Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
wtorek, 19 kwietnia 2016

U moich rodziców w salonie stoi wieża marki JVC. To model z kompaktem. Jak nic ma 25 lat. Nadal działa. Wygląda zresztą też bardzo przyzwoicie. Trzeba przyznać, że wieża w momencie zakupu nie była tania, ale przez te lata jej zakup raczej zdążył się zamortyzować.

A producenci elektroniki na przestrzeni tego czasu zmienili swoją strategię. Wzięli przykład z producentów ubrań i zamiast sprzętu na lata zaczęli produkować sprzęt sezonowy. Tani, wysoko-awaryjny, ale za to bez problemu można go wymienić na nowy, nawet jeśli jest sprawny, ale się znudził.

Ta strategia oczywiście jest głównie nakierowana na zamożne rynki Europy Zachodniej i USA. To co w Niemczech czy Francji jest wyrobem ekonomicznym u nas już niekoniecznie. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz częściej nie opłaca się producentowi naprawiać sprzętu. Zwyczajnie taniej jest go wymienić na nowy. Tak na przykład często robi się z prostymi tabletami, kupowanymi w sieciach dyskontowych. Ciągle naprawia się jednak droższą elektronikę.

I po tym przydługim wstępie dochodzimy do pana Adama, który we wrześniu zeszłego roku w sieci RTV Euro AGD zakupił laptop 2 w 1 (czyli z odłączanym ekranem, który może służyć jako tablet). Chodzi o HP Pavilion 10 x2. Kupił go w Gliwcach. Zapłacił 1299 zł.

Zrzut_ekranu_20160418_o_15.34.14

Gdyby wiedział co go dalej spotka, to pewnie by zrezygnował. Nie z mieszkania w Gliwicach, ale z laptopa rzecz jasna.

22 grudnia w urządzeniu padła bateria.

Czytelnik skontaktował się z serwisem, dzień później poproszono go o wykonanie testu akumulatora oraz pozostałych podzespołów (w tym celu należy uruchomić laptopa i nacisnąć ESC a później F2). Czytelnik rozładował laptop, podłączył go do zasilania. Po uruchomieniu bateria miała przez chwilę 0 proc. A następnie po trzech czy czterech minutach spełniła marzenia Elona Muska o turboszybkim ładowaniu i zameldowała 99 proc. stanu posiadania. 

- Chyba nie powinno to tak działać, przynajmniej wcześniej działało inaczej - skomentował czytelnik.

29 grudnia komputer został zgłoszony do naprawy serwisowej. I już 18 stycznia pan Adam trzymał we własnych rękach sprzęt z wymienioną baterią.

Trzeba przyznać, że laptop był gotowy do odebrania 10 dni wcześniej. Ale nikt czytelnika o tym nie poinformował. 

A laptop na to...niemożliwe

Podjarany niczym fretka pan Adam odpalił tableta i….żuchwa mu opadła, bo w urządzeniu nie działała klawiatura. 19 stycznia urządzenie znów zostało wysłane do serwisu HP.

Po powrocie laptop działał! I to nawet przez cały weekend. Tyle wygrać, prawda? 2 lutego pan Adam zaczął pisać zgłoszenie serwisowe do HP, że w tablecie przestaje odpowiadać dotyk, wifi a laptop grzeje się niemiłosiernie. Dodatkowo jest źle spasowany. Obudowa po dwóch rozłożeniach i złożeniach ma luki w czterech miejscach i trzeszczy w posadach, niczym rozkładana, stara suszarka na pranie.

Czytelnik nieco rozeźlony całością wydarzeń zapytał uprzejmie, czy nie byłaby możliwa wymiana urządzenia na nowe albo zwrot gotówki. Dział techniczny równie uprzejmie odpowiedział, że mogą zaproponować tylko ponowną wysyłkę do serwisu i dodatkowy rok gwarancji.

Urządzenie znów powędrowało do serwisu. 

Tym razem przerwa trwała ciut dłużej. Serwis czekał na części. Planowany czas ich dostarczenia przypadał na 24 marca, później (po wymianie maili) na 14 marca.

hp1

hp2

Do rąk pana Adama naprawiony laptop trafił dopiero 4 kwietnia. To teraz ponownie oddajmy głos czytelnikowi:

„Pół godziny temu tablet dotarł do Gliwic, gdy już skończyłem piszczeć z zachwytu i rozpakowałem paczkę okazało się, że:

  1. Ekran jest niespasowany z obudową (w miejscu logo Bang&Olufsen wystaje poza krawędź obudowy),
  2. Obudowa nie jest spasowana sama z sobą: szpary w kilku miejscach, przy przycisku zasilania jest obłupana (widać biały plastik w środku) - w lutym o tym rozmawialiśmy -> mówiłem, że nie istnieje sposób aby obudowę, którą uszkodziliście złożyć bez 2 tubek "Kropelki", czasem nie znoszę mieć racji.
  3. Nowa klawiatura, która została wymieniona także posiada "obłupienie".” Itd. 

hp3

Czytelnik teraz chciałby wiedzieć co HP planuje z tym fantem, czyli jego laptopem zrobić. To znaczy przypuszcza, że wie. Zostanie przeproszony, kurier odbierze przesyłkę i po następnych trzech miesiącach dostanie laptop z wymienionymi wszystkimi częściami ale nadal rozpadający się w ręku.

- Czuję się oszukany, nie mam pojęcia co z tym robić, pracuję na pożyczonym komputerze, który z poręcznym tabletem nie ma nic wspólnego. Jedynym moim błędem jest to, że reklamowałem to w HP a nie w sklepie. Tzn jest jeszcze jeden błąd, kupiłem to guano – komentuje czytelnik.

Wczoraj dostał maila od HP: „Cały czas oczekuje na pewne informacje w Pana sprawie. Po wyjaśnieniu sprawy niezwłocznie się z Panem skontaktuje.“

I ja absolutnie rozumiem, że czytelnik popełnił błąd nie zgłaszając tego towaru jako niezgodnego z umową (wówczas naprawiano by go tylko raz, później dostałby gotówkę). I rozumiem, że reklamacja czasami idzie jak Syzyfowi pod górkę. Ba, rozumiem nawet, że na części się czeka a po otwarciu trudno jest spasować urządzenie z powrotem.

Ale tego, że przez dwa tygodnie producent nie jest w stanie podjąć decyzji co dalej z tym fantem to już tego nie rozumiem. 

Będę dalej przyglądał się sprawie.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

14:24, miaczynski
Link Komentarze (5) »
sobota, 09 kwietnia 2016

Pan Tomasz używa iPada, co samo w sobie nie jest przyznają państwo żadnym szczególnym wydarzeniem. Czytelnik o tyle jednak różni się od większości użytkowników, że zamiast mazać po klawiaturze paluchem podłącza do niego bezprzewodowo klawiaturę.

Dla porządku dodam, że klawiatura jest marki Logitech i dedykowana jest do iPada. Albo jak kto woli zaprojektowana specjalnie do jego obsługi. Pan Tomasz zapłacił za nią trzy lata temu 239 zł. Czyli dość słono, zwłaszcza, że urządzenie nie posiada akumulatora, zasilają ją baterie typu paluszek.

