Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
piątek, 05 lutego 2016

Na zachodzie Europy niskie ceny są głównie na promocjach. Normalnie klient płaci i to dość słono w cenach tzw. regularnych. Specjaliści od handlu określają to zjawisko jako „model typu Hi-LO”, co brzmi jak nazwa postaci z Gwiezdnych Wojen. 

Polski handel (i usługi też) poszedł jednak w stronę innego modelu zwanego „codziennie niskie ceny” Niezależnie od tego czy klient przyjdzie w poniedziałek czy sobotę, chce zapłacić mało. To z kolei handlowcy określają jako EDLP (Every Day Low Price).

Oba modele mają swoje zalety i wady, ale o tym może szerzej innym razem. Bezsporną wadą EDLP jest to, że owszem cena produktu potrafi być niska, ale sprzedawca, aby wyjść jakoś na swoje, usiłuje klienta, gdzieś przystrzyc. A to koszty przesyłki są takie, że można się zgarbić, albo stosuje się różnego rodzaju cross selling, czyli mówiąc po ludzku sprzedaż wiązaną. Na przykład raty są 0 proc, ale dochodzi do tego pieruńsko drogie ubezpieczenie.

W tym radosnym trendzie znalazła się sieć Media Markt, która pobiera opłatę za dostarczenie towaru do własnego sklepu. Tak, tak ten właśnie Media Markt, który już w tym momencie szczególnie tani nie jest.

Czytelnik chciał zakupić przez sieć film na blu ray: „Asterix i Obelix: w służbie Jej Królewskiej Mości 3D” za kwotę 39,99 zł. Nie zraziło go nawet, że produkt sprowadzany jest w ciągu aż czterech dni. Zaznaczył jedynie, że chce odebrać płytę w markecie i... zbaraniał. Bo MM podyktowało mu za tę przyjemność opłatę 3 zł.

mediamarktdostawaza31

Oczywiście 3 zł to nie majątek, ale dlaczego firma bierze kasę za dostarczenie towaru do własnego sklepu? Można założyć, że raczej i tak tam robi dostawy? Przyjmijmy jednak, że tu ktoś faktycznie przejawił jakiś trud, przyniósł, podniósł, dostarczył. Bardziej się zdziwiłem widząc przypadek pana Macieja.

- Kupowałem bilet do kina via internet, za dostarczenie "biletu" - co oznacza maila z pdfem, który (i email i pdf) zapewne jest generowany automatycznie, musiałem dopłacić/zapłacić 1 zł od osoby - dziwi się również czytelnik.

Oto i dowód.

 multikino

Co na to sami zainteresowani?

- Opłata internetowa to występujący powszechnie, nie tylko w sieciach kinowych w Polsce koszt towarzyszący zakupowi biletów z wykorzystaniem strony www. W Multikinie przy transakcji online opłata wynosi 1 zł i jest dodawana do każdego zakupionego biletu. Ten koszt, to koszt smsa oraz prowizji związanych z obsługą transakcji. Klient decydując się na zakup biletów online akceptuje Regulamin Zakupu i Rezerwacji biletów do kin sieci Multikino przez stronę www.multikino.pl Cena dostawy biletów jest wskazana na podstronie witryny podczas składania zamówienia oraz w potwierdzeniu przyjęcia zamówienia - pisze mi Edyta Pawłowicz-Ziurkowska Kierownik Działu Marketingu Multikino S.A.

Oznacza to mniej więcej, pozwolą państwo, że wytłumaczę, przerzucamy na klienta koszt techniczny usługi a i tak powinien być nam wdzięczny, bo przecież nie stoi później w kolejce, prawda?

Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że dzięki sprzedaży przez internet sieć ma mniejsze koszty (bo może zatrudnić mniej pracowników na kasach), ale to byłby to prymitywne, złośliwe jednostki a my się do takich nie zaliczamy. Prawda?

Jeszcze ciekawiej jest w przypadku wytłumaczenia Media Marktu.

- Koszt wynika z faktu, że dany towar nie jest dostępny w sklepie wybranym przez klienta jako punkt odbioru. Towar musi być przesłany z magazynu innego sklepu. Są to operacje logistyczne, które generują koszt. Informujemy o tym klienta podając informację " Dostępność: Produkt sprowadzany z magazynu, do odbioru w ciągu 4 dni." Jeżeli produkt byłby w zasobach sklepu wybranego jako punkt odbioru, nie naliczany byłby koszt dostawy - wyjaśnia Wioletta Batóg.

Wynika to, jak wyjaśniłem z panią Wiolettą z faktu, że Media Markt zwyczajnie nie ma magazynu centralnego.

Jak widzą Państwo fakt, że coś jest zamawiane on-line, dostarczane elektronicznie, albo odbierane na własnych łapach, nie powoduje, że będziemy zwolnieni od ekstra opłat. Choć powiem szczerze mi najbardziej i tak przeszkadza, że mimo zakupu w cenie słonej biletu do kina i tak dostaję półgodzinny blok reklam.

17:22, miaczynski
Link Komentarze (10) »
czwartek, 21 stycznia 2016

Pan Filip przez ostatnich kilka tygodni usiłował rozgryźć skąd biorą się różnice cenowe w biurku. A konkretnie to biurko nazywa się BEKANT (zawsze podziwiałem te szwedzkie nazwy, które brzmią jakby samochód po szutrze jechał).

