Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
piątek, 16 września 2016

Zarząd ogólnopolskiej sieci delikatesów Alma Market złożył w czwartek w krakowskim sądzie wniosek o otwarcie postępowania sanacyjnego. 

  1. Co to jest sanacja?

To ostatni krok przed bankructwem. Teoretycznie Alma ma więc szanse ucieknięcia spod topora. Na pewno jednak nie będzie to sieć jaką teraz znamy.

Jest to pewnego rodzaju pożegnanie z jednym z symboli ery zeszłego dziesięciolecia, lat dwutysięcznych – ery optymizmu, ery bogacenia się wielkomiejskiej części społeczeństwa, rodzenia się klas średniej.

- Jeszcze 8-10 lat temu paradowanie z torbą Alma po centrum handlowym było symbolem sukcesu i konsumpcji rzeczy droższych, wyjątkowych, delikatesowych jako nieodzownego składnika profilu człowieka, który ten sukces odniósł. Zmieniły się czasy – jest zdecydowanie mniej optymizmu, zmieniły się symbole statusu i model konsumpcji, ale także otoczenie konkurencyjne Almy i oferta konkurentów – komentuje analityk handlowy (chce pozostać anonimowy).

  1. Dlaczego tak się stało?

Tak w krótszej wersji, bo Polacy lubią delikatesy, ale z dyskontów.


A w dłuższej? Właściwie pierwszy sygnał, że delikatesy Alma mają problem pojawił się w styczniu 2015 roku.

„Wszystkie zabawki minus 25 proc. Wielka wyprzedaż do minus 70 proc. Kawa mielona Food & Joy 6,29 zamiast 8,99 zł. Ryż biały po 1,95 za opakowanie zamiast 2,79 zł, a parówkowa wiedeńska za 12,90 zamiast 18,50.”
Analitykom podobne komunikaty od razu przypominały promocje delikatesów  Bomi które ponad pięć lat temu również chwaliły się cytrynami po 2,99 za kilogram czy filetem z kurczaka po 10,99 zł za kilogram. Było to niedługo przed złożeniem wniosku o upadłość.

Dla tego formatu sklepów kluczowym okresem jest ostatni kwartał roku. Można wtedy odrobić nawet gigantyczną stratę.

Na Boże Narodzenie - albo jak wolą handlowcy "wyjątkowe dni" – klienci chcą sobie bowiem podarować odrobinę luksusu. Problem w tym, że produkty delikatesowe albo uchodzące za delikatesowe zaczęły w dużej ilości wstawiać na półki dyskonty, czyli głównie Biedronka oraz Lidl.

Spółka nie wytrzymała z nimi konkurencji.

- Wygląda na to, że polski, także wielkomiejski konsument zdecydował, iż zupełnie wystarczy mu szynka „pseudo-parmeńska”  i wino portugalskie za 20 zł z dyskontu, niż specjały i delikatesy dobierane osobiście przez właściciela sieci prezesa Jerzego Mazgaja, o nieporównywalnej jakości ale też z innej półki cenowej – twierdzi analityk.

Jego zdaniem wydaje się, iż przynajmniej na razie nie ma zapotrzebowania w istniejącym modelu zakupowym Polaków na niewielką sieć delikatesową, do sklepu której trzeba się specjalnie wybrać i zapłacić nieco więcej za ponadprzeciętną jakość.

Polacy wolą zakupy w dyskontach, a ich ofertę uzupełniają zakupami w sklepie na rogu.

Problemy Almy pogłębił wprowadzony od 1 września podatek od handlu detalicznego. O ironio uchwalany w obronie polskich sieci handlowych. 

Zrzut_ekranu_20160916_o_14.52.071

  1. Co teraz będzie?

Jeśli wniosek zostanie przyjęty przez sąd, to dostawcy i wierzyciele nie będą mogli dochodzić swoich roszczeń, choć Alma oczywiście będzie mogła im płacić (jeśli będzie chciała dostać towar rzecz jasna).

Restrukturyzacja Almy będzie się odbywać przez zarządcę powołanego przez sąd.

W ciągu 30 dni od otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego zarządca przedstawi w sądzie plan, co jego zdaniem powinno się zrobić ze spółką. Sieć ma aktualnie ok. 50 sklepów.

W tym planie jedno jest pewne. Zamknięte zostanie sporo sklepów Almy. Jeśli ktoś by mnie pytał o zdanie to strzelam, że jakaś połowa.

Mogą być również spore (jeszcze większe niż do tej pory) problemy z zaopatrzeniem sklepów. 

  1. Czy ktoś kupi sieć?

To bardzo mało prawdopodobne. Jeśli już to pojedyncze sklepy tak jak się to działo w przypadku Bomi. Dla polskich inwestorów branżowych format Almy zwyczajnie jest nieatrakcyjny. Jednak na świecie delikatesy, takie jak angielski Waitrose, czy amerykański Whole Foods radzą sobie bardzo dobrze, a właściwie z każdym rokiem lepiej.

Paradoks polega na tym, że Alma w dzisiejszej postaci jest zwyczajnie za duża (nietrafione lokalizacje), ale i za mała (żeby dostać dobre warunki od dostawców).

Format miałby szansę, gdyby go przytuliła sieć podobnego rodzaju. W kraju jest tylko jedna nieco podobna: Piotr i Paweł.

I czysto teoretycznie oczywiście można sobie wyobrazić sytuację, w której Piotr i Paweł przejmuje ze 20 najbardziej atrakcyjnych sklepów Almy i robi tam format „Alma by Piotr i Paweł”.

Ale to niestety tylko teoria. 

15:00, miaczynski
Link Komentarze (9) »
środa, 07 września 2016

Od 1 września mamy dobrą zmianę w szkolnych sklepikach i szkolnych stołówkach. I faktycznie jest to zmiana na lepsze (serio, serio, zero ironii).

Przez ostatnie 12 miesięcy w szkołach trwał eksperyment uczenia dzieci jedzenia zdrowo. Eksperyment miał swoje plusy i minusy.

Plusem było bez wątpienia to, że ktoś w końcu podjął problem. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. Według Instytutu Żywności i Żywienia 30 proc. chłopców i ponad 25 proc. dziewczynek w ostatnich klasach szkoły podstawowej ma nadwagę. Powoduje ona cukrzycę i choroby serca.

Minusem, że chyba trochę przegięto jeśli chodzi o restrykcyjność nowych przepisów. Ministerstwo Zdrowia specjalnym rozporządzeniem ograniczyło doprawianie uczniowskich obiadów solą, pieprzem czy śmietaną.

Szkoły ograniczenie zrozumiały różnorako. Niektóre przestały jedzenie doprawiać wcale. To teraz proszę pomyśleć jak smakują niedoprawione ziemniaki. Mamy to? To teraz nieposolona ryba. A ponieważ w domu czekały na dzieci posolone i słodkie rzeczy nietrudno było zgadnąć co działo się ze stołówkowym jedzeniem.

Po prostu lądowało w śmietnikach.

Jak zbadał instytut ABR SESTA, (odpytał 400 losowo wybranych placówek z 15 województw), w niektórych szkołach resztki stanowiły ponad jedna czwartą przygotowywanych obiadów (przed zmianami było to 18 proc.).

Jako odpadki kończyłoby pewnie znacznie więcej jedzenia, gdyby nie to, że rodzice zwyczajnie zaczęli rezygnować z abonamentu stołówkowego. Tak się stało w aż 95 proc. badanych placówek.

sklepikSklepik szkolny w Radomiu pod logo Piotra i Pawła

Od zeszłego czwartku mamy stołówkach i sklepikach nowy asortyment.