I teraz dochodzimy do problemu. W gniazdo włożone były baterie Duracell, które nie wytrzymały powagi sytuacji i zwyczajnie wylały. Urządzenie oddaliło się do wiecznej krainy sprawnych baterii i porządnych gwarancji i już z niej nie wróciło.

12910291_10154191688005209_1470187806_n 

12919060_10154191772510209_1482097222_n

A czytelnik? Czytelnik zgłosił się do firmy Procter and Gamble (czyli producenta baterii) z reklamacją. - Zadają standardowe pytania, proszą o przesłanie baterii. Odpowiadam, że baterie używane od około roku w urządzeniu, że klawiatura przechowywana wyłącznie w domu, w temp. pokojowej i przerwa w używaniu klawiatury wyniosła około 1,5 miesiąca. Po analizie baterii, wysłali odpowiedź, że każda bateria alkaiczna ma bezpiecznik, który może spowodować ich wylanie i jest to normalne, że do takiego wylania doszło – relacjonuje pan Tomasz.

Nie może jednak powiedzieć że firma nie zrobiła nic. W ramach przeprosin wysłano mu 12 baterii – Duracell.

Pan Tomasz grzecznie podziękował. Ale nie spoczął na laurach i zadał pytanie „dlaczego nie ma na bateriach Duracell ostrzeżenia w stylu "Uwaga, urządzenie nieużywane przez okres 1,5 miesiąca, może spowodować wylanie baterii i uszkodzenie urządzenia." Na to nie otrzymał już odpowiedzi. Kolejne pytanie - co ze zniszczoną klawiaturą i czy otrzyma od nich nową - odpowiedzi już się doczekało.

"Otrzymane przez nas baterie Duarcell AAA były częścią składową zestawu, który Pan zakupił. W tym przypadku sugerujemy kontakt z producentem klawiatury."

 Zrzut_ekranu_20160404_o_13.06.45

- Ktokolwiek w Logitechu odebrałby takiego maila, parsknąłby śmiechem, no bo to jest tak, jakby producent samochodu miał odpowiadać za to, że 3 lata po jego zakupie, wlaliśmy zabrudzone paliwo, które zniszczyło silnik. Właściciel stacji benzynowej, powiedziałby nam, że istotnie to jego paliwo, ale to z rafinerii, z której już nie kupuje, więc to niech producent samochodu wymieni silnik, on nie musi – zgrzyta zębami pan Tomasz.

Tutaj czytelnik się raczej nie myli. Logitech jak znam życie niemal na pewno na drodze normalnej polityki reklamacyjno/gwarancyjnej umyłby ręce. Może co najwyżej ktoś z obsługi uśmiałby się serdecznie czytając czego pan Tomasz się domaga. Czytelnik doszedł również do tego wniosku i zamiast bawić się w boks z Logitechem zwyczajnie kupił nową klawiaturę.

Ja zaś zacząłem się zastanawiać, czy miałby szanse na ugranie czegokolwiek w sądzie? Wnioski? Sytuacja byłaby dużo bardziej klarowna, gdyby baterie były tak miłe i wylały przed upływem dwóch lat od zakupu urządzenia. Wtedy całość można by było podciągnąć pod niezgodność towaru z umową.

Tak zostaje nam tylko kodeks cywilny. I oczywiście o wszystkim w takim wypadku rozstrzygnęłaby ekspertyza biegłego. Czy czytelnik się przyczynił do awarii? Czy aby na pewno baterie te siedziały w klawiaturze nieużywane przez 1.5 miesiąca a nie dłużej? Czy zalanie wyniknęło z winy samych baterii?

Sąd musiałby także rozstrzygnąć czy racjonalnie myślący konsument bez odpowiedniego komunikatu na opakowaniu powinien wiedzieć, że baterie z nieużywanego urządzenia się wyciąga. Dodam, że na swoich polskich stronach internetowych Duracell o tym informuje.

 Zrzut_ekranu_20160408_o_20.39.31

W USA firma zachowywała się jednak inaczej.

Duracell na http://www.duracell.com/en-us/guarantee deklarował że jeśli alkaliczne baterie wylały się, doprowadzając do uszkodzenia urządzenia firma go do wymieni lub naprawi. Od niedawna ten link prowadzi do nieistniejącej strony.

Podobny zapis ciągle jednak znajduje się na amerykańskich stronach konkurencji Duracella (w Europie już nie).

 Zrzut_ekranu_20160408_o_20.20.01

Pokazuje to, że ochrona konsumenta w USA w niektórych przypadkach idzie jednak znaczenie szerzej niż w Unii Europejskiej. Doskonałym zresztą tego przykładem jest sprawa VW.

A ja idę teraz wyciągać baterie z nieużywanych klawiatur.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

17:21, miaczynski
Link Komentarze (25) »
czwartek, 31 marca 2016

Wpadły mi w ręce ciekawe analizy instytutu ABR SESTA odnośnie promocji na elektronikę. Trochę je opisaliśmy w Gazecie Wyborczej, ale postanowiłem je zaprezentować również państwu.

Wnioski?

Nic nie tanieje tak szybko jak elektronika. Przykład? W ubiegłym roku najczęściej promowanym produktem w elektromarketach był 7-calowy tablet Lenovo A7-10F. Jak wynika z analiz gazetek reklamowych sklepów, którą zrobił instytut badawczy ABR SESTA, tablet ten najdroższy był w momencie wprowadzenia na rynek, czyli w marcu 2015 r. Jego cena, oczywiście "promocyjna", wynosiła wtedy 399 zł. Miesiąc później wędrowała w widełkach między 333 zł a 399 zł. Już w maju tablet można było kupić za 299 zł.

W listopadzie ubiegłego roku jego cena w niektórych sieciach wynosiła poniżej 200 zł. A w tym roku można go kupić (oczywiście też w promocji) już za 179 zł. Dlaczego? Niektóre sieci wypychają już ten produkt z magazynów, uznając, że się zestarzał i trzeba go zastąpić czymś nowszym. Co nie zmienia faktu, że w innych sklepach (które chcą dalej tabletem handlować) kosztuje on 299 zł. Też "w promocji".

Najczęściej promowane produkty w gazetkach sieci elektro

elektro1

Źródło: ABR SESTA

Ile trzeba poczekać na solidną obniżkę? Czasami kilka miesięcy, a czasami dłużej. W przypadku np. telewizora najlepiej zdecydować się na zakup po roku od wprowadzenia go na rynek. Cena będzie o 30 proc. niższa.

Najszybciej i najmocniej tanieją telewizory ze średniej półki, bo w tym segmencie jest największa konkurencja. 

Kiedy opłaca się kupować elektronikę i agd?

Druga sprawa to okresy w roku, w których opłaca się elektronikę kupować bardziej. Kiedy one przypadają? Nie jest to z pewnością czas przed świętami Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Sklepy doskonale wiedzą, że ludzie są wtedy głodni zakupów. Podobnie nie należy się nastawiać na zniżki przed sezonem komunijnym czy mikołajkami.

Dobrym okresem na zakupy jest czas, gdy w sklepach są pustki. Czyli w okolicach majówki lub w trakcie letnich wyprzedaży.

I zasada trzecia: ceny różnią się od miejsca w kraju. Tablet Lenovo Yoga 2 1050L swoją premierę gazetkową miał w październiku 2014 r. Kosztował 1499 zł.  W styczniu i lutym 2015 r. kosztował 1399 zł. Później jego cena spadła już do 1199 zł.