- Prosiłem IKEA o wytłumaczenie czemu poniższe biurko kosztuje AŻ 641 zł (+30%) więcej w Polsce niż w Szwecji, tym bardziej, że jest produkowane w Polsce według sprzedawcy. Poruszyłem kwestię, że średnia pensja w Szwecji wynosi 15300 PLN (32600 SEK), czyli sporo więcej niż u nas - pisze czytelnik.

 ikea1

Czyli dla Szweda kupić sobie BEKANTA, to tak jak dla Polaka zakupy za kilka stówek na cały tydzień w Biedronce zrobić. Pan Filip zawziął się mocno, aby tajemnicę rozwikłać i na polskim fanpage sieci zapytał o to trzykrotnie.

Prawdopodobnie mógłby jeszcze zapytać i pięć razy, bo i tak nikt mu nie odpowiedział. Administratorzy całkowicie go zignorowali, mimo, że odpowiadali innym czytelnikom, na tematy pokroju czy jeszcze dostępna jest poszewka na poduszki dajmy na to GULLKLOCKA.

Biurko w polskiej wersji, czyli drogiej znaleźć można tu. W wersji szwedzkiej, tańszej znajduje się tu

Drogi jak krem w Polsce

Przypomniała mi się od razu historia kolegi, który wybrał się kilka lat temu do Bawarii na urlop a w lokalnej drogerii znalazł krem Penaten. Krem kosztował tam dwa euro. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w Polsce kosztował dwa.... ponad 20 zł. Kasjerka uwierzyć również w to nie mogła i doradziła koledze, aby powrócił w poniedziałek, bo promocja będzie i Penaten po 1.79 euro. 

Podobnego rodzaju przypadków na pewno mają państwo mnóstwo w zanadrzu. Zresztą media (zwłaszcza elektroniczne) też od czasu do czasu uwielbiają wypuszczać materiały pod tytułem: „towary w niemieckim Lidlu tańsze niż w polskim”.

Skąd się biorą takie różnice?

Ano to już wytłumaczy Państwu pani Paulina.

„Każdy kraj samodzielnie ustala ceny produktów, opierając się na warunkach rynkowych, ofercie konkurencji i oczywiście zgodnie z obowiązującym prawem. Z tego wynikają różnice w cenie tego samego artykułu w różnych krajach.

Warto podkreślić, że badania IKEA of Sweden, spółki odpowiedzialnej za rozwijanie naszego asortymentu, wykazały, że Polska jest jednym z krajów, gdzie ceny produktów IKEA są najniższe.

Zgodnie z naszą ideą biznesową, oferujemy asortyment tańszy od konkurencyjnego, porównywalnego w funkcji, materiale i jakości. Co oznacza, ze wspomniany artykuł, czyli biurko BEKANT, w tej jakości i w tym designie jest najtańszym biurkiem na rynku polskim – w odniesieniu do porównywalnych produktów konkurencji. Informacja ta jest poparta badaniami konkurencji przeprowadzanymi przez Dział Sprzedaży IKEA w Polsce.” - pisze Paulina Nesteruk-Łuczyńska z Ikea.

Czyli ponadnarodowe korporacja pozycjonuje swoje ceny w stosunku do cen, które ma w danym kraju jej konkurencja. Oznacza to, że generalnie biurka tego typu są w Polsce droższe niż w Szwecji. Tak samo jak w Polsce są tańsze samochody niż w Niemczech, mimo, że u nas nowych aut sprzedaje się dużo mniej niż u zachodniego sąsiada.

Tym których to oburza przypominam o dwóch rzeczach:

1. Są takie korporacje, które na przykład w całej Europie mają takie same ceny. To jednak oznacza, że będą one dla Polek i Polaków stosunkowo wysokie, bo są pozycjonowane na kieszeń Brytyjczyków, Niemców i Francuzów. Tak właśnie było przy niedawnym wejściu do Polski Netflixa, który na kieszeń przeciętnego Polaka jest drogi, a nawet bardzo drogi. Dla Niemca jest on zaś tani.

2. Jeśli różnica jest duża, od razu Polacy zaczną tańszy produkt ściągać zza granicy. Tak było przez lata z Applem. Ceny w USA, były niższe niż te w Europie, od razu więc powstał swego rodzaju import równoległy prosto ze Stanów Zjednoczonych.

 Na pocieszenie mogę dodać, że internet, a w nim  porównywarki te różnice cenowe coraz lepiej niwelują.

15:22, miaczynski
Link Komentarze (38) »
czwartek, 14 stycznia 2016

296 zł za kabinę prysznicową z brodzikiem to przyznają państwo cena zacna. Owszem, długowieczny ten produkt to raczej nie będzie.  Ale za niecałe trzy stówki, to można  większe zakupy na tydzień dla czteroosobowej rodziny zrobić (i to bez wina), a nie kabinę prysznicową kupić.

Jak ktoś tanio chce wykończyć mieszkanie - bo spłukał się już na etapie jego kupowania, albo chce tanio zrobić remont, to jest to nie lada gratka.

Pani Anna, chciała skorzystać z tego typu oferty. Kabina nosi dumne miano „OBI Kabina prysznicowa Eos 80 z brodzikiem półokrągła”. Brodzik jest głęboki i w komplecie.

Pani Anna kliknęła w pierwszy link (prowadzący do jednego z marketów Obi).

https://www.obi.pl/decom/product/OBI_Kabina_prysznicowa_Eos_80_z_brodzikiem_p%C3%B3%C5%82okr%C4%85g%C5%82a/6159008&position=14&pageNum=1&pageSize=72

obi2

- Tu dowiaduję się, że „produkt można zamówić w markecie”. Dzwonię do marketu i dowiaduję się, że produktu nie mogę zamówić w cenie 296 zł, ale mogę go kupić w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu - relacjonuje czytelniczka.

