstawiam na półki nowe produkty albo zamykam sklep.

----

Co będą być może mogły kupić dzieci w sklepikach?

W projekcie zaopiniowanym przez Rządowe Centrum Legislacji (z 17 sierpnia 2015 r.) pozostawiono wyłącznie możliwość sprzedaży w sklepikach:

1) kanapek na bazie pieczywa razowego lub pełnoziarnistego;

2) sałatek i surówek;

3) mleka bez dodatku cukrów i substancji słodzących;

4) napojów zastępujących mleko zawierających nie więcej niż 10 g cukrów w 100ml produktu oraz o niskiej bądź obniżonej zawartości sodu/soli;

5) produkty mleczne i koktajle na bazie mleka zawierające nie więcej niż 10g cukrów w 100g/ml produktu, bez dodatku substancji słodzących oraz zawierające nie więcej niż 10g tłuszczu w 100g/ml;

6) zbożowe produkty śniadaniowe bez dodatku cukru i substancji słodzących oraz o niskiej bądź obniżonej zawartości sodu/soli;

7) warzywa i owoce – przygotowane do bezpośredniego spożycia, przetworzone bez dodatku cukrów i substancji słodzących;

8) suszone owoce, warzywa, orzechy i nasiona – o ile nie posiadają dodatkowo cukru lub substancji słodzących, soli oraz tłuszczu;

9) soki owocowe, warzywne i owocowo-warzywne, o ile nie posiadają dodatku cukrów lub substancji słodzących, a także posiadają niską bądź obniżoną zawartość sodu/soli;

10 przeciery, musy owocowe, warzywne owocowo-warzywne, o ile nie posiadają dodatku cukrów lub substancji słodzących oraz soli;

11) wody;

12) inne napoje przygotowywane na miejscu (herbata, napary owocowe czy kawa zbożowa), z wyłączną możliwością słodzenia naturalnym miodem pszczelim.

13:55, miaczynski
Link Komentarze (30) »
czwartek, 20 sierpnia 2015

Ze sklepami jest tak, że sprzedają różne rzeczy. I czasami te różne rzeczy wywołują tzw. kontrowersje. Tak też było ostatnio z Biedronką, gdzie Fronda dopatrzyła się promocji homoseksualizmu, bo w jednej książek oferowanych w sieci „nasze dzieci mogą przeczytać w, że homoseksualiści to ludzie czujący pociąg do osób tej samej płci. I widzą zdjęcie uśmiechniętych lesbijek z pieskiem. Wyżej, nad hasłem homoseksualista widnieje hasło homofob, czyli „ktoś, kto nie lubi homoseksualistów”. I oczywiście zdjęcie wściekłego mężczyzny o czerwonej twarzy, który ma zaciśnięte pięści i patrzy z nienawiścią na spacerujące lesbijki.“

Fronda jak ma to w zwyczaju wezwała do bojkotu Biedronki, którego jak znam życie nie posłuchał absolutnie nikt. Bo społeczeństwo generalnie ma podobnego rodzaju apele w pewnej szlachetnej części ciała, która to część ciała budzi niepokój u redaktorów Frondy.

Nie sądzę również żeby ktokolwiek z pracowników Biedronki, głębiej się zastanawiał zamawiając książkę dla dzieci „Mały słownik ważnych pojęć” co, kogo i w jakich konfiguracjach ona promuje.

Sieć myślała tutaj raczej o przyziemnej mamonie i czy to się sprzeda czy nie. Bo od tego jest sklep aby sprzedawać. Sprawa stała się jednak szybciutko na poły polityczna, książkę pbowiem oszedł do Biedronki kupić prezydent Słupska Robert Biedroń. W ten sposób sieć oprócz etykiety tej która ma świetne warzywa (to premier Ewa Kopacz) dołożyła kolejną – że jest przyjazna gejom.

Akurat na ich miejscu z jednej i drugiej bym się ucieszył. Ale co oburza jednego to drugiego już niekoniecznie.

Dostałem ostatnio na przykład sporo maili od czytelników, którzy narzekają na kolejny produkt z Biedronki, a jeszcze konkretniej na jej ostatnie reklamy.

Biedronka w ramach akcji tematycznej „Apetyt na szkołę” reklamuje bowiem tampony.

11912989_1050299978327241_135226521_n

11872615_10207687788612960_567384231_n

" Brakuje jeszcze do kompletu prezerwatyw z Minionkami. Po tym już nic mnie nie zdziwi." czy "Do tej pory powrót do szkoły kojarzył mi się bardziej z zeszytami i książkami, aż tu dzisiaj....  "

Dodam piszą jak na razie sami mężczyźni.  Biedronka poproszona przeze mnie o komentarz odpowiedziała tak:

„Należy zwrócić uwagę, że tytuły folderów akcji tematycznych, w tym „Apetyt  na szkołę” określają motyw przewodni oferty. Proponując produkty w ramach akcji tematycznych, staramy się o dobór artykułów z wielu kategorii, aby trafić w potrzeby jak największej liczby klientów. Z tych powodów, wybór poszczególnych produktów może nie być oczywisty dla niektórych klientów.