W najniższej cenie - 899 zł - sprzedawała go sieć Media Markt. Ale było to na otwarciu jej sklepu w Legnicy (październik 2015 r.).

- Media Markt robi wiele gazetek lokalnie i w tych gazetkach ceny na poszczególne produkty obniża. Może się zdarzyć, że w tym samym okresie produkt jest promowany w jednym mieście taniej o 100-200zł niż w innym - twierdzą analitycy ABR SESTA.

elektro2Źródło: ABR SESTA

Ostrożnie z zakupami na Allegro

O czym jeszcze warto wiedzieć? Część elektromarketów wprowadza z powrotem do sprzedaży towar zwrócony przez klienta (bo np. mu się nie podobał). Oczywiście powinien być, i to dwukrotnie, obejrzany przez dwóch różnych pracowników (serwisu oraz konkretnego działu), czy aby na pewno znajduje się w stanie fabrycznym.

Towar uszkodzony, zarysowany itp. powinien zostać naprawiony i wystawiony na wyprzedaży czy promocji ze stosowną etykietą. Ale ponieważ rynek elektroniki użytkowej jest - delikatnie mówiąc - trudny (od kilku lat Polacy niezwykle niechętnie wymieniają sprzęt na nowy), a marże niskie (sklepy toczą wyniszczający bój, producenci również), teoria swoje, a praktyka swoje. 

W takim przypadku, należy nie mieć litości i sprzęt zwyczajnie zwracać żądając w zamian nowego.

To zjawisko ma swoją odmianę na Allegro i innych aukcjach internetowych. Wiele osób chce mieć ciastko i zjeść ciastko z cukiernicą na dodatek, czyli kupić markowy sprzęt, ale bardzo tanio.

I takich ofert jest sporo. Tyle, że jeśli sprzęt sprzedany jest o kilkadziesiąt procent taniej niż w sklepie internetowym, to niemal na pewno jest "refurbished". Co to znaczy? Sprzedawca opisuje go jako nowy, a w rzeczywistości jest to towar np. zwrócony przez klienta i naprawiany, następnie ze stosowną adnotacją wprowadzony ponownie do sprzedaży. Może to też być sprzęt z ekspozycji z innego kraju Unii.

Sprzedawca często nie ma do niego oryginalnego pudełka albo sprzedaje go już w otwartym opakowaniu (oczywiście, jak zapewnia, otworzył je tylko dla sprawdzenia, czy towar jest cały).

Żeby było jasne wszystko może być z nim w porządku, aczkolwiek pozostaje jeszcze kwestia gwarancji i zgodności towaru z umową.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

15:53, miaczynski
Link Komentarze (3) »
środa, 23 marca 2016

Mój dziadek jak ktoś go mocno zirytował miał zwyczaj mówić: a niech pisze do mnie na Berdyczów . Był to bliski odpowiednik a niech da mi pokój i pójdzie sobie w pewne rejony wszechświata, gdzie nikt go widzieć nie będzie.

I tutaj właśnie przechodzimy do właściciela marki Philips, która podobną taktykę stosuje wobec swoich klientów.

Należy do nich pan Artur, który za blisko 5 tys. zł kupił sobie 55 calowego potworka. Piszę potworka bo 55 cali to już 139 cm po przekątnej. Konkretnie chodzi o model: 55PUS7150/12.

philips21

I tak, oczywiście, pan Artur mógł wybrać inną markę. Na przykład Samsunga, LG albo Sony, ale akurat w duszy grał mu ten Philips. I ciężko z tego powodu robić mu wyrzuty. Telewizory w końcu wcześniej czy później, psują się wszystkie. Pytanie jednak jak wygląda obsługa klienta. 

Philipsa włącza się wieloetapowo

Z telewizorem czytelnika wszystko jest pięknie do momentu, kiedy ktoś chce go włączyć.

Pan Artur:

„Uruchomienie urządzenia wymaga każdorazowego odłączenia i podłączenia do źródła zasilania, inaczej raczony jestem nieskończonym maratonem logotypu Philips pojawiającym się przy uruchomieniu telewizora. Każdy poranek wymaga gimnastyki pod szafki, aby odłączyć zasilanie. Całe szczęście, iż telewizor wisi na ścianie, a wszystkie kable staranni poukładane i pochowane są w tunelach, przecież Philips lubi wyzwania i nie pozwoli użytkownikom się nudzić (innovation me!).”

Jak to wygląda w praktyce można zobaczyć na tym filmie, który czytelnik nagrał na moją prośbę.

To nie koniec. Problemy sprawia również pilot.

Raz ma mały zasięg.

Dwa ten mały zasięg uniemożliwia pisanie na klawiaturze znajdującej się z drugiej strony urządzenia. No chyba, że usiądziemy bokiem i skierujemy go dokładnie w stronę telewizora

- Tak, wymieniłem baterie na nowe, jakieś trzy razy - uprzedza rady czytelnik.

Pana Artura jednak bardziej drażni, że kiedy naciśnie przycisk na pilocie i złapie on zasięg to i tak nie jest w stanie trafić w wybraną aplikację. Pilot bowiem jest jak to pięknie przy grach RPG się ustala „chaotyczny zły”. A właściwie niesie chaotycznie przeskakując za jednym razem o kilka pozycji.

Dalej pojawia się typowa młócka reklamacyjna.

- Sprawa została zgłoszona telefonicznie do działu technicznego (#4715742), pierwszy kontakt przebiegł standardowo, polecono mi zaakceptować regulaminy i inne klauzule, które akceptowałem już wcześniej (inaczej nie mógłbym korzystać z oprogramowania i aplikacji) oraz ponownie zainstalować telewizor (zrobiłem to również już wcześniej). Oprogramowanie oczywiście man aktualne. Działania nie przyniosły żadnego efektu - fuka czytelnik.

Podjął więc drugi kontakt z działem technicznym.

- Zostałem poinformowany, iż nic zrobić się z tym nie da, sprawa została przekazana do działu zajmującego się oprogramowaniem i mam czekać dwa tygodnie, może trzy, a może miesiąc, aż pojawi się aktualizacja, która MOŻE cokolwiek naprawi, a może nie - relacjonuje czytelnik.

Poprosił więc producenta o wymianę urządzenia na wolne od wad. Ewentualnie o odstąpienie od Umowy Sprzedaży.

- Wolę to drugie, abym kupił coś od konkurencji i cieszył się z faktu posiadania działającego urządzenia. Sprawa dostała numer (#4768060) i słuch po niej najwyraźniej zaginął - pisze mi czytelnik.

Usiłował jeszcze zainteresować swoim przypadkiem Philipsa TV na Facebooku. Uzyskał informację: „Skontaktowaliśmy się w Twojej sprawie z działem technicznym i czekamy na ich odpowiedź.”

To było 23 lutego o 13:32. Od tej pory głucho jak na pogrzebie organisty.

- Jakieś propozycje? Gdzie mam się zwrócić jeszcze? - pyta pan Artur.

Philips to nie Philips

Na początek pomyślałem, że może uda mu się jednak pomóc czytelnikowi przez biuro prasowe Philipsa.

Błąd.

