Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
piątek, 29 maja 2015

Od trzech tygodni centrum handlowe M1 w Markach robi promocję w której można dostać za zrobienie zakupów prezent.

Idea jest prosta niczym świński ogon. Za wydane 100 zł w minimum dwóch sklepach przysługuje nagroda trzeciego stopnia, czyli jakieś myszki komputerowe, torby etc.  Takich nagród jest dziesięć. Za zakupy w trzech sklepach za 200 zł można dostać słuchawki czy głośniki. Takich nagród drugiego stopnia jest12.

Wreszcie crème de la crème :zakupy za 350 zł w pięciu sklepach. Za to można dostać osiem nagród pierwszego stopnia, czyli sześć tabletów, kamerkę samochodową i nawigację.

 m1

Nagrody rozdawane są każdego dnia, w sumie 30 sztuk, według zasady kto pierwszy ten lepszy. Wszystkie produkty sa marki Modecom, czyli jeśli chodzi o elektronikę jest to raczej niższa półka.

Tutaj dochodzimy do czytelniczki pani Karoliny, która w M1 znalazła się w minioną środę. Przyjechała zapłacić niemal 15 tys. zł za wczasy dla rodziny.

Ze sprawą uporała się w kilka minut. Było trochę po 8 rano. Czytelniczka pomyślała, że skoro już przepuściła taką gotówkę to chociaż weźmie słuchawki dla syna. Ustawiła się więc w kolejce po „prezenty”. A z każdą chwilą mina jej rzedła.

Pani Karolina zajmowała formalnie pozycję 11 (co gwarantowało jej wspomniane słuchawki).

Na pozycji numer cztery stał na oko 30 letni mężczyzna. Piąta była jego matka, szósta jego ciotka. On przyjechał do centrum o północy. Przespał się w wózku na zakupy.

Do środka M1 wszedł punkt ósma i od razu ustawił się w kolejce. Nagrody wręczano o 12.

Mężczyzna miał listę kolejkową na której byli zapisani pozostali stojący. O godzinie 11 miało być zbiorowe wyczytanie kolejkowiczów (kolejek od 25 lat już nie mamy a zasady rządzące listami zakupowymi jak widać są przekazywane genetycznie). Ci których nie będzie w trakcie odczytywania listy. mieli być z niej skreśleni. Gdzie są? Tak, pani Karolina też zadała sobie to pytanie. To proste. Zmęczyli się oczekiwaniem i aktualnie spali w samochodach.

Uwzględniając listę czytelniczka była pod koniec piątej dziesiątki oczekujących.

Przed panią Karoliną stał również pan z panią. Oni czekali w aucie na parkingu od 22 wieczorem. Jak widzieli że ktoś podchodził pod centrum handlowe od razu mówili że są pierwsi.

Było też małżeństwo po 60. Regulamin mieli rozpracowany. Zgodnie z zasadami promocji można było odebrać jedną nagrodę na tydzień. To im  nie przeszkadzało.

Nagrody zdążyła już odebrać i córka i zięć, dziś przed 12 miała się pojawić czwórka ich sąsiadów. Jak wyznała pani Karolinie kobieta ma dużo wnuków, dla których potrzebuje dużo tabletów.

 A skąd paragony?

Właśnie. Obsługa sklepów w centrum była już nieco poirytowana, bo ciągle ktoś do nich przychodził z pytaniem czy przypadkiem jakiś klient nie zostawił paragonu.

Ochrona z kolei zaczęła pilnować śmietników. Co bardziej przedsiębiorczy uczestnicy grzebali w nich bowiem niezwykle namiętnie.

Od pracowników centrum pani Karolina dowiedziała się też że były już dwie bijatyki przy wręczaniu nagród. Była wzywana policja, bo ochroniarze nie dawali sobie rady. Po trzech godzinach słuchania podobnego rodzaju historii, powiedziała pas.

- Powiem brzydko, czułam się jak w stadzie debili. Jak można bić się i kłócić o tablet za stos złotych z hakiem? - dziwi się czytelniczka.

Kolejka twardo stała dalej.

Jak widać jesteśmy wciąż zwierzętami. Na zakupach kierujemy się instynktem. U mężczyzny działa pierwotny instynkt łowcy, u kobiety instynkt zbieractwa. I często tego sobie nawet nie uświadamiamy. Płaty czołowe naszego mózgu związane z planowaniem, myśleniem, logiką, świadomością i oceną emocji mają "zaledwie" 250 tys. lat. Nieuświadomione reakcje, emocje, instynkty, tzw. układ limbiczny to już 5 mln lat.

Kiedy przychodzi co do czego kierują więc nami emocje. A niech tylko pojawi się w danym miejscu większa grupa osób i towar jest w ograniczonej ilości to od razu uruchamia się w nas poczucie możliwej straty.

I myślimy: MUSZĘ TO MIEĆ.

Podobnego rodzaju reakcje, można było zaobserwować choćby w trakcie bijatyk o promocyjnego karpia w Lidlu czy torebki Wittchena.

I mało kto jest na to odporny. Istnieje spora szansa, że gdybyśmy stali w tej kolejce zachowywalibyśmy się tak samo.

17:43, miaczynski
Link Komentarze (5) »
środa, 27 maja 2015

Kiedy byłem w szkole podstawowej moja pani od polskiego niejaka Misiak, oddając moje wypracowanie mówiła: Miączyński znowu napisałeś o niczym. Co z ciebie wyrośnie?- pytała kręcąc ze zmartwieniem głową.

No właśnie. Jej obawy co przyznaję ze smutkiem się sprawdziły. Proszę mi wybaczyć dziś będzie tekst absolutnie o niczym. A konkretnie o Coli z Biedronki.

cola

Cola Original to jeden z ciekawszych produktów jeśli chodzi o kopie Coca - Coli. Z jednej strony nazywa się Cola z drugiej chwali się, że jest „Original” czyli „oryginalna” co samo w sobie budzi opad szczęki.

Z trzeciej jest to właściwie Hoop Cola, tylko, że robiona na zamówienie „Biedronki”.

Cena tego trunku jest zaiste imponująca: 6 litrów można kupić w promocji za 3,99 zł . Znaczy się taniej niż woda. Mimo, że składa się głównie z wody i cukru.  O tak jak na obrazku poniżej.