W uzupełnieniu powyższego wyjaśnienia, odnosząc się do przypadku tamponów, podkreślamy, że według naszej wiedzy, tampony są artykułami higienicznymi poszukiwanymi przez dziewczęta w wieku szkolnym, chociażby w związku z ich udziałem w zajęciach wychowania fizycznego. Nie widzimy nic kontrowersyjnego
w ofercie wychodzącej naprzeciw takim potrzebom. Być może męska perspektywa, prezentowana przez pytających, nie pozwala na takie spojrzenie na sprawę. Wskazuje na to dość niefortunne zestawienie tamponów z prezerwatywami w przytoczonym komentarzu.”

Wyznam szczerze tampony w gazetce „Biedronki” mnie nie szokują. Ba nie szokowałyby mnie nawet wspomniane prezerwatywy (choć tutaj pewnie jestem w mniejszości). Bo możemy sobie udawać, że pewnych rzeczy i zjawisk nie ma, ale to nie znaczy, że dzięki temu faktycznie one znikają. 

19:48, miaczynski
Link Komentarze (13) »
piątek, 14 sierpnia 2015

Nasz handel może żyć wspomnieniami sprzed II a nawet I wojny światowej sportretowanymi choćby w Lalce Bolesława Prusa gdzie główna bohaterka Izabella Łęcka udaje się do sklepu głównego bohatera niejakiego Wokulskiego i mówi:

- Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki.

- Numerek pięć i pół - odparł wówczas subiekt Maraczewski, na co klientka zaprotestowała ze śmiechem, ale i wyrzutem - Otóż nie. Pięć i trzy czwarte... Już pan zapomniał!...

Subiekt na to odpowiedział z urażoną duma: “Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak rozkazuje pani pięć i trzy czwarte, będę służył w nadziei, że niebawem znowu zaszczyci nas pani swoją obecnością. Bo rękawiczki pięć i trzy czwarte - dodał z lekkim westchnieniem, podsuwając jej kilka innych pudełek - stanowczo zsuną się z rączek...”

Opisywana tam scena nie była li tylko fikcją literacką. Tak handel w Polsce faktycznie wyglądał przez dekady.

Później jednak ten przedwojenny sznyt został przerwany przez władze socjalistyczne, które tradycyjny handel chciały zniszczyć i w końcu zniszczyły. Jeśli można powiedzieć o jakiejś epoce, gdzie klient był traktowany w sklepie jak zło konieczne to był to właśnie PRL.

Jak się jednak okazuje duch socjalistycznych czasów nie zginął.  Ba, ma się nawet całkiem dobrze.

Kapsuła w PRL

- Są takie miejsca i ludzie, którzy przenoszą w czasie lepiej niż wehikuły. Gdyby podejść do tego jak do wycieczki, takiej jak choćby zwiedzanie muzeum PRL’ u, sytuacja którą za chwilę opiszę, wydawałaby się nawet zabawna, niemniej z punktu widzenia klienta w XXI wieku wzbudziła refleksję „no, nie wierzę!” – pisze pani Małgorzata, która kilka dni temu odwiedziła razem z partnerem jeden z warszawskich sklepów sieci Freshmarket.

Sklep otwarty od 6 rano do godziny 23. Traf chciał, że zjawili się tam późno, bo 20 minut po 22.

Wrzucili do koszyka kilka drobiazgów po czym podeszli do kasy chcąc poprosić o zważenie sera w plasterkach i zapłacić.

- Wydawałoby się nic nadzwyczajnego, ale prośba o ukrojenie sera początkowo wzbudza popłoch i rozbawienie (jedna ekspedientka do drugiej mówi w chichotach „a ja już umyłam krajalnicę”), żeby po chwili przejść w odpowiedź ekspedientki: „mogę pani sprzedać w kawałku, bo o tej godzinie już nie kroimy”. Zaskoczona pytam, gdzie znajdę tę informację, czy jest gdzieś zapisana? „Nie, nie jest. Ja pani mówię, że nie kroimy. Może sobie pani kupić ser paczkowany.” Nie chcę kupować sera paczkowanego, ani w kawałku, więc ponawiam prośbę o sprzedaż towaru w formie, która jest mi potrzebna. Otrzymuję odpowiedź, że maszyna do krajania jest już umyta, i że mogę dostać ser w kawałku – opisuje czytelniczka.

Pani Małgorzata zbaraniała. Nie ukrywa, że gdyby przyszli dajmy na to o 22.55 i usłyszeliby pytanie czy na pewno ten ser w plasterkach jest konieczny, czy nie możne tego rozwiązać w inny sposób, bo za pięć minut dziewczyna zamyka sklep i chciałaby pójść do domu, a tak czeka ją półgodzinne mycie krajalnicy to bez sera w plasterkach by się obyli.

