Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
poniedziałek, 04 maja 2015

Generalnie rzecz biorąc gdybyśmy poszli do spożywczaka i ktoś nam usiłował sprzedać kawałek sera w rozpakowanym opakowaniu na którym na dodatek widać byłoby ślad cudzych zębów, to byśmy się raczej oburzyli.

A w naszych sklepach z elektroniką podobnego rodzaju cuda są na porządku dziennym.

Ot, czytelnik pan Maciej poszedł do sklepu RTV Euro Agd. Nie do lumpeksu, nie sklepu wyprzedającego towary używane. Do normalnego salonu z elektroniką.

Kupił tam nawigację GPS. A jeszcze konkretniej zamówił na stronie internetowej sieci urządzenie z odbiorem osobistym w sklepie.

W trakcie odbioru nie przyglądał się w sklepie zbyt intensywnie opakowaniu, bo tak będąc zupełnie szczerym to identyczną nawigację już miał.  Tyle, że niestety wypadła ona z ręki jego żonie. Ekran się zbił, co nieco korzystanie z niej utrudniało, jeśli nie uniemożliwiało.

- Sprzedawca sprawdził tylko czy w środku są wszystkie części. Po powrocie do domu otworzyłem sobie piwko i z ciekawości zacząłem oglądać pudełko. Szczęka mi na podłogę spadła – pisze mi pan Maciej 

Co go tak oburzyło?

Ano to:

rtv

rtv2

Sprzęt który kupił zgodnie z naklejką na opakowaniu był ewidentnie sprzętem drugiej świeżości. Może prawie nowy, może Niemiec płakał jak sprzedawał i do granicy gonił, bo się rozmyślił, ale jednak używany.

Był swoją drogą kiedyś w Polsce za czasów realnego socjalizmu towar drugiej jakości. Ewidentnie ktoś sięgnął do tej pięknej tradycji.

- Porównałem z numerem z urządzenia ­ wszystko się zgadza. Kupiłem sprzęt, który najpewniej ktoś wcześniej oddał jako niedziałający – relacjonuje czytelnik.

W sklepie zachowano się przyzwoicie.

- Trafiłem na kierownika sprzedaży. Zrobił wielkie oczy, przeprosił, zapytał czy zaakceptuje obniżkę ceny, ale jak sam po chwili przyznał byłaby ona niewielka bo towar i tak był relatywnie tani. Wymienił mi od ręki na nowy – opowiada pan Maciej.

Według kierownika po prostu magazyn popełnił błąd.

I wszystko byłoby ok. gdyby był to incydent. Ale podobnego rodzaju przypadków jest coraz więcej. Zgłaszają się do mnie zdziwione osoby, które w sklepie (mam na myśli całą branżę elektromarketów) kupiły np. tablet albo laptop, który miał być nowy. A w domu ze zdumieniem dostrzegały, że na sprzęcie jest zainstalowane... konto poprzedniego właściciela.

Jak to się dzieje? To banalnie proste. Część elektromarketów wprowadza z powrotem do sprzedaży towar zwrócony przez klienta (bo np. mu się nie podobał). Oczywiście powinien być, i to dwukrotnie, obejrzany przez dwóch różnych pracowników (serwisu oraz konkretnego działu), czy aby na pewno znajduje się w stanie fabrycznym.

Towar uszkodzony, zarysowany itp. powinien zostać naprawiony i wystawiony na wyprzedaży czy promocji ze stosowną etykietą.

Ale ponieważ rynek elektroniki użytkowej jest ­ delikatnie mówiąc ­ trudny (od kilku lat Polacy niezwykle niechętnie wymieniają sprzęt na nowy), a marże niskie (sklepy toczą wyniszczający bój, producenci również), teoria swoje, a praktyka swoje.

Tajemnicą poliszynela jest również to, że czasami pracownikom sklepów z elektroniką zdarza się korzystać prywatnie ze sprzedawanego sprzętu, choćby z nawigacji.

Nie ma nic złego w sprzedawaniu używanej elektroniki. 

Oczywiście są pewne kategorie produktów, które opłaca się w ten sposób kupić mniej albo bardziej (laptop wystawowy  czy telewizor wystawowy pracujący po 12 godzin dziennie przecz rok jest raczej mocno wyeksplatowany, ale sprzęt agd – czemu nie?).

Warunek jest jeden: klient musi wiedzieć, że kupuje produkt drugiej świeżości, klient musi też wiedzieć że kupuje produkt naprawiany.

W innym przypadku jest to towar niezgodny z umową i wprowadzanie ludzi w błąd.

A jak zmniejszyć ryzyko wpadki? Lepiej w sklepach nie kupować ostatnich egzemplarzy. Natomiast produkt powinien być w pudełku, które wygląda na nieotwierane (szczelnie zapakowane, w firmowe folie i nieprzerwane naklejki producenta). Oczywiście całe opakowanie nie gwarantuje niczego na 100 proc.

Radziłbym również z dużą ostrożnością traktować różnego rodzaju „super” oferty na Allegro. Jeśli sprzęt sprzedany jest o kilkadziesiąt procent taniej niż w sklepie internetowym, to niemal na pewno jest "refurbished". Co to znaczy? Sprzedawca opisuje go jako nowy, a w rzeczywistości jest to towar np. zwrócony przez klienta i naprawiany, następnie ze stosowną adnotacją wprowadzony ponownie do sprzedaży. Może to też być sprzęt z ekspozycji z innego kraju Unii.

Sprzedawca często nie ma do niego oryginalnego pudełka albo sprzedaje go już w otwartym opakowaniu (oczywiście, jak zapewnia, otworzył je tylko dla sprawdzenia, czy towar jest cały).

Wszystko po to, aby cena była jak najniższa.

14:04, miaczynski
Link Komentarze (5) »
sobota, 02 maja 2015

Powiem szczerze wydawało mi się, ze podobnego rodzaju wałki są tak stare, i tak banalne, że prawie nikt się na to nie nabiera. Nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni byłem jednak w błędzie.

Namiar na tę stronę dostałem od państwa mailem.  Nieznany autor/autorzy przekonuje na niej, że jest w stanie dokonać niemożliwego. Innymi słowy podać online liczbę punktów karnych danego kierowcy. Aby się tego dowiedzieć trzeba „tylko” wpisać swój numer PESEL.

Zrzut_ekranu_20150501_o_11.58.12

Później sytuacja się oczywiście komplikuje. Okazuje, się że dodatkowo należy wysłać SMS aby otrzymać „kod dostępu”. I co? SMS jest ultra premium, kosztuje 25 zł plus VAT. Oczywiście, jeśli ktoś ma  złudzenia że dostanie w zamian prawdziwą informację to wykazuje się daleko idącą naiwnością. 

To wałek, a przeczytać o tym można w regulaminie świadczenia usługi.

Serwis ilepunktówkarnych.pl ma na celu rozpropagowanie wiedzy dotyczącej sposobów uzyskiwania/unikania punktów karnych. Sposobach uzyskania informacji o ilości punktów karnych zebranych przez użytkownika pojazdu.”

Ba serwis troszczy się o nas podwójnie:

 „Dodatkową funkcją serwisu jest uświadomienie internatom wagi wczytywania się w niuanse i zawiłości znajdujące się w regulaminach oraz rodzących się z nich konsekwencji.”

I najważniejsze:

Użytkownik nie ma prawa do żądania zwrotów kosztów za uzyskanie kodu dostępu.”

