Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
piątek, 01 sierpnia 2014

Poczta Polska w ostatnich latach była niczym Andrzej Gołota w końcowej fazie swojej kariery. Niby duża, niby silna, ale zanim zdołała wyprowadzić cios swoją łapą wielkości telewizora marki Rubin, przeciwnik dawno zdążył umknąć.

Jakość usług? Hmmm. Pomińmy to dyskretnym milczeniem

Pod nowym zarządem - zaczęła mocno trenować i zrzuciła trochę sadła.

Nawet największy malkontent musi przyznać, że są tu zmiany na lepsze: uruchomiono po 10 lat prac - system do śledzenia przesyłek, zaczęto modernizować poczty, wyrzucono z okienek rajstopy i proszki do prania, artykuły biurowe wystawiono na środek placówek itp. idt. Teraz nawet listonosze mają dostawać premię za to, czy uda im się dostarczyć przesyłki prosto do rąk klienta.

Czy jest idealnie? Jest daleko od idealnie.

A o tym już opowie pan Piotr.

- Zależało mi aby list dotarł do adresata (ubezpieczyciel) w odpowiednim terminie ( bo było to wypowiedzenie polisy OC) - dlatego 2 czerwca (to był poniedziałek) skoro świt (11.30) wysłałem list priorytetem z potwierdzeniem odbioru. Liczyłem że jako priorytet list dotrze 3 czerwca -ale się rozczarowałem list dotarł dopiero 4 czerwca - relacjonuje czytelnik.

Poczta daje teraz możliwość złożenia reklamacji przez internet

- Szybko i bezkosztowo (chwała jej za to)  skorzystałem z tej opcji. Dziś dostałem odpowiedź która mnie powaliła na kolana  - krótko mówiąc termin dostarczenia określony w regulaminie jako D+1 spełniony jest w Polsce na poziomie 82% przesłanych przesyłek ( tak to wynika z jakiegoś rozporządzenia) i tu cytat: " jest to standard jakościowy do którego dążymy a nie termin gwarantowany". Jeśli dobrze zrozumiałem mój list zmieścił się w tych 18% spóźnionych za które jak to powiedział kiedyś klasyk "szatniarz nie odpowiada” - ironizuje pan Piotr.


 
Sprawy dalej nie będzie już ciągnął. Reklamacji do reklamacji już przez internet złożyć nie można. Trzeba wysłać normalny list.  - A nie mam gwarancji że zmieszczę się w tych "standardach jakościowych" - konkluduje czytelnik.

Oczywiście Poczta Polska jest tu całkowicie „w prawie”. Ale czy może się to nam nie podobać? Może.

Kiedy nie opłaca się wysyłać przesyłki priorytetem?

W piątek po godzinie 15 się na pewno nie opłaca, bo i tak wyślą ją dopiero w poniedziałek, czyli dotrze najwcześniej we wtorek.
Zresztą w czwartek po godzinie 15 też się nie opłaca. Przesyłkę nadaną po godzinie 15 Poczta traktuje jako nadaną następnego dnia. Czyli jeśli ktoś wyśle w czwartek to najwcześniej dotrze do adresata w poniedziałek.

Z małego miasta do dużego i z dużego do małego też się nie opłaca - bo list się zmieści zapewne w tych 18 proc. spóźnionych przesyłek.

A kiedy się opłaca?

Ot, najlepiej w poniedziałek albo we wtorek, ale UWAGA! przed godziną 10 rano (czyli pierwszym zabraniem towaru z poczty) z dużego miasta do dużego. Wtedy raczej dojdzie na wtorek albo środę.

Wszystkim, którzy narzekają na doręczenia, chcę też powiedzieć dwie rzeczy:

1. Kiedyś było gorzej (a nawet jeśli statystyki były lepsze to i tak było gorzej, bo statystyki były tak robione aby wyglądały efektownie).

2. Amerykanie mają gorszą publiczną pocztę, więc w końcu jesteśmy w czymś lepsi niż amerykanie.
Że to marne pocieszenie? Wiem.

11:38, miaczynski
Link Komentarze (6) »
środa, 30 lipca 2014

Dziś proszę państwa będzie dowód, że nie zawsze nasze podatki są wydawane w idiotyczny sposób.

Czasami dzięki temu, że zainwestujemy w jakiś system informatyczny zwiększa się nasza wiedza o tym w jaki sposób marnowane są nasze pieniądze.

Dajmy na to budowa i obsługa KSI - tak fachowo nazywa się system informatyczny ZUS - to od wielu lat największy kontrakt informatyczny w kraju. Przez 15 lat z kieszeni podatników poszło na niego ponad 3 mld zł. To trzy razy tyle, ile kosztowało wysłanie sondy Pathfinder na Marsa.

Drogo? Jesli ktoś by mnie zapytał o zdanie to drogo. Można było taniej? Tak, a już z całą pewnością można było lepiej skonstruować umowę, która bardziej zabezpieczałaby interesy skarbu państwa.

Ale czy system jest dobry? I tu Państwa zaskoczę  - tak, jest naprawdę niezły.

Takim niezłym systemem, który w długiej perspektywie może podsuszyć nieco bagno zwane służbą zdrowia jest ZIP (Zintegrowany Informator Pacjenta).

- Z powodów, których zupełnie nie pojmuję, NFZ zrobił dobrą robotę...nikogo o tym nie informując. Stworzono portal, w którym można sprawdzić ile kosztuje nasze chorowanie...a czasami nie nasze. Zaryzykuję stwierdzenie, że mocna i kosztowna kampania społeczna na temat ZIP-u, pociągnęłaby za sobą mniejsze koszty, niż te, które ponosi NFZ poprzez wyłudzenia w płatnych świadczeniach przez przychodnie – pisze do mnie pani Katarzyna.

Sama jak twierdzi jest tego znakomitym przykładem.

- Przy okazji rejestracji recepty na okulary córki (skierniewicki NFZ) zostałam zapytana, czy chcę mieć dostęp do ZIP-u. Czemu miałabym nie chcieć ? Dostałam zalakowaną kopertę z hasłem i loginem dla mnie i z loginem dla niepełnoletniej córki. Zarejestrowałam się i po odczekaniu 24 h (czas na wgranie i aktualizację danych pacjenta)...dowiedziałam się, że jestem cukrzykiem z chorobami układu krążenia . To co prawda tylko pojedynczy przypadek, ale może takich przypadków jest dużo więcej ? Może właśnie dlatego w NFZ wciąż brakuje pieniędzy? – pyta pani Katarzyna.

 

Sam system (działa od roku), pierwsza rejestracja i zgłaszanie nieprawidłowości zrobiono zupełnie od czapy, wszystko nieintuicyjne, dla starszej osoby skomplikowane (ale są wnuki, dzieci - zawsze można pomóc mamie czy babci).