Tutaj sytuacja wygląda jednak inaczej.

- Obserwuję dwie młode osoby, ubrane „jak do wyjścia”, nie w stroje służbowe, które poza funkcją wyróżnienia pracownika od klienta pełnią zapewne także role higieniczne, w pozach lekceważących. Jedna z ekspedientek nie wystawiając nosa zza telefonu komórkowego odburkuje, że „my to mamy w dupie, czy ona chce iść do domu, czy nie” – relacjonuje ponuro czytelniczka.

Ponowili pytanie czy zostaną obsłużeni, czy nie. Usłyszeli, że nie. Poprosili więc o imię i nazwisko ekspedientki oraz o kontakt do kierownika. Panie nie podały im jednak żadnej danej, utrzymując, że nie muszą się przedstawiać, a kierownik jest teraz na wakacjach.

Na drzwiach sklepu był kontakt do osoby przeprowadzającej rekrutację do sieci Fresh.

Czytelniczka zadzwoniła. Mimo późnej pory przedstawiciel sieci odebrał telefon i poinformował, że z tego co wie, nie ma takich zasad, że jakikolwiek towar w sklepie ma godzinowe limity sprzedaży.

- Wracamy z informacją do pań ekspedientek. Zastajemy jedną z nich, ale pozostaje niewzruszona. Twierdzi, że to nie jest jej kierownik i ona nam sera nie sprzeda, cytuję: „bo nie!” – opowiada czytelniczka.

Film nagrali i wrzucili na You Tuba.

Nie zdecydowałem się go zamieścić w całości, bo zawiera on twarz ekspedientki.

Zrzut_ekranu_20150814_o_18.28.48

Będzie nagana

Sprawa sera stała się tymczasem sprawą honoru.

Czytelniczka w internecie znalazła kontakt do kierownika. Zapytała , czy faktycznie po 22:00 nie kupi u niego nic w plasterkach? Odpowiedział, że nie dawał żadnych wytycznych co do godzin kiedy sprzedaje się ser krojony a klient powinien być obsłużony w takim zakresie, w jakim potrzebuje, jeśli pojawia się w godzinach pracy sklepu, choćby to była za minutę dwudziesta trzecia.

Ostatecznie kierownik zadzwonił do niej jeszcze raz, poinformował, że pracownice dostały nagany z wpisem do akt a przy najbliższej okazji, jeśli pani Małgorzata pojawi się w sklepie zostanie przeproszona.

- To niesamowite, że takie kapsuły czasu wypierają z rynku miłych sprzedawców, osiedlowych spożywczaków – dziwi się czytelniczka.

Podobnego rodzaju wypieranie dzieje się jednak głównie dlatego, że klienci zamiast dobrej obsługi wolą mieć niskie ceny.

Wnioski

Cała sytuacja oczywiście jest kontrowersyjna. Czy przesadził klient czy przesadziły ekspedientki? To już zależy od indywidualnego osądu. Jak znam życie znajdą się zwolennicy jednej i drugiej strony.

Proszę jednak pamiętać, że mimo wszystko panie, które stały tam za ladą były w pracy. Co oznacza, że biorą pieniądze za to właśnie aby ser pokroić. W godzinach otwarcia sklepu. Z zapisu filmu wynika, też że klienci byli do końca grzeczni i uprzejmi. 

Ale wrzucenie filmu na YT z twarzą ekspedientki to przesada. Moim zdaniem jest to zresztą niezgodne z prawem. Nagrywać owszem można. Ale publikować już nie. 

UPDATE

Dochodzi stanowisko sieci:

- Sytuacja opisana przez Czytelniczkę jest niedopuszczalna i stanowi naruszenie elementarnych standardów obsługi klientów. Przykro mi, że autorka listu spotkała się z zachowaniem, które nie powinno mieć miejsca w żadnej placówce handlowej, niezależnie od pory dnia – wszystkie artykuły oferowane w sklepie muszą być dostępne dla klientów do końca jego funkcjonowania. Jesteśmy przekonani, że ajent sklepu wyciągnie wobec „bohaterek” tej opowieści właściwe konsekwencje.

Dołożymy wszelkich starań aby ta sytuacja nigdy się nie powtórzyła.  Będziemy wdzięczni za możliwość bezpośredniego kontaktu z autorką listu (jeżeli wyrazi na to zgodę). Chcielibyśmy wynagrodzić jej rozczarowanie, jakiego doznała w trakcie zakupów - pisze Jacek Spychała  Dyrektor ds. Public Relations  Żabka Polska.

UPDATE 2

Swoje stanowisko w tej sprawie podesłała jeszcze raz czytelniczka.