Podobnego rodzaju serwisów jest sporo. Chodzi o różnego rodzaju testy miłości, lokalizowanie po numerze drugiego telefonu, petycje o przyjazdy gwiazd popu itp. Była nawet, co  zakrawa na totalne zezwierzęcenie, zaraz po śmierci aktorki Anny Przybylskiej strona na której nieznani autorzy proponowali  obejrzenie filmu "Ostatnie pożegnanie", na którym miała się żegnać z fanami. Nie muszę dodawać, że żadnego filmu tam nie było. Była za to a i owszem płatność sms.

Czy jest to oszustwo?

Czy osoba, która wyda blisko 30 zł na takiego sms’a została wprowadzona w błąd czy jest sama sobie winna? W końcu gdyby przeczytała regulamin, na niemal 100 proc. nic by nie wysłała.

Ten trik (czy może kant?) bazuje na naszym lenistwie. Bo niech podniosą do góry ręce osoby, które za każdym razem czytają regulaminy. Gwarantuję, że nie będzie ich dużo. Konsument owszem powinien być chroniony, ale czy powinniśmy chronić go również przed własną głupotą?

W orzecznictwie sądowym w końcu często mówi się o racjonalnym konsumencie. Racjonalnym, czyli takim który jednak powinien uważać co robi.

Z drugiej strony witryna ilepunktówkarnych.pl na swojej głównej stronie wyraźnie obiecuje coś innego niż daje w rzeczywistości. Zgodnie z nową ustawą o prawach konsumenta podobnego rodzaju wprowadzająca w błąd „reklama” jest zakazana.

Dostęp on-line będzie. Albo nie 

Inną sprawą jest kwestia indolencji państwa w zakresie systemu sprawdzania punktów karnych. Jeśli ktoś się chce tego dowiedzieć musi iść na posterunek.

Ponoć już niedługo będzie można to sprawdzić on-line.  Pracę nad nowelizacją ustawy o ruchu drogowym rozpoczęto w połowie ubiegłego roku. Już (to ironia) w połowie lutego obecnego roku Rada Ministrów przyjęła projekt założeń ustawy.

Zgodnie z nimi zmiana miałaby wejść w życie od 2016 roku.

Powiem szczerze, uwierzę jak zobaczę. Czekają nas wybory parlamentarne a to jakoś nie sprzyja zbyt intensywnym pracom.

Dostęp do punktów karnych on-line - to może drobnostka. Ale z punktu widzenia  milionów kierowców w tym kraju spore udogodnienie. Specjaliści od wałków to wiedzą, może czas aby ta wiedza doszła też do posłów.

10:24, miaczynski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 30 kwietnia 2015

Państwo wybaczą, że na to pytanie odpowiem dopiero na końcu tego tekstu. Żeby jednak nieco podnieść napięcie dodam, że jest ono ostatnio jednym z najczęściej wpisywanych do wyszukiwarki googla.

Rossmann kontrolowany przez giganta z Hongkongu Hutchison Whampoa Limited to - rynkowy lider. Jest tak silny w swojej kategorii, że bezkarnie może skakać po pagonach nawet Biedronce, o Lidlu nie wspominając.

Siłę daje mu ponad tysiąc drogerii, ich obroty za ubiegły rok to 6,43 mld. zł oraz 26 proc.!!!! (tak to nie pomyłka, udział w rynku chemiczno - kosmetycznym). 

Zazwyczaj na sieciach tego pokroju (znaczy się rynkowych dominatorów) wiesza się psy. Proszę spojrzeć choćby na przykład Empiku, który odsądzany jest od czci i wiary. Tu jednak jest cisza jak na pogrzebie organisty. Rossmann po prostu płaci dostawcom, płaci pracownikom (więcej niż rynkowa średnia) a medialnie aktywny jest mało.

Powiedzieć, jednak o tej sieci że jest niegroźna i miła, to trochę tak jakby twierdzić, że tygrys jest niegroźny, bo ma takie ładne i miękkie futerko. Ale niech jakiś producent ośmieli się dać super ofertę na swoje produkty dyskontom. Przyjdą do niego sprzedawcy Rossmanna i zażądają takich samych albo niższych cen dla siebie.

A producenci coraz bardziej od Rossmanna uzależniają, bo niektórzy sprzedają tu 40 proc. swojej produkcji i więcej.

Gazetki coraz grubsze

Drogerie to sklepy, które nastawione są przede wszystkim na kobiety. To 90 proc. i więcej ich klientów. A kobiety uwielbiają kupować w promocjach. I uwielbiają nowości.

Jak im się jedne i drugie prezentuje? W gazetkach reklamowych. Te zaś zbadał instytut badawczy ABR SESTA. Gazetek najwięcej wypuszcza sieć Hebe w ubiegłym roku - 63. Rossmann wydał ich - 35 a Super-Pharm - 38.

Prasy drukarskie mają co robić. Sieci z roku na rok nie tylko zwiększają częstotliwość wypuszczania takich reklamówek, ale i ich objętość.

Przeciętna gazetka Rossmanna miała w 2013 roku 46,9 strony a w 2014 już 58,6 strony. Hebe 25.4 w 2013 i 30,2 w ubiegłym roku. To co jest w środku pokazuje z kolei jaka jest polityka biznesowa poszczególnych sieci.

Zrzut_ekranu_20150430_o_11.25.39

Rossmann ograniczył w porównaniu z 2013 promocję artykułów dla dzieci - ich udział w gazetkach reklamowych w ubiegłym roku spadł z 8 do 7 proc. ograniczył promocje detergentów z 8 proc. do 6 proc. zredukował też miejsce w gazetkach leków OTC z 6 proc. do 4 proc.

Co wobec tego zwiększył? Swój podstawowy biznes czyli segment uroda/pielęgnacja osobista/ higiena. Rynek widać się zmienia, konkurencja się zaostrza.

Zwłaszcza, że spory apetyt na sukces ma wspomniany przed momentem właściciel Biedronki, czyli Jernimo Martins i jego sieć Hebe (swoją drogą do rozkręcania tej sieci w pierwszym okresie zatrudniono byłych pracowników Rossmanna). A Hebe w gazetkach promuje głównie kategorię uroda/pielęgnacja osobista/ higiena.

Przychody  tej sieci to aktualnie ok. 100 mln euro, mają ok 120 placówek. I – to moja subiektywna opinia – sklepy Hebe bardziej się kobietom podobają niż Rossmanny.

Z drugiej strony widać u całej branży próby wychodzenia poza stały asortyment drogerii. Na fali tego trendu w drogeriach można już kupić wina, kabanosy, suszone owoce, ziarna słonecznika itp. (to wszystko Rossmann), tekstylia i agd (Rossmann i Hebe) oraz Elektro/RTV/AGD (Douglas).

Jakie RTV i AGD sprzedaje Douglas?

Też zadałem sobie to pytanie. Chodzi o dość wysoko wyspecjalizowane i drogie produkty do pielęgnacji np. depilator laserowy, urządzenia do mikrodermabrazji (oczyszczanie skóry), szczoteczkę do oczyszczania twarzy czy… aparat fotograficzny (w stylu retro retro). Ceny? Od 400 zł do nawet ponad 2 tys. zł.  

Zrzut_ekranu_20150430_o_11.26.08 

No ale skoro perfumy mogą kosztować w Douglasie i 500 zł za butelkę to co komu szkodzi dorzucić do tego depilator laserowy?

I obiecana promocja

A co jest teraz w promocji w Rossmannie? Sieć  prowadzi akcję minus 49 proc. na wszystkie tusze do rzęs, cienie do powiek, kredki do oczu i eyelinery.

Mnie jednak zaskoczyło coś innego. Do Rossmannów wprowadzono właśnie serię ubrań sportowych do biegania czy na fitness.