1295345328_by_Bartoosh21_600 

Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie kiedy dostałem w sobotę takiego maila:

Biedronka nakazała pracownikom wycofać ze swoich sklepów "cole original". Proszę o sprawdzenie, jakie były powody takiej decyzji z ich strony. Wiarygodne info z dzisiejszego dnia 23.05.2015.

Postanowiłem spełnić życzenie czytelnika.

Co na to Biedronka?

I miał rację! Jak się okazuje butelki Coli Original zachowywały się jak bomby z opóźnionym zapłonem. Mogły w trakcie otwierania eksplodować razem z nakrętką. Był to prawdopodobnie błąd konstrukcyjny opakowań.

 - Sam produkt (napój gazowany Cola Original) był w pełni wartościowy i bezpieczny. Nieprawidłowości pojawiły się w jednostkowych przypadkach i dotyczyły wyłącznie konstrukcji opakowań.

W trosce o bezpieczeństwo naszych klientów, niezwłocznie skontaktowaliśmy się z producentem napoju, aby jak najszybciej wyjaśnić wszystkie okoliczności sprawy. Podjęliśmy także decyzję o natychmiastowym wycofaniu produktu ze sprzedaży i możliwości jego zwrotu przez klientów.

W tej chwili napoje w wadliwych opakowaniach nie są już dostępne w naszych sklepach. Produkty pod marką Cola Original oferowane obecnie w naszej sieci są w pełni bezpieczne - konstrukcja ich opakowań została zmodyfikowana w taki sposób, aby wykluczyć prawdopodobieństwo wystąpienia podobnych zdarzeń w przyszłości - pisze mi Biuro Prasowe Jeronimo Martins, czyli właściciela „Biedronki”.

Wielbiciele Coli Original mogą odetchnąć z ulgą.

17:45, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 maja 2015

Jako żywo cała sytuacja przypomina znane mi z literatury historie z przełomu roku 1946 i 1947, kiedy w sklepach zaczęło brakować wszystkiego. Sklepikarze stanęli nagle przed gigantyczną pokusą: wystarczyło przetrzymać towar przez tydzień, dwa albo trzy, a mocno zyskiwał on na wartości. Nie każdy potrafił się oprzeć.

W rewanżu socjalistyczne władze z furią zaatakowały handlarzy, zarzucając im, że jako klasa społeczna mają naturalną skłonność do przewałek i spekulacji.

Pod naciskiem Hilarego Minca, w tamtym okresie ministra przemysłu i handlu, w czerwcu 1947 r. uchwalono nowe prawo, zgodnie z którym każdy właściciel sklepu mógł być skazany na 5 lat więzienia i 5 milionów grzywny za zbyt wysokie ceny. O tym, czy są one zbyt wysokie, decydowały rzecz jasna władze. Powołano Biuro Cen, które ustalało dopuszczalne marże i ceny maksymalne, oraz Komisję Cennikową, która kontrolowała ich przestrzeganie.

Wprowadzono domiary - specjalne podatki nakładane przez urzędy skarbowe, jeśli udało się ujawnić, że przedsiębiorca ma wyższe dochody, niż zadeklarował.

Wreszcie Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, czyli nowe ramię socjalistycznego państwa, ruszyła do sklepów. Tylko w ciągu pierwszych sześciu tygodni sprawdziła ich ponad 15 tys. Handlarze, którzy wzbudzali podejrzenia, od razu trafiali do obozów pracy. W 1947 r. było tam 4,5 tys. osób. W 1949 - już dwa razy więcej.

I nie żebym kogokolwiek chciał wtrącać do obozu pracy czy powoływać jakieś komisje (dużo ich ostatnio było), ale spekulantów jak się okazuje ciągle mamy.

Spekulują na niemowlakach

W kwietniu był pożar w holenderskiej fabryce NUTRICIA produkującej mleko w proszku Bebilonpepti 1 DHA oraz Bebilon pepti 2 DHA w proszku. To produkty dla niemowląt mających alergię.

- Jestem mamą maluszka który ze względów zdrowotnych powinien pić preparat mleko zastępczy na receptę. Z powodu pożaru w fabryce mleko nie było produkowane a więc nie było dostaw i na dzień dzisiejszy mleka w aptekach nie ma. Czekamy niecierpliwie na dostawy karmiąc dziecko resztkami – pisze do mnie pani Sylwia.

Pierwszy transport mleka trafił z końcem maja.

Jego dystrybucja wciąż jednak w niektórych regionach kraju kuleje. Poza Allegro, gdzie można je kupić bez problemu. 

- Ktoś wyczuł dobra okazję do zarobienia na biednych chorych dzieciach bo ceny są kosmiczne. Preparat z recepta kosztuje 10.49, bez ok.  34 zł.  A tu proszę nawet 60 zł za szt. Serwis nic z tym nie robi – komentuje rozgoryczona czytelniczka.

I pisze dalej, że sprzedawcy często tłumaczą, że mleko zostało im po dziecku. 

beb

- Ulubione moje ogłoszenie to 15 puszek sprzedawane bo dziecku mleko nie podpasowało. Mnie lekarz na próbę przepisał 1 szt.  Nie 15. To wszystko jest chore. Gdyby te ilości zostały w aptekach to pewnie pomogłyby niejednemu dziecku. A tak ktoś na tym nieźle zarobi – konkluduje czytelniczka.

Spekulować na matkach niemowlaków, które dla swoich dzieci zrobią wszystko?

Ała. To strasznie słabe.

Jak się dowiedziałem w firmie NUTRICIA fabryka po czterech tygodniach ograniczania produkcji teraz pracuje już na 100 proc.

- Dostępność produktu będzie zwiększać się stopniowo w poszczególnych regionach kraju – twierdzi Małgorzata Kołodrub reprezentująca koncern.

Kiedy skończą się problemy z zaopatrzeniem? Tego jednak Kołodrub nie jest w stanie precyzyjnie określić. 

Zamiennikiem Bebilonpepti  jest Nutramigen. 

09:27, miaczynski
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 maja 2015

27 marca w bliżej nieznanych okolicznościach pękł fiszbin w staniku pani Jolanty. Pani Jolanta stwierdziła, że coś trzeba z tym zrobić. To „coś” objęło wysłanie maila do biura KappAhl, (to ten sklep sprzedał jej stanik), ustalenie procedury reklamacyjnej, a następnie zaniesienie towaru do sklepu.

Nie miała co prawda paragonu, ale przecież paragon nie jest potrzebny. Prawda? Poza tym za zakupy jej mąż płacił kartą.