Do sprzedaży w sklepikach wróciły takie rarytasy jak 70 proc. czekolada (w sensie z 70 proc. zawartością miazgi kakaowej), drożdżówki (nie wiem po co, to chyba symbol naszego szkolnictwa, aczkolwiek uczciwie odnotowuję, że teraz muszą one mieć więcej jaj, mniej cukru i mniej tłuszczu) czy serki homogenizowane. Można też kupić gumy do żucia (ale bez cukru).

Zakazane zaś jest pieczywo z ciasta głęboko mrożonego.

Stołówki mają wytyczne. I zgodnie z nimi od poniedziałku do piątku nie mogą być podane więcej niż dwie porcje potrawy smażonej, Każdego dnia mają być podawane co najmniej dwie porcje mleka lub produktów mlecznych, oraz co najmniej jedna porcja z grupy mięso, jaja, orzechy, nasiona roślin strączkowych. Ryba? Minimum raz w tygodniu.

Na dodatek posiłki w trakcie gotowania będą mogły być w umiarkowany sposób doprawiane.

Pięknie? Pięknie.

Tyle, że jeśli komuś się wydaje, że zmiana w asortymencie stołówek i szkolnych sklepikach przyniesie jakieś radykalne zmiany w odżywianiu dzieci to się myli.

Owszem sytuacja może się odrobinę poprawi w dużych miastach.

Ale stołówkę ma tylko 59,4 proc. szkół podstawowych i 33,8 proc. gimnazjów. Dlaczego tak mało? Szkoły nie mają pieniędzy lub lokalu. Korzysta z nich 1,2 mln z 4,7 mln uczniów.

Dzieci zaopatrują się więc w szkolnych sklepikach. Tych też nie ma w każdej szkole. Szczególnie ich nie ma w małych miastach i miasteczkach, gdzie generalnie dzieci spędzają mniej czasu w placówce edukacyjnej i posiłki jedzą w domu.

A z tą świadomością dorosłych to akurat bywa różnie. Sam zbaraniałem ostatnio kiedy od dwójki dzieci (ośmiolatek i trzylatka), młócących słodycze w ilościach przemysłowych usłyszałem, że rodzice pozwalają im nie myć zębów, bo je to... „stresuje”.

Zmiany proponowałbym więc zacząć również od nas, dorosłych. 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

17:37, miaczynski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Ilekroć zwracam na to uwagę, cześć spośród Państwa kręci nosem. Bo co to za wielkie wydarzenie, że ktoś za mało mięsa do opakowania włożył?

Wielka mi sensacja. Prawda azaliż, sensacja to niewielka. I można wyjść z założenia, że racjonalny konsument powinien zerknąć na skład opakowania, przeczytać, czy je kiełbasę czy może kotlet z psa trzeciej kategorii, przemielony razem z budą. A następnie wyciągnąć wnioski, czy zakup się opłaca czy też nie. Dziwnym jednak trafem większość z nas tego nie robi, a później się dziwi.

Ja czytam i w ten sposób ostatnio uniknąłem włożenia do koszyka serdelków z cielęciną wydawałoby się solidnej firmy Tarczyński.

Marką tą ozdobiono serdelki z cielęciną. Już nazwa tego produktu wzbudziła we mnie podejrzenia. Bo jeśli coś jest „z”, to równie dobrze tego dodatku może być 5 proc. Albo i mniej. A tak niewielkiego dodatku to niestety chyba nawet pani Gessler odróżniająca ponoć bez problemu czy kotlet ubijano na plastikowej czy drewnianej desce nie dostrzeże.

Obawy okazały się niestety słuszne. Sprawdziłem skład i okazało się, że serdelki z cielęciną zamiast „muuu” robią „ko, ko ko”. Mięsa jest tu 59 proc. Z tego kura to 52 proc. mięso wieprzowe zaś 7 proc. Później jest woda, tłuszcz i skrobia. A cielęcina? Dwa proc. DWA!        

unnamed2

Oczywiście trudno wymagać od serdelka tego typu staranności jaką przed II wojną światową wybierano śledzie pod wódkę w dobrych restauracjach (kupowano beczkę najlepszych śledzi tzw. pocztowych, wyrzucano zawartość beczki do balii, wybierano 30 – 40 najlepszych sztuk a resztę wrzucano do beczki i sprzedawano dalej).

Ale te serdelki kosztują w Piotrze i Pawle prawie 20 zł za kilogram. Trochę drogo. A nawet za drogo. Serdelki wydały mi się jednak mało spektakularne przy składzie Konserwy Krakowskiej, którą podesłał mi pan Maciej. 

Numer jeden w składzie konserwy jest woda. Zaraz później jest mięso oddzielone mechanicznie z kurcząt 23%, później zaś surowce wieprzowe 23% (skórki wieprzowe, mięso wieprzowe 2,3%, mięso oddzielone mechanicznie wieprzowe, tłuszcz wieprzowy), skrobia modyfikowana (kukurydziana), błonnik pszenny, błonnik grochowy, sól, substancje zagęszczające (E407,E407a) itd.

 13988253_1164119740314004_8912542804375449789_o1

Do czasów wejścia Polski do UE mieliśmy własne normy i łatwo było sprawdzić zawartość podstawowych składników w mięsie czy wędlinie: białko, tłuszcz, wodę. Były ściśle określone receptury i było wiadomo: parówka ma 40 proc. mięsa wieprzowego, a kiełbasa serdelowa 30 proc. Wędlina przekraczająca masą 130 proc. surowca (czyli z kilograma mięsa uzyskiwano powyżej 1,3 kg szynki) była uznawana za produkt szynkopodobny. Nie dodawano też MOM-u. Teraz stosowanie tych norm to dobra wola producenta.

Tę konserwę dla prawdziwych koneserów dostać można choćby w Leclercu, gdzie kosztuje 7,63 zł za kilogram i 3,05 za puszkę. Smacznego?

 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

17:11, miaczynski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 19 lipca 2016

Najpopularniejszą promocją występująca w sklepach dyskontowych jest obniżenie ceny. Coś co kosztuje np. 4 zł, sprzedajemy więc po 3,50 zł. Jest to może równie finezyjne jak otwarcie zamkniętych drzwi łomem, ale za to bardzo skuteczne. Czasami też zamiast faktycznej obniżki, mamy jej złudzenie (bo produkt ma np. mniejszą gramaturę a cena w przeliczeniu na gramy i mililitry jest taka sama), ale to już inna historia.

Podobnego rodzaju promocja jest oczywiście najbardziej przez konsumentów lubiana. Ale producenci strzelają fochy. Bo, sieć ceny przecież nie obniża z tego co zarabia, tylko prosi miło (albo niemiło) producenta, aby on w imię dobrej współpracy raczył przy najbliższej dostawie podyktować bardziej atrakcyjne stawki.

Ponieważ nie wszyscy dostawcy dają się aż tak dociskać, a i pod względem marketingowym koncept  jest nieco zużyty, sieci w ostatnich tygodniach zaczęły nam opowiadać tę historię w innej wersji.

W niej Czerwony Kapturek (klient) jest przekonywany przez wilka (sklepy), że jego wielkie oczy świadczą nie o wilczym apetycie, ale o tym, że jest miły i łagodny jak baranek. A te wielkie oczy to nic innego jak promocje typu: obniżamy ceny na kilka produktów, licząc, że klient dojdzie do wniosku, że cały asortyment jest taki super tani.

I tak, pod koniec kwietnia Lidl na półki wsadził 100 produktów po 2 zł każdy. Kilka dni później Biedronka zaczęła sprzedawać ponad 100 produktów 2 zł taniej. Zbieg okoliczności? Na pewno.  

Lidlowi ten pomysł na tyle się  spodobał, że pod koniec maja sprzedawał blisko 100 produktów m.in. pieczywo, napoje, jogurty czy lody po złotówce. Pod koniec czerwca miał kolejną akcję: ponad 50 produktów za grosze. Tu Lidl jakby się nieco zatrzymał, bo naturalnym  krokiem byłoby rozdawanie rzeczy już nie za grosze, ale za darmo. A to powiedzmy  trochę się nie mieści w handlowej rutynie.

