Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
wtorek, 21 czerwca 2016

Czy sklep powinien nam sprzedać towar za który już zapłaciliśmy? Raczej tak, prawda?

A teraz ten dylemat podnieśmy na wyższy poziom. Czy sklep powinien nam sprzedać towar, który wystawił przez pomyłkę zbyt tanio, a my za niego zapłaciliśmy?? Odpowiedź nie jest już tak oczywista. A w takiej sytuacji znalazł się pan Jakub. 

22 kwietnia napisał do mnie tak: „Dzień dobry, chciałbym zgłosić, że Saturn dziś poleciał w kulki z klientami. Wystawił konsolę PS4 za 199 zł i była dostępna przez kilka godzin. Ja i wielu moich znajomych zamówiliśmy je i zapłaciliśmy z góry. Otrzymaliśmy po kilku godzinach maila o anulowaniu zamówienia. Ich regulamin jasno mówi, że II.3 "Cena jednostkowa Towaru uważana jest za wiążąco uzgodnioną pomiędzy Użytkownikiem a Sprzedającym z chwilą złożenia Zamówienia".”

Oferta wyglądała tak:

saturn21

Na zapytanie o powód anulowania zamówienia Saturn odpowiedział tak:

"W związku z Pana mailem możemy stwierdzić, co następuje: Sklep Internetowy jest platformą, na której Sprzedający zapraszają do rokowań w celu zawarcia umowy sprzedaży.

Zgodnie z Ogólnymi warunkami sprzedaży i regulaminem sklepu internetowego, chwilą zawarcia umowy jest moment potwierdzenia zamówienia przez Sprzedającego.

W wyniku błędu systemu komputerowego (którego przyczyny badamy i za który przepraszamy), na witrynie sklepu internetowego znalazł się towar i jego opis, którego Sprzedający nie posiadają w ofercie sprzedaży.

Pana zamówienie nr XXX z godz. 2016-04-22 08:27:47 nie zostało potwierdzone przez Sprzedającego. Nasz sklep skierował do Pana informację o braku możliwości realizacji zamówienia.

Bardzo przepraszamy za utrudnienia.

Zespół Sprzedaży Internetowej Saturn.pl"

Saturn wystawił konsolę z nową ceną: 1729 zł.

 saturn11

Nie można też powiedzieć aby sieć nie nauczyła się na błędach. 25 kwietnia na stronach Saturna pojawił się nagle nowy punkt regulaminu sklepu.

Umowa Sprzedaży zostaje zawarta i nabiera pomiędzy Sprzedającym a Kupującym mocy wiążącej z chwilą doręczenia na serwer poczty elektronicznej obsługujący adres e-mail podany przez Kupującego Potwierdzenia Zamówienia (wiadomość

elektroniczna e-mail w temacie „Potwierdzenie Zamówienia”). Za dzień doręczenia wiadomości elektronicznej e-mail w temacie „Potwierdzenie Zamówienia” uważa się dzień, w którym wiadomość ta wpłynęła na serwer poczty elektronicznej obsługujący adres e-mail podany przez Kupującego w formularzu elektronicznym Zamówienia.” 

Tu pierwotny zapis regulaminu:

regulaminprzedsaturn 

A tu już jego nowa wersja:

 saturnregulamin

 

Pan Jakub uznał, że jest robiony w balona. Wezwał więc sieć do realizacji zamówienia, powołując się dodatkowo na wyrok Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. 

Są ten uznał, że do regulaminów sklepów nie można wprowadzać takiego zapisu: "W przypadku zakupu towaru, na który wprowadzona jest błędna cena - przez obsługę sklepu bądź błąd serwera - kupujący zostanie poinformowany o tym fakcie, a umowa nie zostaje zawarta - zamówienie zostanie anulowane a pieniądze zwrócone. Konsument powinien mieć świadomość błędnej ceny, jeśli cena za dany towar jest kilkakrotnie niższa w stosunku do średnich cen rynkowych, a oferta nie wskazuje na okazję lub promocję, towar jest oferowany za kwotę 0 złotych, lub też w przypadkach gdy błąd jest oczywisty

Wniosek z tego wyroku płynie, że jeśli e-sklep się z ceną pomyli, to jest to jego problem.

Co na to Saturn?  

Saturn odpisał, że "Zgodnie z Ogólnymi warunkami sprzedaży i regulaminem sklepu internetowego, chwilą zawarcia umowy jest moment potwierdzenia zamówienia przez Sprzedającego."

A kiedy pan Jakub poprosił o informację gdzie to niby znajduje się w pierwotnym regulaminie dostał taką odpowiedź:

Szanowny Panie Jakubie,

W odpowiedzi na maila informujemy, że interesujący Pana punkt znajduje się w Regulaminie Sklepu Internetowego www.saturn.pl, punkt II. DEFINICJE, podpunkt 32, cyt.: " Zamówienie - deklaracja woli zakupu Towaru, lub zlecenia usług w ramach Produktów innych niż Towar uzewnętrzniona przez Użytkownika za pośrednictwem Sklepu Internetowego (poprzez zdalne wypełnienie elektronicznego formularza w Sklepie Internetowym), w sposób umożliwiający Sprzedającemu i Usługodawcy identyfikację Użytkownika, precyzująca ponadto Towar mający stanowić przedmiot Umowy Sprzedaży lub zlecenia usług w ramach Produktów innych niż Towar, miejsce jego odbioru, świadczenia lub dostawy oraz formę płatności ceny za Produkt.".

Tutaj powiem szczerze uznałem, że ktoś w Saturnie puścił się poręczy, bo mym skromnym zdaniem we wskazanym podpunkcie nic o chwili zawarcia umowy nie ma (z pełną pokorą przyjmę jednak opinie, kogoś bardziej biegłego).