Dostałem bowiem odpowiedź: „dziękuję za kontakt i zainteresowanie się sprawą, jednak skierował ją Pan w tym momencie do firmy Philips Polska, a telewizory nie są w naszej gestii. Sprzętem video marki Philips opiekuje się firma TP Vision. Uprzejmie zachęcam do kontaktu z biurem obsługi klienta: 22 397 15 04. Mam nadzieję, że klient uzyska tam pomoc, gdyż ja ze swojej strony nie mogę wpłynąć na bieg sprawy w inny sposób.”

Bo muszą państwo wiedzieć, ze telewizory marki Philips nie mają nic już wspólnego z firmą Philips. Ot, tak w skrócie w 2012 Philips wyodrębnił ze swoich struktur produkcję telewizorów i przekazał ją do odrębnej spółki, którą założył razem z chińską firmą TPV Technology Limited.

Holendrzy mieli w niej 30 proc. udziałów, Chińczycy - 70 proc. W kwietniu 2014 Philips sprzedał resztę tych udziałów które miał. Zrobił to za ponad 80 mln euro. Chińczycy mają jednak prawo do posługiwania się marką Philips.

Czyli Philips od telewizorów nie ma teraz nic wspólnego z tym Philipsem od lokówek. Poza nazwą rzecz jasna.

Co jednak może zrobić w tej sytuacji pan Artur?

Ja bym po prostu oddał telewizor jako niezgodny z umową do sklepu w którym czytelnik go nabył.

Przypominam: jeśli towar jest kupiony po 25 grudnia 2014 roku to:

  1. Za wadliwy towar odpowiedzialny jest sprzedawca. Są na to dwa lata od daty zakupu. Jeśli składamy reklamację w ciągu roku od zakupu, sprzedawca musi udowodnić, że sprzedany towar był pełnowartościowy. A gdy reklamację złożymy po roku, musimy dowieść, że wada istniała już w dniu zakupu.
  2. To my wybieramy sposób rekompensaty: możemy zlecić naprawę, zażądać wymiany, zwrotu pieniędzy lub obniżenia ceny.Sklep może również uprzedzić ruch konsumenta i zaproponować, że naprawi towar albo wymieni go na wolny od wad (jeśli sklep wyciągnie rękę na zgodę, nie można jej odtrącić).
  3. Jeśli kupiliśmy towar przez internet, mamy 28 dni na jego zwrot (14 dni na przesłanie oświadczenia o zwrocie i drugie tyle na odesłanie towaru) bez podawania przyczyny.

UPDATE 

Co na to sama firma?

TP Vision Europe uspokaja, że ich firma to ten sam Philips co dawniej – ci sami ludzie w tym samych miejscach robią kolejne generacje telewizorów Philipsa – tylko biznes telewizorowy zmienił właściciela. - Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku znanej z branży samochodowej marki skandynawskiej i za pewne wielu innych marek bo żyjemy w czasach rozwoju i ekspansji gospodarki Chińskiej co przejawia się min. w wykupywaniu marek europejskich - pisze do mnie Piotr Herod z TP Vision Europe B.V. Sp. z o.o.

Herod podkreśla, też że telewizory marki Philips są produkowane w Gorzowie Wielkopolskim. - W związku z czym porównywanie nas do innych marek, które produkują poza granicami naszego kraju jest dla nas krzywdzące - twierdzi.

Herod zwraca też uwagę, że formalnie (poza zgłoszeniem na infolinię), czytelnik nie złożył zgłoszenia reklamacyjnego.

Co na to czytelnik? Twierdzi, że zgłoszenie wysłał (ma na to screenshoty). A tak w ogóle jest bardzo zdziwiony. Dostał właśnie maila: "Zgodnie z rozmową telefoniczną pragnę Pana najmocniej przeprosić za problemy wynikające z procesowania zgłoszenia reklamacyjnego przez naszą infolnię i zarazem składam Panu propozycję wymiany wadliwego egzemplarza 55PUS7150/12 na następcę tego modelu z linii produktowej 2016."

 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

 

 

18:24, miaczynski
Link Komentarze (15) »
czwartek, 10 marca 2016

Bardzo lubię serię filmów Ocean’s (11,12,13) o bandzie rzezimieszków, którzy obrabiają kasyna. Sprawiają, że gotówka znika niczym sen złoty. Jak się okazuje panowie chyba grasują teraz pod Poznaniem i zmienili specjalizację na obrączki... Bo jak inaczej wyjaśnić cuda, które dzieją się u pani Małgorzaty? "Trzy lata temu kupiliśmy złote obrączki w Aparcie, w święta zauważyliśmy, ze z męża obrączki zniknął cały grawer, a wzorek już ledwo widać” - pisze czytelniczka.

Złoto po prostu systematycznie znika. Proszę zresztą zobaczyć na własne oczy.

PRZED ŚLUBEM

apart4

TRZY LATA PÓŹNIEJ

apart32

Czytelniczka złożyła reklamację w Aparcie. Tu cud już nie nastąpił, bo sklep odpisał, że minęły już ponad dwa lata od daty zakupu „wobec czego zakres odpowiedzialności sprzedawcy już minął”. I oczywiście pod względem prawnym wszystko się zgadza, jest po terminie, a więc mogiła.

Ale dlaczego u licha to złoto znika? I z tym pytaniem (oraz nadzieją, że może jednak jakoś czytelnikom da się jakoś pomóc) zwróciłem się do Heleny Palej z Apartu.

Dobra informacja na początek. - Dział Obrączek wnikliwie zbadał sprawę, otrzymałam odpowiedź, że w tym przypadku rozpatrzymy ponownie reklamację i wykonamy ponownie grawer na obrączce - pisze mi pani Helena.

A znikanie?

- Złoto jest metalem miękkim, z każdym rokiem ulega naturalnemu ścieraniu, wytarciu. Każda obrączka po latach jest sporo cieńsza niż była w oryginale. Konkretnie ten wzór obrączek, który Klienci zareklamowali, jest ozdobiony grawerem laserowym, który jest płytki i jak najbardziej może ulec wytarciu. Czas kiedy to nastąpi zależy od intensywności użytkowania obrączek, rodzaju wykonywanej pracy, nawyków (niektórzy lubią "bawić" się obrączką często ją dotykając, obracając) - konkluduje Heleny Palej z Apartu.

Złote obrączki mają w sobie różny dodatek złota. I tak:

próba 0,333 –  zawiera  33,3 % czystego złota

próba 0,585 –  58,5 % czystego złota

próba 0,750 – zawiera 75 % czystego złota

Czym czystsze złoto, tym jest bardziej miękkie. O trwałości obrączek decydują stopy, które dodaje się do złota. Później jeszcze się je utrwala w specjalnych piecach. Wnioski? Najbardziej odporne są obrączki zrobione z białego złota, później żółtego a najsłabsze dwukolorowe. 

Oby miłość była od nich trwalsza.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

14:48, miaczynski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 07 marca 2016

Są rzeczy, których lepiej o jedzeniu nie wiedzieć. Bo może to utrudnić ich konsumpcję. I ktoś gotów jest się zakrztusić i zamknąć w sobie. Sam przeżyłem coś podobnego po wizycie w Norwegii, gdzie oglądałem hodowlę łososia. Obejrzałem i… przez trzy lata łososia nie jadłem.