"Przede wszystkim dziekuje za "zajecie" sie sprawa, ktora Panu powierzylam. Na zadnym jej etapie nie zalezalo mi i nie zalezy na: karach dla ekspedientek czy oficjalnych przeprosinach ze strony wlasciciela/li sieci. Jesli ktokolwiek powinien byl przwprosic, to panie, ktore zachowaly sie niestosownie zarowno, jako pracownicy, jak i ludzie.

Widzialam wpisy pod arykulem i musze zgodzic sie z tym, ze z naszej strony upublicznienie wizerunku ekspedientki nie bylo wlasciwe, za co przepraszam, a film wroci na YT  po wypikslowaniu twarzy ww. Natomiast nie zgadzam sie z tym, ze wystepowanie podobnych zachowan w USA czy innych miejscach wymienionych przez czytelnika, tlumaczy czyjakolwiek gdziekolwiek opryskliwosc.

Podpisuje sie pod wpisem, w ktorym czytelnik mowi o tym, ze wszyscy pracujemy w jakichs godzinach, i ze nikt nie odpowiada za to, w jakim miejscu znajduja sie ludzie pracujacy w swoich zawodach, i za to ze zarabiaja najnizsza krajowa. To nie powod do bycia niemilym dla kazdego, kto sie akurat nawinie o "niewlasciwej" godzinie. Nie uwazam tez, zebym obrazila ekspedientke, stwierdzajac fakt, ze chyba nie do konca zna sie na tym co robi, bo de facto, w obszarze obslugi klienta ta pani po prostu kompetencji nie ma.

Mysle, ze zamiast przeprosin, niech Zabka przeszkoli wszystkich swoich ekspedientow pod katem komunikowania sie i pracy z klientem. Dzieki temu podobne sytuacje i artykulu maja szanse juz sie nie pojawiac. A tak na prawde o to tu chodzi, a nie o przeprosiny."

 Przy powstaniu tego materiału uczestniczył Leszek Kostrzewski. 

18:34, miaczynski
Link Komentarze (24) »
środa, 05 sierpnia 2015

Ta oferta jest naprawdę intrygująca. Od dwóch dni firma Legimi oferuje czytnik książek za złotówkę. W zamian dostajemy dostęp do 12 tys. e-książek jak podkreśla firma „bez limitu”.

 legimibez1

Czytnik jest podobny nieco do amazonowskiego Kindla. Ma 6 cali, dotykowy ekran, doświetlenie ekranu, rozdzielczość: 1024×758 pikseli (212 dpi) a chodzi pod Androidem 4.2.2. Urządzenie ma 8 GB pamięci wewnętrznej i port microSD (do 32 GB). Oczywiście łączy się z wifi. Jednym słowem - przyzwoity sprzęt, choć pewnie nie najlepszy na rynku.

Oczywiście jest dostępny nie za gołą złotówkę. Trzeba w Legimi jak w sieci komórkowej opłacać co miesiąc abonament. Przy czym oferta „czytnik za złotówkę” jest dostępna tylko wtedy gdy podpiszemy umowę na 24 miesiące. I będziemy płacić 44,99 zł miesięcznie.

legimicennik1

Te 44,99 zł to promocja, później będzie o 5 zł drożej.

Goły czytnik (bez dostępu do całej oferty) kosztuje 549 zł. Czytnik w abonamencie i z dostępem do oferty przez 24 miesiące niespełna 1080 zł.

A gdzie haczyki?

Na jeden zwrócił mi uwagę pan Grzegorz

- Okazało się, że po zakończeniu promocji i zapłaceniu ponad 1000 zł w ciągu dwóch lat, książki nie należą do mnie, oferta wprowadza w błąd i daje wrażenie, że jest całkiem inaczej - pisze czytelnik.

Legimi mu to potwierdziło na Facebooku:

„Po zakończeniu okresu umowy czytnik staje się Pana własnością. Natomiast książki korzystając z naszego abonamentu wypożycza się i czyta poprzez aplikację - nie kupuje Pan pojedynczych książek, kupuje Pan dostęp do nich. Ma Pan do nich dostęp tak długo jak opłaca Pan abonament.”

Czy to jest wprowadzenie w błąd?

Jeśli ktoś wie na jakiej zasadzie działa Legimi, to pewnie do tego modelu jest przyzwyczajony. Ale nowy klient? Może być zaskoczony. Firma też pisze, że e-booki  są „bez limitu”. Jakiś limit jednak jest. Przydałoby się, żeby firma to doprecyzowała.

Druga rzecz na jaką zwracają uwagę potencjalni użytkownicy jest zerwanie umowy.

Jeśli ktoś zerwie umowę po standardowym okresie jej wypowiedzenia (14 dni) musi opłacić pełną wartość czytnika, czyli 549 zł, etui i przesyłki.