.Pan Jakub napiął się jeszcze i wystąpił listem poleconym o wykonanie umowy. I dostał właśnie odpowiedź w której Saturn powtarza swoją historię, że „Zgodnie z Ogólnymi warunkami sprzedaży i regulaminem sklepu internetowego, chwilą zawarcia umowy jest moment potwierdzenia zamówienia przez Sprzedającego

Dalej Saturn napisał, że „cena znajdująca się wówczas na stronie (199 zł) oscyluje poniżej kosztów produkcji, wobec czego należy przyjąć, że wiedział Pan o istniejącym błędzie lub nawet gdyby założyć, że nie miała takiej wiedzy to z pewnością mogła z łatwością zauważyć błąd w ofercie, poprzez porównanie cen rynkowych u innych sprzedawców.”

Również moim zdaniem można z tym polemizować.

Sieć przytacza jednak jeszcze jeden argument, który moim zdaniem jednak przechyla szalę na korzyść Saturna.

Z brzmienia literalnego punktu III 5 Regulaminu Sklepu Internetowego Saturn, tj. "Ogłoszenia reklamy, cenniki i inne informacje zamieszczone w Sklepie Internetowym poczytuje się w razie wątpliwości nie za ofertę, lecz za zaproszenie do zawarcia umowy. Nie stanowią one również zapewnienia Sprzedającego".

Czyli samo naciśnięcie klawisza kup teraz i wpłacenie pieniędzy na podany numer konta to za mało do zawarcia umowy. Gdyby pan Jakub dostał info, że „zamówienie zostało przyjęte do realizacji”, Saturn byłby bez szans. Tu jednak tak nie było.

Jeśli państwo mają inny pogląd na tę sprawę zapraszam do dyskusji.

 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

14:34, miaczynski
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 czerwca 2016

Biura podróży to dość trudny biznes. Pada się tutaj dość często, sezon jest właściwie jeden, czyli lato. Do tego wiele osób nastawia się na kupowanie wycieczek tuż przed wyjazdem wychodząc z założenia, że najkorzystniejsza dla nich jest tzw. oferta last minute. 

Biura podróży od dłuższego czasu usiłują jednak wychować sobie klientów oferując im wycieczki w ramach opcji first minute. Obiecując przy tym jakie to atrakcyjne doznania finansowe nas spotkają jeśli się na coś takiego skusimy.

To co najwyżej półprawda.

I tym sposobem dochodzimy do pani Sylwii, która razem z mężem i dwójką dzieci wykupiła wycieczkę na Kretę do czterogwiazdkowego hotelu Astir Beach. Który wygląda tak:

 itaka3

Czytelnicy ofertę wykupili jeszcze w marcu, na 11 dniowy wyjazd, który zaczął się od 12 czerwca. Zrobili to przez internet płacąc 9311 zł (z tego nieco ponad 700 zł to ubezpieczania: kosztów leczenia i kosztów rezygnacji).

grecja22

Była to promocja: „Marzenia w Cenie Spełnienia” z gwarancją najniższej ceny.„Jeśli po dokonaniu rezerwacji znajdą Państwo identyczną ofertę w korzystniejszej cenie w ramach promocji „Marzenia w Cenie Spełnienia”, z przyjemnością oddamy różnicę.“

I traf chciał, że na początku czerwca ten sam wyjazd dla tej samej grupy osób (dwójka dorosłych plus dwójka dzieci) do tego samego hotelu, w tej samej dacie był o 789 zł złotych tańszy. 

grecja1

Klienci poczuli się zrobieni w balona. To poczucie jakby wzrosło, gdy okazało się, że żadnego zwrotu pieniędzy nie dostaną.

Po pierwsze promocja ze zwrotem różnicy trwała tylko do końca marca. A po drugie, nawet jeśli trwałaby ona dłużej to i tak by nie dostali ani złotówki, bo tańsza oferta to last minute. A „gwarancja Najniższej Ceny nie uprawnia do zmiany na ceny Last Minute lub ceny w promocjach innych niż tutaj wymienione.“

 itaka41

Że czytelnicy tego wszystkiego nie wiedzieli? Ich błąd. Wszystko było opisane w regulaminie, który wisiał na stronie internetowej. Ja bym co prawda upierał się, że przy zakupie wycieczki klient powinien dostać w formie elektronicznej zasady promocji.

I nawet zapytałem o to wiceprezesa Itaki., dlaczego nie dostali. Ale jakoś nie dostałem odpowiedzi.

Jakie z tego wszystkiego płyną wnioski?

Podstawowy wniosek jest taki, że oferta first minute wcale nie gwarantuje nam, że zapłacimy za wycieczkę najtaniej. Gwarantuje nam za to, że będziemy mieć duży wybór.Czasami ceny wzrosną (jeśli wybrany przez nas hotel jest ciekawy i w dobrym miejscu), czasami jak w przypadku czytelników będzie zwyczajnie dużo taniej (bo hotelarz nie zdołał zapełnić swojego przybytku)

 Przy czym najlepsze oferty first minute są w połowie stycznia, w drugiej połowie listopada albo w połowie maja. To okresy kiedy mniej osób kupuje wakacyjne wyjazdy.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

18:33, miaczynski
Link Komentarze (5) »
wtorek, 31 maja 2016

Są takie twierdzenia, które od razu brzmią jak oksymoron. „Uczciwy polityk”. „Wesołych świąt”. „Tani sklep”. Oraz „ciekawe uzasadnienie wyroku sądowego”.

To ostatnie tym razem okazało się prawdziwe. Pan Łukasz podesłał mi niezwykle intrygujące uzasadnienie wyroku sądu apelacyjnego w Łodzi. Daję słowo, nieźli figlarze pracują w tamtejszych sądach. Czytając cały ten dokument, uśmiechałem się niezwykle szeroko. 

Później sprawdziłem, że o sprawie pisały już media, ale jest to na tyle urocze, że warte przypomnienia.

Mozzarella z wkładką

Sprawa zaczęła się od tego, że powodowie lubią ser. Ale nie każdy ser, tylko taki produkowany w Republice Czeskiej, kryjący się pod nazwą M. G i będący mozzarellą.