Ceny – ot z tego co zdążyłem się przyjrzeć ok. 30 zł. Jakość? Tak trochę poniżej tych 30 zł. Kiedy oglądałem te produkty przypomniał mi się początek lat 90.

W przypadku podobnego rodzaju „dyskontowej promocji” zawsze pada pytanie: czym podobnego rodzaju rzeczy różnią się od produktów markowych?

A czy dajmy na to buty za 59 zł z Lidla to to samo co New Balance za 359,99 zł?  I jedna i druga frakcja będzie miała swoich zwolenników, bo po cóż przepłacać, prawda.

W końcu ubrania/buty są zamawiane w tych samych fabrykach, tylko się na nich etykiety zmienia. Tutaj rozczaruję co poniektórych, ale te rzeczy mimo czasami fizycznych podobieństw nie są takie same.

To czy w np. butach drogich biega się lepiej niż w butach tanich, zostawię specjalistom of biegania (z tego co widziałem, twierdzą, że dla początkujących różnica i tak będzie niewielka, ta pojawia się dopiero jak ktoś wybiega te kilka tysięcy kilometrów).

Mniej więcej za to się orientuję jak wygląda procedura zamawiania przez różne firmy towaru w Chinach. Chińczycy są w stanie zrobić towar z różnych półek cenowych. Używając do tego absolutnie różnych materiałów.

Jak mają być buty za równowartość złotych polskich 10 czy 15 to je zrobią (marże, cła itp. oczywiście ich cenę docelową podniosą).

Jak mają zrobić buty za 60 czy 80 zł para to też je zrobią. Tyle, że będą to zupełnie inne buty.

Oczywiście Chińczycy też mają odpady produkcyjne. Dajmy na to jeśli chciałby sprzedawać w dyskoncie tanie portfele skórzane z logo dobrej marki, kupiłbym spady, które nie przeszły kontroli jakości np. kontrolerów od Calvina Kleina i dał na to swoje logo.

Będzie tanio. Czy to jednak będą te same portfele co od Kleina? Nie. 

PS. Oczywiście w chińskich fabrykach występuje też zjawisko drugiej zmiany, kiedy wpierw robi się produkty markowe na zamówienie klienta a później już na „drugiej zmianie” to samo, ale nielegalnie. Ale to już zupełnie inna historia.  

16:39, miaczynski
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 kwietnia 2015

Pani Joanna kupiła dezodorant. Wiem, są wydarzenia o zdecydowanie większym ciężarze gatunkowym, ale to jeszcze nie to, chwila cierpliwości.

Pani Joanna kupiła dezodorant i używała go przez kilka tygodni. To ciągle nie to.

Aż wtem!

- Dzisiaj się mu przyjrzałam wnikliwiej, żeby zobaczyć co wymyślają tuzy marketingu firmy Henkel i zobaczyłam w kilku miejscach oznaczenie "96h". Powiem szczerze, że jakoś dramatycznie potliwa to ja nie jestem, ale wspomnianego produktu po jednorazowej aplikacji wystarcza mi na - zazwyczaj - dzień roboczy + wieczór. Ni chybi kilkanaście, a nie 96 godzin. Jako konsumentka poczułam się wprowadzona w błąd i nawet napisałam maila z zapytaniem do firmy Henkel. Na pewno odpowiedzi nie doczekam i nie ruszałabym sprawy, gdyby nie fakt, że "96h" wydało mi się absurdalne - pisze zirytowana czytelniczka.

I tłumaczy

- Proszę sobie wyobrazić jak oni to mierzyli! Dezodorant zwie się "FA Sport Ultimate Dry 96h" i już widzę rzeszę testerek na bieżniach na siłowni, którym zabroniono się myć przez 4 doby...smród na kilometry, higiena z czasów przedkopernikowskich, słowem - masakra. Czy takie bzdury to w ogóle można pisać na opakowaniach? PS. koleżanka sugeruje, że te "96h" to może być z innego pomiaru, np. tyle godzin miesięcznie prezes firmy gra w golfa. może i tak" - relacjonuje pani Joanna. 

fa2

Pod tym względem znalazłem się stosunkowo lepszej sytuacji, Innymi słowy w moim przypadku istnieje większa szansa, że ktokolwiek mi na pytanie odpowie.

Poprosiłem więc firmę Henkel o komentarz w tej sprawie a przede wszystkim wyjaśnienie jak ten produkt był testowany.

Justyna Kedzierska-Skrzydlak z z firmy Henkel przesłała mi więc coś takiego:

„Czas działania antyperspirantów jest weryfikowany w badaniach kontrolnych, przeprowadzanych na grupie ochotników przed wprowadzeniem produktu na rynek. Skuteczność jest mierzona poprzez określenie ilości potu i zapachu ciała, np. po 48 czy 96 godzinach od ostatniej aplikacji produktu.

W przypadku FA Sport Ultimate Dry - wykonane po 96 godzinach pomiary wskazują na redukcję zarówno zapachu ciała, jak i ilości wydzielanego potu (w porównaniu do powierzchni skóry, na której produkt nie był aplikowany).  Warto również  nadmienić, że efekt zależy od wielu czynników, w tym indywidualnych tendencji do pocenia się oraz rodzaju noszonej odzieży (podczas testu badani byli ubrani w bawełniane T-shirty).

Znajdująca się na opakowaniu informacja o liczbie godzin stanowi dla konsumenta wskazówkę, jak dużą wytrzymałość może mieć produkt. Jest ona istotna szczególnie dla tych, którzy łatwo się pocą i w związku z tym potrzebują intensywniejszej ochrony.”

A jak duża była testowana grupa?

Tego nie wiadomo, bo jak twierdzi Kedzierska-Skrzydlak „wspomniane badania nie były przeprowadzane w Polsce, w związku z tym nie mam tak szczegółowych informacji”.

Znając jak mniej więcej wyglądają takie badania strzelam, że wzięło w nich udział ot tak od sześciu  do dziesięciu kobiet. Co oczywiście nie przekreśla ich reprezentatywności.

Owe 96 godzin to jednak powiedzmy sobie szczerze czysty marketing. Zakładam, że normalna kobieta (podobnie jak normalny mężczyzna) myje się jednak raz na dobę.

Choć z drugiej strony zastanawiając się po porannym przejeździe autobusem być może warszawski ZTM powinien dodawać podobne dezodoranty w wersji uniseks do biletów miesięcznych.

Startując już wczesną wiosną.

11:50, miaczynski
Link Komentarze (13) »
środa, 08 kwietnia 2015

Nie jestem człowiekiem skłonnym do specjalnych ekscytacji, ale szlag mnie trafia, kiedy ktoś coś przestawia w sklepie w którym robię na co dzień zakupy.

Zanim na nowo nauczę się ścieżki poruszania się po obiekcie, mija kilka tygodni. Podobnie jak wiele osób spośród państwa jako konsument jestem leniwy i kupuję głównie to co lubię i co już wypróbowałem.

Autopilot, automat, może z jednym wyjątkiem - bo pilnie używam listy zakupów, a jeszcze konkretniej bardzo przydatnej aplikacji na telefon o nazwie Listonic.

- Umawiamy się z konsumentem, który ma zrobić swoje standardowe zakupy w konkretnym sklepie, i obserwujemy, co się dzieje. Później pytamy: pod koniec zakupów poszedł pan do półki, coś tam wziął i włożył do koszyka. I często odpowiedź jest: Serio? Nie pamiętam. Dlaczego pan kupił to konkretne masło? Nie wiem. Zawsze je kupuję - opowiadał mi i koledze w niedawnym wywiadzie dla Dużego Formatu Andrzej Mykowski, specjalista od tego jak nas namówić do wydawania pieniędzy.