Od 11 lipca jest więc w Lidlu nowa akcja: „najtańsze produkty w historii obecności sieci w Polsce”. Każdego dnia od poniedziałku do soboty jeden produkt ma być sprzedawany w „niezwykle atrakcyjnej cenie”. Jako pierwsze wystawiono jabłka. Kilogram kosztował 0,99 zł.

Co jest sprzedawane w tym tygodniu? Niestety nie wiem, choć chciałem sprawdzić.

 najtanszy

Z kolei „Biedronka” poszła teraz w wielopaki (im kupisz więcej towaru, tym lepszą cenę dostaniesz).

 biedronka2

Zaczęła też wykorzystywać gratisy. I tak jeśli ktoś zrobił zakupy za 59 zł, to mógł za darmo wziąć dwie sztuki: „napój Lipton Ice Tea 0,5 litra lub Paluszki Pub 400 g lub Chipsy Top Chips lub Piwo Leżajsk lub woda Żywiec Zdrój.”

W ten sposób dochodzimy do pani Mileny.

 - Po odejściu od kasy, kiedy zwykle wyrzuca się paragony, okazało się ze do paragonu dołączony jest świstek z informacją o promocji - opowiada.

promocja 

Czytelniczka podekscytowaną wizją gratisu pognała jeszcze raz do kasy, gdzie usłyszała, że teraz to niestety za późno. Gratis musi być bowiem na paragonie. Miła pani kierowniczka, zauważyła, że czytelniczka, może teraz zrobić kolejne zakupy na kwotę 59 zl. Ewentualnie zwrócić towary, wziąć je ponownie, pobrać wybrany gratis z półki i wtedy odliczą jej cenę promocyjnego produktu.

A tak w ogóle kierowniczka stwierdziła, że nie ma żadnych form komunikacji o tej promocji w sklepie  (plakaty/reklama/inne materiały POS/informacje z głośników etc) i że to nie pierwsza tego typu promocja o której konsumenci się nie mają szansy dowiedzieć.

Bo kasjer powinien zapytać

Dlaczego tak? O to zapytałem Biedronkę.

W naszych sklepach organizujemy wiele akcji promocyjnych. Dążymy do tego, by komunikacja na ich temat była jak najskuteczniejsza. Dla tej konkretnej akcji przygotowane zostały plakaty do rozwieszenia w placówkach oraz wydruki z informacjami przekazywane klientom wraz z paragonem.

Oczywiście mamy świadomość, iż może zdarzyć się sytuacja, w której część klientów nie dostrzeże żadnego z wymienionych nośników. W związku z tym, kasjer, po spełnieniu przez klientkę warunków określonych w regulaminie, czyli zrealizowaniu transakcji na odpowiednią kwotę, powinien był poinformować o możliwości skorzystania z promocji. Takie zachowanie wyeliminowałoby sytuację opisaną przez Pana Czytelniczkę.

Wygląda na to, że to nie miało miejsca, a ponieważ wydanie dodatkowych produktów w ramach promocji jest procesem odzwierciedlonym na tym samym paragonie, który świadczy o spełnieniu warunków regulaminu, kierownik zaproponował rozwiązanie w postaci wycofania produktów i ponownego ich skasowania.

W odniesieniu natomiast do informacji udzielonych przez naszego pracownika dotyczących komunikacji akcji promocyjnych, o ile tak rzeczywiście brzmiały, należy zaznaczyć, że były niewłaściwe.

Przypomina mi to stary dowcip w którym pan na budowie lata z pustymi taczkami i opowiada, że tyle ma pracy, że nie było czasu ich załadować....

Jakie z tego wszystkiego płyną wnioski? Moim zdaniem cztery:

  1. paragony opłaca się oglądać, przed wyrzuceniem do kosza.
  2. nie ma gratisów, za wszystko się jakoś płaci.
  3. sklepy robią już tak dużo promocji, że same zaczynają się w nich gubić.
  4. kupujmy nie to co jest w promocji, ale to czego naprawdę potrzebujemy. To daje dużo większe oszczędności.

 A tak już na koniec zacząłem się zastanawiać nad tą promocją z Biedronki i wyszło mi, że użycie na paragonie słowa „lub” to pod względem logicznym nie to samo co „albo”.

„Lub” oznacza że po za kupach za 59 zł mogę sobie wziąć np. piwo, paluszki i czipsy. Albo jak mi fantazja podpowiada tylko samą wodę. Chyba, że takie tutaj miało być założenie???  Proszę mnie poprawić jeśli się mylę. 

UPDATE

Odezwała się Biedronka:

"W ramach promocji, po wydaniu określonej w regulaminie kwoty w sieci Biedronka, klient mógł otrzymać 2 artykuły spośród wymienionych na wydruku. Oznaczało to, że mógł zdecydować się za zestaw zawierający dwa różne produkty albo dwa takie same produkty. "

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

 

 

 

14:52, miaczynski
Link Komentarze (9) »
środa, 06 lipca 2016

Przed II wojną światową w czasach, gdy kontakt ze sprzedawcą był mocno spersonalizowany (zazwyczaj oko w oko), reklamacja była okazją. Tak właśnie okazją, aby klientowi udowodnić, jak bardzo się o niego dba. Można było go przeprosić, dać jakiś gratis, ba odwieźć do domu! Na przykład dorożką, ale koniecznie na gumach żeby klienta za bardzo na bruku nie trzęsło.

Teraz dla sklepów reklamacja jest raczej kłopotem. Oczywiście, ponieważ jakość wielu produktów (zwłaszcza elektroniki) jest coraz gorsza biorą one pod uwagę, że co najmniej kilka procent towaru z winy producenta, będzie wadliwa. Trzeba więc będzie go wymieniać albo zwrócić pieniądze.

Prawo też coraz mocniej staje po naszej, czyli konsumentów stronie. Ale prawo - prawem a rzeczywistość - rzeczywistością. I zdarza się, że naprawa towaru trwa miesiącami (dla przykładu sam osobiście już dwa miesiące czekam na naprawę zegarka w sieci Apart, ale pogwarancyjną). Zdarza się też, że produkt jest wielokrotnie naprawiany a z pozoru oczywista reklamacja potrafi się ciągnąć niczym guma od majtek. I o ile w przypadku sklepu stacjonarnego, swoje argumenty można przedstawić „paszczą”, czy też składać wizyty kontrolne pytając się o los sprawy, tak przy coraz popularniejszych zakupach internetowych jest to trudne.

Dziś jednak na przykładzie pana Łukasza pokażę jak to można to zrobić skutecznie i elegancko. Pan Łukasz w wrześniu zeszłego roku kupił w sklepie internetowym Redcoon wieżę Yamaha. Wygląda ona mniej więcej tak:

 yamaha

Towar doszedł bez problemów, choć niestety szybko się okazało, że owszem cena na wieżę na Redcoon jest o 100 zł niższa niż w innych sklepach, za to gwarancja na sprzęt jest tylko dwuletnia zamiast trzyletniej.

- Wieża się zepsuła, więc 4. kwietnia złożyłem mailowo złożyłem reklamację z tytułu rękojmi. 11 kwietnia sprzęt wyruszył kurierem do Redcoon i... wszelki ślad po nim zaginął. 5 maja lekko się zaniepokoiłem i napisałem maila z pytaniem, kiedy wróci do mnie naprawiony - relacjonuje czytelnik.