I pewnego dnia a konkretnie 10 września 2012 roku po otworzeniu szczelnego opakowania i pokrojeniu sera w plastry zauważyli na jednym z nich - w sensie plastrze - ciemną plamkę, która po bliższym przyjrzeniu okazała się owadem.

Zniesmaczyli się a u powódki na dodatek pojawił się odruch wymiotny. Sporządzili jednak dokumentację fotograficzną plastra razem z wkładką mięsną.

A następnie zadzwonili na infolinię producenta. Producent, jak to producent - odpisał, że „proces wytwarzania sera M. G.znajduje się pod stałą kontrolą jakościową i technologiczną, a zaistniałe problemy analizowane są wspólnie z kierownictwem, pracowniami laboratorium i produkcji” etc.

Czyli zbagatelizował. No, może nie do końca. Procedura u producenta jest taka, że niezależnie od tego czy reklamacja jest zasadna, czy nie, w odpowiedzi wysyłany jest niezadowolonym klientom koszt podarunkowy. Koszt niewielki, a miło im się robi.

Zastosowaną więc tutaj tę standardową procedurę. Przedstawiciel producenta pojawił się z koszem i go wręczył. Zapytał jeszcze czy możliwe jest otrzymanie od nich sera ze znalezionym owadem.

Niedoszli konsumenci jednak odmówili jego wydania. Jak dobrze rozumiem takie zatrzymanie obywatelskie.

Wkładka okazała się być...

Ser z owadem (zamrożony) został przekazany do Sanepidu. Placówka ta po przeprowadzeniu badań stwierdziła na jednym z plastrów sera „obecność wtopionego w masę serową fragmentu owada wielkości 7 mm. z widocznym barwy brązowo czarnej tułowiem pokrytym szczeciną, głową oraz jedną z nóżek również pokrytą czarną szczeciną”. Ujmując krótko, chodziło o muchę.

Sanepid następnie ser razem z muchą wyrzucił, co okazało się być dla całej sprawy wydarzeniem nie bez znaczenia. Konsumenci za to wytoczyli producentowi pozew na 80 tys. zł tytułem zadośćuczynienia za szkody moralne i rozstrój zdrowia oraz zażądali doprowadzenia zakładu produkującego ser do stanu gwarantującego bezpieczeństwo wytwarzanej w nim żywności.

W toku sądowych ustaleń wykazano, że w zakładzie przeprowadzana jest regularnie kontrola pokrywek lamp owadobójczych emitujących niebieskie światło umieszczonych przy wejściu do strefy produkcji.

A obecność owadów ma charakter znikomy. I tak 2.8.2012 r. znaleziono 1 muchę, 8.8.2012 r. nie znaleziono żadnej muchy, 16.8.2012 r. znaleziono 2 muchy, 28.8.2012 r. nie znaleziono żadnej.

Mucha jest sprawnym lotnikiem

- Owszem owad ten - jak argumentował sąd okręgowy - występuje powszechnie na obszarze gdzie zlokalizowany jest zakład produkcyjny (...).S z siedzibą w K. w Republice Czeskiej. - Owad ten jest sprawnym lotnikiem i świetnym węchowcem, potrafi bardzo prędko latać i może dostać się przez krótko otwarte drzwi i okna nawet przy dobrych zabezpieczeniach. Korpus owada znajdującego się w serze, utrwalonego na fotografii był uszkodzony, nie miał wszystkich odnóży. Nie można stwierdzić, czy owad był na powierzchni sera czy wewnątrz. Fizycznie możliwa jest również taka sytuacja, że owad został umieszczony w serze. Nie ma możliwości stwierdzenia, czy w odkrojonym, odłamanym kawałku sera znajdowałyby się jakieś ślady odkształcenia masy serowej na skutek kontaktu z owadem w procesie produkcyjnym - przekonywał sąd.

Wyraził przy tym rozczarowanie, że biegli, którzy wydali opinię dysponowali ograniczonym materiałem badawczym w postaci fotografii. Bo, gdyby dysponowali ciałem owada zakonserwowanego w jakimkolwiek dostępnym płynie utrwalającym ułatwiłoby to im pracę w znacznym stopniu.

Poza tym biegli nie byli tak biegli, bo przyznali, że nigdy nie byli w zakładzie, w którym produkuje się sery, a zatem nie posiadają wiedzy na temat stosowanych tam technologii zarówno w zakresie samej produkcji jak również w zakresie skuteczności zainstalowanych urządzeń ochronnych.

Nie byli więc w stanie w sposób wiarygodny stwierdzić, w jakiej postaci zachowałby się korpus muchy w zetknięciu z procesami występującymi podczas produkcji sera typu mozarella.

Sąd miał inne teorie infiltracji muchy

W ocenie Sądu Okręgowego nie można także wykluczyć, iż owad będący, dostał się do masy serowej tuż po wyjęciu go z opakowania, pokrojeniu i podaniu do stołu

- Jak stwierdzili biegli z zakresu entomologii owady te mogą osiągać duże prędkości, mają doskonały węch pozwalający im lokalizować pokarm, w którym są rozmaite substancje organiczne. Zdarzenie miało mieć miejsce w dniu 10.9.2012 r., zatem w okresie gdy jest jeszcze dość ciepło, okna są często otwarte zatem owad łatwo w sposób niezauważony mógł dostać się do wnętrza mieszkania powodów i dostać się pomiędzy plastry pokrojonego już sera. Za taką możliwością przemawia też okoliczność iż owad znajdujący się na zdjęciach przedstawionych przez powodów nie był mocno oblepiony masą serową - skomentował sąd.

I obsztorcował powodów, że nie zadbali aby zabezpieczyć znalezionego owada dla celów dowodowych, a wystarczające byłoby umieszczenie go w jakimkolwiek dostępnym płynie utrwalającym.