- Administrator przychodni obiecał mi likwidację tego wpisu, minęło już sporo czasu a wpis jak był tak jest. Przychodnia przeprosiła mnie za pomyłkę i tłumaczyła się błędem w wypisywaniu PESELU. Nie znam zasad wypisywania recept, ale jeśli inny chory otrzymał receptę, to chyba z moim PESELEM. Moim celem nie jest nagonka na przychodnię, tylko zwrócenie uwagi ludziom na fakt istnienia ZIPu i możliwość sprawowania nad tym kontroli – pisze pani Katarzyna.

Takich przypadków w kraju jest sporo. Oto najgłośniejszy w ostatnim czasie:

I kolejny, kilka dni temu lokalny dodatek Wyborczej w Częstochowie pisał o pani Ilonie z Żarek, która przez ostatni rok trzy razy była u lekarza. A co znalazła w ZIP?

 „- Gdy zajrzałam do ZIP, przeżyłam szok - dodaje pacjentka. - Za pierwszym razem robiono mi podobno cewnikowanie żył. Przy poszarpanym palcu nawet mi surowicy nie podali, za to w ZIP wykazali prześwietlenia co tydzień (naprawdę miałam dwa), przede wszystkim zaś leczenie "lewej kończyny dolnej", łącznie z wsadzeniem jej w gips. Koszt leczenia nogi to 159 zł, palca - 33 zł. U ginekologa zaś robiono mi jakoby - oprócz cytologii - USG. Poszłam po wynik. Lekarz radzi, żeby za jakiś czas zgłosić się na ultrasonografię. Ja mu na to, że już ją miałam, choć mnie przy tym nie było. I opowiedziałam mu, co znalazłam w ZIP. Sprawdził w karcie, zawołał położną. A ona wzruszyła ramionami: "Robi pani halo o 53 złote".”

Prokuratura odmówiła dochodzenia. Szpital stwierdził, że to pomyłka.

- Skoro można sprawdzić swoją historię leczenia i jej koszt...to czemu tego nie zrobić ? Nie wiem jak inni, ale ja nie godzę się na to, aby ktoś na mnie zarabiał, poświadczając nieprawdę i dopisując mi schorzenia i wizyty, które nigdy nie miały miejsca – pisze mi czytelniczka i trudno się z tym nie zgodzić.

--------------

Polecam swoja książkę : Łowcy Milionów.

 

 

Z ilu podstawówek Pana wyrzucili? Ośmiu czy dziesięciu?
- Chyba z ośmiu.
Potem wywalono pana z czterech liceów i czterech uczelni.
- A jak.

Dzień Dobry TVN "Łowców Milionów" poleca Ania Dziewit

"Łowcy Milionów" w TVP w "Kawa czy herbata"

„Szczerze przyznaję, że to jedna z najciekawszych publikacji, z jakimi stykałam się od lat. Opowiada o ludziach takich jak my, nasi rodzice i dziadkowie. O ludziach, którzy osiągnęli sukces na gruncie polskim. Którzy mają wpływ na większość z nas, na społeczności, w których żyją, na ludzi, których obsługują.”
kreatywa.net

„Jakość czytanych książek często określam przez pryzmat tego, jak wiele razy cytowałam z nich coś mężowi. Ile razy przerywałam lekturę, by go dręczyć czytaniem całych stron lub omawianiem wniosków, jakie mi się nasunęły.
Fragmenty tej książki cytowałam i opowiadałam wielokrotnie. Nawet wczoraj przy wstawianiu prania.”

jutrofutro.blogspot.com



21:25, miaczynski
Link Komentarze (9) »
piątek, 25 lipca 2014

Ta historia niczym dobry mem przelatuje przez internet z prędkością huraganu. Tylko na tej stronie ma 1,1 mln polubień i ponad 200 tys. udostępnień. Pisał o niej choćby brytyjski Daily Mail czy polski natemat.

Jest to swego rodzaju opowieść pracownika jednej z nowojorskich restauracji, jak twierdzi popularnej wśród miejscowych jak i turystów.

Od pewnego czasu zanotowali, że goście skarżą się na wyjątkowo powolną obsługę. Na początku obwiniali o to pracowników, którzy mogli się ruszać  niczym Fiat 126 p do setki (54 sekundy), ale to nie było to.

Jak większość restauracji w Nowym Jorku - ta też od wielu lat miała system monitoringu. Restauracja zatrudniła firmę badawczą, która kazała im poszukać nagrań sprzed lat, jak wówczas wyglądał  sposób obsługi klienta. Załoga szukała ich w składzie z rupieciami, ale nic nie znalazła.

Ale - co za szczęśliwy traf! taśmy były w starych urządzeniach do monitoringu. Nikt ich nie wyjął, kiedy wymieniano sprzęt na nowy. Nagranie pochodziło z 1 lipca 2004 roku. Porównano je z nagraniem z 3 lipca 2014. Analizowano 45 transakcji.

Efekt?

2004

Klient wchodził do restauracji (trzy osoby na 45 prosiły i przesadzenie do innego stolika niż wskazał kelner), spędzał 8 minut studiując menu po czym pokazywał, że jest gotowy do złożenia zamówienia. Kelnerzy pojawiali się błyskawicznie, przyjmowali zamówienie a po mniej więcej 6 minutach pojawiało się jedzenie.

Skargi? Tego dnia na 45 dwie poskarżyły, że ich steki są za mało gorące, trzeba je podgrzać.

Łącznie z zapłaceniem rachunku - cała wizyta trwała 1 godzinę 5 minut.

2014
Klient wchodzi i 18 osób na 45 prosi o wskazanie innego stolika niż wybrał kelner.

Zanim otworzą menu, siedzą z telefonem i coś tam oglądają. Siedem osób na 45 woła kelnera aby się dowiedzieć dlaczego Wi-Fi ich nie wpuszcza.

Kelner wraca kilkakrotnie pytając czy może przyjąć zamówienie, na co słyszy że jeszcze nie. Klient nadal ogląda coś (nie wiadomo co) w telefonie. W końcu zamawia. Minęło 21 minut od momentu kiedy został usadzony.

Przystawki zjawiają się tak - jak dziesięć lat temu po 6 minutach.

Co robią klienci?

26 na 45 osób robi przez 3 minuty zdjęcia jedzenia.

14 osób na 45 robi sobie zdjęcia pozując z potrawą albo gdy jedzą.

9 osób odsyła jedzenie do ponownego podgrzania.

27 na 45 chce aby kelner im zrobił grupowe zdjęcie. 14 chce aby zrobił je jeszcze raz bo pierwsze nie wyszło. To trwa dodatkowe pięć minut, w trakcie których kelner nie może się zajmować innymi stolikami.
 
8 osób na 45 wpada na innych klientów restauracji ponieważ piszą wiadomości wchodząc albo wychodząc z restauracji.

Łącznie z zapłaceniem rachunku - cała wizyta trwa 1 godzinę 55 minut.
 
Traktuję całą historię jako zgrabne urban legend (jak znam firmy badawcze to nawet przyjmując, że takie nagrania znalazłyby się w ich posiadaniu - analiza danych zajęłaby im dużo dłużej niż kilka dni, poza tym za dużo tu szczęśliwych zbiegów okoliczności, cudownie odnalezione taśmy z podobnego okresu, 45 klientów w jednym i drugim wypadku, anonimowość restauracji itp.).
 