Swoją drogą w ramach eksperymentu radzę państwu porównać jak smakuje dziki łosoś a jak ten hodowlany. Podpowiem, że różnica zaczyna się od koloru ryby. Jeśli więc ktoś jest podobnie delikatny, proponuję aby tego tekstu nie czytał.

Ale do rzeczy. Podesłali mi państwo ofertę jednej z firm specjalizujących się w dostarczeniu przypraw dla producentów wędlin. Można tu mówić o swego rodzaju rozbieżności interesów. Producent wędlin chce pokazać konsumentowi jak fantastyczny produkt robi. Producent przypraw chce z kolei pokazać, producentowi wędlin, że jest to możliwe dużo niższym kosztem.

Pełen jestem przy tym uznania dla kreatywności prezentowanej przy reklamowaniu tego typu preparatów. Slogany reklamowe świadczą o wczuciu się w potrzeby masarzy, o trzymaniu ich opiekuńczo za rękę, ba o prowadzeniu w ciemności ku czci jak najwyższego ROI.

Oferta jest szeroka. 

Kiełbasa grillowa?

„Trzy przyprawy skomponowane z naturalnych przypraw i ich ekstraktów z niewielkim dodatkiem glutaminianu i hydrolizatów białkowych zapewniają trwałość smaku i zapachu nawet po wysoko temperaturowej obróbce na grillu. Specjalnie dobrana kompozycja aromatów i przypraw idealnie sprawdza się zarówno w słabych jak i w średnich wsadach kiełbasianych, nadając wyrobom typowy smak dla polskich kiełbas.”

Jak widzą państwo bierzemy słaby wsad (czytaj odpady najgorszej jakości), dodajemy trochę magicznych przypraw i proszę! Klient się nie zorientuje.

A może chcemy stworzyć iluzję, że produkt był wędzony? Wystarczy dodać: „paprykę słodką wędzoną”.

„Dobrze znana i popularna papryka do niektórych wyrobów, szczególnie tych wędzonych. Nadaje im oprócz przyjemnego smaku paprykowego również nutę wędzenia.” 

Smaczne salami?

„Salami tradycyjne to najbardziej typowa mieszanka do bardzo popularnego w Polsce salami parzonego, jej lekko kwaskowy posmak bardzo trafnie kojarzy się ze smakiem dobrego salami. Preparat przygotowany na bazie przypraw naturalnych i ekstraktów wzmocniony aromatami bardzo dobrze maskuje niewielki dodatek surowców gorszej jakości. Dawka 33 g / kg gotowego wyrobu.”

Zacząłem się oczywiście zastanawiać, jak duży jest ten niewielki dodatek surowców gorszej jakości. Jak się okazuje może być on większy. Zwłaszcza, gdy do salami dodamy czosnku, co nawiasem mówiąc właśnie skutecznie zniechęciło mnie do kupowania produktów z czosnkiem.

„Salami czosnkowe – to mieszanka funkcjonalno smakowa o zdecydowanym przyjemnym posmaku czosnku, wraz z pieczołowicie dobranym składem innych przypraw tworzy ciekawy smak idealnie nadający się do wyrobów z surowców gorszej jakości.”

Do wędzonek z kolei dosypiemy nieco „posypki leśnej”. Co to nam da? „Idealnie nadaj się do wszystkich wędzonek, a przy wyrobach wysokowydajnych maskuje ich „napompowany” wygląd imitując wyrób bardziej tradycyjny!”

Jeśli jest problem z kolorem wędzonki, bo jakaś blada wyszła to przyda nam się „Koloryzujący preparat do wędzonek”.

Producent przypraw ze swadą przekonuje, że: „prawdą oczywistą jest fakt iż, kolor wędliny jest jednym z podstawowych kryteriów wyboru produktu przez klienta. Im bardziej wygląd zewnętrzny będzie przypominał tradycyjny wyrób tym jest większa szansa, że to właśnie on zostanie wybrany.”

Nie wiem czy państwo wiedzą, ale to nie lada dylemat dla producentów, nad którym spędzają bezsenne noce.

„Tak, więc wielu ludzi w zakładach mięsnych zastanawia się, jakiej użyć osłonki, jakiego kalibru, jaki kształt nadać swoim wyrobom, aby to właśnie ich produkt został zauważony i wybrany spośród ogromnej ilości różnych wędlin, pod którymi w obecnych już czasach uginają się sklepowe półki i lady chłodnicze. Również ta sama sytuacja dotyczy wędzonek takich jak szynki, polędwice czy balerony tutaj istotnym kryterium wybory jest kolor wyrobu, im bardziej wyrób przypomina tradycyjny produkt tym ma większą szanse cieszyć się powodzeniem u klientów.”

Na szczęście producent przypraw podaje tu pomocną dłoń, czyli „koloryzujący preparat do wędzonek Color Food, skracając czas wędzenia, nadaje wyjątkowy kolor wędzonką bardzo przypominający naturalne tradycyjne wędzenie. Preparat dodaje się do procesu masowania w ilości 0,6 – 0,8 kg na 100 kg wsadu, bardzo łatwo łączy się z masowanym mięsem powlekając jego powierzchnię naturalnym kolorem wędzonki tradycyjnej. Sprawia, że wyroby, do których został dodany zwracają na siebie uwagę klientów i oceniane są w pierwszym rzucie oka na wyroby tradycyjne. „

Zrzut_ekranu_20160307_o_17.03.37

Scrrenshot ze strony internetowej producenta Libra Polska   

A jak ktoś potrzebuje czymś zastąpić mięso to wystarczy dorzucić izolat białka sojowego. 

Na pewno państwu ulży, że to „wyjątkowej klasy izolat białkowy wyprodukowany z niemodyfikowanych genetycznie ziaren soi, przeznaczony do nastrzyków mięsa zarówno wieprzowego jak i drobiowego oraz ryb.”

Ba, to coś dla prawdziwie kreatywnych rzeźników! „Jego jasna barwa i neutralny smak umożliwiają stworzenie niepowtarzalnych wyrobów, bez posmaków soi oraz przeżółceń . Łatwo rozpuszczalny w wodzie, wpływa korzystnie na wiązanie, strukturę i konsystencję produktów również tych wysokowydajnych.”

Tutaj już nie ma miękkiej gry. Produkt kupuje się właściwie hurtowo. „Dostępny po 20 kg w białych wielowarstwowych workach papierowych, od wewnątrz worek polietylenowy.”

Mniam, mniam. Po prostu palce lizać.

Skąd się to bierze?

Oczywiście, wyżej wymienione mieszanki przypraw, są legalnie dopuszczone na nasz rynek, a skoro są dopuszczone, to nieszkodliwe dla konsumenta. A, że jemy w ten sposób towar gorszej jakości? To efekt tego w jaki sposób jest skonstruowany nasz rynek.

Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego mimo że Niemcy są od nas dużo bogatsi, ceny w ich sklepach są porównywalne albo niewiele wyższe niż u nas. Odpowiedź na to pytanie jest prosta: Niemcy przykładają dużą wagę do zrozumienia wartości użytkowych, składu i jakości produktu. Stąd tak popularne są tam marki własne sieci. W marce własnej płacimy za produkt, a nie brand.