KappAhl?  Odpowiedział krótko: NIE.

A tak bardziej konkretnie to wysmażył takie pismo:

IMG_20150410_150106_1_1

Tu je twórczo streszczę: reklamacja jest odrzucona, bo klient nie przedstawił paragonu, a klient bez paragonu jest klientem awanturującym się (to widać ten sam typ co ci bez krawata) i takim się reklamacji nie uwzględnia.

Mąż pani Jolanty pan Dariusz, przetarł z niedowierzaniem oczy a następnie odpowiedział KappAhl mailem. W którym nieco zdziwiony poprosił o wyjaśnienie sytuacji.

I zaznaczył:

„Przedstawiłem  wydruk potwierdzenia zakupy kartą w waszym sklepie, w dniu kupiłem kilka pozycji, na potwierdzeni zakupu był podany numer paragonu z waszego systemu dlaczego personel nie potrafi tak prostej czynności dokonać. W innych sklepach nie jest problemem dokonywać reklamacji  za pomocą potwierdzenia z karty.“

Jak widać w  KappAhl mają jednak inne procedury, bo sieć odpowiedziała mu tak:

„W dniu 15 kwietnia 2015 09:09 użytkownik Biuro KappAhl <Biuro@kappahl.com> napisał:

Szanowna Panie,

W odpowiedzi na Pana maila z dnia 10 kwietnia br., chcielibyśmy poinformować, iż zgodnie z art. 6 ustaw z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks cywilny (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93), który brzmi: „Ciężar udowodnienia faktu spoczywa na osobie, która z faktu tego wywodzi skutki prawne”, to do konsumenta należy obowiązek potwierdzenia danej transakcji, jeśli składa w związku z nią reklamację. Oznacza to, iż to konsument musi udowodnić sprzedawcy, że (1) dany towar został zakupiony właśnie (2) u tego sprzedawcy,(3) kiedy to miało miejsce oraz (4) za jaką kwotę.

Bez przedstawienia dowodu zakupu nie jest możliwe ustalenie daty zakupu, od której to uzależnia się bieg terminów, o których mowa w ustawie z dnia 27 lipca 2002 roku o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie kodeksu cywilnego (Dz. U. nr 141 poz. 1176 ze zm.); niemożliwe jest także jednoznaczne określenie sprzedawcy oraz samego przedmiotu zakupu i faktycznej kwoty, którą za towar zapłacił konsument.

Wydruk bankowy nie zawiera opisu produktu/produktów, nie mamy, więc możliwości by stwierdzić, czy, kiedy i za jaką kwotę, dany produkt został zakupiony, oraz czy przedstawiona kwota transakcji dotyczy jednego czy też kilku produktów zakupionych jednocześnie. Na tej podstawie uznajemy, że klient nie udowodnił skutecznie faktu zakupu danego produktu, a przedstawiony wyciąg z karty jest niewystarczający nie ze względów formalnych, ale praktycznych.

Biorąc pod uwagę powyższą argumentację, nie widzimy podstaw do weryfikacji naszego stanowiska.

Z poważaniem,

Biuro głowne
Firma nagrodzona tytułem Superbrands Polska 2013/14”.

Pan Dariusz oczywiście odpisał, że ustawa z 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz odpowiedzialności za produkt niebezpieczny (Dz. U. 2000 Nr 22, poz. 271) nie uzależnia od przedstawienia paragonu realizacji uprawień konsumenckich. Ponadto art. 11 ustawy o sprzedaży konsumenckiej przewiduje, że sprzedawca nie może uciec od odpowiedzialności w przypadku towaru niezgodnego  z umową.

Ale było to wołanie na puszczy, równie produktywne jak dajmy na to przekonywanie polityków, aby skupili się na konkretach.

Firma strzeliła focha i zamknęła się w sobie. Licząc najprawdopodobniej na to, że panu Dariuszowi nie będzie się chciało kontynuować tematu.

Oczywiście działanie ze strony sklepu jest zwykłą złośliwością obliczoną na to, że klientowi nie będzie się chciało dalej nic z tym robić.

Sklep powołuje się tutaj na art. 6 kodeksu cywilnego. Zgodnie z nim Ciężar udowodnienia faktu spoczywa na osobie, która z faktu tego wywodzi skutki prawne.”

Znaczy się skoro pan Dariusz się upiera, że kupił stanik w tym sklepie, to niech to udowodni .A że w odpowiedzi na pismo reklamacyjne firma znała nawet numer produktu? Oj tam, nie czepiajmy się szczegółów.

Swoją drogą stanik wygląda na stronie sieci tak (wyszukałem go po numerze wpisanym w odpowiedzi na pismo pana Dariusza). kapp

A co z tym paragonem?

Paragon – nie jest w jednak w takiej sytuacji absolutnie do niczego potrzebny. Żaden przepis ustawy konsumenckiej o nim  nie wspomina (tutaj dodam, że stanik został kupiony przed 25 grudnia tego roku, czyli jeszcze na podstawie starych przepisów).

Ba, zapis o wymaganiu paragonu przy reklamacji został wpisany na listę klauzul niedozwolonych przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Znajdą to państwo tu (choć w tym przypadku chodziło o sklep internetowy).

Zamiast paragonu zgodnie ze stanowiskiem UOKiK wystarczy wydruk potwierdzenia z karty czy nawet zeznanie świadków (a nawet oświadczenie pana Dariusza).

I ja nawet rozumiem, że dla sklepu jest to kłopot z przyczyn księgowych. Ale proszę mi uwierzyć podobnego rodzaju załatwianie reklamacji długoterminowo się zwyczajnie nie opłaca.

Handel to prosty biznes. Najcenniejszą rzeczą, która sklep posiada nie jest towar, ale klient do niego regularnie powraca.

Jak na razie czytelnik poprosił o interwencję miejskiego rzecznika praw konsumentów. Nie wyklucza też oddania sprawy do sądu.

11:11, miaczynski
Link Komentarze (30) »
środa, 13 maja 2015

Taryfa nocna to taka ciekawa propozycja ze strony zakładów energetycznych, dzięki której prąd możemy mieć sporo taniej.

Idea tego rozwiązania polega jednak na tym, że korzystamy z energii elektrycznej nie wtedy kiedy nam się chce, ale kiedy to się opłaca zakładowi energetycznemu. Pory te poetycko nazywane są dolinami.