Druga próba, inny market.

- Tu dowiaduję się, że ”mniej niż 3 produkty dostępne”. A więc jednak jest w sklepie. Jadę do sklepu. W sklepie dowiaduję się, że kabina jest - w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu - pisze pani Anna.

Trzecia próba, kolejny sklep, trzeba przyznać, że czytelniczka bardzo chciała kupić kabinę.

- Tu znowu dowiaduję się, że „produkt można zamówić w markecie”. Dzwonię do marketu i dowiaduję się, że produktu nie mogę zamówić w cenie 296 zł, ale mogę go kupić w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu. Sytuacja powtarza się dnia kolejnego. Przez kilka następnych dni informacja o kabinach w cenie 296 zł jest na stronie, a ja mogę ją kupić za 499 zł (żadnego zamawiania, w sklepie nie ma kabin za 296 zł).

Czytelniczka dzwoni do Obi

Pani Anna się zawzięła i 7 stycznia zadzwoniła do centrali OBI. - Pan obiecuje, że sprawę wyjaśni, oddzwania i dowiaduję się, że „na stronie to błąd systemu i informacja została przekazana informatykom”. Ostatecznie kupuję kabinę w sklepie 8 stycznia 2016 r. za 499 zł. Ale czuję się oszukana przez OBI, a kobieca ciekawość rozkazuje mi jeszcze raz zajrzeć na stronę OBI 12 stycznia 2016 r. i sprawdzić, czy informatycy naprawili błąd. I tu czeka na mnie wątpliwa niespodzianka - wszystko po staremu, kabinę mogę kupić w sklepie za 296 zł, mogę zamówić też za 296 zł. Ale tylko wirtualnie. I tym samym mój gniew sięgnął zenitu - pisze mi wściekła pani Anna.

14 stycznia kabina na stronie była dalej. I dalej w cenie 296 zł.

To dzwonię i ją

Zadzwoniłem i ja do jednego z warszawskich marketów sieci z zapytaniem czy mógłbym ją kupić. Od sympatycznej pani usłyszałem, (tu podaję w skrócie), że tej co pan winszuje to nie ma i raczej w kraju nigdzie też już jej nie ma. Ale ona proponuje mi kabinę za... 499 zł. Rozmowę na wszelki wypadek nagrałem.

Teraz powstaje pytanie: czy kabina za 296 zł jest tą samą kabiną za złotych polskich 499? Pani w sklepie w Warszawie twierdzi, że nie. Czytelniczka jednak przekonuje, że w sklepach w których pytała była to ta sama kabina, tyle, że w innej cenie.

Moim zdaniem mamy tutaj przykład przedłużonej promocji. Czyli rzucamy do sklepów trochę kabin w bardzo dobrej cenie. Wystawiamy promocję na stronie internetowej (na wabia). Towar w dobrej cenie szybko się kończy, ale ogłoszenie zostawiamy, bo ściąga nam klientów.

Jak przyjdą, to kupią coś innego.

10:55, miaczynski
Link Komentarze (11) »
wtorek, 12 stycznia 2016

W tej sprawie alarmowali mnie Państwo pod koniec ubiegłego roku kilkakrotnie. Przypomnę firma Energa miała problem z dyscyplinowaniem osób, które zalegają z płatnościami.

Zaczęła je więc dyscyplinować na podobieństwo socjalistycznych placówek edukacyjno -poprawczych, czyli każąc klientom klęczeć na grochu i okładając delikwentów kijem. A w praktyce wyglądało, to tak: jak ktoś miał krótką pamięć to dostawał list z upomnieniem, za który firma naliczała 34 zł 39 groszy. Tak, naprawdę, to nie pomyłka. A jak ktoś był wyjątkowo oporny i dalej nie płacił to dostawał tzw. wezwanie przedsądowe, już za 43,41 zł.

W niektórych przypadkach koszt upomnienia wynosił jedną trzecią zaległego rachunku. Wściekli klienci pytali, dlaczego tak dużo? Wówczas Energa tłumaczyła, że takie ma po prostu koszty sporządzenia wezwania do zapłaty.

„Co więcej, ograniczono do sześciu maksymalną ilość wezwań do zapłaty, która może zostać wysłana do tego samego punktu poboru w ciągu jednego roku, a także wewnętrznie ustalono kwotę minimalną, poniżej której odstępuje się od wysyłania wezwań do zapłaty.” - odpowiadała, puszczającym parę uszami klientom.

 

Dodam, choć nie muszę, że takie wyjaśnienia, nikogo za specjalnie nie przekonywały. Mnie również nie przekonały. Oczywiście, Energa ma prawo ściągać długi od klientów, ale aż tak wysoka opłata sprawia wrażenie zwykłej represji.

Postanowiłem zapytać UOKiK co on na to wszystko? - Delegatura UOKiK w Gdańsku zwróciła się do tego przedsiębiorcy o wyeliminowanie zachowań, polegających na obciążaniu konsumentów opłatami windykacyjnymi w kwocie 34,39 zł za pojedyncze wezwanie do zapłaty i 43,41 zł za pojedyncze wezwanie przedsądowe. Aktualnie czekamy na odpowiedź spółki - napisał mi Ernest Makowski Starszy Specjalista Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Cóż na to Energa?

- Do czasu zakończenia postępowania UOKIK nie komentujemy sprawy - odpowiedziała mi Beata Ostrowska Rzecznik Prasowy Grupy Energa.

Ale od 1 stycznia UWAGA BĘDZIE CUD! obniżyła koszt upomnień do 13,19 zł. To nadal słono, ale ta opłata przynajmniej zachowuje jakieś pozory normalności. Nie można tak było od początku?