W Polsce w dalszym ciągu podstawową rzeczą na którą zwracamy uwagę jest cena produktu.

Etykiety czytamy rzadko. Innymi słowy nie liczy się z czego jest kiełbasa czy salami, ale liczy się za to bardzo mocno ile ona kosztuje.

Jak państwo widzą, wszystko jednak ma swoją cenę. A ekonomii produkcji przeskoczyć się nie da.

----

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

17:24, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 marca 2016

W całej tej sprawie najbardziej drażni zachowanie producenta w Polsce, który schował głowę w piasek i udaje, że sprawy nie ma.

A o co chodzi wytłumaczy Państwu już pani Patrycja. - Trzy miesiące temu kupiliśmy z mężem kubek niekapek dla naszej córki. Wybraliśmy produkt znanej marki Tommee Tippee. Podczas jego czyszczenia mąż zwrócił uwagę, że w zaworku pod ustnikiem zalega brud, którego nie ma jak usunąć. Przestaliśmy używać kubka, kupiliśmy drugi. Po kilku dniach przypadkiem trafiłam na informację, że we Francji wybuchła afera związana z właśnie takimi kubeczkami – pisze czytelniczka. 

We Francji ojciec dziewczynki, która była nieustannie chora odkrył, że w jej niekapku zalega brud i osad. Opublikował zdjęcia na Facebooku, użytkownicy zaczęli je udostępniać i fotografować brudne zaworki ze swoich kubków. Brud był widoczny dopiero po rozcięciu zaworka.

Podobne sygnały spłynęły z różnych części świata w tym Kanady, USA, Wielkiej Brytanii. 

Kubek po intensywnym użytkowaniu wygląda tak:

Zrzut_ekranu_20160301_o_11.01.29Źródło: Facebook

Czytelniczka postanowiła sprawdzić co kryje się w niekapku, z którego piło jej dziecko. Kubek używany był przez trzy miesiące głównie do podawania dziecku wody, sporadycznie herbaty owocowej. Pani Patrycja deklaruje, że niekapek był codziennie myty, zgodnie z zaleceniami producenta.

Tak wyglądał zaworek/ustnik:

 kubek1

kubek2

kubek3

- Niestety brak możliwości rozłożenia zaworka na części pierwsze uniemożliwia jego dokładne wyczyszczenie, a tym samym prowadzi do gromadzenia się w nim wilgoci, brudu, bakterii – pisze do mnie czytelniczka.

Pani Patrycja odezwała się do polskiego przedstawicielstwa firmy. Firma odpowiedziała na Facebooku.

 „Drodzy Rodzice, zauważyliśmy wiele pytań związanych z problematycznym myciem części od naszych nowych bidonów. Chcielibyśmy zapewnić Was, że zdrowie i bezpieczeństwo dzieci jest dla nas najważniejsze. Traktujemy wszystkie Wasze wiadomości i zgłoszenia bardzo poważnie. 

Sprzedajemy miliony kubków na całym świecie, ale widzimy, że część naszych klientów spotkał problem z domywaniem części bidonu przy ustniku. Przepraszamy za to z całego serca i zapewniamy, że nasz dział produkcyjny został poinformowany o tej sprawie. Jeśli nie udało nam się odpowiedzieć na Wasze pytania związane z tym tematem satysfakcjonująco prosimy, zajrzyjcie na stronę http://www.tommeetippee.co.uk/support/…/one-piece-valve-cup/, gdzie poznacie szczegóły dotyczące bidonów, które powinny rozwiązać wszelkie wątpliwości. 

Ogromnie zależy nam na zadowoleniu naszych klientów, chcemy spełniać Wasze oczekiwania. Już wkrótce na rynek wprowadzimy nowe kubki, które na pewno nie będą sprawiały problemów w czyszczeniu.”

Odsyłanie zaniepokojonych rodziców do angielskojęzycznej strony jest strasznie słabe. Zwłaszcza, że w innych krajach wygląda to zupełnie inaczej. Producent informuje, że skonstruował specjalny przeźroczysty ustnik, który można dostać dzwoniąc na infolinię.

Albo po prostu inny model kubka. 

kubek4

Reasumując:

1. Sprawa dotyczy jednego modelu kubka.

2. Według producenta problemy najczęściej wywołuje podawanie w nim gorących płynów lub soków z miąższem.

3. Producent skonstruował tak ustnik, że nie można go porządnie umyć.

4. To powoduje, że po krótkim czasie używania nadaje się do wyrzucenia.

UPDATE!

Oświadczenie producenta produktów Tommee Tippee – firma Mayborn
„Sprzedajemy miliony kubków na całym świecie, ale widzimy, że część naszych klientów spotkał problem z domywaniem części bidonu przy ustniku. Przepraszamy za to z całego serca i zapewniamy, że nasz dział produkcyjny został poinformowany o tej sprawie. Zachęcamy wszystkich właścicieli kubków niekapków z jednoczęściowym zaworem, których dotyczy problem do kontaktu. Niezwłocznie będziemy wysyłać im bezpłatnie nowe, przezroczyste zawory, które nie powinny sprawiać już kłopotów. Powinno to ułatwić czyszczenia i pozwolą upewnić się rodzicom, że zawór podczas mycia został całkowicie wyczyszczony. Klienci mogą kontaktować się z nami bezpośrednio pisząc na adres: reklamacje@akpol.com.pl
Ogromnie zależy nam na zadowoleniu naszych klientów, chcemy spełniać Wasze oczekiwania. Już wkrótce na rynek wprowadzimy nowe kubki, które będą posiadały dwuczęściowy zawór i dzięki czemu będzie łatwiejszy w czyszczeniu. Nowy zawór umożliwi używanie naszych kubków do różnych rodzajów płynów."

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

11:39, miaczynski
Link Komentarze (9) »
sobota, 27 lutego 2016

Dlaczego pociągi się spóźniają? Najczęściej z powodu skomunikowania. Czyli jeden pociąg czeka na drugi. Pociąg ze Szczecina do Warszawy się spóźnia, bo spóźnił się pociąg z Gdyni do Szczecina, a ten ze Szczecina do Warszawy musiał na niego poczekać.

Jak to poetycko PKP napisało kiedyś w liście do mojego czytelnika:

„Na opóźnienie pociągu wpływa wiele czynników, które nie zawsze zależą od przewoźnika. Z uwagi na to, że nie jesteśmy jedynym przewoźnikiem korzystającym z linii kolejowej, zdarza się, że opóźnienie jednego pociągu powoduje ograniczenie prędkości jazdy oraz nieplanowe postoje kolejnych pociągów.

Opóźnienia pociągów powstają również wskutek awarii urządzeń samoczynnej blokady liniowej i sterowania ruchem kolejowym, zachowania się osoby trzeciej itd., co znacznie ogranicza prowadzenie ruchu kolejowego.”

I wszystko jasne, prawda?

Ale nie wiem czy Państwo wiedzą, można ubiegać się o odszkodowanie. I tak pani X wie.


"Pociąg opóźnił się o ponad 2h, w związku z czym starałam się o zwrot części kosztów.” - pisze mi czytelniczka.

Tu wyjaśnienie określenie ponad 2h jest nieprecyzyjne. Pociągi bowiem spóźniają się zawsze na minuty, nigdy na godziny. Zimą oczywiście częściej niż latem.