W tym momencie minęły już ponad dwa tygodnie od momentu złożenia reklamacji, więc zgodnie z prawem została ona z automatu uwzględniona. Pytanie pan Łukasz ponowił 9. maja - znowu cisza. Zadzwonił więc następnego dnia i dowiedział się, że... sprawa została przekazana do działu reklamacji.

 yamaha2

 

Pan Łukasz poczuł, że to próba aby zamiast załatwić sprawę w ramach rękojmi wrzucić go w ramiona gwarancji. Na co ochoty nie miał, bo zasady gwarancji ustala li tylko producent. Jest to zresztą częsta praktyka wśród sklepów. Spycha bowiem obowiązek zajmowania się felernym produktem na producenta właśnie.

Dlatego napisał do sklepu jeszcze raz i powołał się na art. 491 KC. 

Art. 491.  § 1. Jeżeli jedna ze stron dopuszcza się zwłoki w wykonaniu zobowiązania z umowy wzajemnej, druga strona może wyznaczyć jej odpowiedni dodatkowy termin do wykonania z zagrożeniem, iż w razie bezskutecznego upływu wyznaczonego terminu będzie uprawniona do odstąpienia od umowy. Może również bądź bez wyznaczenia terminu dodatkowego, bądź też po jego bezskutecznym upływie żądać wykonania zobowiązania i naprawienia szkody wynikłej ze zwłoki.

Tym razem czytelnikowi odpowiedziano już cztery dni później. To, że sklep powołał się przy tym na art. 560 ustawy z dnia 30 maja 2014 r. o prawach konsumenta (odpisujący miał na myśli kodeks cywilny) to szczegół.

Przy okazji jednak pomylił również jego treść. Lub jak kto woli: twórczo ją zinterpretował.

Napisał bowiem tak: „Zgodnie z treścią Art. 560 /.../ sprzedawca ma możliwość dokonania w pierwszej kolejności usunięcia wady. Czas usunięcia wady poprzez nieodpłatną naprawę zależny jest w głównej mierze od występującej usterki i dostępności części niezbędnych do wykonania naprawy.”

Tymczasem art. 560 kodeksu cywilnego wygląda tak: „Jeżeli rzecz sprzedana ma wady, kupujący może od umowy odstąpić albo żądać obniżenia ceny. Jednakże kupujący nie może od umowy odstąpić, jeżeli sprzedawca niezwłocznie wymieni rzecz wadliwą na rzecz wolną od wad albo niezwłocznie wady usunie. Ograniczenie to nie ma zastosowania, jeżeli rzecz była już wymieniona przez sprzedawcę lub naprawiana, chyba że wady są nieistotne.”

yamaha4Pan Łukasz bardzo kulturalnie podtrzymał jednak swoje stanowisko. A przy okazji podniósł kaganek oświaty informując, że na sprzedawcy ciąży obowiązek dokonania niezwłocznej naprawy i zrobienia tego bez nadmiernych dolegliwości.

A w odczuciu pana Łukasza, półtora miesiąca bez możliwości korzystania z reklamowanego sprzętu to już jest nadmierna niedogodność. Z kolei brak informacji przez pierwszy miesiąc biegu reklamacji to według niego brak należytej staranności w jej prowadzeniu. 

yamaha51

Redcoon nie złożył broni, dowodząc, że wszystko jest bezzwłoczne i pozbawione niedogodności. Na co czytelnik odpowiedział już bronią ostateczną, czyli odstąpieniem od umowy zakupu.

"W związku z niewypełnieniem mojego żądania, dotyczącego naprawy i dostarczenia reklamowanego produktu do dnia 26 maja br., oraz dalszej - pomimo monitów - niemożności określenia przez Redcoon, czy i w jakim terminie firma byłaby w stanie wywiązać się z ciążącego na niej obowiązku, informuję, że odstępuję od umowy zakupu, 

Należność za zakupiony towar oraz należność za usługę transportową (łącznie: 1796,79) proszę przelać na moje konto o numerze xxxx xxxx w nieprzekraczalnym terminie do dnia 1. czerwca 2016. Z poważaniem." 

Wtedy sklep się poddał i uznał dalszy spór za bezcelowy, ale żeby nie było zbyt kolorowo, pieniądze obiecał zwrócić bezzwłocznie, czyli za dwa tygodnie. Chyba, że pan Łukasz zdecyduję się na wymianę towaru na inny.

Czytelnik na wymianę się nie zdecydował. Pieniądze wróciły 1 czerwca. Nie na konto jednak, ale na kartę kredytową, dlatego czytelnik zorientował się o tym fakcie dopiero 9 czerwca. 

Jak widać z tego przypadku można docisnąć migający się od uznania reklamacji sklep. I na dodatek robiąc to całkowicie zgodnie z prawem.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

16:23, miaczynski
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 czerwca 2016

Czy sklep powinien nam sprzedać towar za który już zapłaciliśmy? Raczej tak, prawda?

A teraz ten dylemat podnieśmy na wyższy poziom. Czy sklep powinien nam sprzedać towar, który wystawił przez pomyłkę zbyt tanio, a my za niego zapłaciliśmy?? Odpowiedź nie jest już tak oczywista. A w takiej sytuacji znalazł się pan Jakub. 

22 kwietnia napisał do mnie tak: „Dzień dobry, chciałbym zgłosić, że Saturn dziś poleciał w kulki z klientami. Wystawił konsolę PS4 za 199 zł i była dostępna przez kilka godzin. Ja i wielu moich znajomych zamówiliśmy je i zapłaciliśmy z góry. Otrzymaliśmy po kilku godzinach maila o anulowaniu zamówienia. Ich regulamin jasno mówi, że II.3 "Cena jednostkowa Towaru uważana jest za wiążąco uzgodnioną pomiędzy Użytkownikiem a Sprzedającym z chwilą złożenia Zamówienia".”

Oferta wyglądała tak:

saturn21

Na zapytanie o powód anulowania zamówienia Saturn odpowiedział tak:

"W związku z Pana mailem możemy stwierdzić, co następuje: Sklep Internetowy jest platformą, na której Sprzedający zapraszają do rokowań w celu zawarcia umowy sprzedaży.

Zgodnie z Ogólnymi warunkami sprzedaży i regulaminem sklepu internetowego, chwilą zawarcia umowy jest moment potwierdzenia zamówienia przez Sprzedającego.

W wyniku błędu systemu komputerowego (którego przyczyny badamy i za który przepraszamy), na witrynie sklepu internetowego znalazł się towar i jego opis, którego Sprzedający nie posiadają w ofercie sprzedaży.

Pana zamówienie nr XXX z godz. 2016-04-22 08:27:47 nie zostało potwierdzone przez Sprzedającego. Nasz sklep skierował do Pana informację o braku możliwości realizacji zamówienia.

Bardzo przepraszamy za utrudnienia.

Zespół Sprzedaży Internetowej Saturn.pl"

Saturn wystawił konsolę z nową ceną: 1729 zł.

 saturn11

 

 

Pan Jakub uznał, że jest robiony w balona. Wezwał więc sieć do realizacji zamówienia, powołując się dodatkowo na wyrok Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. 

Są ten uznał, że do regulaminów sklepów nie można wprowadzać takiego zapisu: "W przypadku zakupu towaru, na który wprowadzona jest błędna cena - przez obsługę sklepu bądź błąd serwera - kupujący zostanie poinformowany o tym fakcie, a umowa nie zostaje zawarta - zamówienie zostanie anulowane a pieniądze zwrócone. Konsument powinien mieć świadomość błędnej ceny, jeśli cena za dany towar jest kilkakrotnie niższa w stosunku do średnich cen rynkowych, a oferta nie wskazuje na okazję lub promocję, towar jest oferowany za kwotę 0 złotych, lub też w przypadkach gdy błąd jest oczywisty

Wniosek z tego wyroku płynie, że jeśli e-sklep się z ceną pomyli, to jest to jego problem.

Co na to Saturn?  