I tak tzw. dolina nocna ze zniżkowymi stawkami obowiązuje między 22 a 6 rano a dolina dzienna między 13 a 15 (żeby nie było zbyt łatwo czasami też obowiązuje przez całe weekendy).

W praktyce oznacza to, że zmywarkę/pralkę włączamy po 22, albo np. przed obiadem. Dlaczego tak? Po prostu wtedy najmniejsze jest zapotrzebowanie na energię, zakłady energetyczne starają więc nas jakoś skusić abyśmy zużywali ją akurat wtedy.

Ile można na tym zarobić?

To już zależy od naszego trybu życia. Z całą pewnością nie jest to propozycja dla każdego. Pan Marcin mający, zdecydował się na taką zmianę mimo, że wszyscy znajomi mu to odradzali, argumentując, że i tak najwięcej prądu w domu zużywa lodówka, która pracuje cały czas.

Jak się okazało pan Marcin - mieszkający w domu pod Wrocławiem - ściął rachunek za prąd z 400 zł miesięcznie do niecałych 300 zł miesięcznie.

Wymagało to sporych zmian wśród domowników (wcale nie było łatwo zapamiętać, że nie włącza się wszystkiego kiedy chce, jak do tej pory). Pomogło też to że rodzina pana Marcina nie ma telewizora a jego żona pracuje w domu - może więc korzystać z okienka 13 - 15.

Nocna taryfa może też być ciekawą oferta dla osób, które ogrzewają się prądem, zapracowanych singli, bądź par, które w domu spędzają mało czasu i raczej tam tylko nocują.

Uwaga na haczyk

Na podobnego rodzaju wędrówkę dolinami w sieci Energa zdecydował się też w lutym tego roku pan Piotr. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że... źle wybrał taryfę.

Zamiast nocnej z tanimi weekendami (czyli tani prąd jest głównie nocą i w sobotę/niedzielę) wybrał taryfę nocną stałą (tani prąd jest głównie nocą, bez weekendów). A że w weekendy prądu raczej sporo zużywa, zmiana wiązałaby się dla niego z wyższymi niż do tej pory rachunkami.

Pan Piotr żył przy tym przez dłuższy czas w błogiej nieświadomości.

- Gdy kliknąłem na wybór taryfy dostałem na maila prośbę o potwierdzenie. Potwierdziłem i dostałem potwierdzenie, że zamówienie zostało "przyjęte/zrealizowane" - opisuje nam pan Piotr.

Zarzeka się, że w żadnym z tych maili nie dostał informacji jaka taryfa teraz obowiązuje i od kiedy. W mailu potwierdzającym zawarcie umowy (nie wiadomo jakiej) dostał za to wzór odstąpienia od niej i spis praw jakie mu przysługują.

- Na stronie EBOK w zakładce gdzie jest pokazana moja taryfa cały czas pojawiała się informacja, że korzystam ze starej taryfy. Miało to miejsce 11 lutego 2015 - opisuje nam pan Piotr.  
Informacja o starej taryfie wisiała sobie na jego koncie do 12 marca. Dlaczego do 12 marca? Bo tego dnia pan Piotr dostał list z którego dowiedział się, że popełnił błąd.

Niestety, minęło już wtedy już 14 dni na rozwiązanie umowy. - Jako, że pomyłki się zdarzają, a zmiana taryfy dla tak dużego operatora nie powinna być żadnym problemem, pomyślałem, że jak ładnie poproszę to przecież zrozumieją pomyłkę i pomogą mi sprawę odkręcić. Niestety dostałem odpowiedź, że "W odpowiedzi informuję, że kolejnej zmiany grupy taryfowej można dokonać po upłynięciu 12-tu miesięcy od ostatniej zmiany." - pisze nam zaskoczony pan Piotr.

Czytelnik się nie poddał i napisał jeszcze raz, argumentując że bardzo mu zależy, że jest długoletnim klientem i że mogliby mu pójść na rękę. I tutaj podkreślił to co opisaliśmy wyżej, czyli że nie dostał potwierdzenia rodzaju wybranej taryfy na maila, ani że nie zmieniono jej na jego koncie abonenckim dostępnym w internecie.

Panu Piotrowi śpieszyło się aby odkręcić sprawę, słał więc do swojego dostawcy maile z prośbami o szybką odpowiedź. Firmie Enerdze się nie spieszyło więc każdego maila rejestrowano jako nowe zgłoszenie. I za każdym razem odsyłano mu uprzejmą wiadomość, że komórki wewnętrzne nad sprawą pracują. 

Wtem, czyli już 29 kwietnia (grubo po miesiącu od pierwszego maila) dostał ostateczną odpowiedź na swoje argumenty. Dość krótką: "Szanowny Panie, dziękuję za zgłoszenie. W odpowiedzi informuję, że kolejna zmiana grupy taryfowej będzie możliwa po roku."

- Czas oczekiwania na odpowiedź z "komórek" mających szczegółowo i rzetelnie rozpatrzyć sprawę jest porażający. Bardzo mnie też zasmuca fakt, że nie można naprawić pomyłki w sposób prosty - konkluduje czytelnik.

Energa po moim mailu zmieni jednak czytelnikowi taryfę na weekendową. - Pracownicy firmy rozmawiali już z klientem i uzgodnili w jaki sposób taryfa zostanie zmieniona - pisze Jakub Dusza zbiura prasowego Grupy Energa.

Raz na 12 miesięcy

A dlaczego zmiany taryfy można dokonać tylko raz na 12 miesięcy?

Jak się okazuje nie jest to wymysł firmy energetycznej. Wynika on wprost z rozporządzenia Ministra Gospodarki z 18/08/2011 (rozdział 2 paragraf 7.3). - Rozporządzenie stanowi, że zmiana taryfy jest możliwa nieczęściej niż raz na 12 miesięcy chyba, że nastąpiła zmiana stawek. Wówczas zmiany można dokonać w okresie 60 dni od czasu wejścia w życie nowych stawek - twierdzi Dusza.

energa

[Przy powstaniu tego wpisu kontrybuował Leszek Kostrzewski]

16:56, miaczynski
Link Komentarze (6) »
piątek, 08 maja 2015

- Witam Panie Piotrze. Chciałbym prosić Pana o interwencję, nagłośnienie moje walki z firmą Sony Mobile. Jestem posiadaczem telefonu Sony Xperia Z1 - pisze do mnie pan Hubert.