Ten mem jest jednak tak popularny, bo pokazuje celnie co zrobiły z nami telefony oraz jak przez serwisy społecznościowe  zmienił się sposób jedzenia w restauracjach.

Dziś jedzenie musi być nie tylko smaczne ale i fotogeniczne. Kelner musi być przyzwyczajony do robienia zdjęć klientom./ Restauracja, która jest źle oceniana na Yelpie (albo lokalnie na Gastronautach) ma po prostu poważny problem.

Ciekaw jednak jestem jak wyglądałyby wyniki takiego eksperymentu, gdyby przeprowadzić go naprawdę.

16:54, miaczynski
Link Komentarze (4) »
środa, 23 lipca 2014

Sieci komórkowe jeśli chodzi o nowe oferty usztywniły się niczym Apple w starciu z Samsungiem. Wyszarpać od nich przyzwoitą ofertę, jeszcze z telefonem to ho, ho HO - w sensie jest to bardzo trudne. Marże w telefonii komórkowej spadły, sieci przestały więc suto dofinansowywać aparaty, a oferty promocyjne sprowadzają się do tego kto zatrudni nowego celebrytę i da taniej w abonamencie połączenia głosowe bez limitu.

Dostaje jednak dużo maili, gdzie pytają mnie Państwo jak negocjować umowę z sieciami aby dostać od nich najlepszą ofertę.

Sekwencja zdarzeń jest zazwyczaj następująca: trzy miesiące przed końcem umowy odzywa się konsultant i coś tam proponuje. To coś jest zazwyczaj w podobnej cenie jak poprzedni abonament, ale dostaje się  w ofercie np. większy pakiet internetu. Czyli szału raczej nie ma.

Więcej można  uzyskać po złożeniu (pisemnym) wypowiedzenia.

Odezwie się wtedy konsultant - łowca ostatniej szansy - i zaproponuje coś lepszego. Tak właśnie było u pana Marcina, który przez ponad sześć lat był klientem na początek Ery, a obecnie T-Mobile.

Pan Marcin udał się osobiście do Punktu Obsługi Klienta, gdzie złożył wypowiedzenie. Od razu go uprzedzono, że ma się spodziewać telefonu z pytaniem czy na pewno chce się rozstać.

I faktycznie odezwała się pani konsultantka twarda i przekonująca jak T34 z działem kalibru 85 mm. Pan Marcin pod siłą jej argumentów, zadrżał jak brzoza miażdżona pancerną gąsienicą i prawie się złamał, ale w akcie rozpaczy poprosił o telefon za tydzień. Pani konsultantka znów się odezwała, czytelnik postanowił się nieco podroczyć i stwierdził, że warunki go jednak nie przekonały.

W skrytości ducha liczył na jeszcze jeden telefon z super ofertą, ale ten już nie nastąpił.

Pan Marcin tymczasowo postanowił wrócić do czasów studenckich i telefonu na kartę, a w międzyczasie czyhał na lepszą ofertę. I się doczekał. Miesiąc po rozmowie warunki umów w sieci się poprawiły (spadły ceny na abonamenty i telefony).
Czytelnika zainteresowała promocja dla przedłużających umowę przez internet, telefon  Samsung SGS III lte (i9305) za 99zł., przy abonamencie za 69,99zł.

Na tym zrzucie ekranu pan Marcin podejmuje waleczną próbę zamówienia w tej samej taryfie innego telefonu

Migracja z Tak Taka do abonamentu była równie łatwa i intuicyjna jak bieg przez płotki w trakcie którego trzeba żonglować granatami, ale cóż to za przeszkoda dla doświadczonego konsumenta.

Na początek jak się czytelnik dowiedział z korespondencji mailowej z konsultantem trzeba wypełnić i przesłać kartę rejestrującą numer telefonu. Po dopytaniu wyjaśniło się, że można ją przekazać za pośrednictwem punktu sprzedaży T-Mobile.

To nie koniec. Jeszecze tylko opłata za infolinię...

Na karcie była enigmatyczna rubryka: naklejka z kodem kreskowym umieszczona na opakowaniu karty. Na pytanie pana Marcina skąd ma wziąć tą zabawną naklejkę, skoro nawet nie wie czy ją kiedykolwiek dostał konsultant odpisał, że naklejka go nie dotyczy.

Trzeba był też podać numer seryjny karty (jeśli ktoś nie wie, to jest to numer który jest na karcie).

Pan Marcin po odbyciu tych formalności i zarejestrowaniu numeru ruszył już jak burza do przodu. Ponieważ jest człowiekiem skrupulatnym zadzwonił jeszcze na infolinię aby się upewnić czy ta oferta go dotyczy.

Zapłacił za to 10 zł  (jak ma się telefon na kartę za pogawędkę z infolinią płaci się 1 zł za każdą rozpoczętą minutę połączenia). Konsultantka rozwiała jednak jego wątpliwości niczym zachodni wiatr chmury i oznajmiła, że jak najbardziej z tej oferty może skorzystać.

Czytelnik siadł korzystając z wolnego wieczoru w domu i zaczął klikać. Na jego koncie, gdzie oferta się wyświetlała były tylko 4 kroki do zawarcia umowy:

1) Wybrana oferta
2) Wybrany telefon
3) Zestaw
4) Dokończ transakcję

- Przeglądarki (używałem kilku) nie puszczają mnie poza krok 2 (tzn. tzw. zielone "ptaszki", mam na pierwszych dwóch krokach, na kroku 3cim (czyli "Zestaw") już nie. Później mogę sobie klikać wielkrotnie przycisk "Dalej", ale nic się nie dzieje - opowiadał mi czytelnik.

Co zrobił? Napisał więc maila z pytaniem o co chodzi do operatora. Brak odpowiedzi. Drugiego - brak odpowiedzi. Trzeciego? Tak, domyślają się Państwo - brak odpowiedzi.

W międzyczasie w ofercie skończyły się telefony, które czytelnika interesowały.

Pan Marcin ponieważ sam nie był w stanie nic się dowiedzieć skierował swoje kroki do mnie.

Wystosowałem maila do T-Mobile i POSKUTKOWAŁO!

Następnego dnia konsultant zadzwonił do czytelnika i poinformował go, że mógł sobie klikać do bólu, bo promocja go nie obejmowała. W ogóle to wina skryptu. Stwierdził też, że gdyby dokupował numer albo przeniósł numer do innej sieci (na dzień czy dwa), a następnie wrócił do T-Mobile, to mógłby z niej skorzystać. A, że na infolinii mówili inaczej? Nie bądźmy dziećmi, kto wierzy w to co mówią na infolinii?

Ach oczywiście na mojego maila biuro prasowe T-Mobile w ogóle nie odpowiedziało. Mimo, że wysłałem go 7 lipca. Widać w tej sieci to zwyczaj.