Na dodatek, sąd nie dał wiary temu aby bodziec wizualny w postaci muchy w serze wywołał w psychice powodów tak daleko idące skutki, aby można było określać je jako rozstrój zdrowia.

Powodowie twierdzili, iż powódkę całą noc męczyły torsje. Gdyby tak było, wezwanoby pogotowie.

Za nieudowodnione Sąd Okręgowy również uznał zeznania powoda, że ich dwuletnie dziecko było zagrożone zadławieniem się gdyby zjadło kawałek sera w którym znajdowała się mucha. Gdyby małe dziecko połknęło w całości duży kawałek sera to mogłoby się zadławić nawet gdyby nie było w nim niespełna centymetrowej muchy.

Podnoszona przez powodów konieczność zmiany diety poprzez wyeliminowanie z niej wszelkich wyrobów nabiałowych na skutek negatywnych przeżyć związanych ze znalezienia owada w serze także, zdaniem Sądu pierwszej instancji, należało uznać za nieudowodnione.”

Czyli innymi słowy porażka. 

A co na to sąd apelacyjny?

Sprawa trafiła jeszcze do sądu apelacyjnego, który okazał się być bardziej wyrozumiały od okręgowego. Uznał na przykład, że powodowie muchy nie musieli wsadzać do żadnego płynu. Ale uznał jednocześnie, że żadne dobra osobiste powodów nie zostały naruszone.

Wychodząc z powyższych rozważań należy odpowiedzieć na pytanie jakie odczucie u przeciętnego konsumenta rodziłoby znalezienie w zakupionym przez siebie produkcie spożywczym owada. Niewątpliwie byłoby to uczucie wstrętu, niechęci, pewnie i oburzenia, jednakże nie można mówić w tym konkretnym przypadku o naruszeniu dobra osobistego w postaci wskazywanego przez powodów zdrowia czy nawet godności. Reakcja powodów, zwłaszcza J. M., nawet jeżeli faktycznie miała taki przebieg, zdecydowanie wykracza poza odczucia przeciętnego konsumenta.”

 sad

Apelacja została więc oddalona. Powodowie zostali zaś obciążeni kwotą 2.7 tys. zł kosztów zastępstwa procesowego. 

Proszę więc pamiętać. Jeśli znajdujemy muchę w jedzeniu od razu ją konserwujemy w odpowiednim płynie! Ot, tak na wszelki wypadek.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

19:08, miaczynski
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 23 maja 2016

Zgłosił się do mnie redakcyjny kolega Bartek, od ośmiu lat klient sieci Vectra. Zazwyczaj głęboko niechętnie opisuje sprawy osób, które znam z pracy, ale ponieważ historia jest reprezentatywna dla szerszej grupy konsumentów, postanowiłem ją państwu zaprezentować w całości.

Osiem lat to spory kawałek czasu, jeśli chodzi o usługi można wręcz więc powiedzieć, że jak na dzisiejsze czasy pan Bartek jest klientem wiernym i oddanym. I był takowym, do momentu aż w ramach dobrej zmiany zainstalowano mu usługę WI-FI 150 Mb/s (plus TV). Telewizji akurat kolega nie ogląda zbyt często za to sieć, miała chodzić „ jak marzenie” i „bez przerw”.

Pojawia się monter

- Przyjechał pan monter, zamontował mi ich router, skonfigurował komputer, zapewnił, że nie ma przerw w dostępie do sieci ("proszę pana nas zobowiązuje prawo do utrzymania 90 proc. szybkości połączenia"). Ale delikatnie rzecz ujmując, minął się z prawdą.  Montaże były 26 maja 2015 r. i od razu internet nie chodził, on się czołgał - na komputerze nic nie dzieje się szybciej niż wtedy, gdy miałem podłączone 8 MB (czyli 19 razy wolniej!!!!). Zgłosiłem więc reklamację już w czerwcu - skontaktował się ze mną technik, ale mógł przyjść wyłącznie w  godzinach, które mi zupełnie nie pasowały. Ostatecznie stwierdził, że nie przyjdzie(!) - relacjonuje kolega.

Internet mimo szumnej nazwy nadal działał raczej statecznie i bez szaleństw niczym Fiat 126 p. odpalany za pomocą szczotki.

Minęło 11 miesięcy, aż WTEM! internet zaczął naprawdę wariować.

- Zrywa; połączenie, działa; tylko w jednym pokoju, w drugim już nie miałem zasięgu (!). Postanowiłem więc znów nawiązać relację z działem obsługi technicznej Vectra - opowiada pan Bartek.

Operator zadania mu nie ułatwiał. Za każdym z trzech razy, kiedy usiłował się połączyć z infolinią, czekał ok. 20 minut. Co powiedział konsultant? Jego tok myślenia, można sprowadzić do trzech punktów, które wielu osobom mogą się wydać zaskakujące.

  1. Vectra odpowiada za dostarczenie internetu do routera. I tylko do routera.
  2. Vectra nie gwarantuje, że internet z routera (zainstalowanego przez nich) dotrze do komputera - "bo my nie odpowiadamy za to, jak jest obciążone otoczenie". Konsultant, kazał za to czytelnikowi zainstalować program "WiFi analyzer" na telefonie, sprawdzić, który z dostępnych w bloku kanałów jest najmniej obciążony i go przełączył na ten kanał. - Pomogło jak zmarłemu apap - mówi ponuro pan Bartek.
  3. Pan konsultant dodał wreszcie, że poleca, żeby kupić własny router z antenką, "bo ten nasz jest taki sobie".

- Bądźmy poważni - instalują mi internet, a potem instaluję jakieś programy na komórkę i się gimnastykuję, żeby łaskawie pan z helpdesku przełączył mnie na wolny kanał, który sobie znalazłem - denerwuje się czytelnik.

vetctraodpowiedz

To tłumaczenie spółka powtórzyła przed UKE, gdzie pan Bartek zgłosił się z prośbą o interwencję.  "Przeprowadzając test prędkości łącza internetowego np. z wykorzystaniem narzędzia dostępnego na www.Vectra.pl/test komputer abonenta musi być połączony z modemem z wykorzystaniem kabla (skrętki).” Proszę zapamiętać:

 Podstawą do złożenia reklamacji na niedziałający internet jest przeprowadzenie testu za pomocą połączenia kablowego.