Sony Xperia Z1 wygląda tak:

xperiaZ1herowhite1240x840f9b9916d16a90faba4e6e2fc3de5e2891

Fot. Sony

To duży telefon z wyglądu przypominający cegłę, ale mający bardzo dobry stosunek jakość - cena. Przy czym z niektórymi egzemplarzami bywają pewne problemy.

- Mój telefon 4 razy wędrował do serwisu gwarancyjnego, każda z nich była nieskuteczna. Po kilku moich interwencjach w końcu wymieniono mi telefon na nowy, ale.... nie udzielono nowej, pełnej gwarancji tylko pozostawiono stary okres jej obowiązywania - pisze czytelnik.

Jak stwierdziła firma Sony: zgodnie z warunkami Ograniczonej Gwarancji Sony, "(...) w przypadku naprawy lub wymiany Produktu udziela się gwarancji na pozostały czas pierwotnego okresu gwarancyjnego lub na okres dziewięćdziesięciu (90) dni od daty naprawy, w zależności od tego, który z tych dwóch okresów będzie dłuższy (...)".

To zaś zdaniem czytelnika jest niezgodne z polskim prawem, a dokładnie art 581 paragraf 1 kodeksu cywilnego.

"Art. 581. § 1. Jeżeli w wykonaniu swoich obowiązków gwarant dostarczył uprawnionemu z gwarancji zamiast rzeczy wadliwej rzecz wolną od wad albo dokonał istotnych napraw rzeczy objętej gwarancją, termin gwarancji biegnie na nowo od chwili dostarczenia rzeczy wolnej od wad lub zwrócenia rzeczy naprawionej. Jeżeli gwarant wymienił część rzeczy, przepis powyższy stosuje się odpowiednio do części wymienionej."

- Proszę zatem o udzielenie mi nowej, 24-miesięcznej gwarancji na wymieniony sprzęt (liczonej od daty dostarczenia wymienionego sprzętu, czyli od 22.04.2015) - konkluduje pan Hubert.

Jak to więc jest z tą gwarancją?

Od kiedy ją się liczy? UOKiK twierdzi na swoich stronach że "Jeżeli gwarant wymienił wadliwy produkt na nowy lub dokonał istotnych napraw, termin gwarancji biegnie od nowa od momentu dostarczenia klientowi wymienionej lub naprawionej rzeczy."

Ale tutaj jest jeden haczyk. I ten haczyk wykorzystało Sony nabijając nań pana Huberta. Jaki? A tego już się dowiedziałem prosząc firmę o komentarz.

“Zmiany w kodeksie cywilnym dotyczą urządzeń zakupionych po 23.12.2014 i faktycznie wydając nowe urządzenie zobligowani jesteśmy do odnowienia gwarancji. Natomiast wspomniane urządzenia zostało zakupione jeszcze przed wprowadzeniem nowelizacji ustawy i zgodnie z naszą interpretacją ustawy o specjalnych warunkach sprzedaży konsumenckiej z dnia 27 lipca 2002 r przy sprzedaży konsumenckiej (tj. dla klienta indywidualnego) zapisy z art. 581 kodeksu cywilnego są wyłączone. Tym samym stosuje się zapisy warunków karty gwarancyjnej które są jednostronnym oświadczeniem woli producenta.”

Tak napisał mi Jacek Babut szef Customer Service w Sony Mobile Polska.

Natomiast jeżeli Klient zakupił urządzenie „na firmę” gwarancja biegnie na nowo wg art.581 kodeksu cywilnego. Warto to zapamiętać bo podobnego rodzaju zasada obowiązuje przy reklamacji wszystkich produktów a nie tylko telefonów. 

Proszę też pamiętać, że gwarancja jest dobrowolnym świadczeniem producenta. Może, ale nie musi jej oferować. Czasami korzystniej jest powołać się na niezgodność towaru z umową.

18:26, miaczynski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 04 maja 2015

Generalnie rzecz biorąc gdybyśmy poszli do spożywczaka i ktoś nam usiłował sprzedać kawałek sera w rozpakowanym opakowaniu na którym na dodatek widać byłoby ślad cudzych zębów, to byśmy się raczej oburzyli.

A w naszych sklepach z elektroniką podobnego rodzaju cuda są na porządku dziennym.

Ot, czytelnik pan Maciej poszedł do sklepu RTV Euro Agd. Nie do lumpeksu, nie sklepu wyprzedającego towary używane. Do normalnego salonu z elektroniką.

Kupił tam nawigację GPS. A jeszcze konkretniej zamówił na stronie internetowej sieci urządzenie z odbiorem osobistym w sklepie.

W trakcie odbioru nie przyglądał się w sklepie zbyt intensywnie opakowaniu, bo tak będąc zupełnie szczerym to identyczną nawigację już miał.  Tyle, że niestety wypadła ona z ręki jego żonie. Ekran się zbił, co nieco korzystanie z niej utrudniało, jeśli nie uniemożliwiało.

- Sprzedawca sprawdził tylko czy w środku są wszystkie części. Po powrocie do domu otworzyłem sobie piwko i z ciekawości zacząłem oglądać pudełko. Szczęka mi na podłogę spadła – pisze mi pan Maciej 

Co go tak oburzyło?

Ano to:

rtv

rtv2

Sprzęt który kupił zgodnie z naklejką na opakowaniu był ewidentnie sprzętem drugiej świeżości. Może prawie nowy, może Niemiec płakał jak sprzedawał i do granicy gonił, bo się rozmyślił, ale jednak używany.

Był swoją drogą kiedyś w Polsce za czasów realnego socjalizmu towar drugiej jakości. Ewidentnie ktoś sięgnął do tej pięknej tradycji.

- Porównałem z numerem z urządzenia ­ wszystko się zgadza. Kupiłem sprzęt, który najpewniej ktoś wcześniej oddał jako niedziałający – relacjonuje czytelnik.

W sklepie zachowano się przyzwoicie.

- Trafiłem na kierownika sprzedaży. Zrobił wielkie oczy, przeprosił, zapytał czy zaakceptuje obniżkę ceny, ale jak sam po chwili przyznał byłaby ona niewielka bo towar i tak był relatywnie tani. Wymienił mi od ręki na nowy – opowiada pan Maciej.

Według kierownika po prostu magazyn popełnił błąd.