Jakie z tego płyną wnioski?

1. Jeśli chcesz zostać w danej sieci, owszem wypowiedz umowę, ale przyjmij ofertę konsultanta, z którą zadzwoni zaraz po złożeniu wypowiedzenia.

2. Łatwiej dostać dobrą ofertę  przechodząc z jednej sieci do drugiej, niż w tej samej sieci z karty na abonament.

3. Biuro Prasowe T-Mobile proponuję przesunąć do Biura Obsługi Klienta. Mają w końcu kwalifikacje. Też nie odpowiadają na maile.

15:42, miaczynski
Link Komentarze (18) »
sobota, 19 lipca 2014

Jeśli jakaś marka prowadzi swoją stronę na Facebooku to zazwyczaj robi konkursy. Dzięki temu strona zdobywa fanów, a jak na razie to jest dla firm najważniejsze.

Myśl, że nie liczy się liczba „fanów” a stopień ich zaangażowania nie przebija się jak na razie zbyt często.

Jednym z takich producentów, który budują swój zasięg jest producent kawy Douwe Egberts Polska. Dowe zorganizował ostatnio konkurs w którym do wygrania były cztery zestawy upominków (czyli standard, znając życie kubki, koszulki, kawa, smycze etc) oraz  wabik czyli coś na lekkim wypasie.

Konkretnie „weekend nad morzem” – voucher na 2 noclegi weekendowe w hotelu w Trójmieście dla 4 osób. „Voucher będzie można zrealizować w terminie od 20 lipca do 30 sierpnia 2014r. Dodatkowo Organizator pokryje koszty podróży pociągiem ze stacji Warszawa Centralna do stacji Gdańsk Główny dla 4 osób. „

Warunki uczestnictwa były standardowe: oczywiście trzeba było zostać fanem strony i w określonym terminie zrobić sobie zdjęcie z jedną z kaw Douwe Egberts. 

Tłumy waliły drzwiami i oknami, aż w końcu w szranki stanęło 39 osób.  Moim zdaniem tylko, ale dla niektórych może i aż.

Otrzymały następujące liczby głosów:

0,0,0,0,0,0,0,1,1,1,1,1,1,1,2,2,2,3,3,3,5,6,8,9,12,23,24,26,27,28,28,32,34,35,35,39,40,529.

Ostatnia praca pani Justyny zdobyła tych głosów 775. Oto jej zdjęcie”

 

Zwycięskie prace otrzymały następującą ilość głosów:

 

    32

 

    26

 

    34

 

    8

 

    529

 

Jak widać pani Justyny tutaj brak. Czytelniczka, przeczytała więc regulamin I grzecznie zapytała skąd takie a nie inne rozstrzygnięcie?

- Pomimo największej liczby głosów (775 „lajków”) nie zostałam ujęta w gronie Zwycięzców. Czy jest to możliwe i zgodne  z regulaminem, skoro Zwycięzcy (5 osób w tym 1 nagroda główna i 4 nagrody dodatkowe) mieli być wybierani spośród osób, które otrzymają najwięcej głosów, a wśród Zwycięzców znalazła się osoba, która ma jedną z najmniejszych ilości głosów (8) – zapytała pani Justyna.

Co na to organizator?

- Dziękujemy za komentarze, ale my przekazujemy rekomendacje, a jury wybiera subiektywnie. Decyzja jury jest niepodważalna. Rozumiemy, że jest Ci przykro, iż nie wygrałaś, ale mamy nadzieję, że będziesz miała powodzenie w kolejnych konkursach. Zapraszamy!:) Owszem, "lajki" były podpowiedzią. Nie oznaczało to - co niejednokrotnie podkreślaliśmy - że liczba lajków gwarantuje wygraną. Liczył się także pomysł, ale to już subiektywna decyzja jury – konkluduje producent, a jak znam życie firma prowadząca w jego imieniu fan page.

Problem w tym, że faktycznie regulamin mówi na ten temat nieco inaczej. Proszę zobaczyć:

Regulamin i opis całej sytuacji z linkami pani Justyna przesłała mailem do Konsumenckiego Centrum E-porad, prowadzonego przez Stowarzyszenie Konsumentów Polskich na zlecenie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Centrum nie ma wątpliwości – nagroda się pani Justynie należy, choć nie główna.

“ Z pkt 19 regulaminu wynika, iż wybór zwycięzców ma nastąpić spośród osób, które otrzymały największą ilość głosów. Skoro nagród jest pięć, należy przyjąć, iż jury powinno wybrać zwycięzcę spośród uczestników, którzy osiągnęli pięć najlepszych wyników w głosowaniu. W regulaminie nie ma gwarancji, iż osoba, która otrzymała najwięcej głosów, otrzyma główną nagrodę. Dlatego z takim roszczeniem nie może Pani wystąpić. Natomiast może Pani żądać wydania nagrody dodatkowej. Roszczenie jest oparte na art. 919 Kodeksu cywilnego:

    § 1. Kto przez ogłoszenie publiczne przyrzekł nagrodę za wykonanie oznaczonej czynności, obowiązany jest przyrzeczenia dotrzymać.

    Dochodzenie roszczeń można zacząć od kontaktu z właściwym miejscowo rzecznikiem konsumentów (http://www.konsumenci.org/pomoc-konsumencka,znajdz-pomoc,2,1.html) lub najbliższym oddziałem Federacji Konsumentów (Federacja Konsumentów), które to instytucje mogą wystąpić w Pani imieniu do przedsiebiorcy .Jeśli interwencja tych instytucji nie przyniesie rezultatu, należy się zastanowić nad wniesieniem sprawy na drogę sądową.”

Co na to przedstawiciele Douwe Egberts?

Odpisali pani Justynie tak:

„Witamy, "Specjalista" pisze, że wybór Zwycięzcy odbędzie się spośród osób o największej liczbie lajków. To nieprawda i niedoczytanie regulaminu, który przygotowywała nam kancelaria prawnicza i która audytowała konkurs. Zgodnie z regulaminem - "zostaną wyłonieni Zwycięzcy", a nie jeden. Dlatego - mówiąc w skrócie - wśród zwycięzców mogą być osoby z mniejszą liczbą lajków niż "top 5", nie może to być osoba z najmniejszą liczbą lajków w dniu zakończenia konkursu.

Przykro nam z powodu niezrozumienia. Dołożymy wszelkich starań, aby kolejny konkurs (już niebawem) nie budził podobnych wątpliwości. Życzymy powodzenia, dziękujemy za udział w zabawie i pozdrawiamy!”

Wnioski? 

Moim zdaniem również regulamin konkursu są jest conajmniej niejednoznaczny, zwłaszcza gdy zestawia się punkt 19 z punktem 20.  

Przedstawiciele agencji/producenta popełniają jednocześnie dwa błędy.  Po pierwsze źle interpretują własny regulamin – klient w przypadku wątpliwości zawsze ma rację.