Niektóre sieci jak np. Ikea wymuszają więc sposób w jaki chodzimy po sklepie, abyśmy na pewno obejrzeli absolutnie wszystko A inne aby nas wybić z rutyny przestawiają towary na półkach.

Lidl wygląda tak samo

- Tutaj są dwie szkoły. Do któregokolwiek Lidla panowie wejdą, będzie wyglądał tak samo. Ja jestem za nieprzestawianiem. Wchodząc do sklepu, chcę czuć się bezpiecznie, zakupy mają być przyjemnością, ale bez zaskoczeń. W poprzedniej firmie, w której pracowałem, mieliśmy hasło: "Happy shoppers spend more". Czyli szczęśliwi konsumenci wydają więcej. I to trochę tak jest.

Strategię przekładania mają niektóre hipermarkety. Produkty mają leżeć jak najdalej od siebie, by klient spędził tu jak najwięcej czasu. Aby ścieżka poruszania się przez sklep była wydłużona.

Tę ścieżkę się też się analizuje, są badania z wykorzystaniem czujników ruchu w koszykach. Daje się je określonej grupie ludzi w wywiadach i prosi, żeby zrobili zakupy. I na tej podstawie podejmuje się decyzję, co gdzie trzeba położyć, by ludzie przeszli przez sklep tak, jak chcemy. Czas spędzany na zakupach jest wprost proporcjonalny do pojawiania się w koszyku rzeczy, których nie planowaliśmy. Sieci sklepów to wiedzą i na tym bazują - opowiada Mykowski. 

Po mniej więcej 40 minutach kupimy już wszystko aby tylko stamtąd wyjść.

Jak chodzimy po sklepie spożywczym? Właśnie tak:

z14751602QIleczasuspedzamywsklepieiwjakichdzialach 

To właśnie wyniki podobnych badań odpowiadają na pytanie, dlaczego przy ladzie z mięsem czy rybami stoją przyprawy, sosy, keczupy. Skoro klient stoi, to się rozgląda. A skoro się rozgląda, to może wrzuci coś do koszyka. Alejki powinny być szerokie. Zapraszające. Jeśli klient pcha sklepowy wózek na kółkach, a regały są gęsto ustawione, nie będzie chciał wjeżdżać w alejki. Klient idzie tylko po bułki? Jeśli coś przyciągnie jego uwagę, to może jednak wejdzie w głąb alejki. 

Takie dyskretne sygnały wysyłane w stronę konsumenta są moim zdaniem dla biznesu lepsze.

Bo co będzie miała sieć z konsumenta, który wpadnie myśląc że załatwi sprawę w pół godziny a przez przestawianie asortymentu spędzi w sklepie godzinę?

Co z tego, że raz wyjdzie z pełnym koszykiem, skoro będzie wściekły? Sukces w handlu zależy w ostatecznych rachunku od tego czy klient wraca. I ile razy to zrobi.  

18:19, miaczynski
Link Komentarze (12) »
czwartek, 02 kwietnia 2015

Ta historia pokazuje wszystkie bolączki polskiego handlu internetowego, a zwłaszcza handlu poprzez Allegro. Bo czego tu nie ma. Jest klient, który popełnia błędy, sklep, który rżnie głupa i konsultanci, którzy są bezczelni.

Ale po kolei.

Pan Zbigniew ma dwie córki. A jak ma się dwie córki, no cóż, czasami trzeba kupić domek dla lalek. Domek wybrała żona, pan Zbigniew w ramach równości w związku i podobnego zaangażowania w proces zajmowania się potomstwem miał go kupić.  Jak zachęcał sprzedawca „Uwaga: Nasz domek to najlepszy domek U nas masz pewność że kupujesz super domek”.

Ponieważ pan Zbigniew był padnięty po pracy, nie za bardzo chciało mu sprawdzać komentarze na temat sklepu. Wyglądają tak:

 allegrodomek

Tak, czytelnik JUŻ wie, że popełnił błąd, nie  czytając komentarzy. - Ale w końcu przecież historie z cegłą i telefonem komórkowym raczej się już nie zdarzają już w polskim internecie? - pomyślał. Prawda?

Po czym kliknął: „kup to”. Razem z kosztami przesyłki całość kosztowała go 150 zł. Sprzedający BEST_221.

Przesyłka przyszła.

Pan Zbigniew odłożył ją na bok. Miał to być prezent niespodzianka dla dzieci. Gdy nadeszła stosowna pora zgromadzona rodzina rozerwała karton i….

… wszyscy zobaczyli coś. Coś było porwanym kartonem poklejonym taśmami. Później było jeszcze zabawniej. Cześci domku ewidentnie nosiły znaki, że ktoś ich już używał.

Na dodatek były jakby spleśniałe. Na białych, papierowych elementach były szare plamy.  Paragon? Brak.

- Zgodnie z prawem przy handlu na odległość mam prawo na odesłanie towaru nawet jak technicznie wszystko z nim jest ok., ale z innych przyczyn nie spełnił moich oczekiwań - opowiada czytelnik. 

Sklep?

Pani Lucyna (jak się okaże jednostka o niecodziennym poczuciu humoru) odpisała panu Zbigniewowi tak (dalej pisownia oryginalna korespondencji):

„Każdy domek jest nowy fabrycznie. Żaden nie jest zapleśniały być  może coś stało się podczas transportu. Może było transportowane w wilgoci. Dlatego poproszę o protokół szkody spisany przy odbiorze.

Oczywiście ma Pan prawo do zwrotu - jednak zgodnie z prawek odpowiada Pan za zmianę stanu produktu która zostanie stwierdzona po odesłaniu przedmiotu.Sprawy zwrotów i reklamacji proszę kierować na dział serwisu - szczegoły w podpisie.”

Pan Zbigniew chciał zawyć i ugryźć się w rękę, ale odpisał tak:

„zaczynam się poważnie niepokoić, że próbują uciec Państwo od odpowiedzialności za towar, który miał być nowy trafił do mnie w poszarpanym pudełku (i mowa tu o pudełku wewnętrznym nie o opakowaniu paczki) i w sposób skrajny nie odpowiadał opisowi w aukcji. Jeżeli do środy nie dostanę zwrotu pieniędzy wystawiam negatywny komentarz, informuję Alllegro i kieruję sprawę do prokuratury. W poniedziałek pakuję przesyłkę i odsyłam ten bubel na Was adres.”

Pani Lucyna? ”Witam serdecznie, dziękuję za wiadomość. Ma Pan prawo kierować sprawę gdzie tylko Pan chce, zgodnie z ustawą Pan odpowiada za zmianę stanu produktu.”

 Wymiana ciosów trwa

Pan Zbigniew wpakował towar do środka i odesłał do nadawcy. Sklep przez kilka dni go nie odbierał. W międzyczasie trwała radosna wymiana ciosów.

Pan Zbigniew pisze, że w opakowaniu nie było paragonu. Pani Lucyna? “Witam serdecznie, dziękuję za wiadomość.Paragon jest zawsze w paczce. Proszę dokładnie szukać.”

Pan Zbigniew:  “oczywiście paragon był w paczce, paczka była fabrycznie nowa zapakowana, towar zasniedział w drodze a sklepma dalej doskonały humor i moje 150 zł plus 22 za wysłanie paczki zwrotnej”

Pani Lucyna: “To że nie radzi Pan sobie z odszukaniem paragonu jest Pana problemem, w -emialu potwierdzającym wysyłkę podajemy gdzie jest umieszczony paragon. Na tym etapie uważam sprawę za zakończoną.”

Paczka utknęła na poczcie, bo sklep jej nie odbierał

Pan Zbigniew?