I wszystko byłoby ok. gdyby był to incydent. Ale podobnego rodzaju przypadków jest coraz więcej. Zgłaszają się do mnie zdziwione osoby, które w sklepie (mam na myśli całą branżę elektromarketów) kupiły np. tablet albo laptop, który miał być nowy. A w domu ze zdumieniem dostrzegały, że na sprzęcie jest zainstalowane... konto poprzedniego właściciela.

Jak to się dzieje? To banalnie proste. Część elektromarketów wprowadza z powrotem do sprzedaży towar zwrócony przez klienta (bo np. mu się nie podobał). Oczywiście powinien być, i to dwukrotnie, obejrzany przez dwóch różnych pracowników (serwisu oraz konkretnego działu), czy aby na pewno znajduje się w stanie fabrycznym.

Towar uszkodzony, zarysowany itp. powinien zostać naprawiony i wystawiony na wyprzedaży czy promocji ze stosowną etykietą.

Ale ponieważ rynek elektroniki użytkowej jest ­ delikatnie mówiąc ­ trudny (od kilku lat Polacy niezwykle niechętnie wymieniają sprzęt na nowy), a marże niskie (sklepy toczą wyniszczający bój, producenci również), teoria swoje, a praktyka swoje.

Tajemnicą poliszynela jest również to, że czasami pracownikom sklepów z elektroniką zdarza się korzystać prywatnie ze sprzedawanego sprzętu, choćby z nawigacji.

Nie ma nic złego w sprzedawaniu używanej elektroniki. 

Oczywiście są pewne kategorie produktów, które opłaca się w ten sposób kupić mniej albo bardziej (laptop wystawowy  czy telewizor wystawowy pracujący po 12 godzin dziennie przecz rok jest raczej mocno wyeksplatowany, ale sprzęt agd – czemu nie?).

Warunek jest jeden: klient musi wiedzieć, że kupuje produkt drugiej świeżości, klient musi też wiedzieć że kupuje produkt naprawiany.

W innym przypadku jest to towar niezgodny z umową i wprowadzanie ludzi w błąd.

A jak zmniejszyć ryzyko wpadki? Lepiej w sklepach nie kupować ostatnich egzemplarzy. Natomiast produkt powinien być w pudełku, które wygląda na nieotwierane (szczelnie zapakowane, w firmowe folie i nieprzerwane naklejki producenta). Oczywiście całe opakowanie nie gwarantuje niczego na 100 proc.

Radziłbym również z dużą ostrożnością traktować różnego rodzaju „super” oferty na Allegro. Jeśli sprzęt sprzedany jest o kilkadziesiąt procent taniej niż w sklepie internetowym, to niemal na pewno jest "refurbished". Co to znaczy? Sprzedawca opisuje go jako nowy, a w rzeczywistości jest to towar np. zwrócony przez klienta i naprawiany, następnie ze stosowną adnotacją wprowadzony ponownie do sprzedaży. Może to też być sprzęt z ekspozycji z innego kraju Unii.

Sprzedawca często nie ma do niego oryginalnego pudełka albo sprzedaje go już w otwartym opakowaniu (oczywiście, jak zapewnia, otworzył je tylko dla sprawdzenia, czy towar jest cały).

Wszystko po to, aby cena była jak najniższa.

14:04, miaczynski
Link Komentarze (12) »
sobota, 02 maja 2015

Powiem szczerze wydawało mi się, ze podobnego rodzaju wałki są tak stare, i tak banalne, że prawie nikt się na to nie nabiera. Nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni byłem jednak w błędzie.

Namiar na tę stronę dostałem od państwa mailem.  Nieznany autor/autorzy przekonuje na niej, że jest w stanie dokonać niemożliwego. Innymi słowy podać online liczbę punktów karnych danego kierowcy. Aby się tego dowiedzieć trzeba „tylko” wpisać swój numer PESEL.

Zrzut_ekranu_20150501_o_11.58.12

Później sytuacja się oczywiście komplikuje. Okazuje, się że dodatkowo należy wysłać SMS aby otrzymać „kod dostępu”. I co? SMS jest ultra premium, kosztuje 25 zł plus VAT. Oczywiście, jeśli ktoś ma  złudzenia że dostanie w zamian prawdziwą informację to wykazuje się daleko idącą naiwnością. 

To wałek, a przeczytać o tym można w regulaminie świadczenia usługi.

Serwis ilepunktówkarnych.pl ma na celu rozpropagowanie wiedzy dotyczącej sposobów uzyskiwania/unikania punktów karnych. Sposobach uzyskania informacji o ilości punktów karnych zebranych przez użytkownika pojazdu.”

Ba serwis troszczy się o nas podwójnie:

 „Dodatkową funkcją serwisu jest uświadomienie internatom wagi wczytywania się w niuanse i zawiłości znajdujące się w regulaminach oraz rodzących się z nich konsekwencji.”

I najważniejsze:

Użytkownik nie ma prawa do żądania zwrotów kosztów za uzyskanie kodu dostępu.”

Podobnego rodzaju serwisów jest sporo. Chodzi o różnego rodzaju testy miłości, lokalizowanie po numerze drugiego telefonu, petycje o przyjazdy gwiazd popu itp. Była nawet, co  zakrawa na totalne zezwierzęcenie, zaraz po śmierci aktorki Anny Przybylskiej strona na której nieznani autorzy proponowali  obejrzenie filmu "Ostatnie pożegnanie", na którym miała się żegnać z fanami. Nie muszę dodawać, że żadnego filmu tam nie było. Była za to a i owszem płatność sms.

Czy jest to oszustwo?

Czy osoba, która wyda blisko 30 zł na takiego sms’a została wprowadzona w błąd czy jest sama sobie winna? W końcu gdyby przeczytała regulamin, na niemal 100 proc. nic by nie wysłała.

Ten trik (czy może kant?) bazuje na naszym lenistwie. Bo niech podniosą do góry ręce osoby, które za każdym razem czytają regulaminy. Gwarantuję, że nie będzie ich dużo. Konsument owszem powinien być chroniony, ale czy powinniśmy chronić go również przed własną głupotą?

W orzecznictwie sądowym w końcu często mówi się o racjonalnym konsumencie. Racjonalnym, czyli takim który jednak powinien uważać co robi.

Z drugiej strony witryna ilepunktówkarnych.pl na swojej głównej stronie wyraźnie obiecuje coś innego niż daje w rzeczywistości. Zgodnie z nową ustawą o prawach konsumenta podobnego rodzaju wprowadzająca w błąd „reklama” jest zakazana.