- Ale ja kupiłem usługę internetu bezprzewodowego - piekli się pan Bartek.

Upewnij się czy reklamujesz

Jak się okazuje na niekorzyść czytelnika działała jeszcze jedna rzecz. Vectra w swoim systemie miała tylko jedno zgłoszenie nieprawidłowości w świadczeniu usługi internetowej, sprzed prawie roku. „Nadmieniamy, że zgodnie z naszą wiedzą problemy z działaniem przedmiotowej usługi zostały wyeliminowane w dniu 17.06.2015 r. poprzez rekonfigurację Urządzenia Abonenckiego. Za wszelkie nieprawidłowości serdecznie przepraszamy.” 

Vectra nie tylko przeprosiła (po roku), ale też postanowiła uraczyć czytelnika finansową rekompensatą!

„W związku z powyższym, przyznajemy Panu zwrot za czerwiec 2015 r. za usługę internetową w wysokości 1,99 zł, co stanowi równowartość opłaty abonamentowej za 3 dni nieprawidłowości w świadczeniu ww. usługi.”

Pan Bartek tymczasem zaklina się na wszystkie świętości, że od czerwca zeszłego roku do kwietnia tego roku zgłaszał problemy z działaniem sieci jak nic z cztery czy pięć razy. Skąd więc ta różnica między nim a operatorem odnośnie ilości złożonych zażaleń? To pułapka druga, nie każda rozmowa z dostawcą internetu jest reklamacją.

- Część zgłoszeń to oficjalne reklamacje, czyli wypełnienie formatki internetowej, a część to rozmowy z infolinią. To różnica, bo na te wysyłane mailem oni oficjalnie odpowiadali, a na te zgłaszane telefonicznie - nie! - narzeka pan Bartek.  

Płynie z tego wniosek, że jeśli ktoś ma problemy z działaniem sieci to powinien, zgłaszać je pisemnie mailem, lub w trakcie rozmowy telefonicznej wyraźnie mówić, że składa reklamację.

Pan Bartek wypowiedział umowę.

vectra_wypowiedzenie

Tutaj trzeba przyznać operatorowi, że zachował się o tyle po ludzku, że nie naliczył czytelnikowi kary umownej za przedwczesne rozwiązanie umowy. Vectra zażądała tylko zwrotu sprzętu.

O ironio pan Bartek chciał go zdać technikowi Vectry. Kiedy dowiedział się, że taka wizyta kosztuje 50 zł, zadzwonił na infolinię, że odda jednak sprzęt osobiście.

Kilka dni później pan technik jednak do niego zadzwonił, że chce się umówić na wizytę po odbiór. A na mailu pan Bartek znalazł informację, że za wizytę zostanie mu doliczone 50 zł.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, w czasach, kiedy wszystko robiono ręcznie.

- I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów? 

- Aneta Szeliga  "Metro"

- Książka "Fortuna po polsku" to opowieść o ostatnich Mohikanach przedsiębiorczości, którym udało się przetrwać najtrudniejsze czasy. Budzi we mnie smutne refleksje. Fortuna - jak to fortuna - kołem się toczy. Historia też lubi zataczać koło. Po 1989 r. ponownie zapaliło się zielone światło dla ludzi z inicjatywą, którzy w III RP zbudowali nowe fortuny. Teraz rząd przebąkuje o renacjonalizacji przedsiębiorstw, w kupców uderzyć mają nowe podatki. Gdyby książka ta ukazała się przed rokiem, potraktowałbym ją jak wartko napisaną opowieść z przeszłości. Dziś czytam ją jak swego rodzaju memento. Wedel znów może stać się zakładami z jakąś słuszną datą w nazwie, zaś Bracia Jabłkowscy - Centralnym Domem Towarowym.

- Jerzy S. Majewski "Gazeta Stołeczna"

Książka Kostrzewskiego i Miączyńskiego nosi podtytuł "Dynastie, sukces i pieniądze w wielkim stylu". Przywodzi to na myśl opowieści z kolorowych magazynów, w których bogacze pławiący się w luksusie opowiadają, jak zarobili miliony. Takie historie w niej znajdziemy, ale jest ona czymś więcej - nie tylko opowieścią o ludzkiej wytrwałości wbrew wszelkim przeciwnościom, ale również swoistym memento. W Polsce rzadko kiedy można było robić biznes dłużej niż przez kilka lat, po 1989 r. trwa to już całe ćwierć wieku. Ciekawe, czy nadejdzie znów taki moment, że historia strąci z cokołów polskie dynastie biznesowe.

- Adam Leszczyński "Ale Historia" 

6354

Tagi: vectra
12:25, miaczynski
Link Komentarze (16) »
wtorek, 19 kwietnia 2016

U moich rodziców w salonie stoi wieża marki JVC. To model z kompaktem. Jak nic ma 25 lat. Nadal działa. Wygląda zresztą też bardzo przyzwoicie. Trzeba przyznać, że wieża w momencie zakupu nie była tania, ale przez te lata jej zakup raczej zdążył się zamortyzować.

A producenci elektroniki na przestrzeni tego czasu zmienili swoją strategię. Wzięli przykład z producentów ubrań i zamiast sprzętu na lata zaczęli produkować sprzęt sezonowy. Tani, wysoko-awaryjny, ale za to bez problemu można go wymienić na nowy, nawet jeśli jest sprawny, ale się znudził.

Ta strategia oczywiście jest głównie nakierowana na zamożne rynki Europy Zachodniej i USA. To co w Niemczech czy Francji jest wyrobem ekonomicznym u nas już niekoniecznie. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz częściej nie opłaca się producentowi naprawiać sprzętu. Zwyczajnie taniej jest go wymienić na nowy. Tak na przykład często robi się z prostymi tabletami, kupowanymi w sieciach dyskontowych. Ciągle naprawia się jednak droższą elektronikę.