“Straciłem już mnóstwo czasu na kontakt z Waszym sklepem i łącznie 170 zł. Towar rażąco odbiegał od opisu na aukcji więc go Wam odesłałem. NIe interesuje mnie odpowiedź w stylu proszę czekać: Chcę wiedzieć kiedy otrzymam zwrot pieniędzy.”

A dalej pan Zbigniew ostrzegał, że złoży zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.

Sklep? Tym razem odpowiedział konsultant pan Marcin: “Oczywiście może Pan  podejmować  działania nawet już dziś, jednak korzystając z mojego doświadczenia informuję że straci Pan jeszcze więcej czasu, Najpierw zachęcam do zapoznania się z obowiązującym ustawodawstwem, na tym sprawę uważam za zakończoną.

Zgodnie z art 496 kc. korzystamy z prawa zatrzymania do chwili dostarczenia paczki.”

Tutaj wyjaśnienie sklep zgodnie powołanym artykułem nie musi zwracać pieniędzy, jesli paczka jeszcze do niego nie doszła (to jest własnie to prawo zatrzymania).

Serwis to nie straż pożarna

Pan Zbigniew po dwóch tygodniach chciał się dowiedzieć co z jego reklamacją.

Pani Lucyna: Witam serdecznie, dziękuję za wiadomość. Dział sprzedaży nie zajmuje się reklamacjami , proszę o kontakt z Działem Serwisu.

Pan Zbigniew napisał więc do działu serwisu, ale stamtąd nikt się nie odezwał.  “Rozumiem że dział serwisu dziś nie pracuje bo dalej nie mam odpowiedzi???”

Pani Lucyna? Och to będzie piękne: “Witam serdecznie, dziękuję za wiadomość. Dział serwisu to nie straż pożarna, średni czas odpowiedzi do 4 dni” 

Pan Zbigniew: Ale dział sprzedaży to chyba tak skoro od razu odpowiadacie. Rozumie Pani, że średnio mnie to interesuje?

Pani Lucyna: Witam serdecznie, dziękuję za wiadomość. Tak dokładnie. To Pan problem że Pana to nie interesuje, warto się zainteresować.

Po kilku dniach odzywa się w końcu dział serwisu

“Witam

Niestety nie znam tematu. Być może Pana paczka nie zawiera żadnych dokumentów lub adres nadawcy jest nie czytelny - druk zwykły PP

Proszę o przesłanie:

Nazwy firmy transportowej

Nr paczki

Daty nadania

Danych nadawcy

Co zawierała -  oraz jakie dokumenty znajdowały się w środku.”

Tutaj panu Zbigniewowi już puściły nerwy.

“Chyba stroi sobie Pan ze mnie żarty - od dwóch tygodni macie tę paczke u siebie - dla przypomnienia - porozrywane kartony zapleśniałe elementy - kojarzy Pan? przyszła Pocztą Polską - nr 0025900773XXXXXXXXXX. Ok - rozumiem że już oficjalnie przyznali Państwo, że przywłaszczyli sobie Państwo moje 150 zł - tak?”

Konsultant?

“Jakie to ma znaczenie czy mamy paczkę czy nie, jeśli dane na paczce są nieczytelne to tak jakby jej nie było, brak jest jakichkolwiek dokumentów! Proszę zobaczyć jak wygląda kopia nadania PP.

Widzę że ma Pan zszarpane nerwy. Swojej flustracji nie musi Pan przeleweć na nas, proszę udać się do lekarza - na pewno pomoże.

Wracając do meritum

Proszę o dane nadawcy oraz  informacje jakie dokumenty zostały dołączone do paczki? - prosiłem o to w poprzedniej korespondencji.”

 Epilog

Jak zakończyła się sprawa? Sklep przysłał nowy produkt. Jak wygląda nowy produkt? O tak:

domek1

domek2

 Allegro? 

"Od Sprzedającego otrzymałam informację, że reklamacja została odrzucona.

Bardzo mi przykro, że ma Pan takie odczucia. Proszę mi wierzyć, że bezpieczeństwo transakcji i satysfakcja Użytkowników są dla nas priorytetem. Niestety, ale zdarzają się sytuacja jak ta, gdy nie możemy opowiadać się jednoznacznie po jednej ze stron. Serwis Allegro nie posiada bowiem kompetencji sądu.

Ze swej strony oczywiście podejmujemy odpowiednie działania. Jeżeli jednak nie przynoszą one skutku, to sprawę można skierować na drogę cywilno-prawną."

---

UPDATE

SKLEP PO PUBLIKACJI ODDAŁ CZYTELNIKOWI PIENIĄDZE. 

14:52, miaczynski
Link Komentarze (35) »
środa, 25 marca 2015

John Steinbeck napisał kiedyś: „w handlu człowiek musi kłamać i oszukiwać, ale nazywa się to inaczej. I to jest właśnie ważne. Gdybyś zwędził tę oponę, byłbyś złodziejem, ale kiedy gość chce ci ukraść cztery dolary za dziurawą, to się nazywa po prostu dobry interes”.

Smutna prawda brzmi, że jako konsumenci wcale nie jesteśmy zbyt bystrzy. Polski klient - jeśli chodzi o faktyczne zachowania a nie deklaracje, mieści się w europejskiej średniej. I często daje się nabrać na sklepowe triki. Które również nie grzeszą specjalnym wyrafinowaniem.

I w większości przypadków możemy ich uniknąć, gdyby w sklepie chciało nam się myśleć. Jednym z fajniejszych rozwiązań w naszej obronie jest podana na tzw. cenówce - cena za litr albo kilogram.

Zgodnie z prawem musi ona być na każdym produkcie. Dzięki temu można bardzo dokładnie porównać co się opłaca a co nie. Polecam obejrzeć np. ceny oliwek za kilogram w jakimś dużym sklepie.

Jak się okazuje sklepy i tę zabawę starają się nam utrudnić.

Pan Hubert wybrał się na zakupy do Biedronki. Powęszył niczym rosomak i... 

- Moją uwagę przykuła cena szamponu Glisskur (400/200ml) za 9,89zł, ale za litr wynosi tylko 0,05zł (więc się bardzo opłaca). Jak tylko zobaczyłem tę ofertę, to pomyślałem o Pana stronie, więc zrobiłem zdjęcie, ale po chwili podszedł groźny ochroniarz (o głowę ode mnie wyższy i dużo szerszy), i zażądał usunięcia zdjęć. Jak powiedziałem, że nie ma takiego prawa, to zagroził mi policją – relacjonuje czytelnik.

IMG_20150224_1729531

Poprosił więc pana ochroniarza o regulamin.

Na co usłyszał, że takiego nie ma. Ale ochroniarz ma książeczkę! Jaką książeczkę? Tego już się pan Hubert ie dowiedział, bo wyszedł zirytowany ze sklepu.

Po drodze jeszcze zrobił dwie rzeczy. Zauważył, że pasta do zębów jest w równie rewelacyjnie niskiej cenie, tylko 0,10zł z litr! Tutaj jak widać już mu się nieco ręce ze zdenerwowania trzęsły. 

IMG_20150224_1732031

I zwrócił uwagę pracowniczki na te błędy (stwierdziła, że jej to nie interesuje, i że to normalne).  

- W związku z tą sytuacją mam dwa pytania – pisze mi czytelnik.

1. Czy policja może coś zrobić w takiej sytuacji (bo z Pana strony wiem, że pracownicy mogą tylko poprosić o usunięcie zdjęć)?

2. Czy mogę, przy kasie, żądać sprzedania mi produktu w cenie podanej za litr (lub kilogram), bo przecież to jest oferta handlowa?