11:50, miaczynski
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 grudnia 2015

W jednym z moich ulubionych seriali „Gra o Tron” jest rodzina Lannisterów, w sporej części mało sympatyczna, aczkolwiek budząca duże emocje .Jej nieoficjalnym rodowym mottem jest: „Lannisterowie zawsze spłacają swoje długi”. W ich przypadku czasami jest to złoto, czasami sztylet, a czasami trucizna.

Sama zasada pozostaje jednak piękna, znaczy się spłacać długi powinno się i basta. I w tym momencie docieramy do pana Marka, który dług miał, ale go nie uregulował na czas.

„Witam Panie Piotrze

Piszę w sprawie która mnie zbulwersowała (jak pewnie większość osób do Pana piszących). Spóźniłem się z płatnością rachunku za prądu, moja wina bez dwóch zdań. Energa, dostawca prądu, wysłała mi wezwanie do zapłaty, zapłaciłem. Następnie dostałem fakturę za ww. wezwanie w wysokości, uwaga, 34,39 zł! Nie, w tej kwocie nie ma odsetek, to jest kwota za wysłanie listu pocztą.”

Pan Marek jest dodam kolejną zdziwioną osobą, która pisze do mnie w tej samej sprawie. Oczywiście operator prawo ma domagać się swoich pieniędzy, ale czy ma prawo łoić swoich klientów na 34,39 zł za jeden list polecony? Zwłaszcza, że wysyła go z już jakieś dwa tygodnie po upływie terminu płatności?

Czytelnik odezwał się więc do Energi z zapytaniem czy naliczona kwota nie jest przypadkiem nieco zbyt obfita i czy operator mógłby wyjaśnić dlaczego aż tyle.

"W odpowiedzi informuję, że kwota 34,39 zł. stanowi wypadkową poszczególnych wydatków i kosztów, na które składają się m. in. przygotowanie materiału oraz zebranie danych adresowych z systemów i sporządzenie dokumentu, jak również wydruk i wysyłka, monitoring, czas obsługi zwrotu oraz archiwizacja. Wskazana kwota z uwagi na poczynioną kalkulację jest adekwatna do ponoszonych rzeczywistych nakładów finansowych, a co za tym idzie nie przynosi nieuzasadnionych korzyści w postaci chociażby dodatkowego zysku.”

Zrzut_ekranu_20151218_o_21.48.54W tym miejscu pozwolę sobie prychnąć lekceważąco. List polecony w tym kraju w kontrakcie dla tak dużej firmy jak Energa to koszt poniżej 2 zł. Dane z systemu wyciąga się automatycznie, podobnie jak automatyczny jest wydruk, adresowanie i wysyłka.

Przynajmniej taki jest standard w każdej dużej firmie.

Nawet jeśli na jakiś etapie dotyka tego wszystkie człowiek, to prawdopodobnie jest to listonosz. A listonoszowi pensję płaci Poczta Polska. 

Oddajmy jednak dalej głos Enerdze.

„Co więcej, ograniczono do sześciu maksymalną ilość wezwań do zapłaty, która może zostać wysłana do tego samego punktu poboru w ciągu jednego roku, a także wewnętrznie ustalono kwotę minimalną, poniżej której odstępuje się od wysyłania wezwań do zapłaty. 

Tu już nie byłem w stanie czytać dalej, bo łzy wzruszenia zalały mi oczy. To oznacza, że w ciągu roku klient, który spóźnia się z rachunkami, owszem zapłaci, ale nie więcej niż dwie stówki!

Co za hojność!

- Spore koszty mają w Enerdze, trzeba się w końcu zrzucić na prawo do nazwy stadionu w Gdańsku – kąśliwie zauważa czytelnik.

I to oczywiście naturalne, ze firma usiłuje zrobić coś z przeterminowanymi płatnościami, ale z drugiej strony zastanawiam się czy w tej sprawie nie powinien zainterweniować UOKiK. Zwłaszcza, że nie tak dawno temu w podobnej sprawie spuścił łomot bankowi BZ WBK, który obciążał swoich klientów kwotą 25 zł za monit.

„W opinii UOKiK, sposób naliczania przez BZ WBK  opłat, był niezgodny z prawem, ponieważ narażał konsumentów na nieuzasadnione koszty. Urząd przypomniał, że wysokość opłat powinna wynikać z kalkulacji rzeczywistych wydatków poniesionych przez przedsiębiorcę. Ponadto w ocenie UOKiK bank postępował bezprawnie zastrzegając sobie możliwość prowadzenia korespondencji i rozmów telefonicznych na koszt konsumentów i nie przyznając takiego samego prawa drugiej stronie umowy.“ 

Energa z tej sprawy wyszłaby obronną ręką, gdyby udowodniła, że w tym przypadku przy każdej sprawie pracuje przez godzinę pięć osób na liczydłach plus suseł. Oczywiście nie wykluczam, może i tak jest.

Nie zmienia to jednak faktu, że cała sprawa pozostawia niesmak. 

A Pan Marek rozeźlony monitem postanowił po prostu poszukać innego dostawcy prądu. I tym samym firma owszem zarobiła 34,39 zł, ale straciła klienta. No częściowo straciła klienta, bo z usług Energii totalnie zrezygnować to mu się i tak nie uda (będzie jej płacił za przesył). 

16:10, miaczynski
Link Komentarze (12) »
piątek, 11 grudnia 2015

Napisał do mnie pan Michał, który mimo, że jest człowiekiem młodym poczuł się sfrustrowany polityką naszego narodowego przewoźnika czyli PKP.