 - To, że trzeba spłacić czytnik to zrozumiałe. Tylko dlaczego nie jest uwzględniana kwota, którą się już zapłaciło w formie raty tj. 12 zł przez czas trwania umowy. Nie planuję zrywania umowy jako, że usługa wybitnie mi odpowiada (korzystam z niej już dłuższy czas). Nie jestem jednak w stanie przewidzieć co wydarzy się przez dwa lata. W życiu różnie bywa. Nawet operatorzy komórkowi rozliczają koszt ulgi na czas trwania umowy. Nie jest w porządku gdy pod koniec umowy należy spłacić pełen koszt pomimo iż płaciło się raty za sprzęt doliczane w abonamencie - argumentują klienci Legimi na Facebooku.

Co na to firma?

- To jest osobna oferta i opłata za nią wynosi 44.99 (w przypadku zamówienia w sierpniu) lub 49.99. Abonament jest całościowy, za usługę, a nie rozdzielamy go na ratę za czytnik i abonament za książki. Zerwanie tej umowy skutkuje po prostu koniecznością zapłacenia pełnej wartości czytnika - twierdzi Legimi.

Reasumując dla osób, które dużo czytają jest to bardzo ciekawa propozycja. Trzeba jednak uważać na te dwa kruczki. Na pewno nie opłaca się zrywać umowy przed czasem,

No i trzeba pamiętać że z książek korzystamy tylko przez okres opłacania abonamentu.

16:44, miaczynski
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2015

Pani Monika miała tego pecha, że na początku maja trafiła do szpitala. A że nie lubi piżam i nie miała w czym leżeć - mąż kupił jej w Reserved dwie pary spodni dresowych i zapłacił za nie kartą.

Spodnie nie wytrzymały powagi sytuacji. Po dziesięciu dniach ciągłego, choć niespecjalnie intensywnego używania w jednych podkreślam - SPODNIACH odpadł metalowy nap przy sznurku ściągającym.

Wraz ze sznurkiem z wnętrza odzieży wychylił się papier? materiał używany przy wykrojach?   Wyglądało to w sumie mało estetycznie.

W drugiej parze - znów dodam SPODNI - poszedł zaś szew wewnątrz kieszeni. - Leżałam niczego w kieszeniach nie nosiłam - zaznacza czytelniczka. Po wyjściu ze szpitala zgłosiła reklamację na obie pary. SPODNI rzecz jasna. Na wszelki wypadek to podkreślę, po raz kolejny bo to dość istotny element w tej historii.

reserved1reserved2

Po dziesięciu dniach dostała odmowę. Co prawda dotyczyła ona tylko jeden reklamacji (nie wiadomo co z drugą), ale pies drapał odmowę.

W odpowiedzi mowa jest o BUTACH (!). O proszę.

reserved3

- Wygląda na gotową formatkę - ciekawe czy wadliwy towar w ogóle jest przeglądany - pisze mi oburzona czytelniczka.

Ciśnienie jej wzrosło, na skrzydłach hmmm zdenerwowania poleciała do sklepu, gdzie po odczekaniu 20 minut na kierowniczkę napisała odwołanie.

A dalej to już były kwiatki, pszczółki itp. bo sieć speszona swoją pierwszą reakcją tym razem reklamację już uznała.

- Udałam się kolejny raz do sklepu, tylko po to żeby usłyszeć, że do zwrotu konieczna jest karta płatnicza, której użyto podczas zakupu. Według pani kierownik informacja o tym znajduje się w regulaminie sklepu - sprawdziłam, nie ma takiego zapisu.

Tego samego dnia z kartą przyjechał mąż, po wyjaśnieniu o co chodzi kierowniczka bez słowa (nawet zwykłego "dzień dobry") część pieniędzy przelała na konto, a część zwróciła w gotówce - relacjonuje czytelniczka.

I dodaje:

- Zniesmaczona sytuacją   napisałam przez fb do centrali Reserved, opisując przebieg reklamacji, zachowanie kierowniczki, z zapytaniem czy karta faktycznie była potrzebna. O 9:50 następnego dnia otrzymałam następującą odpowiedź (nie przypominam sobie, żebym z kimś przechodziła na "ty"):

Moniko,

Bardzo nam przykro, że taka sytuacja miała miejsce. Przepraszamy za całe zajście. Dziękujemy za Twoją wiadomość, przekażemy ją do odpowiedniego działu.

Pozdrawiamy

Reserved

A o 11.49 podesłano jeszcze jedną wiadomość

Moniko,

Jeszcze raz bardzo Cię przepraszamy za zaistniałą sytuację, nie powinna mieć ona miejsca. Zapewniamy Cię, że całe zajście zostanie wyjaśnione pod nadzorem kierownika regionalnego.

Pozdrawiamy

Reserved

- Tego samego dnia kolejny raz poprosiłam o potwierdzenie, czy karta była potrzebna, ale żadnej odpowiedzi już nie dostałam... - pisze czytelniczka.