Co do punktu pierwszego to potwierdzam. Policję owszem sklep może wezwać, ale czy przyjedzie (bo wie pan panie władzo, klient robił zdjęcia), to raczej wątpię. Poza tym nawet jakby przyjechała, to zrobić nic nie może, bo robienie zdjęć pod żadne paragrafy nie podpada.

Sprawa zakończy się więc raczej ogólnym kwasem, krzykiem i pretensjami. Więcej na ten temat pisałem tu.

A Biedronka...

Sama Biedronka sytuację skomentowała tak: „Informujemy, iż w naszych sklepach istnieje możliwość wykonywania zdjęć za zgodą personelu danej placówki. Taka zasada wynika ze względów bezpieczeństwa i m.in. ochrony wizerunku pozostałych klientów.“

O jakie bezpieczeństwo i czyje chodzi? Nie mam pojęcia.

„Niezależnie od powyższego, wyjaśniamy, że opisana przez klienta sytuacja nie powinna mieć miejsca. Pracownik ochrony w naszej sieci zobowiązany jest do grzecznego zachowania względem klientów i nie może ingerować w ich prywatne urządzenia. Jednocześnie przekazujemy, że pytania odnośnie kompetencji Policji w tego typu kwestiach powinny zostać skierowane do stosownego organu.“

Bardzo ciekawe jest jednak pytanie drugie. Która cena w danym przypadku zobowiązuje.

Ta za litr (kilogram), czy „główna“?

Biedronka?

„Odnosząc się do drugiego pytania, informujemy, iż klient w naszym sklepie nabywa artykuły w cenach podanych dla produktu w oferowanym opakowaniu, a nie w cenach jednostkowych (odniesionych do jednostki miary) widniejących dodatkowo na etykiecie z ceną i opisem produktu.

Zupełnie inną jest sytuacja wystąpienia błędu niezgodności ceny w systemie kasowym z tą umieszczoną na etykiecie cenowej. Wtedy prawem klienta jest możliwość nabycia artykułu w niższej cenie. W tej konkretnej – przywołanej przez Pana – sytuacji cena produktu była poprawna, natomiast cena jednostkowa za litr była efektem oczywistej omyłki drukarskiej i po jej stwierdzeniu należy ją jedynie skorygować. „

I z takim stanowiskiem sieci też się zgadzam.

Biedronka zresztą podesłała stosowne przepisy ustawy:

„zgodnie z art. 3 ust. 1 ustawy z dnia 9 maja 2014r. o informowaniu o cenach towarów i usług, cena to wartość wyrażona w jednostkach pieniężnych, którą kupujący jest obowiązany zapłacić przedsiębiorcy za towar, zaś ceną jednostkową towaru jest cena ustalona za jednostkę określonego towaru, którego ilość lub liczba jest wyrażona w jednostkach miar w rozumieniu przepisów o miarach.

Zgodnie zaś z art. 5 tej samej ustawy w przypadku rozbieżności lub wątpliwości co do ceny za oferowany towar (a nie ceny jednostkowej) klient ma prawo do żądania sprzedaży towaru po cenie dla niego korzystniejszej.“

 

Tagi: biedronka
13:29, miaczynski
Link Komentarze (10) »
piątek, 20 marca 2015

Maciej Brzeziński 23 grudnia, ubiegłego roku kupił w Media Markcie telefon Sony Xperia Z1. Compact.

Do tego wziął ubezpieczenie - roczna składka to 299 zł. Towar był kupiony za pośrednictwem infolinii. A dalej to już było przewidywalnie jak na wyścigu Formuły 1. 20 lutego telefon wypadł czytelnikowi z ręki i się rozwalił.

Ale do czego mamy w końcu ubezpieczenie? – pomyślał pan Maciej. Na infolinii przecież mu mówiono o uszkodzeniach mechanicznych. A efekt tych uszkodzeń trzymał przecież w ręku.

Okazał się być naiwny niczym dziecko. Szóstego marca dostał pismo w którym odmówiono mu roszczenia.

Tu wersja dłuższa: „zgodnie z paragrafem 2 ust 7 Ogólnych Warunków Ubezpieczenia sprzętu zakupionego w sieci sklepów Media Markt przez pojęcie “uszkodzenie lub zniszczenie Sprzętu w wyniku nieszczęśliwego wypadku” rozumie się “uszkodzenie/zniszczenie Sprzętu (zewnętrzne lub wewnętrzne) spowodowane przez nagłe nieprzewidywalne i niezależne od woli Ubezpieczonego zdarzenie zewnętrzne w stosunku do Ubezpieczonego i do Sprzętu, niemożliwe do zapobieżenia, powodujące konieczność naprawy, wymiany uszkodzonych części lub całego Sprzętu.

Zrzut_ekranu_20150320_o_11.50.06

Co to znaczy? W skrócie jeśli użytkownik zawinił, naprawa/wymiana sprzętu mu się nie należy.

Pan Maciej innymi słowy popełnił błąd. Zamiast przewrócić się spektakularnie, wystawiając przed siebie komórkę, zwyczajnie ją wypuścił z rąk. Gdyby chociaż ktoś go szturchnął, to Warta by nowy telefon dała. Ewentualnie to kot zrzucił ogonem aparat. A tu pech.

Czytelnik się zagotował. Zadzwonił na infolinię z prowokacją. I cały przebieg rozmowy nagrał.

Co się okazało?

Konsultant wprowadził go w błąd

Na infolinii Media Marktu pan Maciej udał, że chce kupić telefon. Taki sam jak zniszczony.

Konsultant oczywiście zaproponował mu ubezpieczenie,

- A ile kosztuje? - zapytał czytelnik,

- 229 zł roczna. Ubezpiecza od kradzieży, od usterek, od uszkodzeń mechanicznych, wymiana na nowy sprzęt, serwis door to door, ma pan telefoniczną infolinię - zachwalał konsultant.

- I to jest tak, że jak mi telefon przez przypadek spadnie na podłogę i się stłucze to będzie naprawiony? - upewnił się czytelnik.

- Dokładnie. To jest uszkodzenie mechaniczne. Tak, tak. `To jest wtedy naprawiony albo wymieniony na nowy.

- To ja wchodzę w to. Roczną bym kupił.

- To dobrze. Dokładamy ją do koszyka. To zwłaszcza przy telefonach się sprawdza - potwierdził słuszność rozumowania pana Macieja Konsultant.

- No właśnie. Już mi się zdarzyło kiedyś przez przypadek utopić telefon

- Tu upadnie. tu wypadnie. A to jest jak najbardziej mechaniczne uszkodzenie . Jak pan młotkiem w to walnie to tez jest mechaniczne, ale to to … - głos w słuchawce był pełen zrozumienia dla czytelnika.

- Mówimy o przypadkowymi wyślizgnięciu się z dłoni, z kieszeni wypadnie i się stłucze…

- No wie pan… Tak, tak. usterki, kradzież, jak panu zabiorą czy coś. Poproszę o adres mailowy.

- Maciej kropka Brzeziński...

Co na to Media Markt?

Wioletta Batóg rzecznik prasowy Media Marktu i Saturna przyznaje, że pracownik na nagranej przez czytelnika rozmowie popełnił błąd nie uprzedzając, iż ubezpieczenie nie obejmuje uszkodzeń spowodowanych w wyniku nieuwagi użytkownika (np. w razie upuszczenia telefonu na podłogę).

- W związku z tym nasze kierownictwo niezwłocznie podjęło odpowiednie działania mające zapobiec w przyszłości udzielaniu przez pracowników infolinii takich nieprawdziwych zapewnień – twierdzi pani rzecznik.

Batóg przekonuje też że udało się im dotrzeć do zapisu pierwotnej rozmowy telefonicznej z czytelnikiem, która miała miejsce w grudniu zeszłego roku przed zakupem telefonu.