I po tym przydługim wstępie dochodzimy do pana Adama, który we wrześniu zeszłego roku w sieci RTV Euro AGD zakupił laptop 2 w 1 (czyli z odłączanym ekranem, który może służyć jako tablet). Chodzi o HP Pavilion 10 x2. Kupił go w Gliwcach. Zapłacił 1299 zł.

Zrzut_ekranu_20160418_o_15.34.14

Gdyby wiedział co go dalej spotka, to pewnie by zrezygnował. Nie z mieszkania w Gliwicach, ale z laptopa rzecz jasna.

22 grudnia w urządzeniu padła bateria.

Czytelnik skontaktował się z serwisem, dzień później poproszono go o wykonanie testu akumulatora oraz pozostałych podzespołów (w tym celu należy uruchomić laptopa i nacisnąć ESC a później F2). Czytelnik rozładował laptop, podłączył go do zasilania. Po uruchomieniu bateria miała przez chwilę 0 proc. A następnie po trzech czy czterech minutach spełniła marzenia Elona Muska o turboszybkim ładowaniu i zameldowała 99 proc. stanu posiadania. 

- Chyba nie powinno to tak działać, przynajmniej wcześniej działało inaczej - skomentował czytelnik.

29 grudnia komputer został zgłoszony do naprawy serwisowej. I już 18 stycznia pan Adam trzymał we własnych rękach sprzęt z wymienioną baterią.

Trzeba przyznać, że laptop był gotowy do odebrania 10 dni wcześniej. Ale nikt czytelnika o tym nie poinformował. 

A laptop na to...niemożliwe

Podjarany niczym fretka pan Adam odpalił tableta i….żuchwa mu opadła, bo w urządzeniu nie działała klawiatura. 19 stycznia urządzenie znów zostało wysłane do serwisu HP.

Po powrocie laptop działał! I to nawet przez cały weekend. Tyle wygrać, prawda? 2 lutego pan Adam zaczął pisać zgłoszenie serwisowe do HP, że w tablecie przestaje odpowiadać dotyk, wifi a laptop grzeje się niemiłosiernie. Dodatkowo jest źle spasowany. Obudowa po dwóch rozłożeniach i złożeniach ma luki w czterech miejscach i trzeszczy w posadach, niczym rozkładana, stara suszarka na pranie.

Czytelnik nieco rozeźlony całością wydarzeń zapytał uprzejmie, czy nie byłaby możliwa wymiana urządzenia na nowe albo zwrot gotówki. Dział techniczny równie uprzejmie odpowiedział, że mogą zaproponować tylko ponowną wysyłkę do serwisu i dodatkowy rok gwarancji.

Urządzenie znów powędrowało do serwisu. 

Tym razem przerwa trwała ciut dłużej. Serwis czekał na części. Planowany czas ich dostarczenia przypadał na 24 marca, później (po wymianie maili) na 14 marca.

hp1

hp2

Do rąk pana Adama naprawiony laptop trafił dopiero 4 kwietnia. To teraz ponownie oddajmy głos czytelnikowi:

„Pół godziny temu tablet dotarł do Gliwic, gdy już skończyłem piszczeć z zachwytu i rozpakowałem paczkę okazało się, że:

  1. Ekran jest niespasowany z obudową (w miejscu logo Bang&Olufsen wystaje poza krawędź obudowy),
  2. Obudowa nie jest spasowana sama z sobą: szpary w kilku miejscach, przy przycisku zasilania jest obłupana (widać biały plastik w środku) - w lutym o tym rozmawialiśmy -> mówiłem, że nie istnieje sposób aby obudowę, którą uszkodziliście złożyć bez 2 tubek "Kropelki", czasem nie znoszę mieć racji.
  3. Nowa klawiatura, która została wymieniona także posiada "obłupienie".” Itd. 

hp3

Czytelnik teraz chciałby wiedzieć co HP planuje z tym fantem, czyli jego laptopem zrobić. To znaczy przypuszcza, że wie. Zostanie przeproszony, kurier odbierze przesyłkę i po następnych trzech miesiącach dostanie laptop z wymienionymi wszystkimi częściami ale nadal rozpadający się w ręku.

- Czuję się oszukany, nie mam pojęcia co z tym robić, pracuję na pożyczonym komputerze, który z poręcznym tabletem nie ma nic wspólnego. Jedynym moim błędem jest to, że reklamowałem to w HP a nie w sklepie. Tzn jest jeszcze jeden błąd, kupiłem to guano – komentuje czytelnik.

Wczoraj dostał maila od HP: „Cały czas oczekuje na pewne informacje w Pana sprawie. Po wyjaśnieniu sprawy niezwłocznie się z Panem skontaktuje.“

I ja absolutnie rozumiem, że czytelnik popełnił błąd nie zgłaszając tego towaru jako niezgodnego z umową (wówczas naprawiano by go tylko raz, później dostałby gotówkę). I rozumiem, że reklamacja czasami idzie jak Syzyfowi pod górkę. Ba, rozumiem nawet, że na części się czeka a po otwarciu trudno jest spasować urządzenie z powrotem.

Ale tego, że przez dwa tygodnie producent nie jest w stanie podjąć decyzji co dalej z tym fantem to już tego nie rozumiem. 

Będę dalej przyglądał się sprawie.

 

UPDATE!

Wczoraj o 20 (5 MAJA  przyp. supermarket) do mych drzwi zapukał kurier przywożąc tablet. cyt. Pana "Podjarany jak fretka" wziąłem się za inspekcję: Wymieniono: płytę główną, obudowę przód, obudowę tył, klawiaturę, płytę główną i panel LCD, czyli wszystko poza przyciskami włączenia i głośności oraz baterią, która wymieniona została podczas pierwszej naprawy na początku stycznia. Nie mam dla tej naprawy uzasadnienia ekonomicznego, logicznego...