I ja jestem w stanie zrozumieć, że sklepowi na kartę pieniądze zwraca się dużo łatwiej.

Wnioski

I rozumiem, że młodzieżowa marka może mieć na Facebooku takiego stajla, że do klientów zwraca się po imieniu,  

Ale przyznam szczerze trochę zwątpiłem czy ktokolwiek zaglądał za pierwszym razem do jej reklamacji. A jak Państwo sądzą? Mieli Państwo podobne przypadki w Reserved? 

W końcu sieć wszystkie przypadki bada w sposób indywidualny....

 

17:37, miaczynski
Link Komentarze (7) »
piątek, 03 lipca 2015

Brytyjski dziennik Guardian właśnie wypalił, że Lidl i Kaufland należące do jednej z najbogatszych rodzin w Niemczech pożyczyły prawie miliard dolarów na rozwój we wschodniej Europie m.in. od Europejskiego  Banku Odbudowy i Rozwoju po to aby zapewnić mieszkańcom tych krajów tanią żywność. 

Chodzi o tanie jedzenie

Pieniądze Lidl otrzymywał przez ostatnią dekadę z dwóch źródeł. Po pierwsze od International Finance Corporation (IFC) , powiązanej z Bankiem Światowym. Po drugie z Europejskiego Bank Odbudowy i Rozwoju.

Obie instytucje ufundowane przez podatników a kontrolowane przez rządy mają wspierać rozwój gospodarczy w krajach przechodzących transformację ustrojową.

Bank Światowy na dodatek ma starać się ograniczać biedę na świecie. Banki przekonują, że pieniądze dla Lidla i jej siostrzanej spółki Kauflanda miały pomóc w rozwoju obu sieci w centralnej i wschodniej Europie, utworzyć nowe miejsca pracy, otworzyć nowe rynki zbytu dla lokalnych producentów oraz zaoferować dobrą jakościowo żywność dla biednych ludzi.

Komu daliście , wstydu nie macie

Dziennikarze "the Guardian" podkreślają problemy niemieckiego właściciela z przestrzeganiem praw pracowniczych. W Wielkiej Brytanii, gdzie Lidl ma powyżej 600 sklepów w ubiegłym roku na nagłówkach gazet pojawiła się informacja, ze polskiemu personelowi w sklepach w Szkocji zabroniono rozmawiania w pracy po polsku, nawet jeśli klient sklepu pochodził z naszego kraju.

Dziennik cytuje też Alfreda Bujarę szefa sekcji handlowej Solidarności, który zarzuca Lidlowi w Polsce, że pracownicy , którzy chcą przystąpić do związków są zastraszani a kierownicy traktują ich agresywnie. 

Cytowany w tekście pracownik skarży się z kolei na przepracowanie.

I fakt jest bezsporny Lidl, zwłaszcza Lidl wobec związków zawodowych wychodzi z pozycji siły. Jego komunikat jest następujący: załodze będziemy płacić lepiej niż wynosi rynkowa średnia. I faktycznie płace w Lidlu należą do jednych z najwyższych w tej branży.

Ale związki u nas nie są mile widziane (tak, tak wiem centrala twierdzi, że są otwarci na dialog z działaczami).

Zrzut_ekranu_20150703_o_15.53.12

Ile na Polskę?

Oczywiście można się długo i błyskotliwie zastanawiać czy Dieter Schwarz, jeden z najbogatszych ludzi świata (jego majątek ocenia się na ok. 21 mld. dolarów), potrzebował takiej pomocy ze strony banków i czy sklepów nie był w stanie postawić sam.

Pierwsze pieniądze dla Grupy - 100 mln dolarów poszły z IFC w 2004 roku. Zostały wydane m.in na ekspansję w Polsce.

Kolejna transza z 2009 roku - 75 mln dolarów poszła na rozwój sieci w Bułgarii oraz Rumunii. W 2011 - 66 mln dolarów dostał Lidl w Rumunii a w  2013 ponad 105 mln zostało pożyczone na rozwój w Bułgarii i Chorwacji oraz na otworzenie pierwszych sklepów w Serbii.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju z kolei współfinansowywał razem z komercyjnymi bankami projekty Lidla i Kauflanda na kwotę powyżej 700 mln. dolarów (pół miliarda z tego wyłożył sam). Pieniądze w części (nie wiadomo jak dużej i kiedy) zostały wydane też w Polsce.

Czy ta pomoc miała sens?

Menagerom Grupy się nie dziwię. Skoro ktoś może im pożyczyć pieniądze na preferencyjnych warunkach to żal byłoby nie brać. Ale czy faktycznie wpompowanie pieniędzy w nasz rynek handlowy sprawiło, że żywność jest bardziej dostępna dla osób niezamożnych?

Gilles Mettetal z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju odpierał zarzuty dziennika przekonując, że w momencie kiedy wspierali Grupę pożyczkami dyskontowy model handlu we wspomnianych krajach nie istniał.