- Okazuje się, iż w trakcie tej rozmowy czytelnik ów nie dopytywał się o szczegółowe warunki ubezpieczenia – przekonuje rzecznik.

I dodaje, że pan Maciej jak każdy klient dostał tekst ogólnych warunków ubezpieczenia. Tam zaś wyraźnie określone były wyłączenia umowy ubezpieczeniowej. - Formalnie więc ewentualne roszczenia czytelnika, wydają się być bezzasadne – twierdzi Batóg.

Chce się jednak z panem Maciejem jakoś dogadać. Zaproponowali mu po moim kontakcie z nimi więc zwrot pieniędzy za ubezpieczenie  oraz telefon 

Zanim jednak to nastąpiło, kilka dni po pierwszym telefonie pan Maciej znów zadzwonił do Media Marktu z krótkim testem. I znów nagrał konsultanta, który znów zaproponował mu ubezpieczenie.

- Czy jak mi telefon upadnie na ziemię i się stłucze, to będzie naprawiony za darmo? - zapytał czytelnik.

- Tak o to chodzi. Z grubsza wygląda to tak, ze trzeba w opisie szkody napisać, że to się stało z przyczyn osób trzecich. Czyli jeżeli by pan rzucił o ścianę i tak powiedział to panu nie zapłacą. Ale jeżeli pan opisze jako wejście do autobusu i ktoś tam pana potrącił to jest ok.

Wnioski?

Sieć ma bez wątpienia spory problem.  To co zrobił konsultant numer jeden to wprowadzenie w błąd klienta. To co zrobił konsultant numer dwa to już namawianie do oszustwa. Rodzi to wiele pytań. Czy to incydenty? Efekt złego szkolenia pracowników? Parcie na wynik i na jak najwyższą sprzedaż ubezpieczeń?

 

11:58, miaczynski
Link Komentarze (12) »
czwartek, 12 marca 2015

Pan Grzegorz postanowił niechcący wystąpić w roli testera szkolącego obsługę sklepów Lidl z ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym (Dz. U. 2005.180.1495)

Test, wypadł negatywnie. Jakby bowiem wypadł pozytywnie to pan Grzegorz nie byłby rzecz jasna bohaterem tego tekstu. Tylko rozkoszował się pogodą na krakowskich plantach.

Ustawa, że tutaj pojadę państwu odrobiną teorii, zobowiązuje sklep do przyjęcia zużytego sprzętu elektronicznego (agd) pod warunkiem, że kupuje się w tym sklepie nowy. Wszystko według parytetu czajnik za czajnik, zmywarka za zmywarkę, lodówka za lodówkę a toster za toster. Wszystko ku czci ochrony środowiska. 

Pan Grzegorz chciał być praworządnym obywatelem i chciał kupić odkurzacz. W celu jego nabycia udał się do Lidla w Krakowie na ul. Conrada.

- Przy kasie dowiedziałem się że oni nie przyjmują zużytego sprzętu elektrycznego. Poprosiłem kierownika który powiedział mi to samo – referuje pan Grzegorz.

Dla zasady odkurzacza nie kupił, tylko napisał do Lidla z pytaniem o co chodzi i dlaczego sieć ignoruje podstawowe zasady  prawne obowiązujące na terenie RP.

Odpowiedź? Niewiedza pracowników i oczywiście przyjmują taki sprzęt.

 Test trwa - podejście drugie i trzecie

- Tak więc z tymi zapewnieniami udałem się na pewniaka do sklepu, tym razem do Lidla przy ul. Borkowskiej w Krakowie. Jakże się zdziwiłem gdy powiedziano mi że oni też w żadnym przypadku nie przyjmują starego sprzętu przy zakupie nowego! – opowiada czytelnik. 

Co dalej?

Czytelnik postanowił swój elektrotest jednak kontynuować. I udał się do pobliskiego Lidla przy ul. Kapelanka. 

- Niestety tam też się dowiedziałem że nie przyjmują starego sprzętu! Oczywiście znowu rozmowa z kierowniczką, powołałem się na korespondencję poniżej, pokazałem punkt 4 regulaminu który wisi w sklepie nad pojemnikiem na zużyte baterie ale się dowiedziałem że ten dotyczy tylko baterii i oczywiście nie przyjmą ode mnie starego odkurzacza! – oburza się czytelnik.

Przyznają państwo, że można pozazdrościć panu Grzegorzowi samozaparcia. Wiele osób na jego miejscu machnęłoby ręką i dało sobie spokój.

On jednak walczył dalej!

Zadzwonił na infolinię Lidla pod numer 800-507-777.

- Niestety dowiedziałem się tam że Lidl jest sklepem spożywczym a nie marketem elektronicznym. I oczywiście nie przyjmują zużytego sprzętu elektronicznego! Tutaj ręce mi opadły bo ustawa dotyczy wszystkich sklepów, nawet spożywczych sprzedających sprzęt elektryczny / elektroniczny i z tego co wiem każdy sklep sprzedający taki towar pobiera w cenie towaru opłatę recyclingową zwaną KGO!  - oburza się czytelnik a ja kiwam mu do taktu głową, bo ma rację.

Pan Grzegorz w rezultacie odkurzacza nie kupił.

A Lidla na to - niemożliwe 

Ja zaś udałem się do Lidla z pytaniem o co chodzi i dlaczego sieć tak brzydko się zachowuje.

Odpowiedź?

A tu już oddaję głos pani Annie Biskup PR Manager Lidl Polska. 

„Szanowny Panie Redaktorze,

co prawda Lidl jest sklepem spożywczym, ale w naszej ofercie regularnie pojawia się sprzęt elektroniczny, a zatem zgodnie z Ustawą o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym (Dz. U. 2005.180.1495), naszym obowiązkiem jest nieodpłatne przyjęcie zużytego sprzętu w ilości nie większej niż sprzedawany nowy sprzęt, jeżeli tylko zużyty sprzęt jest tego samego rodzaju. Wobec tego, w przedstawionej sytuacji, klient kupujący u nas odkurzacz bez wątpienia ma możliwość pozostawienia w sklepie zużytego odkurzacza, a naszym obowiązkiem jest jego przyjęcie. 

W sklepie zamieszczone są informacje dla klientów o możliwości skorzystania z tego prawa, a wszyscy nasi pracownicy są szkoleni w tym zakresie.

Trudno nam zatem stwierdzić, dlaczego w trzech sklepach Lidl w Krakowie zużytego odkurzacza nie przyjęto. Chcielibyśmy jeszcze raz najmocniej przeprosić klienta za tę sytuację oraz poświęcony w związku z nią czas i zadany sobie trud. Dla nas to istotny impuls, by ponownie, w trybie natychmiastowym, przeszkolić wszystkich pracowników 
z zakresu obowiązków wynikających dla Lidla z Ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym  i elektronicznym. Wierzymy, że pozwoli to uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości.”

Czy edukacyjna akcja pana Grzegorza przyniosła rezultat?

Zadzwoniłem przed momentem na infolinię Lidla. Zapytałem – jako potencjalny klient - czy mogę przynieść do nich zużyty sprzęt AGD i? 

I na samym początku pani poszła się zapytać kogoś o poradę, ale wróciła stwierdzając, że oczywiście każdy Lidl ode mnie zużyte AGD przyjmie. Jak będą jakieś problemy – proszę dawać znać. 

zarcik

11:35, miaczynski
Link Komentarze (13) »
wtorek, 10 marca 2015

Dziś ukazał się Czerwony Przewodnik Michelin „Main Cities of Europe 2015”.