Po drugie kłócą się z klientem o słoik kawy.  Zamiast wybrnąć z tego w najprostszy możliwy sposób – szanowna Pani oto nagroda pozaregulaminowa, cieszymy się, że mamy tak zażartą fankę - usiłują ją zignorować.

Zysk z tego jest żaden, potencjalne kłopoty możliwe.

- Nie zależy mi na kawie jako na przedmiocie, ale zależy mi na tym, by być potraktowaną uczciwie i zgodnie z regulaminem. Czuję się wykorzystana. Moje zdjęcie zdobyło 775 lajków, fanpejdż Douwe Egberts Polska ok 7500 fanów, więc nie jest on popularny. Uważam, że zostałam potraktowana jako darmowa promocja, w taki sam sposób potraktowano mooich znajomych, którzy udostępniali mpje zdjęcie i prosili o głosy – konkluduje czytelniczka.

Fan page Douwe Egberts Polska ma teraz niecałe 10 tys. fanów.

----

UPDATE

Firma postanowiła jednak uderzyć się w piersi. Oto widaomość do czytelniczki: 

"Powtarzamy, że nie chcieliśmy nikogo wprowadzić w błąd. Co więcej - jury było (taki mamy zwyczaj) spoza grona osób zajmujących się fanpage. Zgodnie z regulaminem, przedstawiliśmy jury pełną listę zgłoszeń, wraz z liczbą like'ów, regulamin i swobodę decyzji ograniczoną jedynie regulaminem. Niemniej jest nam bardzo przykro, że czuje się Pani wykorzystana. Nie pomyśleliśmy o tym, że tak to może wyglądać po drugiej stronie i absolutnie nikogo nie chcieliśmy doprowadzać do takiego uczucia.

Dlatego też postanowiliśmy przyznać Pani specjalną nagrodę, pozakonkursową. Za zaangażowanie, którego nie sposób Pani odmówić. Będziemy zobowiązani za podanie danych teleadresowych oraz numeru telefonu, celem przesłania wspomnianej nagrody. Mam nadzieję, że ucieszy ona zarówno Panią, jak i bliskich. Łączymy pozdrowienia i życzymy udanej niedzieli, zespół pracujący nad fan page Douwe Egberts Polska."

14:38, miaczynski
Link Komentarze (31) »
czwartek, 17 lipca 2014

Dziś cały wpis jest na podstawie tego co udało się Państwu znaleźć w sklepach.

Na początek pani Paulina. 

- Czy wiedział Pan, że serek topiony może być tez serkiem pleśniowym? W Bydgoskim 'Realu' mają tak dobry, że pleśnieje nawet opakowanie! Strach się bać... a niby wszystko świeże, data przydatności do 21 września... Zastanawiam się czy tak na prawdę data przydatności do spożycia jest datą pewną, czy przypadkowo 'wstukanymi' numerkami...- pisze mi czytelniczka.

Oczywiście, zepsute produkty powinny być usuwane z półek natychmiastowo, tu jak widać się to nie udało. Być może pracownicy zajęci byli czymś innym. Na przykład promocjami...

- Chciałbym podzielić się taka oto wspaniała promocja na sery w Auchan gdzie na pierwszym miejscu jest produkt seropodobny - pisze pan Paweł.

Wyrób seropodobny, oznacza, że zamiast mleka zastosowano w nim tłuszcz roślinny. Smakuje to słabo. Cena za to jest faktycznie imponująca.

Chyba, że w Auchan wyrób seropodobny to ser. To możliwe bo w Gorzowie Wielkopolskim produkt masłopodobny to masło.


Pan Mateusz: Proszę ostrzec czytelników przed tym "masłem" dostępnym w sklepach sieci Lewiatan. Na moje pytanie o miejsce, w którym znajdę to "masło osełka", Pani ekspedientka wskazała produkt tuż nad tą metką cenową. Kiedy powiedziałem, że to nie jest masło, Pani spokojnie odpowiedziała, że oni tak tutaj to nazywają. Zdjęcie zrobione w sklepie Lewiatan w Gorzowie Wlkp. przy ulicy Słonecznej.

Lepiej być zresztą czujnym i dokładnie obejrzeć opakowanie. Bo jak nie to? A to już opowie pan Sebastian:

- To się dopiero nazywa chamstwo. Mama uradowana wróciła ze sklepu.Kupiła w promocji masło 82% ekstra. Tak przynajmniej jest na opakowaniu. Jednak wiedziony przeczuciem przyjrzałem się opakowaniu...I co? Małymi literkami - miks tłuszczowy...
Skład: tłuszcz roślinny 57,4%, tłuszcz mleczny 24,6%, mleko odtluszczone, aromaty jogurtowy, maslany,maslanka...Masakra - komentuje czytelnik.

Jak za takie rzeczy zapłacić? Najlepiej jak radzi pan Robert wybrać cenę brutto.

--------------

Polecam swoja książkę : Łowcy Milionów.

 

 

Z ilu podstawówek Pana wyrzucili? Ośmiu czy dziesięciu?
- Chyba z ośmiu.
Potem wywalono pana z czterech liceów i czterech uczelni.
- A jak.

Dzień Dobry TVN "Łowców Milionów" poleca Ania Dziewit

"Łowcy Milionów" w TVP w "Kawa czy herbata"

„Szczerze przyznaję, że to jedna z najciekawszych publikacji, z jakimi stykałam się od lat. Opowiada o ludziach takich jak my, nasi rodzice i dziadkowie. O ludziach, którzy osiągnęli sukces na gruncie polskim. Którzy mają wpływ na większość z nas, na społeczności, w których żyją, na ludzi, których obsługują.”
kreatywa.net

„Jakość czytanych książek często określam przez pryzmat tego, jak wiele razy cytowałam z nich coś mężowi. Ile razy przerywałam lekturę, by go dręczyć czytaniem całych stron lub omawianiem wniosków, jakie mi się nasunęły.
Fragmenty tej książki cytowałam i opowiadałam wielokrotnie. Nawet wczoraj przy wstawianiu prania.”

jutrofutro.blogspot.com

14:29, miaczynski
Link Komentarze (20) »
środa, 16 lipca 2014

Różne rzeczy już widziałem. Raz nawet pewnej Pani zdawało się, że znalazła szczura w kaszce toteż do różnego rodzaju znalezisk w jedzeniu podchodzę niczym żaba do drogi szybkiego ruchu.

Aż tu odezwał się do mnie pan Filip, który pod koniec czerwca zakupił był w sklepie Tesco na Gocławiu makaron  Tesco Tagliatelle 500g.

- W środku znalazłem... części maszyny - wg mnie to wygląda na kawałek rolki prasy, która hermetycznie zamyka opakowanie z makaronem - pisze mi czytelnik.

Żeby nie być gołosłownym wyglądało to tak:

Dalej było już zabawnie.

- Kobieta na infolinii poinformowała mnie, że "mogę to zwieźć do sklepu i złożyć reklamację". Szczerze mówiąc nie uśmiechało mi się to - za makaron wart 1.99 nie chciało mi się jechać przez pół miasta - relacjonuje czytelnik.