W czasie ostatniej naprawy zdążyłem kupić MacBooka i znaleźć w rodzinie jakiegoś dzieciaka, który z tabletu się ucieszy. Jedyna puenta, która w tym wszystkim mi się nasunęła to, że będąc starszym konsultantem, liderem wdrożeń w relatywnie dużej, jak na polskie realia, firmy IT, do końca życia będę miał problem z obiektywnym doradzeniem Klientom platformy serwerowej. To może nie być HP Proliant na rzecz czegokolwiek innego i to nie dlatego, że kiedykolwiek w życiu zawodowym zawiodłem się na rozwiązaniach HP a dlatego, że gdzieś z tyłu głowy będzie siedziała opisana przez Pana a przeżyta przeze mnie historia. Dziękuję za pomoc, mam nadzieję, że opisana historia będzie dla potencjalnych Klientów HP ostrzeżeniem przed ich serwisem. Dodatkowo każdy Czytelnik będzie mógł wysnuć wniosek, że "Niezgodność towaru z umową jest najzdrowszym rozwiązaniem".

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

14:24, miaczynski
Link Komentarze (17) »
sobota, 09 kwietnia 2016

Pan Tomasz używa iPada, co samo w sobie nie jest przyznają państwo żadnym szczególnym wydarzeniem. Czytelnik o tyle jednak różni się od większości użytkowników, że zamiast mazać po klawiaturze paluchem podłącza do niego bezprzewodowo klawiaturę.

Dla porządku dodam, że klawiatura jest marki Logitech i dedykowana jest do iPada. Albo jak kto woli zaprojektowana specjalnie do jego obsługi. Pan Tomasz zapłacił za nią trzy lata temu 239 zł. Czyli dość słono, zwłaszcza, że urządzenie nie posiada akumulatora, zasilają ją baterie typu paluszek.

I teraz dochodzimy do problemu. W gniazdo włożone były baterie Duracell, które nie wytrzymały powagi sytuacji i zwyczajnie wylały. Urządzenie oddaliło się do wiecznej krainy sprawnych baterii i porządnych gwarancji i już z niej nie wróciło.

12910291_10154191688005209_1470187806_n 

12919060_10154191772510209_1482097222_n

A czytelnik? Czytelnik zgłosił się do firmy Procter and Gamble (czyli producenta baterii) z reklamacją. - Zadają standardowe pytania, proszą o przesłanie baterii. Odpowiadam, że baterie używane od około roku w urządzeniu, że klawiatura przechowywana wyłącznie w domu, w temp. pokojowej i przerwa w używaniu klawiatury wyniosła około 1,5 miesiąca. Po analizie baterii, wysłali odpowiedź, że każda bateria alkaiczna ma bezpiecznik, który może spowodować ich wylanie i jest to normalne, że do takiego wylania doszło – relacjonuje pan Tomasz.

Nie może jednak powiedzieć że firma nie zrobiła nic. W ramach przeprosin wysłano mu 12 baterii – Duracell.

Pan Tomasz grzecznie podziękował. Ale nie spoczął na laurach i zadał pytanie „dlaczego nie ma na bateriach Duracell ostrzeżenia w stylu "Uwaga, urządzenie nieużywane przez okres 1,5 miesiąca, może spowodować wylanie baterii i uszkodzenie urządzenia." Na to nie otrzymał już odpowiedzi. Kolejne pytanie - co ze zniszczoną klawiaturą i czy otrzyma od nich nową - odpowiedzi już się doczekało.

"Otrzymane przez nas baterie Duarcell AAA były częścią składową zestawu, który Pan zakupił. W tym przypadku sugerujemy kontakt z producentem klawiatury."

 Zrzut_ekranu_20160404_o_13.06.45

- Ktokolwiek w Logitechu odebrałby takiego maila, parsknąłby śmiechem, no bo to jest tak, jakby producent samochodu miał odpowiadać za to, że 3 lata po jego zakupie, wlaliśmy zabrudzone paliwo, które zniszczyło silnik. Właściciel stacji benzynowej, powiedziałby nam, że istotnie to jego paliwo, ale to z rafinerii, z której już nie kupuje, więc to niech producent samochodu wymieni silnik, on nie musi – zgrzyta zębami pan Tomasz.

Tutaj czytelnik się raczej nie myli. Logitech jak znam życie niemal na pewno na drodze normalnej polityki reklamacyjno/gwarancyjnej umyłby ręce. Może co najwyżej ktoś z obsługi uśmiałby się serdecznie czytając czego pan Tomasz się domaga. Czytelnik doszedł również do tego wniosku i zamiast bawić się w boks z Logitechem zwyczajnie kupił nową klawiaturę.

Ja zaś zacząłem się zastanawiać, czy miałby szanse na ugranie czegokolwiek w sądzie? Wnioski? Sytuacja byłaby dużo bardziej klarowna, gdyby baterie były tak miłe i wylały przed upływem dwóch lat od zakupu urządzenia. Wtedy całość można by było podciągnąć pod niezgodność towaru z umową.

Tak zostaje nam tylko kodeks cywilny. I oczywiście o wszystkim w takim wypadku rozstrzygnęłaby ekspertyza biegłego. Czy czytelnik się przyczynił do awarii? Czy aby na pewno baterie te siedziały w klawiaturze nieużywane przez 1.5 miesiąca a nie dłużej? Czy zalanie wyniknęło z winy samych baterii?

Sąd musiałby także rozstrzygnąć czy racjonalnie myślący konsument bez odpowiedniego komunikatu na opakowaniu powinien wiedzieć, że baterie z nieużywanego urządzenia się wyciąga. Dodam, że na swoich polskich stronach internetowych Duracell o tym informuje.

 Zrzut_ekranu_20160408_o_20.39.31

W USA firma zachowywała się jednak inaczej.