Atelier Amaro zachowuje gwiazdkę zdobytą dzięki talentowi szefa kuchni Wojciecha Modesta Amaro. Zanim do tego doszło 21-letni Amaro nieraz spał w metrze wracając z londyńskich restauracji, gdzie pracował.

W kuchni robotę zaczyna się bowiem o siódmej rano a kończy o drugiej rano kiedy wszystko się po gościach posprząta. Za granicą Amaro spędził lat dziewięć pracując w trzygwiazdkowych restauracjach Michelina: francuskim Le Meurice, hiszpańskim El Bulli, duńskiej Nomie. 

Większość społeczeństwa informację o utrzymaniu gwiazdki przyjmie wzruszeniem ramion. W końcu aby w wariancie dla dwóch osób spróbować w Atelier Amaro kolacji trzeba wyasygnować jakieś 8 stówek – i to też będzie posiłek bez wina.

Czysta rozpusta, prawda?. I w d… się poprzewracało, jeśli ktoś wydaje pieniądze na takie duperele. Kuchnia na tym poziomie to jednak nie jedzenie, raczej hmm spektakl. Sztuka jest sztuka – jak mówił jednak pewien klasyk.

Skoro Amaro jest taki zdolny to czemu ma tylko jedną gwiazdkę a nie więcej? Bo jedna gwiazdka jest za perfekcyjnie przygotowane potrawy. To potrafią najlepsi z najlepszych. A druga i trzecia są za autorską nutę szefa kuchni, który potrafi wykreować swój własny styl gotowania.

Tego zdaniem inspektorów przewodnika, jeszcze się Amaro nie udało zrobić. 

Poziom rośnie

Polskie restauracje patrząc na przewodnik powoli podnoszą poziom.

Dwie warszawskie restauracje, Brasserie Warszawska oraz Butchery and Wine, zostały wyróżnione symbolem Bib Gourmand (to oznacza dobry stosunek jakość – cena).  Liczba polskich restauracji uwzględnionych w przewodniku wzrosła o 4 lokale.

W stolicy z rankingu wypadł 1 lokal (Concept), zaś dołączyły 3 nowe (Senses, Salto, Signature). W Krakowie do zestawienia dodane zostały natomiast 2 restauracje (Ed Red, Bianca).

Tu cytat z komunikatu prasowego:

„O uwzględnieniu lokalu w przewodniku decydują inspektorzy Michelin, którzy opiniują i przygotowują rekomendacje. Wizyty inspektorów zawsze pozostają anonimowe, co zapewnia wiarygodność  i obiektywizm oceny. Inspektor może ujawnić swoją tożsamość, jednak dopiero po uregulowaniu rachunku. W przeciwieństwie do Gwiazdek Michelin, które przyznawane są kolegialnie, decyzję  o umieszczeniu restauracji w przewodniku może podjąć jeden inspektor.”

W przewodniku „Main Cities of Europe” restauracjom przyznawane są następujące symbole:

- Gwiazdki Michelin – za walory smakowe potraw (od jednej do trzech gwiazdek)

- Sztućce (Łyżka & Widelec) – za wystrój, jakość obsługi, atmosferę lokalu (od jednego do pięciu sztućców)

- Bib Gourmand – za stosunek jakości do ceny

image001

Czy warto płacić za dobrą kuchnię?

To już decyzja oczywiście, każdego z nas.

Mi brakuje przyzwoitych restauracji na każdą kieszeń. I nie kolejnego kebaba czy pizzerii.

Tradycje mamy przecież piękne. Przed II wojną światową nie brakowało i dobrych restauracji (żeby do nich wejść trzeba było dysponować sporą gotowizną) jak i niepozornych tzw. handelków, czyli kilku stolików łączonych ze sklepem, gdzie tanio zjeść można było śniadanie czy obiad, oraz zwyczajnych mordowni.

Z tych ostatnich słynął choćby warszawski Czerniaków.  

Niezwykle popularny był sklep z wędlinami Pod Ryjkiem przy Marszałkowskiej 42 prowadzony przez rzeźnika Jana Jabłońskiego.

Zjeść tutaj można było doskonałą golonkę, świetne parówki, kotlety, pieczeń z dzika!! a specjalnością właściciela było dwumetrowe salami. 

Pisałem o tej fantastycznej historii, ale nie szkodzi ją raz jeszcze przypomnieć.

Władysław Płachciński, warszawski erudyta, miłośnik knajp, dobrego towarzystwa i takich samych trunków opowiadał o tym jak to przed II wojną światową do restauracji Edzia Żelechowskiego, „Langner skład win” przyszedł kiedyś na śniadanie Witold Bogusławski w towarzystwie trzech panów.

Ponieważ był wtorek zjedli kołduny litewskie. Kołduny litewskie w warszawskich restauracjach podawano co wtorek. Zagadali się nieco przy kawie, znajomi wracając późną porą z teatru, zastali ich przy tym samym stoliku, przy którym usiedli do śniadania.

Całe towarzystwo w przyjaznej atmosferze zjadło kolację, która zakończyła się późno w nocy. Co robi dziś właściciel warszawskiej restauracji w takiej sytuacji? Wyprasza gości z ulgą zamyka lokal i o sprawie zapomina. Co zrobił restaurator Żelechowski? Poszedł spać a przy stoliku zostawił kelnera.

Kiedy następnego dnia pojawił się kolo południa panowie akurat pili kawę z pepermintem czyli likierem miętowym na lodzie.

Ale oddajmy głos Płachcińskiemu: „Poszedł do kuchni i wywiedział się, że około pierwszej będzie świeża sztukamięs ze szpikiem. Jeśli więc panowie sobie życzą, może im podanie sztuki przyspieszyć, ażeby w samo południe mogli, pod mocno zamrożoną wódę, przekąsić szpikiem. Panowie się zgodzili i niebawem półmisek ze świeżo ugotowaną sztuką mięsa z rurą znalazł się na stole. Tymczasem Edzio, uważając ten ewenement za świetną dla siebie reklamę [WIDZĄ TO PAŃSTWO? REKLAMĘ! NIE KŁOPOT - przyp. supermarket], rozdzwonił się po znajomych, zapraszając ich, aby zobaczyli towarzystwo, które chla od 24 godzin.” 

Panowie siedzieli dalej, znów odwiedzili ich znajomi wracający w środowy wieczór z teatru. Znów zjedzono kolację, zbliżała się północ. Panowie nieco naruszeni ciut wydłużonym śniadaniem zaczęli przebąkiwać o tym aby imprezę zakończyć, ale tu obruszył się restaurator przekonując że przecież jest już czwartek dzień flaków a jak przecież w czwartek flaków nie zjeść?

Zwłaszcza, że się już gotują. „Na razie mogą zjeść rybkę pod białe wino wytrawne i dobrze zamrożone, a za kilka godzin podadzą im flaki zapiekane z parmezanem w garnuszkach, z protekcyjną porcją pulpetów”.

Protekcyjną! - widzieli państwo to cudowne zestawienie słowne?  A dalej to już było prosto. Panowie jedli i popijali do rana. Znów towarzyszył im jeden kelner (ale inny niż pierwszej nocy).

Koło południa zjedli flaki, popili zmrożoną gorzałką i zostawiwszy sute napiwki i poszli spać.

Krótkie śniadanie wydłużyło im się do 48 godzin. Czytając to wszystko żałować tylko można, że nie ma już takich knajp (wtorki - dni kołdunów, czwartki - dni flaków), nie ma takich właścicieli restauracji i nie ma nawet takich klientów.

Zrzut_ekranu_20150310_o_14.31.53 

Zrzut_ekranu_20150310_o_14.32.11

14:33, miaczynski
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71