Dostęp on-line będzie. Albo nie 

Inną sprawą jest kwestia indolencji państwa w zakresie systemu sprawdzania punktów karnych. Jeśli ktoś się chce tego dowiedzieć musi iść na posterunek.

Ponoć już niedługo będzie można to sprawdzić on-line.  Pracę nad nowelizacją ustawy o ruchu drogowym rozpoczęto w połowie ubiegłego roku. Już (to ironia) w połowie lutego obecnego roku Rada Ministrów przyjęła projekt założeń ustawy.

Zgodnie z nimi zmiana miałaby wejść w życie od 2016 roku.

Powiem szczerze, uwierzę jak zobaczę. Czekają nas wybory parlamentarne a to jakoś nie sprzyja zbyt intensywnym pracom.

Dostęp do punktów karnych on-line - to może drobnostka. Ale z punktu widzenia  milionów kierowców w tym kraju spore udogodnienie. Specjaliści od wałków to wiedzą, może czas aby ta wiedza doszła też do posłów.

10:24, miaczynski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 30 kwietnia 2015

Państwo wybaczą, że na to pytanie odpowiem dopiero na końcu tego tekstu. Żeby jednak nieco podnieść napięcie dodam, że jest ono ostatnio jednym z najczęściej wpisywanych do wyszukiwarki googla.

Rossmann kontrolowany przez giganta z Hongkongu Hutchison Whampoa Limited to - rynkowy lider. Jest tak silny w swojej kategorii, że bezkarnie może skakać po pagonach nawet Biedronce, o Lidlu nie wspominając.

Siłę daje mu ponad tysiąc drogerii, ich obroty za ubiegły rok to 6,43 mld. zł oraz 26 proc.!!!! (tak to nie pomyłka, udział w rynku chemiczno - kosmetycznym). 

Zazwyczaj na sieciach tego pokroju (znaczy się rynkowych dominatorów) wiesza się psy. Proszę spojrzeć choćby na przykład Empiku, który odsądzany jest od czci i wiary. Tu jednak jest cisza jak na pogrzebie organisty. Rossmann po prostu płaci dostawcom, płaci pracownikom (więcej niż rynkowa średnia) a medialnie aktywny jest mało.

Powiedzieć, jednak o tej sieci że jest niegroźna i miła, to trochę tak jakby twierdzić, że tygrys jest niegroźny, bo ma takie ładne i miękkie futerko. Ale niech jakiś producent ośmieli się dać super ofertę na swoje produkty dyskontom. Przyjdą do niego sprzedawcy Rossmanna i zażądają takich samych albo niższych cen dla siebie.

A producenci coraz bardziej od Rossmanna uzależniają, bo niektórzy sprzedają tu 40 proc. swojej produkcji i więcej.

Gazetki coraz grubsze

Drogerie to sklepy, które nastawione są przede wszystkim na kobiety. To 90 proc. i więcej ich klientów. A kobiety uwielbiają kupować w promocjach. I uwielbiają nowości.

Jak im się jedne i drugie prezentuje? W gazetkach reklamowych. Te zaś zbadał instytut badawczy ABR SESTA. Gazetek najwięcej wypuszcza sieć Hebe w ubiegłym roku - 63. Rossmann wydał ich - 35 a Super-Pharm - 38.

Prasy drukarskie mają co robić. Sieci z roku na rok nie tylko zwiększają częstotliwość wypuszczania takich reklamówek, ale i ich objętość.

Przeciętna gazetka Rossmanna miała w 2013 roku 46,9 strony a w 2014 już 58,6 strony. Hebe 25.4 w 2013 i 30,2 w ubiegłym roku. To co jest w środku pokazuje z kolei jaka jest polityka biznesowa poszczególnych sieci.

Zrzut_ekranu_20150430_o_11.25.39

Rossmann ograniczył w porównaniu z 2013 promocję artykułów dla dzieci - ich udział w gazetkach reklamowych w ubiegłym roku spadł z 8 do 7 proc. ograniczył promocje detergentów z 8 proc. do 6 proc. zredukował też miejsce w gazetkach leków OTC z 6 proc. do 4 proc.

Co wobec tego zwiększył? Swój podstawowy biznes czyli segment uroda/pielęgnacja osobista/ higiena. Rynek widać się zmienia, konkurencja się zaostrza.

Zwłaszcza, że spory apetyt na sukces ma wspomniany przed momentem właściciel Biedronki, czyli Jernimo Martins i jego sieć Hebe (swoją drogą do rozkręcania tej sieci w pierwszym okresie zatrudniono byłych pracowników Rossmanna). A Hebe w gazetkach promuje głównie kategorię uroda/pielęgnacja osobista/ higiena.

Przychody  tej sieci to aktualnie ok. 100 mln euro, mają ok 120 placówek. I – to moja subiektywna opinia – sklepy Hebe bardziej się kobietom podobają niż Rossmanny.

Z drugiej strony widać u całej branży próby wychodzenia poza stały asortyment drogerii. Na fali tego trendu w drogeriach można już kupić wina, kabanosy, suszone owoce, ziarna słonecznika itp. (to wszystko Rossmann), tekstylia i agd (Rossmann i Hebe) oraz Elektro/RTV/AGD (Douglas).

Jakie RTV i AGD sprzedaje Douglas?

Też zadałem sobie to pytanie. Chodzi o dość wysoko wyspecjalizowane i drogie produkty do pielęgnacji np. depilator laserowy, urządzenia do mikrodermabrazji (oczyszczanie skóry), szczoteczkę do oczyszczania twarzy czy… aparat fotograficzny (w stylu retro retro). Ceny? Od 400 zł do nawet ponad 2 tys. zł.  

Zrzut_ekranu_20150430_o_11.26.08 

No ale skoro perfumy mogą kosztować w Douglasie i 500 zł za butelkę to co komu szkodzi dorzucić do tego depilator laserowy?

I obiecana promocja

A co jest teraz w promocji w Rossmannie? Sieć  prowadzi akcję minus 49 proc. na wszystkie tusze do rzęs, cienie do powiek, kredki do oczu i eyelinery.

Mnie jednak zaskoczyło coś innego. Do Rossmannów wprowadzono właśnie serię ubrań sportowych do biegania czy na fitness.