Saturn odpisał, że "Zgodnie z Ogólnymi warunkami sprzedaży i regulaminem sklepu internetowego, chwilą zawarcia umowy jest moment potwierdzenia zamówienia przez Sprzedającego."

A kiedy pan Jakub poprosił o informację gdzie to niby znajduje się w pierwotnym regulaminie dostał taką odpowiedź:

Szanowny Panie Jakubie,

W odpowiedzi na maila informujemy, że interesujący Pana punkt znajduje się w Regulaminie Sklepu Internetowego www.saturn.pl, punkt II. DEFINICJE, podpunkt 32, cyt.: " Zamówienie - deklaracja woli zakupu Towaru, lub zlecenia usług w ramach Produktów innych niż Towar uzewnętrzniona przez Użytkownika za pośrednictwem Sklepu Internetowego (poprzez zdalne wypełnienie elektronicznego formularza w Sklepie Internetowym), w sposób umożliwiający Sprzedającemu i Usługodawcy identyfikację Użytkownika, precyzująca ponadto Towar mający stanowić przedmiot Umowy Sprzedaży lub zlecenia usług w ramach Produktów innych niż Towar, miejsce jego odbioru, świadczenia lub dostawy oraz formę płatności ceny za Produkt.".

Tutaj powiem szczerze uznałem, że ktoś w Saturnie puścił się poręczy, bo mym skromnym zdaniem we wskazanym podpunkcie nic o chwili zawarcia umowy nie ma (z pełną pokorą przyjmę jednak opinie, kogoś bardziej biegłego).

.Pan Jakub napiął się jeszcze i wystąpił listem poleconym o wykonanie umowy. I dostał właśnie odpowiedź w której Saturn powtarza swoją historię, że „Zgodnie z Ogólnymi warunkami sprzedaży i regulaminem sklepu internetowego, chwilą zawarcia umowy jest moment potwierdzenia zamówienia przez Sprzedającego

Dalej Saturn napisał, że „cena znajdująca się wówczas na stronie (199 zł) oscyluje poniżej kosztów produkcji, wobec czego należy przyjąć, że wiedział Pan o istniejącym błędzie lub nawet gdyby założyć, że nie miała takiej wiedzy to z pewnością mogła z łatwością zauważyć błąd w ofercie, poprzez porównanie cen rynkowych u innych sprzedawców.”

Również moim zdaniem można z tym polemizować.

Sieć przytacza jednak jeszcze jeden argument, który moim zdaniem jednak przechyla szalę na korzyść Saturna.

Z brzmienia literalnego punktu III 5 Regulaminu Sklepu Internetowego Saturn, tj. "Ogłoszenia reklamy, cenniki i inne informacje zamieszczone w Sklepie Internetowym poczytuje się w razie wątpliwości nie za ofertę, lecz za zaproszenie do zawarcia umowy. Nie stanowią one również zapewnienia Sprzedającego".

Czyli samo naciśnięcie klawisza kup teraz i wpłacenie pieniędzy na podany numer konta to za mało do zawarcia umowy. Gdyby pan Jakub dostał info, że „zamówienie zostało przyjęte do realizacji”, Saturn byłby bez szans. Tu jednak tak nie było.

Jeśli państwo mają inny pogląd na tę sprawę zapraszam do dyskusji.

 ----

W wyżej opublikowanym tekście znalazła się wcześniej informacja, jakoby sklep Saturn po zamówieniu pana Jakuba zmienił swój regulamin, tak aby zabezpieczyć się przed podobnymi przypadkami.

Informacja ta była informacją nieprawdziwą, Saturn swojego regulaminu nie zmienił. Mój błąd.

Przepraszam spółkę za naruszenie jej dóbr osobistych przez opublikowanie takiej informacji.

Piotr Miączyński

 

 

14:34, miaczynski
Link Komentarze (9) »
wtorek, 14 czerwca 2016

Biura podróży to dość trudny biznes. Pada się tutaj dość często, sezon jest właściwie jeden, czyli lato. Do tego wiele osób nastawia się na kupowanie wycieczek tuż przed wyjazdem wychodząc z założenia, że najkorzystniejsza dla nich jest tzw. oferta last minute. 

Biura podróży od dłuższego czasu usiłują jednak wychować sobie klientów oferując im wycieczki w ramach opcji first minute. Obiecując przy tym jakie to atrakcyjne doznania finansowe nas spotkają jeśli się na coś takiego skusimy.

To co najwyżej półprawda.

I tym sposobem dochodzimy do pani Sylwii, która razem z mężem i dwójką dzieci wykupiła wycieczkę na Kretę do czterogwiazdkowego hotelu Astir Beach. Który wygląda tak:

 itaka3

Czytelnicy ofertę wykupili jeszcze w marcu, na 11 dniowy wyjazd, który zaczął się od 12 czerwca. Zrobili to przez internet płacąc 9311 zł (z tego nieco ponad 700 zł to ubezpieczania: kosztów leczenia i kosztów rezygnacji).

grecja22

Była to promocja: „Marzenia w Cenie Spełnienia” z gwarancją najniższej ceny.„Jeśli po dokonaniu rezerwacji znajdą Państwo identyczną ofertę w korzystniejszej cenie w ramach promocji „Marzenia w Cenie Spełnienia”, z przyjemnością oddamy różnicę.“

I traf chciał, że na początku czerwca ten sam wyjazd dla tej samej grupy osób (dwójka dorosłych plus dwójka dzieci) do tego samego hotelu, w tej samej dacie był o 789 zł złotych tańszy. 

grecja1

Klienci poczuli się zrobieni w balona. To poczucie jakby wzrosło, gdy okazało się, że żadnego zwrotu pieniędzy nie dostaną.

Po pierwsze promocja ze zwrotem różnicy trwała tylko do końca marca. A po drugie, nawet jeśli trwałaby ona dłużej to i tak by nie dostali ani złotówki, bo tańsza oferta to last minute. A „gwarancja Najniższej Ceny nie uprawnia do zmiany na ceny Last Minute lub ceny w promocjach innych niż tutaj wymienione.“

 itaka41

Że czytelnicy tego wszystkiego nie wiedzieli? Ich błąd. Wszystko było opisane w regulaminie, który wisiał na stronie internetowej. Ja bym co prawda upierał się, że przy zakupie wycieczki klient powinien dostać w formie elektronicznej zasady promocji.

I nawet zapytałem o to wiceprezesa Itaki., dlaczego nie dostali. Ale jakoś nie dostałem odpowiedzi.

Jakie z tego wszystkiego płyną wnioski?

Podstawowy wniosek jest taki, że oferta first minute wcale nie gwarantuje nam, że zapłacimy za wycieczkę najtaniej. Gwarantuje nam za to, że będziemy mieć duży wybór.Czasami ceny wzrosną (jeśli wybrany przez nas hotel jest ciekawy i w dobrym miejscu), czasami jak w przypadku czytelników będzie zwyczajnie dużo taniej (bo hotelarz nie zdołał zapełnić swojego przybytku)

 Przy czym najlepsze oferty first minute są w połowie stycznia, w drugiej połowie listopada albo w połowie maja. To okresy kiedy mniej osób kupuje wakacyjne wyjazdy.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

18:33, miaczynski
Link Komentarze (5) »
wtorek, 31 maja 2016

Są takie twierdzenia, które od razu brzmią jak oksymoron. „Uczciwy polityk”. „Wesołych świąt”. „Tani sklep”. Oraz „ciekawe uzasadnienie wyroku sądowego”.

To ostatnie tym razem okazało się prawdziwe. Pan Łukasz podesłał mi niezwykle intrygujące uzasadnienie wyroku sądu apelacyjnego w Łodzi. Daję słowo, nieźli figlarze pracują w tamtejszych sądach. Czytając cały ten dokument, uśmiechałem się niezwykle szeroko. 