Pani X zapłaciła za dwa bilety 44 zł. Wystąpiła więc o zwrot części pieniędzy. Ale gdyby je dostała, nie byłaby bohaterką tego tekstu.Już nie trzymam dalej państwa w niecierpliwości.

Otóż: „W odpowiedzi PKP napisało, że w przeliczeniu na jedną osobę, kwota wyniosła 22 zł, a więc zwrot 11 zł, co jest mniejsze niż 4 euro i nie dostanie zwrotów kosztu. Pierwsze pytanie to czy można się odwołać, drugie brzmi gdzie logika?" - pyta czytelniczka. 



A oto i skan odpowiedzi.

 12696234_1289507054398419_1351376573_n

Dlaczego tak?

Wyjaśnienie jest banalnie proste.

Biuro Prasowe PKP Intercity pisze mi tak: „zasady przyznawania odszkodowań za opóźnione pociągi regulują przepisy unijne o prawach i obowiązkach pasażerów kolejowych, a konkretnie rozporządzenie (WE) nr 1371/2007 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 23 października 2007r. Za spóźnienie wynoszące od 60 do 119 minut pasażer może ubiegać się o odszkodowanie w wysokości 25% ceny biletu, natomiast, jeśli pociąg opóźni się ponad 120 minut będzie to 50%. Według unijnych przepisów przewoźnik wypłaca jednak rekompensatę w momencie, jeśli jej wartość wyniesie nie mniej niż 4 euro.”

Czyli w przypadku czytelniczki z odszkodowania nici, bo zwyczajnie zapłaciła za bilet mało. Unia postanowiła, że granicą odpowiedzialności jest 4 euro, czyli teraz powyżej 17 zł  a nasze koleje postanowiły nie wychylać się przed szereg. Słabe? Słabe. Ale co z tym zrobić? Nic się z tym nie zrobi. 

Warto jednak pamiętać, że jeśli pociąg nam się spóźnia godzinkę (ups – powyżej 60 minut), może nam przysługiwać zwrot gotówki.

Z kolejarskim pozdrowieniem, życząc jak najmniejszej ilości spóźnień w minutach i godzinach

miaczynski 

 

 

16:52, miaczynski
Link Komentarze (5) »
czwartek, 18 lutego 2016

Bliklego otwierano o siódmej rano – siedem razy w tygodniu. Wolnych niedziel nie uznawano. W niedzielę mógł być zamknięty fryzjer czy szewc, ale nie kawiarnia. Dzień zaczynano od serwowania śniadań. Oczywiście nie każdy mógł sobie pozwolić na śniadanie w kawiarni. Ktoś, kto kręcił powrozy na Solcu, raczej się tu nie zjawiał – za drogo. Stać było na to właścicieli fabryk, urzędników. Kasjer w banku raz na tydzień mógł sobie pozwolić na zaproszenie narzeczonej do kawiarni.

W warszawskich kawiarniach i restauracjach całe lata obowiązywał swoisty protokół towarzyski, każdy mieszkaniec miasta wiedział, gdzie można pójść, a gdzie pójść nie wypada. Władysław Płachciński, warszawski erudyta, miłośnik knajp, dobrego towarzystwa i takich samych trunków, we „Wspomnieniach o warszawskich knajpach” pisze: „Opowiadał mi kiedyś znajomy malarz, pan Wiktor, lubiący pociągnąć z kieliszka, iż przy niedzieli postanowił zwiedzić Sielankę, bardzo drogą, podówczas podmiejską knajpę. Było lato. Pan Wiktor ubrał się w nowy >>ancug na zawiasach z ferklajdunkami<<, wziął laseczkę ze skuwką, kapelusz nasunął dziarsko na bakier i bawiąc się po >>facetowsku<< laseczką a’la książę Walii – wparadował do hallu Sielanki.

Przy wejściu do restauracji zatrzymał go portier i spokojnym słowem powiedział: >>A ty gdzie, k... twoja mać?”<<.

Pan Wiktor się zdumiał. Opowiadając mi o tym, nie czując się obrażonym, nie mógł wyjść ze zdziwienia >Skąd on wiedział?<<”.

Gości witał "szwajcar", bo był biedny

Gości w kawiarniach witał „szwajcar”, czyli portier. Zdejmował czapkę, kłaniał się wchodzącym i otwierał drzwi. Podłe zajęcie: pół roku stania na zimnie, kilka miesięcy w upale. Robili to głównie Szwajcarzy, którzy przyjechali z ubogiej wówczas swojej ojczyzny. Przyjechali, nic nie umieli, zostawali więc portierami.

Przy wejściu była szatnia. A szatniarz to człowiek instytucja: nie tylko nie dostawał wynagrodzenia, ale jeszcze płacił właścicielowi za przywilej prowadzenia szatni! Do jego obowiązków należało ponadto jeszcze sprzątanie kawiarni. Gdy goście wychodzili, szatniarz stawiał krzesła na stoliki i z elektroluksem biegał po sali. Napis „szatnia płatna”, byłby w złym tonie. Każdy jednak wiedział, że wypada zapłacić.

Szatniarz sprzedawał też papierosy, cygara i służył ogniem. Interes był na tyle dobry, że szatniarze wręcz bili się o stanowisko w dobrej kawiarni. Na jedno miejsce potrafiło być dziesięciu kandydatów. Panował jednak niepisany kodeks honorowy. Jeżeli szatniarz wywiązywał się z obowiązków, właściciel nie zmieniał go nawet wtedy, gdy ktoś inny płacił za miejsce w szatni więcej. Panowie i panie zostawiali w szatni płaszcz, kapelusz, laskę, rękawiczki, futro. I szli na salę 

Na stolikach stały świeże kwiaty. W większych kawiarniach, a kawiarnia Bliklego przed wojną do takich należała, miała bowiem 80 stolików, był tzw. maitre d’hotel. Po dzisiejszemu – kierownik sali. Ale czyż maitre d’hotel w porównaniu z pospolitym kierownikiem sali nie brzmi elegancko? Do jego obowiązków należało przyjmowanie gości: najpierw pytał przybyłego, na ile osób potrzebuje stolik, a później prowadził gości do stolika. W każdej kawiarni kilka stolików było zarezerwowanych dla najznakomitszych gości – tak na wszelki wypadek, gdyby nagle zjawił się ktoś ze sfer rządowych, jakaś filmowa sława czy też pisarz.

Gucio, piwko

Nikt inny nie miał prawa przy tych stolikach siedzieć. Następnie maitre d’hotel przysyłał do stolika kelnera, który zbierał zamówienie. Do I wojny światowej do kelnera mówiło się „per ty”, po imieniu, na przykład „Gucio, piwko”, „Kochanku”, „Przynieść mi tu, kochany, gazetkę”, „Podaj, kochasiu, rachunek”. Na początek klient mógł zapytać tak: „A co tu macie dobrego, kochanieńki?”. Jeżeli kelner odpowiedział: „Proszę Pana, my tu wszystko mamy dobre” albo „Wie Pan, ja tego wszystkiego nie próbuje, to nie wiem”, byłoby to straszne faux pas. Nieco lepiej byłoby, gdyby kelner odpowiedział: „Ja to najlepiej lubię...”. A jeszcze lepiej zareagować pytaniem: „A co pan szanowny będzie pił do tego?” albo „A co pan lubi? Bo jak lubi pan torty, to mamy czekoladowy i śmietankowy. Oba poezja smaku.”. Pytanie klienta miało być okazją do wymienienia całego asortymentu kawiarni. Wybór należał do klienta. Kelner musiał też znać skład poszczególnych ciastek. Bo jeśli gość nie lubił orzechów albo jajek, kelner powinien umieć mu doradzić.