PKP co by nie mówić robi ostatnio pewne postępy, choćby trasę Warszawa - Poznań można przejechać teraz szybciej niż przed II wojną światową sławną Luxtorpedą. O ile Luxtorpeda jechała średnio 87 km na godzinę, a podróż zabierała jej 3 godziny i 34 minuty, tak teraz tę trasę można zrobić nawet w 2 godziny i 25 minut a prędkość handlowa to 124 km na godzinę.

Jest postęp? Jest. Pan Michał ma jednak wyżej postawioną poprzeczkę i na Facebooku przewoźnika napisał tak:

Niedawno premier Kanady zapytany o to dlaczego w jego rządzie jest tyle samo mężczyzn ile kobiet wypowiedział głośne zdanie: bo mamy rok 2015. Tak proszę Państwa mamy rok 2015. Mamy również szybkie (dość) pociągi i mamy do tego stronę internetową i jakość obsługi klienta, które spokojnie odnalazłyby się w czasach, w których pamiętny kandydat na prezydenta tańczył na scenie Ole, Olek! Zacznijmy od tego że strona nie posiada żadnej wizualizacji wyboru miejsc, więc jest to właściwie loteria, jest nieprzyjazna jakby komuś kto ją tworzył zależało na tym, żeby za jej pośrednictwem kupiono jak najmniej biletów, jednak prawdziwą petardą jest fakt, że CODZIENNIE pomiędzy 23.30 a 1.00 trwa przerwa techniczna. CODZIENNIE. Halo, mamy rok 2015!

Czy wyobrażacie sobie Państwo że np. jakaś linia lotnicza nie sprzedaje biletów codziennie pomiędzy 23.30 a 1.00? Chyba jedynie linia obsługująca połączenie Radom-Ryga nie zauważyłaby spadku liczby klientów, bo tam i tak nikt nie lata. Kolejnym hitem jest to że kupując dwa bilety nie przewidziałem, że będą one na jednym kwicie. I teraz pytanie, a jeśli potrzebuję dwóch kwitów do rozliczenia ich w innych firmach? Nie ma szans. Mogę anulować, płacąc 15% ceny biletu i zamawiać sobie jeszcze raz. Ale nie ma opcji żeby kupując DWA bilety, otrzymać DWA bilety lub DWIE faktury.

I na koniec jeszcze taka mała petardka - czy dzwoniliście, słyszeliście tam w kwaterze głównej PKP kiedykolwiek jak zaczyna się połączenie z waszą infolinią? Otóż zaczyna się od 3 minutowego bełkotu syntezatora mowy o tym ile płacę jak jestem w Heyah na kartę mix i przeemigrowałem tam z T-Mobile po 25 czerwca 2013 roku. TO JEST ŻART. I to jest żart za który dzwoniący na infolinię płaci ciężki hajs. Rozumiem, że w ten sposób zniechęcacie potencjalnych dzwoniących żeby nie zawracali głowy tym biednym paniom, które i tak nie są w stanie w żaden sposób pomóc. Choćby wasze Pendolina jechały pińcent na godzinę, wasza firma tkwi wciąż w epoce Poloneza Caro i obszernych wąsów. Over!”

Nie można powiedzieć, że przewoźnik nie zareagował. Zareagował. Po prostu wykasował post pana Michała ze swojego profilu. Ponieważ pytania wydały mi się niezależnie od ich formy, ciekawe, postanowiłem wydobyć od PKP - odpowiedzi.

- W przypadku pociągu Pendolino, który jest elektrycznym zespołem trakcyjnym, w którym układ siedzeń się nie zmienia, możliwy jest wybór konkretnego miejsca - pisze mi pani Anna Zakrzewska z biura prasowego przewoźnika.

Dołączyła też screenshota na dowód.

 rezerwacja

W przypadku pozostałych składów tak łatwo już jednak nie jest. Można wybrać tylko... wagon w którym chcemy siedzieć. Dlaczego? - Ze względu na możliwe modyfikacje np. wzmocnienie o dodatkowe wagony lub wyłączenie wagonu, w tym przypadku ciężko jest nam stworzyć ostateczny szablon - twierdzi PKP.

To chyba oznacza, że i z tym wyborem wagonu może być różnie....

- Jeśli chodzi o przerwę techniczną, spowodowana jest wymogami kluczowego dla sprzedaży systemu zarzadzania rezerwacjami, z którego korzysta wielu przewoźników kolejowych, w tym PKP Intercity. Pracujemy nad jej znaczącym skróceniem co powinno nastąpić w niedalekiej przyszłości - obiecuje Zakrzewska.

A bilety? - Aktualnie, gdy chcemy w jednej transakcji kupić kilka biletów zawsze będą one drukowane na jednym blankiecie. Można w dziale reklamacji zgłosić potrzebę wystawienia kilku faktur dla różnych miejscówek ze wspólnego biletu. Można też kupować bilety oddzielnie, z wykorzystaniem funkcjonalności zakupu sąsiedniego miejsca do wcześniej zakupionego biletu, jednak nie ma tu 100% gwarancji uzyskania sąsiedniej miejscówki ( w tym czasie ktoś może kupić miejscówkę na to miejsce). Analizujemy możliwość wprowadzenia funkcjonalności wystawiania oddzielnych blankietów - wrócimy z informacją, gdy zostanie ona wprowadzona do systemu - twierdzi PKP.

Pytanie o infolinię zostało niestety zignorowane. Jakieś pocieszenie?