Później sprawdziłem, że o sprawie pisały już media, ale jest to na tyle urocze, że warte przypomnienia.

Mozzarella z wkładką

Sprawa zaczęła się od tego, że powodowie lubią ser. Ale nie każdy ser, tylko taki produkowany w Republice Czeskiej, kryjący się pod nazwą M. G i będący mozzarellą.

I pewnego dnia a konkretnie 10 września 2012 roku po otworzeniu szczelnego opakowania i pokrojeniu sera w plastry zauważyli na jednym z nich - w sensie plastrze - ciemną plamkę, która po bliższym przyjrzeniu okazała się owadem.

Zniesmaczyli się a u powódki na dodatek pojawił się odruch wymiotny. Sporządzili jednak dokumentację fotograficzną plastra razem z wkładką mięsną.

A następnie zadzwonili na infolinię producenta. Producent, jak to producent - odpisał, że „proces wytwarzania sera M. G.znajduje się pod stałą kontrolą jakościową i technologiczną, a zaistniałe problemy analizowane są wspólnie z kierownictwem, pracowniami laboratorium i produkcji” etc.

Czyli zbagatelizował. No, może nie do końca. Procedura u producenta jest taka, że niezależnie od tego czy reklamacja jest zasadna, czy nie, w odpowiedzi wysyłany jest niezadowolonym klientom koszt podarunkowy. Koszt niewielki, a miło im się robi.

Zastosowaną więc tutaj tę standardową procedurę. Przedstawiciel producenta pojawił się z koszem i go wręczył. Zapytał jeszcze czy możliwe jest otrzymanie od nich sera ze znalezionym owadem.

Niedoszli konsumenci jednak odmówili jego wydania. Jak dobrze rozumiem takie zatrzymanie obywatelskie.

Wkładka okazała się być...

Ser z owadem (zamrożony) został przekazany do Sanepidu. Placówka ta po przeprowadzeniu badań stwierdziła na jednym z plastrów sera „obecność wtopionego w masę serową fragmentu owada wielkości 7 mm. z widocznym barwy brązowo czarnej tułowiem pokrytym szczeciną, głową oraz jedną z nóżek również pokrytą czarną szczeciną”. Ujmując krótko, chodziło o muchę.

Sanepid następnie ser razem z muchą wyrzucił, co okazało się być dla całej sprawy wydarzeniem nie bez znaczenia. Konsumenci za to wytoczyli producentowi pozew na 80 tys. zł tytułem zadośćuczynienia za szkody moralne i rozstrój zdrowia oraz zażądali doprowadzenia zakładu produkującego ser do stanu gwarantującego bezpieczeństwo wytwarzanej w nim żywności.

W toku sądowych ustaleń wykazano, że w zakładzie przeprowadzana jest regularnie kontrola pokrywek lamp owadobójczych emitujących niebieskie światło umieszczonych przy wejściu do strefy produkcji.

A obecność owadów ma charakter znikomy. I tak 2.8.2012 r. znaleziono 1 muchę, 8.8.2012 r. nie znaleziono żadnej muchy, 16.8.2012 r. znaleziono 2 muchy, 28.8.2012 r. nie znaleziono żadnej.

Mucha jest sprawnym lotnikiem

- Owszem owad ten - jak argumentował sąd okręgowy - występuje powszechnie na obszarze gdzie zlokalizowany jest zakład produkcyjny (...).S z siedzibą w K. w Republice Czeskiej. - Owad ten jest sprawnym lotnikiem i świetnym węchowcem, potrafi bardzo prędko latać i może dostać się przez krótko otwarte drzwi i okna nawet przy dobrych zabezpieczeniach. Korpus owada znajdującego się w serze, utrwalonego na fotografii był uszkodzony, nie miał wszystkich odnóży. Nie można stwierdzić, czy owad był na powierzchni sera czy wewnątrz. Fizycznie możliwa jest również taka sytuacja, że owad został umieszczony w serze. Nie ma możliwości stwierdzenia, czy w odkrojonym, odłamanym kawałku sera znajdowałyby się jakieś ślady odkształcenia masy serowej na skutek kontaktu z owadem w procesie produkcyjnym - przekonywał sąd.

Wyraził przy tym rozczarowanie, że biegli, którzy wydali opinię dysponowali ograniczonym materiałem badawczym w postaci fotografii. Bo, gdyby dysponowali ciałem owada zakonserwowanego w jakimkolwiek dostępnym płynie utrwalającym ułatwiłoby to im pracę w znacznym stopniu.

Poza tym biegli nie byli tak biegli, bo przyznali, że nigdy nie byli w zakładzie, w którym produkuje się sery, a zatem nie posiadają wiedzy na temat stosowanych tam technologii zarówno w zakresie samej produkcji jak również w zakresie skuteczności zainstalowanych urządzeń ochronnych.

Nie byli więc w stanie w sposób wiarygodny stwierdzić, w jakiej postaci zachowałby się korpus muchy w zetknięciu z procesami występującymi podczas produkcji sera typu mozarella.

Sąd miał inne teorie infiltracji muchy

W ocenie Sądu Okręgowego nie można także wykluczyć, iż owad będący, dostał się do masy serowej tuż po wyjęciu go z opakowania, pokrojeniu i podaniu do stołu

- Jak stwierdzili biegli z zakresu entomologii owady te mogą osiągać duże prędkości, mają doskonały węch pozwalający im lokalizować pokarm, w którym są rozmaite substancje organiczne. Zdarzenie miało mieć miejsce w dniu 10.9.2012 r., zatem w okresie gdy jest jeszcze dość ciepło, okna są często otwarte zatem owad łatwo w sposób niezauważony mógł dostać się do wnętrza mieszkania powodów i dostać się pomiędzy plastry pokrojonego już sera. Za taką możliwością przemawia też okoliczność iż owad znajdujący się na zdjęciach przedstawionych przez powodów nie był mocno oblepiony masą serową - skomentował sąd.

I obsztorcował powodów, że nie zadbali aby zabezpieczyć znalezionego owada dla celów dowodowych, a wystarczające byłoby umieszczenie go w jakimkolwiek dostępnym płynie utrwalającym.

Na dodatek, sąd nie dał wiary temu aby bodziec wizualny w postaci muchy w serze wywołał w psychice powodów tak daleko idące skutki, aby można było określać je jako rozstrój zdrowia.

Powodowie twierdzili, iż powódkę całą noc męczyły torsje. Gdyby tak było, wezwanoby pogotowie.

Za nieudowodnione Sąd Okręgowy również uznał zeznania powoda, że ich dwuletnie dziecko było zagrożone zadławieniem się gdyby zjadło kawałek sera w którym znajdowała się mucha. Gdyby małe dziecko połknęło w całości duży kawałek sera to mogłoby się zadławić nawet gdyby nie było w nim niespełna centymetrowej muchy.

Podnoszona przez powodów konieczność zmiany diety poprzez wyeliminowanie z niej wszelkich wyrobów nabiałowych na skutek negatywnych przeżyć związanych ze znalezienia owada w serze także, zdaniem Sądu pierwszej instancji, należało uznać za nieudowodnione.”

Czyli innymi słowy porażka. 

A co na to sąd apelacyjny?

Sprawa trafiła jeszcze do sądu apelacyjnego, który okazał się być bardziej wyrozumiały od okręgowego. Uznał na przykład, że powodowie muchy nie musieli wsadzać do żadnego płynu. Ale uznał jednocześnie, że żadne dobra osobiste powodów nie zostały naruszone.