Napisał więc maila z opisem sytuacji. Tesco zażądało kilku dodatkowych szczegółów a później zapadała głucha cisza. Gdy pan Filip 8 lipca zapytał jeszcze raz czy cokolwiek się ze sprawą dzieje poproszono go o... zwrot części do wspomnianego marketu.

Może ktoś z Tesco chciał sobie element złożyć z powrotem do kupy?

- Kiedy 5 lat temu kupiłem zepsutą kaszkę Smakija to firma odpisała tego samego dnia z załączonymi dokumentami nt. audytu. Tutaj mam wrażenie ze sieciówka chce zamieść sprawę pod dywan - mija 3 tydzień, a ja nie dostaje żadnej informacji, żadnego przepraszam... nic... Co mogę z tym faktem dalej zrobić? Ta część jest spora i ma kształt koła (choć mam jego połowę), o średnicy 7,5cm oraz grubości 4cm. Skoro ja mam połowę, pytanie do ilu pudełek powpadało jeszcze tych śmieci... Będę wdzięczny za jakieś informacje lub pomoc. Nie chodzi mi tutaj o reklamację, co o zwykłe "przepraszam" ze strony sieci - konkluduje pan Filip.

Włosi wyjaśniają

Miałem więcej szczęścia w Tesco, które jak zapewnia mnie ich biuro prasowe „cały czas wyjaśnia sprawę u ich włoskiego dostawcy”.

„Wiemy już, iż wskazany element jest częścią urządzeń transmisyjnych w fabryce i mógł się znaleźć w produkcie w wyniku nieostrożności pracownika zakładu. Element wykonany jest z plastiku, dlatego nie został wykryty przez detektor metalu. Producent podjął już działania naprawcze - m.in. wymienia kółka plastikowe na metalowe, zaś pracownicy przejdą dodatkowe szkolenia z zakresu obsługi urządzeń.  Za Pana pośrednictwem chciałbym podziękować klientowi za sygnał i przeprosić za wszelkie niedogodności, jak i za późną odpowiedź - jednak sprawa wymagała dokładnego wyjaśnienia i nasze prace w tym zakresie cały czas trwają. Zwrócimy się do naszego klienta z prośbą o podanie dokładniejszych danych adresowych, byśmy mogli jeszcze raz przeprosić i wynagrodzić mu ten przypadek.” - kończy Michał Sikora z Tesco.

Jak na razie czytelnik z radości nie fruwa. - Na makaron produkcji Tesco już nie patrzę tak przychylnie. Dosłownie "Tesco Quality" - narzeka.

A na koronkę dowodów brak

Mogę go pocieszyć, że i tak miał dużo więcej szczęścia niż pani Anna, która kupiła (to już nie w Tesco) fasolę. W fasoli był niewielki kamyk, czytelniczka złamała na nim koronkę.

- Musiałam trzykrotnie odwiedzać protetyka, aby wykonał i dopasował nową koronkę. Cena koronki wyniosła 1500 zł, zaś dojazdów - 240 zł.

Co jej odpowiedziała firma? „W odpowiedzi na Pani prośbę o zwrot kosztów za leczenie u protetyka, informuję, że nie mamy podstaw, aby uznać Pani zgłoszenie za zasadne. Nie przedstawiła nam Pani żadnych dowodów na to, że uszkodziła sobie Pani koronkę na kamieniu pochodzącym z naszej fasoli. Poza tym na opakowaniu naszej fasoli informujemy, że należy ją opłukać przed przyrządzeniem, a dokładnie przed namoczeniem. Jest to istotny etap, który ma na celu wyeliminowanie ewentualnych zanieczyszczeń, również takich jak kamyki.”

--------------

Polecam swoja książkę : Łowcy Milionów.

 

 

Z ilu podstawówek Pana wyrzucili? Ośmiu czy dziesięciu?
- Chyba z ośmiu.
Potem wywalono pana z czterech liceów i czterech uczelni.
- A jak.

Dzień Dobry TVN "Łowców Milionów" poleca Ania Dziewit

"Łowcy Milionów" w TVP w "Kawa czy herbata"

„Szczerze przyznaję, że to jedna z najciekawszych publikacji, z jakimi stykałam się od lat. Opowiada o ludziach takich jak my, nasi rodzice i dziadkowie. O ludziach, którzy osiągnęli sukces na gruncie polskim. Którzy mają wpływ na większość z nas, na społeczności, w których żyją, na ludzi, których obsługują.”
kreatywa.net

„Jakość czytanych książek często określam przez pryzmat tego, jak wiele razy cytowałam z nich coś mężowi. Ile razy przerywałam lekturę, by go dręczyć czytaniem całych stron lub omawianiem wniosków, jakie mi się nasunęły.
Fragmenty tej książki cytowałam i opowiadałam wielokrotnie. Nawet wczoraj przy wstawianiu prania.”

jutrofutro.blogspot.com

Tagi: tesco
15:17, miaczynski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 14 lipca 2014

Zawsze wydawało mi się, że co jak co ale ciężko o prostszy wyrób niż słone paluszki. Bierzemy ciasto drożdżowe, solimy, pieczemy i tyle.

Proces ten jest zresztą na tyle zautomatyzowany, że słone paluszki robią teraz właściwie prawie wyłącznie duże zakłady przemysłowe.Jak to kiedyś mi opowiadał znajomy piekarz, prowadzący średniej wielkości firmę robienie paluszków to dziś najkrótsza droga do plajty.

Poza pieczeniem chleba rzecz jasna, ale to jak już się prowadzi małą piekarnię.

Po tym przydługim wstępie oddam głos pani Izabeli, która o to na pewno będzie niespodzianka chciała kupić paluszki i to marki Lajkonik a jeszcze konkretniej  takie:  

- Moje dziecko uczulone jest na 2 rodzaje olejów - palmowy i rzepakowy, stąd moje zainteresowanie, jaki tłuszcz roślinny wykorzystywany jest do produkcji paluszków Junior Lajkonika. Na opakowaniu bowiem w składzie podana jest tylko informacja o zawartym "tłuszczu roślinnym". Wysłałam takie zapytanie do biura obsługi konsumenta firmy Lajkonik - pisze pani Izabela.

A Lajkonik? Na pytanie jaką mamy dziś pogodę odpowiedział: a ja idę na ryby, I co mi Pani zrobi?.

"W odpowiedzi na Pani zapytanie dotyczące zawartości alergenów w "Paluszkach Lajkonik" chciałabym potwierdzić, że wszystkie dane dotyczące alergenów są umieszczone na opakowaniu, zgodnie z wymaganiami prawnymi."

Co do tego nie ma nikt wątpliwości, jakoś nie podejrzewam aby tak duża firma podkładała się w ten sposób.