Ceny – ot z tego co zdążyłem się przyjrzeć ok. 30 zł. Jakość? Tak trochę poniżej tych 30 zł. Kiedy oglądałem te produkty przypomniał mi się początek lat 90.

W przypadku podobnego rodzaju „dyskontowej promocji” zawsze pada pytanie: czym podobnego rodzaju rzeczy różnią się od produktów markowych?

A czy dajmy na to buty za 59 zł z Lidla to to samo co New Balance za 359,99 zł?  I jedna i druga frakcja będzie miała swoich zwolenników, bo po cóż przepłacać, prawda.

W końcu ubrania/buty są zamawiane w tych samych fabrykach, tylko się na nich etykiety zmienia. Tutaj rozczaruję co poniektórych, ale te rzeczy mimo czasami fizycznych podobieństw nie są takie same.

To czy w np. butach drogich biega się lepiej niż w butach tanich, zostawię specjalistom of biegania (z tego co widziałem, twierdzą, że dla początkujących różnica i tak będzie niewielka, ta pojawia się dopiero jak ktoś wybiega te kilka tysięcy kilometrów).

Mniej więcej za to się orientuję jak wygląda procedura zamawiania przez różne firmy towaru w Chinach. Chińczycy są w stanie zrobić towar z różnych półek cenowych. Używając do tego absolutnie różnych materiałów.

Jak mają być buty za równowartość złotych polskich 10 czy 15 to je zrobią (marże, cła itp. oczywiście ich cenę docelową podniosą).

Jak mają zrobić buty za 60 czy 80 zł para to też je zrobią. Tyle, że będą to zupełnie inne buty.

Oczywiście Chińczycy też mają odpady produkcyjne. Dajmy na to jeśli chciałby sprzedawać w dyskoncie tanie portfele skórzane z logo dobrej marki, kupiłbym spady, które nie przeszły kontroli jakości np. kontrolerów od Calvina Kleina i dał na to swoje logo.

Będzie tanio. Czy to jednak będą te same portfele co od Kleina? Nie. 

PS. Oczywiście w chińskich fabrykach występuje też zjawisko drugiej zmiany, kiedy wpierw robi się produkty markowe na zamówienie klienta a później już na „drugiej zmianie” to samo, ale nielegalnie. Ale to już zupełnie inna historia.  

16:39, miaczynski
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 kwietnia 2015

Pani Joanna kupiła dezodorant. Wiem, są wydarzenia o zdecydowanie większym ciężarze gatunkowym, ale to jeszcze nie to, chwila cierpliwości.

Pani Joanna kupiła dezodorant i używała go przez kilka tygodni. To ciągle nie to.

Aż wtem!

- Dzisiaj się mu przyjrzałam wnikliwiej, żeby zobaczyć co wymyślają tuzy marketingu firmy Henkel i zobaczyłam w kilku miejscach oznaczenie "96h". Powiem szczerze, że jakoś dramatycznie potliwa to ja nie jestem, ale wspomnianego produktu po jednorazowej aplikacji wystarcza mi na - zazwyczaj - dzień roboczy + wieczór. Ni chybi kilkanaście, a nie 96 godzin. Jako konsumentka poczułam się wprowadzona w błąd i nawet napisałam maila z zapytaniem do firmy Henkel. Na pewno odpowiedzi nie doczekam i nie ruszałabym sprawy, gdyby nie fakt, że "96h" wydało mi się absurdalne - pisze zirytowana czytelniczka.

I tłumaczy

- Proszę sobie wyobrazić jak oni to mierzyli! Dezodorant zwie się "FA Sport Ultimate Dry 96h" i już widzę rzeszę testerek na bieżniach na siłowni, którym zabroniono się myć przez 4 doby...smród na kilometry, higiena z czasów przedkopernikowskich, słowem - masakra. Czy takie bzdury to w ogóle można pisać na opakowaniach? PS. koleżanka sugeruje, że te "96h" to może być z innego pomiaru, np. tyle godzin miesięcznie prezes firmy gra w golfa. może i tak" - relacjonuje pani Joanna. 

fa2

Pod tym względem znalazłem się stosunkowo lepszej sytuacji, Innymi słowy w moim przypadku istnieje większa szansa, że ktokolwiek mi na pytanie odpowie.

Poprosiłem więc firmę Henkel o komentarz w tej sprawie a przede wszystkim wyjaśnienie jak ten produkt był testowany.

Justyna Kedzierska-Skrzydlak z z firmy Henkel przesłała mi więc coś takiego:

„Czas działania antyperspirantów jest weryfikowany w badaniach kontrolnych, przeprowadzanych na grupie ochotników przed wprowadzeniem produktu na rynek. Skuteczność jest mierzona poprzez określenie ilości potu i zapachu ciała, np. po 48 czy 96 godzinach od ostatniej aplikacji produktu.

W przypadku FA Sport Ultimate Dry - wykonane po 96 godzinach pomiary wskazują na redukcję zarówno zapachu ciała, jak i ilości wydzielanego potu (w porównaniu do powierzchni skóry, na której produkt nie był aplikowany).  Warto również  nadmienić, że efekt zależy od wielu czynników, w tym indywidualnych tendencji do pocenia się oraz rodzaju noszonej odzieży (podczas testu badani byli ubrani w bawełniane T-shirty).

Znajdująca się na opakowaniu informacja o liczbie godzin stanowi dla konsumenta wskazówkę, jak dużą wytrzymałość może mieć produkt. Jest ona istotna szczególnie dla tych, którzy łatwo się pocą i w związku z tym potrzebują intensywniejszej ochrony.”

A jak duża była testowana grupa?

Tego nie wiadomo, bo jak twierdzi Kedzierska-Skrzydlak „wspomniane badania nie były przeprowadzane w Polsce, w związku z tym nie mam tak szczegółowych informacji”.

Znając jak mniej więcej wyglądają takie badania strzelam, że wzięło w nich udział ot tak od sześciu  do dziesięciu kobiet. Co oczywiście nie przekreśla ich reprezentatywności.

Owe 96 godzin to jednak powiedzmy sobie szczerze czysty marketing. Zakładam, że normalna kobieta (podobnie jak normalny mężczyzna) myje się jednak raz na dobę.

Choć z drugiej strony zastanawiając się po porannym przejeździe autobusem być może warszawski ZTM powinien dodawać podobne dezodoranty w wersji uniseks do biletów miesięcznych.

Startując już wczesną wiosną.

11:50, miaczynski
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 72