Wychodząc z powyższych rozważań należy odpowiedzieć na pytanie jakie odczucie u przeciętnego konsumenta rodziłoby znalezienie w zakupionym przez siebie produkcie spożywczym owada. Niewątpliwie byłoby to uczucie wstrętu, niechęci, pewnie i oburzenia, jednakże nie można mówić w tym konkretnym przypadku o naruszeniu dobra osobistego w postaci wskazywanego przez powodów zdrowia czy nawet godności. Reakcja powodów, zwłaszcza J. M., nawet jeżeli faktycznie miała taki przebieg, zdecydowanie wykracza poza odczucia przeciętnego konsumenta.”

 sad

Apelacja została więc oddalona. Powodowie zostali zaś obciążeni kwotą 2.7 tys. zł kosztów zastępstwa procesowego. 

Proszę więc pamiętać. Jeśli znajdujemy muchę w jedzeniu od razu ją konserwujemy w odpowiednim płynie! Ot, tak na wszelki wypadek.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

19:08, miaczynski
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 23 maja 2016

Zgłosił się do mnie redakcyjny kolega Bartek, od ośmiu lat klient sieci Vectra. Zazwyczaj głęboko niechętnie opisuje sprawy osób, które znam z pracy, ale ponieważ historia jest reprezentatywna dla szerszej grupy konsumentów, postanowiłem ją państwu zaprezentować w całości.

Osiem lat to spory kawałek czasu, jeśli chodzi o usługi można wręcz więc powiedzieć, że jak na dzisiejsze czasy pan Bartek jest klientem wiernym i oddanym. I był takowym, do momentu aż w ramach dobrej zmiany zainstalowano mu usługę WI-FI 150 Mb/s (plus TV). Telewizji akurat kolega nie ogląda zbyt często za to sieć, miała chodzić „ jak marzenie” i „bez przerw”.

Pojawia się monter

- Przyjechał pan monter, zamontował mi ich router, skonfigurował komputer, zapewnił, że nie ma przerw w dostępie do sieci ("proszę pana nas zobowiązuje prawo do utrzymania 90 proc. szybkości połączenia"). Ale delikatnie rzecz ujmując, minął się z prawdą.  Montaże były 26 maja 2015 r. i od razu internet nie chodził, on się czołgał - na komputerze nic nie dzieje się szybciej niż wtedy, gdy miałem podłączone 8 MB (czyli 19 razy wolniej!!!!). Zgłosiłem więc reklamację już w czerwcu - skontaktował się ze mną technik, ale mógł przyjść wyłącznie w  godzinach, które mi zupełnie nie pasowały. Ostatecznie stwierdził, że nie przyjdzie(!) - relacjonuje kolega.

Internet mimo szumnej nazwy nadal działał raczej statecznie i bez szaleństw niczym Fiat 126 p. odpalany za pomocą szczotki.

Minęło 11 miesięcy, aż WTEM! internet zaczął naprawdę wariować.

- Zrywa; połączenie, działa; tylko w jednym pokoju, w drugim już nie miałem zasięgu (!). Postanowiłem więc znów nawiązać relację z działem obsługi technicznej Vectra - opowiada pan Bartek.

Operator zadania mu nie ułatwiał. Za każdym z trzech razy, kiedy usiłował się połączyć z infolinią, czekał ok. 20 minut. Co powiedział konsultant? Jego tok myślenia, można sprowadzić do trzech punktów, które wielu osobom mogą się wydać zaskakujące.

  1. Vectra odpowiada za dostarczenie internetu do routera. I tylko do routera.
  2. Vectra nie gwarantuje, że internet z routera (zainstalowanego przez nich) dotrze do komputera - "bo my nie odpowiadamy za to, jak jest obciążone otoczenie". Konsultant, kazał za to czytelnikowi zainstalować program "WiFi analyzer" na telefonie, sprawdzić, który z dostępnych w bloku kanałów jest najmniej obciążony i go przełączył na ten kanał. - Pomogło jak zmarłemu apap - mówi ponuro pan Bartek.
  3. Pan konsultant dodał wreszcie, że poleca, żeby kupić własny router z antenką, "bo ten nasz jest taki sobie".

- Bądźmy poważni - instalują mi internet, a potem instaluję jakieś programy na komórkę i się gimnastykuję, żeby łaskawie pan z helpdesku przełączył mnie na wolny kanał, który sobie znalazłem - denerwuje się czytelnik.

vetctraodpowiedz

To tłumaczenie spółka powtórzyła przed UKE, gdzie pan Bartek zgłosił się z prośbą o interwencję.  "Przeprowadzając test prędkości łącza internetowego np. z wykorzystaniem narzędzia dostępnego na www.Vectra.pl/test komputer abonenta musi być połączony z modemem z wykorzystaniem kabla (skrętki).” Proszę zapamiętać:

 Podstawą do złożenia reklamacji na niedziałający internet jest przeprowadzenie testu za pomocą połączenia kablowego.

- Ale ja kupiłem usługę internetu bezprzewodowego - piekli się pan Bartek.

Upewnij się czy reklamujesz

Jak się okazuje na niekorzyść czytelnika działała jeszcze jedna rzecz. Vectra w swoim systemie miała tylko jedno zgłoszenie nieprawidłowości w świadczeniu usługi internetowej, sprzed prawie roku. „Nadmieniamy, że zgodnie z naszą wiedzą problemy z działaniem przedmiotowej usługi zostały wyeliminowane w dniu 17.06.2015 r. poprzez rekonfigurację Urządzenia Abonenckiego. Za wszelkie nieprawidłowości serdecznie przepraszamy.” 

Vectra nie tylko przeprosiła (po roku), ale też postanowiła uraczyć czytelnika finansową rekompensatą!

„W związku z powyższym, przyznajemy Panu zwrot za czerwiec 2015 r. za usługę internetową w wysokości 1,99 zł, co stanowi równowartość opłaty abonamentowej za 3 dni nieprawidłowości w świadczeniu ww. usługi.”

Pan Bartek tymczasem zaklina się na wszystkie świętości, że od czerwca zeszłego roku do kwietnia tego roku zgłaszał problemy z działaniem sieci jak nic z cztery czy pięć razy. Skąd więc ta różnica między nim a operatorem odnośnie ilości złożonych zażaleń? To pułapka druga, nie każda rozmowa z dostawcą internetu jest reklamacją.

- Część zgłoszeń to oficjalne reklamacje, czyli wypełnienie formatki internetowej, a część to rozmowy z infolinią. To różnica, bo na te wysyłane mailem oni oficjalnie odpowiadali, a na te zgłaszane telefonicznie - nie! - narzeka pan Bartek.  

Płynie z tego wniosek, że jeśli ktoś ma problemy z działaniem sieci to powinien, zgłaszać je pisemnie mailem, lub w trakcie rozmowy telefonicznej wyraźnie mówić, że składa reklamację.

Pan Bartek wypowiedział umowę.

vectra_wypowiedzenie

Tutaj trzeba przyznać operatorowi, że zachował się o tyle po ludzku, że nie naliczył czytelnikowi kary umownej za przedwczesne rozwiązanie umowy. Vectra zażądała tylko zwrotu sprzętu.

O ironio pan Bartek chciał go zdać technikowi Vectry. Kiedy dowiedział się, że taka wizyta kosztuje 50 zł, zadzwonił na infolinię, że odda jednak sprzęt osobiście.

Kilka dni później pan technik jednak do niego zadzwonił, że chce się umówić na wizytę po odbiór. A na mailu pan Bartek znalazł informację, że za wizytę zostanie mu doliczone 50 zł.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

Tagi: vectra
12:25, miaczynski
Link Komentarze (17) »
wtorek, 19 kwietnia 2016

U moich rodziców w salonie stoi wieża marki JVC. To model z kompaktem. Jak nic ma 25 lat. Nadal działa. Wygląda zresztą też bardzo przyzwoicie. Trzeba przyznać, że wieża w momencie zakupu nie była tania, ale przez te lata jej zakup raczej zdążył się zamortyzować.