Pani Izabela pomyślała, że może ktoś z konsultantów nie zrozumiał jej pytania, więc postanowiła sprawę doświetlić. Na opakowaniu - pisała do lajkonika - jest tylko informacja, że w składzie znajduje się tłuszcz roślinny, który może być olejem słonecznikowym, kukurydzianym, palmowym, rzepakowym, sojowym lub innym - a każde dziecko może być uczulone na coś innego. A tak się złożyło, ze jej trzecie dziecko ma alerię akurat na olej palmowy i rzepakowy. I jako stała klientka chciałaby się dowiedzieć czy może je kupować czy też nie.

Tutaj nastapił dialog po którym rozłożyłem paluszki i zacząłem je gryźć.

Lajkonik: Szanowna Pani, tłuszcz, który jest używany do produkcji paluszków, nie zawiera alergenów.

Czytelniczka: Moja córeczka jest uczulona na olej palmowy i rzepakowy - to znaczy, że paluszki nie zawierają ani jednego, ani drugiego?

Lajkonik: Szanowna Pani, zgodnie z wymaganiami prawnymi tłuszcze nie są alergenami .

- I tak oto moje zaufanie do tej firmy legło w gruzach... Wychodzi na to, że alergię mojej córeczki powinnam zaskarżyć do sądu, ponieważ uczulona jest na coś, co zgodnie z przepisami, nie powinno uczulać...Co w takiej sytuacji biedny konsument ma począć???? - pyta czytelniczka.

No cóż nie było to łatwe, trochę potrwało, ale udało mi się dowiedzieć co w tych paluszkach jest (a przynajmniej cześciowo udało mi się dowiedzieć).

Uwaga głos zbierze Kierownik Działu Zapewnienia Jakości - Lajkonik Snacks GmbH Sp.k.:
 
"Odpowiedz była udzielona poprawnie pod względem prawnym zgodnie z aktualnymi wymaganiami dotyczącymi znakowania żywności - producent nie ma obowiązku precyzowania jaki rodzaj tłuszczu roślinnego został zastosowany w produkcie.

Jednocześnie skład produktu, poza ujawnionym na opakowaniu, stanowi tajemnicę przedsiębiorstwa i nie jest naszą intencją ujawniać ją osobom postronnym, ponieważ zdarzają się przypadki pozyskiwania w nieuczciwy sposób informacji dotyczących receptur produktów.

Pracownik udzielił wyjaśnień w zakresie niezbędnym z punktu widzenia zdrowia konsumenta.
Mając jednak na uwadze poprawną komunikację z konsumentami chcemy zapewnić, że zwrócimy w przyszłości większa uwagę na zaniepokojenie osób, które zgłaszająsię do nas i które niekoniecznie mają pełną wiedzę na temat wymagań prawnych dotyczących znakowania.
W tym konkretnym przypadku proszę poinformować konsumentkę, że jeżeli są wątpliwości co do składu to rekomendujemy aby dziecko nie spożywało produktu, którego dotyczy zapytanie.”

Jak Państwo widzą paluszek Lajkonika ukrywa się w mroku niczym Batman. Tajemnica Bruca Wayna, tfu Lajkonika junior zostaje zachowana (ale proszę pamiętać, że jeśli Państwa dziecko ma alergię na olej palmowy lub rzepakowy, który alergenem nie jest to wtedy Lajkoników nie dawać).

Ihaaaaaaaaaaaaa.

UPDATE TAJEMNICA ZŁAMANA!!!

Kilka dni później  Lajkonik stwierdził, że pogalopował za daleko. Marek Sala, dyrektor zakładu Lajkonik Snacks GmbH sp.k., uderzył się w piersi. - Konsumentka zwróciła się do naszego przedstawiciela z pytaniem o skład produktu Lajkonik Junior, lecz nie dostała tak konkretnej i rzeczowej informacji, jaka powinna zostać jej udzielona. Bardzo mi przykro z powodu zaistniałej sytuacji. Jednocześnie chciałbym poinformować, że udzieliliśmy już naszej Klientce wyczerpującej odpowiedzi na jej pytanie i przeprosiliśmy za zaistniałą sytuację - twierdzi Sala.

Firma na jesieni zmieni swoje opakowania ze składem produktów na bardziej szczegółowe. Będą one uwzględniać również rodzaj używanego do wypieku tłuszczu. Tajemnica Lajkonika tym samym została prawie złamana.

A teraz najważniejsza rzecz: jaki olej jest w końcu w paluszkach? "W odpowiedzi na Pani pytanie dotyczące składu paluszków Lajkonik Junior, chciałbym poinformować, że olej rośliny którego używamy przy wypieku tego produktu to olej palmowy. Ten sam składnik znajduje się również w innych produktach marki Lajkonik."

 

 

 

--------------

Polecam swoja książkę : Łowcy Milionów.

 

 

Z ilu podstawówek Pana wyrzucili? Ośmiu czy dziesięciu?
- Chyba z ośmiu.
Potem wywalono pana z czterech liceów i czterech uczelni.
- A jak.

Dzień Dobry TVN "Łowców Milionów" poleca Ania Dziewit

"Łowcy Milionów" w TVP w "Kawa czy herbata"

„Szczerze przyznaję, że to jedna z najciekawszych publikacji, z jakimi stykałam się od lat. Opowiada o ludziach takich jak my, nasi rodzice i dziadkowie. O ludziach, którzy osiągnęli sukces na gruncie polskim. Którzy mają wpływ na większość z nas, na społeczności, w których żyją, na ludzi, których obsługują.”
kreatywa.net

„Jakość czytanych książek często określam przez pryzmat tego, jak wiele razy cytowałam z nich coś mężowi. Ile razy przerywałam lekturę, by go dręczyć czytaniem całych stron lub omawianiem wniosków, jakie mi się nasunęły.
Fragmenty tej książki cytowałam i opowiadałam wielokrotnie. Nawet wczoraj przy wstawianiu prania.”

jutrofutro.blogspot.com

10:48, miaczynski
Link Komentarze (25) »
czwartek, 10 lipca 2014

Jeśli nie ma truskawkowego jogurtu Jogobelli to jaki zamiennik powinien umieścić pracownik e-sklepu w koszu, gdzie gromadzi zakupy inernetowe dla klienta?

Jogurt truskawkowy innej firmy? Inny jogurt Jogobelli? Odpowiedź będzie na końcu tekstu. *

Dziś byłem na przechadzce w Tesco, gdzie dziennikarzom pokazywano jak sieć dzięki internetowi usiłuje rozruszać swoje hipermarkety, (które jako format sklepu mają problemy, bo z rynku wyrzuca je Biedronka oraz Lidl).

Hipermarket Tesco w Warszawie na Połczyńskiej jest tego dobrym przykładem. Stary, na przedmieściach i lekko drugiej świeżości.

Powiedzmy spatynowany.

Ludzie przyjeżdżają tutaj głównie na zakupy weekendowe. Sprzedaż artykułów przez internet dała mu jednak mocnego kopa.

Dziś jedna trzecia przychodów tego sklepu to online. Wyłącznie przy tym projekcie pracuje w nim ok. 130 osób. Nic więc dziwnego, że dla Tesco internet staje coraz ważniejszy.