- Daliśmy im kredyt. Oni owszem byli raczej agresywną nastawioną na zysk firmą, ale z drugiej strony dawali ludziom dostęp do produktów, których nie mieliby oni szansy inaczej zdobyć – twierdzi Mettetal.

Bez wątpienia w ciągu ostatniej dekady nastąpiła całkowita zmiana modelu handlu w Polsce.

Dyskonty – przede wszystkim Biedronka, ale również i Lidl (rywalizacja między tymi dwoma sieciami wyznacza kierunki zmian, kiedy jedna z nich mówi skakać, reszta sieci pyta jak wysoko).

Żywność mamy obecnie najtańszą w Europie (inną kwestią jest jednak relacja tych cen do naszej siły nabywczej i tu już tak różowo nie jest). I ta tania żywność również w przeważającej części jest efektem dyskontowego modelu handlu narzuconego przez Portugalczyków oraz Niemców.

Po prostu wyciskają z dostawców siódme soki.

Czy Niemcy zatrudniają pracowników w Polsce?

Oczywiście. Sam Lidl ponad 14 tys. I bez wątpienia jest to powód do domu dla sieci. Można się również zastanawiać ile miejsc pracy zostało zlikwidowanych przez ekspansję nowoczesnego handlu. Ale proszę państwa proszę również pamiętać, że to gminy decydują o tym kogo na swój teren wpuszczają a kogo nie (dajmy na to Wadim Tyszkiewicz prezydent Nowej Soli sieci do siebie nie wpuszczał przez 12 lat) .

Czy Lidl by zainwestował w Polsce bez wsparcia ze strony  IFC i EBOiR? Ależ oczywiście, że tak. Nawet w okolicach 2004 roku byliśmy dużym, politycznie stabilnym krajem, który dawał szansę na niezłe pieniądze. Podobnie jest z Bułgarią, Rumunią, Chorwacją i Serbią (pieniądze na rozwój sklepów w tym krajach pożyczono stosunkowo niedawno).

Grupa Schwarz bez wątpienia zrobiła dobry interes. Czy IFC i EBOiR? Nie sądzę. 

15:53, miaczynski
Link Komentarze (23) »
wtorek, 30 czerwca 2015

Są dwa sposoby spędzania wakacji.

Pierwszy to belgijski. Przyjeżdżamy, wrzucamy rzeczy do pokoju i okopujemy się dookoła basenu robiąc barykadę z leżaków i butelek po napojach. Dwa tygodnie później wstajemy z leżaka, pakujemy rzeczy do walizek i wracamy do domu.

Drugi sposób to opcja globtroter. Musimy zobaczyć wszystko, WSZYSTKO, WSZYSTKO!!!! Robimy rajd po wszystkich okolicznych miastach i wioskach ze szczególnym uwzględnieniem malowniczych ruin. A później selfie.

W tym drugim wariancie możemy nieco potrzebować telefonu komórkowego. Bo czasami trzeba coś sprawdzić na mapach googla, albo dowiedzieć się czegoś czego nie ma w przewodniku.

I tutaj dochodzimy do pana Karola.

Czytelnik pojechał na wczasy,

Turcja, jacht. Tak, też zazdroszczę. - Korzystam z telefonu Orange, ściągam również pliki grib wskazane dla bezpieczeństwa żeglugi - pisze pan Karol.

Pliki grib, to w uproszczeniu pliki z mapą pogodową na morzu. Ale...

- Wzrasta transfer danych i ilość rozmów, smsów również z prognoza pogody konieczne na jachcie. Firma Orange dochodzi do wniosku, że moja aktywność wzrosła ponad miarę i blokuje telefon do czasu dokonania przedpłaty 600zł. Wyłącza i koniec, bez uprzedzenia. Jak dokonać przedpłaty, kiedy straciłem dostęp do internetu? - zastanawia się czytelnik.

Płynie więc ileś tam mil morskich do portu. Pan Karol znajduje kawiarenkę z internetem. I tutaj niespodzianka numer dwa.

Jak zrobić przelew?

Kod konieczny do potwierdzenia przelewu przychodzi jak? Oczywiście smsem na telefon czytelnika. Który aktualnie przypomina  dość oryginalną płytkę łazienkową, bo dzwonić ani odbierać sms na nim nie można. Pan Karol na gwałt zaczął szukać kogoś kto wyłoży za niego pieniądze.

Udało mu się, wykonał w końcu przelew. Ale telefonu nie odblokowano. - Podobno mają na to 24h, chyba że prześlę maila z potwierdzeniem przelewu. Wysyłam - nie zadziałało, czekam 24 h tez nie odblokowali - relacjonuje ponuro czytelnik.