Nadchodzi podwyżka w Pendolino 

Od niedzieli 13 grudnia PKP podnosi ceny w przedziałach 1 klasy. W Pendolino rosną one o 19 proc. w pozostałych składach EIC o 10 proc.

Na osłodę będzie można dostać francuskiego rogalika na śniadanie na ciepło albo jajecznicę z kurkami. Na obiad będzie schab (też z kurkami), sałatka z kaczką albo makaron z suszonymi pomidorami i szpinakiem (to Pendolino). Wszystko na porcelanowej zastawie. W EIC będą z kolei za darmo tortille.

- No to policzmy: dziś trasa Warszawa-Trójmiasto na zaraz kosztuje 195 zł w I klasie, po podwyżce o 19% to będzie ponad 230 zł. Wychodzi 35 złotych za croissanta z konfiturą na ciepło - podsumowała informację internautka. Przyznaję złośliwie, choć nieco trafnie.

Aha, Luxtorpeda z Krakowa do Zakopanego jeździła w 2 godziny i 18 minut. PKP teraz jedzie się 3 godziny i 36 minut Wiem, wiem w Luxtorpedą można było jechać tylko pierwszą klasą i drogo było. Ale sporo rzeczy jeszcze w PKP zostało do zrobienia.

19:05, miaczynski
Link Komentarze (14) »
wtorek, 01 grudnia 2015

Dzisiaj, czyli 1 grudnia jest dzień darmowej dostawy w sporej części sklepów internetowych. Z tej okazji mam dla państwa dla odmiany POZYTYWNĄ historię, którą śledziłem przez ostatnich kilka tygodni.

Pan Andrzej kupił na ebay.de starą widokówkę sprzed 100 lat. Tania nie było, bo kosztowała ok. 500 zł. Ale tak totalnie szczerze, to polował na nią długi czas, więc gotów był zapłacić dużo więcej. Ba, jak to kolekcjoner przywiązał się już do idei jej posiadania.

Widokówka 9 września wybrała się w podróż do Polski. Jak się okazało, nawet jak na seniorkę szło jej wyjątkowo wolno. Ale o tym za chwilę. Pan Andrzej korzystając z dobrodziejstw internetu klikał jak szalony monitorując jej pozycję. Na stronie Poczty Polskiej, która po prawie 10 latach prac i wydaniu ponad 100 mln zł – posiada w końcu system do śledzenia przesyłek przeczytał, że widokówka widnieje jako wysłana z lotniska we Frankfurcie do sortowni w Warszawie.

Jednak na stronie niemieckiej Poczty pojawił się komunikat: od dnia 15.09 przesyłka znajduje się na terenie Polski i wszelkie pytania proszę kierować do polskiej strony”.

W międzyczasie z ciepłego września zrobił się już nieco zimniejszy październik. Siódmego dnia tego miesiąca czytelnik nadal przesyłki nie miał. W urzędzie pocztowym usłyszał zaś, że przesyłki nie ma. A po stronie niemieckiej wszczęto reklamację.

Czytelnik nieco ogłupiały rzucił się szukać ostatniej deski ratunku. Zgodnie z zasadą: „gdzie konsument nie może tam media pośle” odezwał się do mnie.

 Ping pong polsko - niemiecki

Poczta bojąc się najprawdopodobniej kolejnego tekstu pod tytułem: jak to zła Poczta Polska znowu coś zgubiła, rzuciła się zaś do wyjaśniania sprawy z wielkim zaangażowaniem. Aczkolwiek również bezskutecznie. Przesyłka jest w Niemczech - stwierdziła. Przesyłka jest w Polsce - odpowiadał system informatyczny Deutsche Post.

- Raczej jednak wierzę Niemcom ponieważ listy sortuje tam automat – stwierdził pan Andrzej, widząc te słowa.

A skoro automat wskazał, że przesyłka opuściła lotnisko we Frankfurcie to taka jego automatyczna natura, że mylić się nie może. Prawda? Czytelnik spuścił nos na kwintę, wychodząc z założenia że ktoś widokówkę zwyczajnie rąbnął. A najprawdopodobniej zrobili to oczywiście polscy pocztowcy. Podejrzana była placówka, która zajmowała się sprawą. Pan Andrzej rozmawiał bowiem z kilkoma kolekcjonerami i ich zdaniem zdarzało się, że ktoś tam przesyłki tego typu zwyczajnie podbierał.

- Myślę, że sprawa jest nie do załatwienia – podsumował markotnie czytelnik.

W duchu pokiwałem głową ze zrozumieniem, ale dla spokoju ducha odezwałem się więc jeszcze raz do Poczty Polskiej. Która znów stwierdziła, że widokówka “nie wpłynęła do polskiego obszaru pocztowego, o czym poinformowaliśmy już stronę niemiecką, prosząc o wyjaśnienie tej sytuacji.”  

 A listonosz na to?

Aż – jakby to powiedziano w komiksach – WTEM! pewnego listopadowego dnia….

- Dzisiaj odwiedził mnie listonosz i przekazał ,ku mojemu zdziwieniu, zaginioną przesyłkę. Szła dwa miesiące i osiem dni – relacjonuje zdumiony czytelnik.

- Proszę zerknąć na link (link zastąpiłem obrazkiem, bo są tam dane osobowe czytelnika).

 Zrzut_ekranu_20151130_o_13.26.38

- Wcześniej pod tym linkiem była data wysyłki z Niemiec sprzed dwu miesięcy. Teraz dane się zmieniły. Została ponownie wysłana z Niemiec w listopadzie. Zatem zaginęła w Poczcie Niemieckiej – konkluduje pan Andrzej.