Polski rynek FMCG online (czyli zakupów przez internet artykułów spożywczych, proszków, kosmetyków itp.) jest większy niż rynki Czech, Słowacji i Węgier razem wzięte. Wart jest ponad pół miliarda zl. Tesco po dwóch latach działalności ma w nim 25 proc. udziału. Od roku jest liderem.

Kto kupuje w ten sposób?

79 proc. klientów to kobiety. Dominują osoby w związkach. Single - japiszony, lemingi żyjące w szklanych korporacjach to tylko 15 proc.

Co ludzie zamawiają w ten sposób? Najczęściej cukier, masło, banany, wodę mineralną, ziemniaki oraz mleko. Zakupy internetowe kochają zwłaszcza osoby mieszkające na czwartym piętrze bez windy. I ja się wcale nie dziwię.

Największy rynek zakupów online tego typu Warszawa. W Tesco to 25 proc. przychodów. Później jest Śląsk, Kraków oraz Wrocław. Najrzadziej i najmniejsze zakupy robi Rzeszów, Wałbrzych oraz Opole.

W stolicy dominuje potrójne W. Najwięcej zamawiają mieszkańcy Wawra, Wesołej i Wilanowa. Najmniej zamawia (albo Tesco ma tam silną konkurencję) Ochota (teren Piotra i Pawła), Wola oraz Bielany (Leclerc).

Tylko (aż 4,3 proc.) zamówień jest robiona przez komórkę.
Kiedy w kwietniu Tesco uruchomiło swoją aplikację na IOS, okazało się że używają jej głównie mieszkańcy stolicy. Jak widać Warszawa ma świra na punkcie firmy Apple - ja dodałbym do tego jeszcze Starbunia i spodnie rurki.

Fajną rzeczą w tej aplikacji jest możliwość skanowania produktów. Skanujesz kod kreskowy z kończącej się butelki po mleku - i możesz od razu dorzucić ją do zakupów.

Tesco wykorzystuje też newslettery targetowane - opracowuje je na podstawie historii zakupów. Są one kierowane np. do rodziców małych dzieci, właścicieli psów lub kotów etc.

Ponieważ ten segment handlu online do roku 2018 ma się podwoić, sądzę, że prawdziwa ofensywa sieci hipermarketów w tej dziedzinie dopiero się zacznie. Auchan - Twój ruch.

*Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, ale pracownik sprawdzi historię zakupów w Clubcardzie (program lojalnościowy sieci) i na tej podstawie dobierze jogurt Jogobelli w innym smaku.

Tagi: tesco
14:53, miaczynski
Link Komentarze (13) »
środa, 09 lipca 2014

Znacie państwo taką sytuację, kiedy ktoś w sklepie was tak zdenerwuje, że zaczynają się cisnąć na usta słowa z taśm Wprost? Aby nie używać słów nieparlamentarnych określmy je jako: pomidor. W myślach więc wtedy mówimy: POMIDOR, POMIDOR,SAŁATKA, OGÓREK aż ciśnienie z nas zejdzie.

I w takiej właśnie sytuacji znalazła się czytelniczka, która z dzieckiem pojechała na zakupy do delikatesów Alma. Dziecko siedziało na dziecięcym rowerku. O właśnie takim:

- Podczas oczekiwania w kolejce przy stoisku z wędlinami podszedł do nas pan z ochrony z prośbą, żebyśmy następnym razem nie wchodzili z takim rowerkiem do marketu, ponieważ regulamin sklepu zabrania wchodzenia na jego teren takimi rowerkami a przede wszystkim rowerek niszczy podłogę???? Pan zasugerował nam, że powinniśmy wyjść - pisze do mnie czytelniczka.

Czytelniczka zadała panu z ochrony pytanie, a co w takim razie z wózkami dziecięcymi?

- Z wózkiem dziecięcym można wejść - odpowiedział dzielnie ochroniarz.

„Dodam, że dziecko nie umie samodzielnie jeździć i było prowadzone przez nas. Niestety na próżno szukaliśmy przy wejściu do sklepu regulaminu, na który powoływał się ochroniarz. Nie mogę go również znaleźć na stronie Almy. W związku z tym zastanawiam się, czy rzeczywiście do sklepów Almy nie mogę wejść z dzieckiem, które siedzi nie w wózku ale na rowerku? Czy rzeczywiście taki rowerek może zniszczyć podłogę w sklepie bardziej niż wózek dziecięcy lub wózek widłowy/paletowy, którymi pracownicy wywożą towar na sklep? ” - pyta czytelniczka i przyznaję dziw nad dziwy. Byłem kilka razy w Almie, ale olejowanych podłóg to tam w sklepie nie widziałem (olejowane może by się od kółek uszkodziły).

A co dopiero kobiece szpilki? Alma powinna zakazać wobec tego wchodzenia do sklepów kobietom na obcasach! Taki obcas to dopiero potrafi zniszczyć podłogę!

Dalej czytelniczka zastanawia się, czy może miała za słaby rowerek, który nie pasował wyglądem do tak ekskluzywnego sklepu. - Czy pracownicy ochrony w marketach Almy przeprowadzają selekcję klientów??" - ironizuje. 

Co na to Alma?

Ustami Aleksandry Budzińskiej PR Managera Alma Market przeprasza. - Oczywiście że  rowerek dla malutkiego dziecka powinien być traktowany jak wózek. Niestety pracownik ochrony wykazał się zbyt dużą nadgorliwością - mówi Budzińska.

Znacznie ciekawsze jest jednak dlaczego sieć nie chce wpuszczać do siebie dzieci na rowerkach.
W przepraszającym liście do czytelniczki dyrekcja marketu pisze, że: „Niestety mieliśmy już sytuację , gdzie dziecko na rowerku wjechało w regał z którego spadł słoik, na szczęście nic się nie stało ale maluch się bardzo wystraszył”.

- Całe to zdarzenie niewątpliwie było spowodowane tym, że jest to nowy pracownik ochrony, który podał złą przyczynę zakazu wjazdu na rowerku. Wjazd na takim małym rowerku w żadnym przypadku nie uszkodzi posadzki sklepowej - pisze dyrekcja.

Regulamin sklepu można zobaczyć w każdej Almie w Biurze Obsługi Klienta.
Zgodnie z nim:" Niedozwolone jest poruszanie się na terenie Delikatesów Alma na łyżworolkach, wrotkach lub innym sprzęcie o podobnym charakterze "

- Przy takich  problematycznych  sytuacjach prosimy zgłosić się do pracownika BOK lub poprosić Kierownika zmiany.Pracownik ochrony został pouczony i ponownie  zapoznany z procedurami obowiązującymi w Delikatesach Alma - pisze sieć.

Swoją drogą się zastanawiam jak punkt mówiący o zakazie jazdy na rolkach ma się do dzieci na rowerkach dziecięcych, ale ja czepliwy jestem więc się może nie będę odzywał.

 

14:35, miaczynski
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65