A producenci elektroniki na przestrzeni tego czasu zmienili swoją strategię. Wzięli przykład z producentów ubrań i zamiast sprzętu na lata zaczęli produkować sprzęt sezonowy. Tani, wysoko-awaryjny, ale za to bez problemu można go wymienić na nowy, nawet jeśli jest sprawny, ale się znudził.

Ta strategia oczywiście jest głównie nakierowana na zamożne rynki Europy Zachodniej i USA. To co w Niemczech czy Francji jest wyrobem ekonomicznym u nas już niekoniecznie. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz częściej nie opłaca się producentowi naprawiać sprzętu. Zwyczajnie taniej jest go wymienić na nowy. Tak na przykład często robi się z prostymi tabletami, kupowanymi w sieciach dyskontowych. Ciągle naprawia się jednak droższą elektronikę.

I po tym przydługim wstępie dochodzimy do pana Adama, który we wrześniu zeszłego roku w sieci RTV Euro AGD zakupił laptop 2 w 1 (czyli z odłączanym ekranem, który może służyć jako tablet). Chodzi o HP Pavilion 10 x2. Kupił go w Gliwcach. Zapłacił 1299 zł.

Zrzut_ekranu_20160418_o_15.34.14

Gdyby wiedział co go dalej spotka, to pewnie by zrezygnował. Nie z mieszkania w Gliwicach, ale z laptopa rzecz jasna.

22 grudnia w urządzeniu padła bateria.

Czytelnik skontaktował się z serwisem, dzień później poproszono go o wykonanie testu akumulatora oraz pozostałych podzespołów (w tym celu należy uruchomić laptopa i nacisnąć ESC a później F2). Czytelnik rozładował laptop, podłączył go do zasilania. Po uruchomieniu bateria miała przez chwilę 0 proc. A następnie po trzech czy czterech minutach spełniła marzenia Elona Muska o turboszybkim ładowaniu i zameldowała 99 proc. stanu posiadania. 

- Chyba nie powinno to tak działać, przynajmniej wcześniej działało inaczej - skomentował czytelnik.

29 grudnia komputer został zgłoszony do naprawy serwisowej. I już 18 stycznia pan Adam trzymał we własnych rękach sprzęt z wymienioną baterią.

Trzeba przyznać, że laptop był gotowy do odebrania 10 dni wcześniej. Ale nikt czytelnika o tym nie poinformował. 

A laptop na to...niemożliwe

Podjarany niczym fretka pan Adam odpalił tableta i….żuchwa mu opadła, bo w urządzeniu nie działała klawiatura. 19 stycznia urządzenie znów zostało wysłane do serwisu HP.

Po powrocie laptop działał! I to nawet przez cały weekend. Tyle wygrać, prawda? 2 lutego pan Adam zaczął pisać zgłoszenie serwisowe do HP, że w tablecie przestaje odpowiadać dotyk, wifi a laptop grzeje się niemiłosiernie. Dodatkowo jest źle spasowany. Obudowa po dwóch rozłożeniach i złożeniach ma luki w czterech miejscach i trzeszczy w posadach, niczym rozkładana, stara suszarka na pranie.

Czytelnik nieco rozeźlony całością wydarzeń zapytał uprzejmie, czy nie byłaby możliwa wymiana urządzenia na nowe albo zwrot gotówki. Dział techniczny równie uprzejmie odpowiedział, że mogą zaproponować tylko ponowną wysyłkę do serwisu i dodatkowy rok gwarancji.

Urządzenie znów powędrowało do serwisu. 

Tym razem przerwa trwała ciut dłużej. Serwis czekał na części. Planowany czas ich dostarczenia przypadał na 24 marca, później (po wymianie maili) na 14 marca.

hp1

hp2

Do rąk pana Adama naprawiony laptop trafił dopiero 4 kwietnia. To teraz ponownie oddajmy głos czytelnikowi:

„Pół godziny temu tablet dotarł do Gliwic, gdy już skończyłem piszczeć z zachwytu i rozpakowałem paczkę okazało się, że:

  1. Ekran jest niespasowany z obudową (w miejscu logo Bang&Olufsen wystaje poza krawędź obudowy),
  2. Obudowa nie jest spasowana sama z sobą: szpary w kilku miejscach, przy przycisku zasilania jest obłupana (widać biały plastik w środku) - w lutym o tym rozmawialiśmy -> mówiłem, że nie istnieje sposób aby obudowę, którą uszkodziliście złożyć bez 2 tubek "Kropelki", czasem nie znoszę mieć racji.
  3. Nowa klawiatura, która została wymieniona także posiada "obłupienie".” Itd. 

hp3

Czytelnik teraz chciałby wiedzieć co HP planuje z tym fantem, czyli jego laptopem zrobić. To znaczy przypuszcza, że wie. Zostanie przeproszony, kurier odbierze przesyłkę i po następnych trzech miesiącach dostanie laptop z wymienionymi wszystkimi częściami ale nadal rozpadający się w ręku.

- Czuję się oszukany, nie mam pojęcia co z tym robić, pracuję na pożyczonym komputerze, który z poręcznym tabletem nie ma nic wspólnego. Jedynym moim błędem jest to, że reklamowałem to w HP a nie w sklepie. Tzn jest jeszcze jeden błąd, kupiłem to guano – komentuje czytelnik.

Wczoraj dostał maila od HP: „Cały czas oczekuje na pewne informacje w Pana sprawie. Po wyjaśnieniu sprawy niezwłocznie się z Panem skontaktuje.“

I ja absolutnie rozumiem, że czytelnik popełnił błąd nie zgłaszając tego towaru jako niezgodnego z umową (wówczas naprawiano by go tylko raz, później dostałby gotówkę). I rozumiem, że reklamacja czasami idzie jak Syzyfowi pod górkę. Ba, rozumiem nawet, że na części się czeka a po otwarciu trudno jest spasować urządzenie z powrotem.

Ale tego, że przez dwa tygodnie producent nie jest w stanie podjąć decyzji co dalej z tym fantem to już tego nie rozumiem. 

Będę dalej przyglądał się sprawie.

 

UPDATE!

Wczoraj o 20 (5 MAJA  przyp. supermarket) do mych drzwi zapukał kurier przywożąc tablet. cyt. Pana "Podjarany jak fretka" wziąłem się za inspekcję: Wymieniono: płytę główną, obudowę przód, obudowę tył, klawiaturę, płytę główną i panel LCD, czyli wszystko poza przyciskami włączenia i głośności oraz baterią, która wymieniona została podczas pierwszej naprawy na początku stycznia. Nie mam dla tej naprawy uzasadnienia ekonomicznego, logicznego...

W czasie ostatniej naprawy zdążyłem kupić MacBooka i znaleźć w rodzinie jakiegoś dzieciaka, który z tabletu się ucieszy. Jedyna puenta, która w tym wszystkim mi się nasunęła to, że będąc starszym konsultantem, liderem wdrożeń w relatywnie dużej, jak na polskie realia, firmy IT, do końca życia będę miał problem z obiektywnym doradzeniem Klientom platformy serwerowej. To może nie być HP Proliant na rzecz czegokolwiek innego i to nie dlatego, że kiedykolwiek w życiu zawodowym zawiodłem się na rozwiązaniach HP a dlatego, że gdzieś z tyłu głowy będzie siedziała opisana przez Pana a przeżyta przeze mnie historia. Dziękuję za pomoc, mam nadzieję, że opisana historia będzie dla potencjalnych Klientów HP ostrzeżeniem przed ich serwisem. Dodatkowo każdy Czytelnik będzie mógł wysnuć wniosek, że "Niezgodność towaru z umową jest najzdrowszym rozwiązaniem".

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

14:24, miaczynski
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77