Listonosz, który przesyłkę przyniósł, bardzo się ucieszył, że to nie jest wina jego pracodawcy. Kto więc zawinił? Najprawdopodobniej adres został źle odczytany przez automat i przesyłka pojechała sobie do innego kraju.

Pan Andrzej odszczekuje więc swoje podejrzenia. Ja do szczekania się przyłączam.  Cuda jak państwo widzą, jednak się zdarzają. Choć nie wyciągałbym z nich jakichkolwiek generalnych wniosków na temat jakości któregokolwiek z operatorów. 

17:20, miaczynski
Link Komentarze (6) »
środa, 18 listopada 2015

Muszę przyznać, że firmie PKP Intercity udało się mnie potężnie zaskoczyć. Pani Magda wybrała się w podróż Intercity z W-wy do Stargardu Szczecińskiego. Bilet na tym dystansie kosztuje 119 zł. Jak za prawie pół tysiąca kilometrów jest to cena dość przyzwoita i raczej konkurencyjna.

Szkopuł w tym, że czytelniczka, bilet miała kupiony z W-wy Centralnej, a wygodniej było jej wsiąść na Wschodniej. Czyli miała przejechać o 4 km więcej niż na bilecie. - Ponieważ nie chciałam naciągać naszego narodowego przewoźnika, postanowiłam dokupić w kasie bilet na dystans Wschodnia - Centralna. Spodziewałam się dopłaty w wysokości max. 10 zł – relacjonuje czytelniczka.

Tymczasem pani w kasie zdruzgotała ją stwierdzeniem: "48 złotych poproszę”. Po czym śmiertelnie obraziła się na pytanie, czy to jest jakaś kara za gapowe...
12200513_1122439127796876_381948954_n1

Dociskana kasjerka wyjaśniła jedynie: "bo to proszę pani dodatkowe kilometry są. Trzeba było wsiąść na Centralnej". Prawda, że jasne?

Pani Magda postanowiła wobec tego zadać to samo pytanie konduktorowi. I usłyszała, że PKP IC posiada specjalny taryfikator - nie ważne, czy jedzie się 1 km czy 50 km - dopłata zawsze jest taka sama.

- Dla mnie w dalszym ciągu absurd...- konkluduje czytelniczka. I dodaje: Nauczka na przyszłość - w podobnej sytuacji weź taksówkę i dojedź na Centralną...

Co na to wszystko sam zainteresowany?

- PKP Intercity jest przewoźnikiem, którego oferta pociągów ekspresowych jest skierowana przede wszystkim do podróżujących na długich dystansach. W przypadku przedstawionym przez podróżną kasjer powinien zasugerować inne rozwiązanie niż zakup biletu pomiędzy warszawskimi stacjami. Pasażerce należało zaproponować zwrot biletu z Warszawy Centralnej do Stargardu Szczecińskiego i zakup nowego od Warszawy Wschodniej – twierdzi Biuro Prasowe PKP Intercity S.A.

- Zachęcamy podróżną do opisania zaistniałej sytuacji i przesłania do nas wniosku reklamacyjnego. Do wniosku powinny zostać dołączone zakupione bilety na przejazd – kończy swojego maila PKP.

Przy tej okazji przypomniało mi się powiedzenie: „Uczci­wy by­wa chwa­lony, ale marznie przy tym.”

15:53, miaczynski
Link Komentarze (11) »
środa, 04 listopada 2015

W przeciwieństwie do pracowników. Oni z kolei są wśród tych, którzy kradną najwięcej.

 Sezon na kradzieże w sklepach właśnie się zaczyna. Na zimę przypada aż 46 proc. podobnego rodzaju ekscesów. Powody mogą być dwa. Po pierwsze święta, ludzi wtedy w sklepach jest więcej a co z tym idzie w tłumie łatwiej się kradnie. Ochrona musi w końcu zwracać uwagę na więcej osób.

A po drugie zimą ludzie się grubiej ubierają. Że to nie ma znaczenia? Ależ strój w tym przypadku ma wielkie znaczenie.

Można to choćby zobaczyć na tym filmie (z Kostaryki, ale powiedzmy sobie szczerze metody kradzieży są dość podobne na całym świecie):

Najniższe straty są z kolei jesienią oraz wiosną. Wyjątek? Wyprzedaże, kiedy cudowną metodą kradzieże skokowo rosną.

Z raportu The Global Retail Theft Barometer (swoją drogą to marny “global” informacje uzyskano na podstawie ankiet z 24 krajów) wynika, że ze sklepów rąbnięto towar wart 214,3 miliarda USD.

W Polsce skradziono rzeczy warte niespełna miliard dolców. Paradoksalnie ten miliardzik powoduje, że wypadamy w tym zestawieniu jako niezwykle nobliwi, szlachetni oraz uczciwi. Polska zajmuje bowiem czwartą pozycję wśród krajów o najniższym odnotowanym poziomie strat w handlu detalicznym! Wyprzedza nas tu tylko Norwegia, Szwajcaria i Francja.

kradzieze

I to mimo tego, że budżety na ochronę zmniejszono o 25 proc. A polskie wydatki na zapobieganie stratom są najniższe spośród wszystkich badanych krajów. Biorąc pod uwagę ozusowanie umów zlecenia od stycznia (a na takich pracują zazwyczaj sklepowi ochroniarze) można się tu spodziewać kolejnych redukcji.