Kiedy już kelner przyjął zamówienie, szedł do kuchni i prosił o wydanie. Całe zamówienie kupował od firmy. Tak – wszystko, co mu wydała kuchnia, obciążało jego rachunek. Na koniec dnia kelner płacił za to, co zamówił dla gości. Oczywiście z pieniędzy, które dostał od klientów. Właściciele kawiarni zabezpieczali się w ten sposób na wypadek, gdyby któryś z klientów nie zapłacił. Manko obciążałoby wtedy kelnera, a nie właściciela. Napiwki, średnio 10 procent kwoty zamówienia, zostawały dla kelnera. W kawiarni Bliklego była mechaniczna maszyna kasowa na kółkach zębatych. Każdy kelner miał do niej kluczyk. Maszyna dokładnie za pisywała, co każdy kelner wziął. Poszczególne osoby „rozpoznawała” po kluczykach, których używały (każdy bowiem miał inny). Kelner do klienta zwracał się per „Szanowny Panie” albo „Jaśnie Panie”.

Jedzenie przynoszono na platerowanych talerzach, sygnowanych podpisem właściciela kawiarni, na przykład „A. Blikle”. Platerowane były też koszyczki do szklanek z herbatą, a filiżanki do kawy obowiązkowo musiały być z porcelany. Sztućce – koniecznie platerowane. Swoją drogą, kelnerzy przychodzili do pracy ze swoimi sztućcami, które trzymali we własnych szufladach. Jak więc kelner jadł w pracy, używał swoich sztućców, a nie firmowych, posrebrzanych. Dzięki temu nie ginęły z kawiarni sztućce platerowane, a przynajmniej ginęło ich mniej.

Fragment książki: "Fortuna po polsku" od dziś dostępnej w sprzedaży

fortunapopolsku

 

10:41, miaczynski
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 lutego 2016

Na zachodzie Europy niskie ceny są głównie na promocjach. Normalnie klient płaci i to dość słono w cenach tzw. regularnych. Specjaliści od handlu określają to zjawisko jako „model typu Hi-LO”, co brzmi jak nazwa postaci z Gwiezdnych Wojen. 

Polski handel (i usługi też) poszedł jednak w stronę innego modelu zwanego „codziennie niskie ceny” Niezależnie od tego czy klient przyjdzie w poniedziałek czy sobotę, chce zapłacić mało. To z kolei handlowcy określają jako EDLP (Every Day Low Price).

Oba modele mają swoje zalety i wady, ale o tym może szerzej innym razem. Bezsporną wadą EDLP jest to, że owszem cena produktu potrafi być niska, ale sprzedawca, aby wyjść jakoś na swoje, usiłuje klienta, gdzieś przystrzyc. A to koszty przesyłki są takie, że można się zgarbić, albo stosuje się różnego rodzaju cross selling, czyli mówiąc po ludzku sprzedaż wiązaną. Na przykład raty są 0 proc, ale dochodzi do tego pieruńsko drogie ubezpieczenie.

W tym radosnym trendzie znalazła się sieć Media Markt, która pobiera opłatę za dostarczenie towaru do własnego sklepu. Tak, tak ten właśnie Media Markt, który już w tym momencie szczególnie tani nie jest.

Czytelnik chciał zakupić przez sieć film na blu ray: „Asterix i Obelix: w służbie Jej Królewskiej Mości 3D” za kwotę 39,99 zł. Nie zraziło go nawet, że produkt sprowadzany jest w ciągu aż czterech dni. Zaznaczył jedynie, że chce odebrać płytę w markecie i... zbaraniał. Bo MM podyktowało mu za tę przyjemność opłatę 3 zł.

mediamarktdostawaza31

Oczywiście 3 zł to nie majątek, ale dlaczego firma bierze kasę za dostarczenie towaru do własnego sklepu? Można założyć, że raczej i tak tam robi dostawy? Przyjmijmy jednak, że tu ktoś faktycznie przejawił jakiś trud, przyniósł, podniósł, dostarczył. Bardziej się zdziwiłem widząc przypadek pana Macieja.

- Kupowałem bilet do kina via internet, za dostarczenie "biletu" - co oznacza maila z pdfem, który (i email i pdf) zapewne jest generowany automatycznie, musiałem dopłacić/zapłacić 1 zł od osoby - dziwi się również czytelnik.

Oto i dowód.

 multikino

Co na to sami zainteresowani?

- Opłata internetowa to występujący powszechnie, nie tylko w sieciach kinowych w Polsce koszt towarzyszący zakupowi biletów z wykorzystaniem strony www. W Multikinie przy transakcji online opłata wynosi 1 zł i jest dodawana do każdego zakupionego biletu. Ten koszt, to koszt smsa oraz prowizji związanych z obsługą transakcji. Klient decydując się na zakup biletów online akceptuje Regulamin Zakupu i Rezerwacji biletów do kin sieci Multikino przez stronę www.multikino.pl Cena dostawy biletów jest wskazana na podstronie witryny podczas składania zamówienia oraz w potwierdzeniu przyjęcia zamówienia - pisze mi Edyta Pawłowicz-Ziurkowska Kierownik Działu Marketingu Multikino S.A.

Oznacza to mniej więcej, pozwolą państwo, że wytłumaczę, przerzucamy na klienta koszt techniczny usługi a i tak powinien być nam wdzięczny, bo przecież nie stoi później w kolejce, prawda?

Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że dzięki sprzedaży przez internet sieć ma mniejsze koszty (bo może zatrudnić mniej pracowników na kasach), ale to byłby to prymitywne, złośliwe jednostki a my się do takich nie zaliczamy. Prawda?

Jeszcze ciekawiej jest w przypadku wytłumaczenia Media Marktu.

- Koszt wynika z faktu, że dany towar nie jest dostępny w sklepie wybranym przez klienta jako punkt odbioru. Towar musi być przesłany z magazynu innego sklepu. Są to operacje logistyczne, które generują koszt. Informujemy o tym klienta podając informację " Dostępność: Produkt sprowadzany z magazynu, do odbioru w ciągu 4 dni." Jeżeli produkt byłby w zasobach sklepu wybranego jako punkt odbioru, nie naliczany byłby koszt dostawy - wyjaśnia Wioletta Batóg.

Wynika to, jak wyjaśniłem z panią Wiolettą z faktu, że Media Markt zwyczajnie nie ma magazynu centralnego.

Jak widzą Państwo fakt, że coś jest zamawiane on-line, dostarczane elektronicznie, albo odbierane na własnych łapach, nie powoduje, że będziemy zwolnieni od ekstra opłat. Choć powiem szczerze mi najbardziej i tak przeszkadza, że mimo zakupu w cenie słonej biletu do kina i tak dostaję półgodzinny blok reklam.

17:22, miaczynski
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76