- Łączę się z numerem do spraw windykacji firmy Orange. Uprzejmy glos automatu informuje, że blokada dotyczy płatności za rozmowy krajowe, które powinienem zapłacić... 10 dni później - opisuje pan Karol.

Telefon udało mu się odblokować, gdy wrócił do Polski i porozmawiał z panią z Biura Obsługi Klienta.   - Złożyłem reklamację. Odrzucili. Wszystko dobyło się zgodnie z procedurami i standardami Orange. A wystarczałoby ostrzec. Rośnie Twój rachunek zbyt mocno. Prosimy o wpłatę zaliczki a przy jej braku po wzroście rachunku o kolejne 30 zł zablokujemy numer - konkluduje pan Karol.

Co na to wszystko Orange? Też chciałbym wiedzieć. Ale sieć nie udzieliła mi odpowiedzi na prośbę o komentarz do sprawy. 

Zamieszczam z ostrzeżeniem dla wszystkich, których mają zamiar pościągać sobie dane za granicą.

UPDATE

Dochodzi stanowisko Orange:

Przepraszam klienta za kłopoty jakich doświadczył w wyniku wyłączenia telefonu.

Celem naszych działań w takich sytuacjach zawsze jest bezpieczeństwo zarówno użytkownika jak i firmy, aby nie dochodziło do ewentualnych nadużyć. Jednak w tym konkretnym przypadku okazaliśmy się zbyt nadgorliwi, chociaż postępowaliśmy zgodnie z obowiązującymi regulaminami.

Dlatego dokładnie przeanalizujemy przypadek, aby podobne sytuacje się nie powtórzyły, zwłaszcza kiedy dotyczą niestandardowych sytuacji, jak opisana przez klienta.” - napisał mi rzecznik Orange Wojtek Jabczyński

12:26, miaczynski
Link Komentarze (28) »
niedziela, 28 czerwca 2015

Telekomy są cwane. Wiedzą doskonale, że straszliwie nie lubimy dostawać reklamowego bełkotu, którym one z kolei uwielbiają nas faszerować w imieniu swoim i firm, które im za to zapłacą.

Ku czci mamony i jak najwyższego ROI.

Jak mieć ciastko i zjeść ciastko? Telekomy dobrze wiedzą, że ryb nie łowi się na truskawki, bo ryby nie lubią truskawek. Co lubią ryby? Tłuste robaki.

Co lubią klienci telekomów? Zniżki na abonament.

Więc dają nam takie zniżki za dobrowolną i nieprzymuszoną zgodę na połykania różnego rodzaju reklamowego bełkotu (a może kredycik? a może garneczek? A może granie na czekanie, a może tuzin szwedzkich widelców z wikliny?).

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.24.28

Przypomina to proces produkcji foie gras, gdzie kaczkom i gęsiom  wtyka się w przełyk sondę i wpuszcza na siłę paszę.

W Orange dostajemy za to 5,99 zł rabatu miesięcznie.

 Zrzut_ekranu_20150627_o_21.30.51

W T- Mobile - 5 zł rabatu.

 Zrzut_ekranu_20150627_o_21.21.11

W Play - 5,99 zł rabatu.

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.25.55 

Jedyną siecią w której nie zauważyłem podobnego ustrojstwa był Plus. Ale nie doklikałem do końca zamówienia (jeśli ktoś z państwa coś wie na ten temat to proszę o kontakt).

Proszę zwrócić zresztą uwagę jak idealnie jest wykalkulowana ta kwota. Przy 3 zł zniżce, wiele osób parsknęłoby śmiechem i odpowiedziało, że ich godność osobista jest warta więcej.

Ale 5 zł? Albo prawie 6 zł? To już zupełnie inna historia.

Dodam, że z tego mojego przeklikiwania się wynikało, że w każdej chwili jestem w stanie wybrać wyższy abonament bez reklam. Czyli teoretycznie mam wybór. Nie jestem do niczego zmuszany. Prawda?

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.27.42

W końcu możesz konsumencie powiedzieć – nie,  no pasaran i płacić te 60 zł czy 72 zł rocznie więcej. A, że nie chcesz płacić? Twój wybór. Tak się tylko zastanawiam, czy to na pewno mój, skoro ofertę z rabatem za zgody marketingowe dostaję jako opcję pierwszego wyboru.

Stawiam obiad w Agorze (dwudaniowy a niech stracę z deserem!), że jakieś 90 proc. klientów godzi się właśnie na taką a nie inną opcję.

Reasumując - umowa bez reklam, jest tu nie opcją podstawową, ale specjalną, ekstra płatną.

I to niestety trend, który będzie się rozwijał. Coraz częściej będziemy musieli zapłacić więcej za możliwość korzystania z usługi bez dodatkowego karmienia paszą.

Czekam na przykład, kiedy kina za 5 czy 10 zł więcej wprowadzą możliwość obejrzenia filmu bez półgodzinnego bloku reklamowego.

09:25, miaczynski
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73