Swoją drogą jedną z ulubionych moich historii sklepowych kradzieży jest ta z Tesco w zachodniej Polsce. Złodziej wsadził w spodnie pół litra wódki. Gdy ochrona złapała go na bramce, poprosił o zaprowadzenie do toalety, bo "chce siusiu". Tam wskoczył do kanału wentylacyjnego, gdzie siedział tak długo, aż policyjny negocjator obiecał mu dać pół litra wódki. Zszedł, ale negocjator słowa nie dotrzymał...

Wzrosła za to wartość kradzionych towarów. I to wzrosła konkretnie, bo o 28 proc. To chyba efekt nowelizacji prawa z 2013 roku. Przed nowelizacją jako przestępstwo traktowano kradzieże powyżej 250 zł. Teraz ta granica jest podniesiona do 437 zł. I coraz częściej złodzieje zwyczajnie liczą czy im się opłaca dalej kraść (bo ciągle wykroczenie), czy już nie (bo podpadają pod przestępstwo).

W Polsce za połowę kradzieży odpowiadają klienci, ale za kolejne 34 proc. pracownicy sklepów (to już europejska czołówka).

Dlaczego?

Może chodzi o przyzwyczajenia z historii? Za czasów realnego socjalizmu wyniesienie z pracy papieru toaletowego czy drutu kolczastego było formą ukarania złego pracodawcy. Podobny schemat działa i teraz. Pracownicy dużych sieci uważają, że są wykorzystywani. Załatwiają więc sobie dodatkowe wynagrodzenie. Sami. Z półki albo magazynu.

Dla porównania w Holandii pracownicy odpowiadają za 14 proc. kradzieży, Austrii 10 proc. a w Niemczech 11 proc. Więcej od Polaków kradnie personel we Francji (35 proc.), Rosji (47 proc.) oraz Szwajcarii (41 proc.).

Reszta to normalne straty, czy kanty dostawców.

Co najczęściej ginie? Przede wszystkim drobne rzeczy - maszynki do golenia, elektronarzędzia, baterie, alkohol (często konsumowany jeszcze na terenie sklepu) kosmetyki do makijażu, smartfony, baterie oraz sery.

Ale - jak twierdzą przedstawiciele sieci handlowych - nie ma takiego towaru, którego ktoś nie usiłowałby ukraść. Złodzieje próbują wynosić nawet pralki i lodówki.  

18:17, miaczynski
Link Komentarze (8) »
wtorek, 03 listopada 2015

Musze przyznać, że firma Plus wzbiła się na naprawdę wysoki poziom surrealizmu, konstruując swoją ofertę internet na kartę do tabletu lub laptopa. Mało komu chce się w końcu w tym celu wykupywać specjalny abonament, Oferta na kartę jest tu zdecydowanie najbardziej elastyczna.

Z tego samego punktu widzenia wyszedł mój czytelnik, nazwijmy go pan Hieronim. Pan Hieronim poszedł  do salonu firmowego Plusa w Gdańsku, z zamiarem kierunkowym zakupu startera internetu na kartę.

Uprzejma pani Magdalena w sposób miły i sympatyczny wyjaśniła, że tak, a i owszem trafił pod dobry adres. I tu rzuciła kilka ofert równie dobrze brzmiących dla ucha. Czytelnik na wszelki wypadek dopytał jeszcze uprzejmą panią Magdalenę, ile GB dostanie w starterze za 5 PLN a ile w starterze za 15 pln? Pani Magdalena sprawdziła to w gablocie. Po czym autorytatywnie stwierdziła, że w tym pierwszym wariancie będzie to 5 Gb a w drugim 15 GB.

Pan Hieronim chciał droższy wariant, ale okazało się, że tych starterów... zabrakło. Wyszedł więc z salonu trzymając pod pachą coś takiego:

5giga4

Czyli 5 GB za (domniemujemy) złotych polskich również 5.

W domu przyjrzał się jednak opakowaniu uważniej, po czym zaliczył potężny opad żuchwy. Jak bowiem sieć liczy te 5 GB za 5 zł? Och, to jest dopiero słodkie.

5giga

0,5 gigabajta dostaje się na start. Czyli po włączeniu do sieci ma się dostępne nie 5 GB , ale jedną dziesiątą tego. A te 5 giga, które wybite wołami jest na pierwszej stronie produktu? To operator też wyjaśnia. „5 doładowań od wartości min. 20 zł jest nagradzane Premią 1 GB”. Czyli żeby dostać te 5 giga trzeba ni mniej ni więcej tylko zainwestować stówkę.

Łzy szczęścia z powodu tak hojnej oferty zalewają mi oczy. Twarz pana Hieronima zalało jednak coś innego. Czytelnik generalnie się zapienił i pluł jadem.

Napisał nawet do BOK Plusa.

Co mu odpisała sieć? „W odpowiedzi wyjaśniam, że suma dostępnych danych podana na opakowaniu jest to łączna ilość jako może zostać przyznana po spełnieniu określonych warunków. Opisane są one wewnątrz opakowania. „

 5giga5

Pozwolą Państwo, że przetłumaczę. Informacja zwrotna od sieci brzmi: „widziały gały co brały”.

Wyglądało to prawdopodobnie tak. Przyszli ludzie z marketingu i stwierdzili: "5 GB-  5 zł" to jest dopiero hasło, które przyciągnie ludzi! Do tego dołoży się ładną brunetkę z kolczykiem w nosie że niby jesteśmy tacy trendy, niech się skubana uśmiechnie zachęcająco. No, ale tyłem tej oferty to już zajęli się księgowi.

I oczywiście inwestując 100 zł pan Hieronim dostanie jakieś dane i w sumie wyjdzie jakoś tam na swoje. Tyle, że w ostatecznym rachunku powstaje niesmak.

14:04, miaczynski
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75