Duracell na http://www.duracell.com/en-us/guarantee deklarował że jeśli alkaliczne baterie wylały się, doprowadzając do uszkodzenia urządzenia firma go do wymieni lub naprawi. Od niedawna ten link prowadzi do nieistniejącej strony.

Podobny zapis ciągle jednak znajduje się na amerykańskich stronach konkurencji Duracella (w Europie już nie).

 Zrzut_ekranu_20160408_o_20.20.01

Pokazuje to, że ochrona konsumenta w USA w niektórych przypadkach idzie jednak znaczenie szerzej niż w Unii Europejskiej. Doskonałym zresztą tego przykładem jest sprawa VW.

A ja idę teraz wyciągać baterie z nieużywanych klawiatur.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

17:21, miaczynski
Link Komentarze (26) »
czwartek, 31 marca 2016

Wpadły mi w ręce ciekawe analizy instytutu ABR SESTA odnośnie promocji na elektronikę. Trochę je opisaliśmy w Gazecie Wyborczej, ale postanowiłem je zaprezentować również państwu.

Wnioski?

Nic nie tanieje tak szybko jak elektronika. Przykład? W ubiegłym roku najczęściej promowanym produktem w elektromarketach był 7-calowy tablet Lenovo A7-10F. Jak wynika z analiz gazetek reklamowych sklepów, którą zrobił instytut badawczy ABR SESTA, tablet ten najdroższy był w momencie wprowadzenia na rynek, czyli w marcu 2015 r. Jego cena, oczywiście "promocyjna", wynosiła wtedy 399 zł. Miesiąc później wędrowała w widełkach między 333 zł a 399 zł. Już w maju tablet można było kupić za 299 zł.

W listopadzie ubiegłego roku jego cena w niektórych sieciach wynosiła poniżej 200 zł. A w tym roku można go kupić (oczywiście też w promocji) już za 179 zł. Dlaczego? Niektóre sieci wypychają już ten produkt z magazynów, uznając, że się zestarzał i trzeba go zastąpić czymś nowszym. Co nie zmienia faktu, że w innych sklepach (które chcą dalej tabletem handlować) kosztuje on 299 zł. Też "w promocji".

Najczęściej promowane produkty w gazetkach sieci elektro

elektro1

Źródło: ABR SESTA

Ile trzeba poczekać na solidną obniżkę? Czasami kilka miesięcy, a czasami dłużej. W przypadku np. telewizora najlepiej zdecydować się na zakup po roku od wprowadzenia go na rynek. Cena będzie o 30 proc. niższa.

Najszybciej i najmocniej tanieją telewizory ze średniej półki, bo w tym segmencie jest największa konkurencja. 

Kiedy opłaca się kupować elektronikę i agd?

Druga sprawa to okresy w roku, w których opłaca się elektronikę kupować bardziej. Kiedy one przypadają? Nie jest to z pewnością czas przed świętami Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Sklepy doskonale wiedzą, że ludzie są wtedy głodni zakupów. Podobnie nie należy się nastawiać na zniżki przed sezonem komunijnym czy mikołajkami.

Dobrym okresem na zakupy jest czas, gdy w sklepach są pustki. Czyli w okolicach majówki lub w trakcie letnich wyprzedaży.

I zasada trzecia: ceny różnią się od miejsca w kraju. Tablet Lenovo Yoga 2 1050L swoją premierę gazetkową miał w październiku 2014 r. Kosztował 1499 zł.  W styczniu i lutym 2015 r. kosztował 1399 zł. Później jego cena spadła już do 1199 zł.

W najniższej cenie - 899 zł - sprzedawała go sieć Media Markt. Ale było to na otwarciu jej sklepu w Legnicy (październik 2015 r.).

- Media Markt robi wiele gazetek lokalnie i w tych gazetkach ceny na poszczególne produkty obniża. Może się zdarzyć, że w tym samym okresie produkt jest promowany w jednym mieście taniej o 100-200zł niż w innym - twierdzą analitycy ABR SESTA.

elektro2Źródło: ABR SESTA

Ostrożnie z zakupami na Allegro

O czym jeszcze warto wiedzieć? Część elektromarketów wprowadza z powrotem do sprzedaży towar zwrócony przez klienta (bo np. mu się nie podobał). Oczywiście powinien być, i to dwukrotnie, obejrzany przez dwóch różnych pracowników (serwisu oraz konkretnego działu), czy aby na pewno znajduje się w stanie fabrycznym.

Towar uszkodzony, zarysowany itp. powinien zostać naprawiony i wystawiony na wyprzedaży czy promocji ze stosowną etykietą. Ale ponieważ rynek elektroniki użytkowej jest - delikatnie mówiąc - trudny (od kilku lat Polacy niezwykle niechętnie wymieniają sprzęt na nowy), a marże niskie (sklepy toczą wyniszczający bój, producenci również), teoria swoje, a praktyka swoje. 

W takim przypadku, należy nie mieć litości i sprzęt zwyczajnie zwracać żądając w zamian nowego.

To zjawisko ma swoją odmianę na Allegro i innych aukcjach internetowych. Wiele osób chce mieć ciastko i zjeść ciastko z cukiernicą na dodatek, czyli kupić markowy sprzęt, ale bardzo tanio.

I takich ofert jest sporo. Tyle, że jeśli sprzęt sprzedany jest o kilkadziesiąt procent taniej niż w sklepie internetowym, to niemal na pewno jest "refurbished". Co to znaczy? Sprzedawca opisuje go jako nowy, a w rzeczywistości jest to towar np. zwrócony przez klienta i naprawiany, następnie ze stosowną adnotacją wprowadzony ponownie do sprzedaży. Może to też być sprzęt z ekspozycji z innego kraju Unii.

Sprzedawca często nie ma do niego oryginalnego pudełka albo sprzedaje go już w otwartym opakowaniu (oczywiście, jak zapewnia, otworzył je tylko dla sprawdzenia, czy towar jest cały).

Żeby było jasne wszystko może być z nim w porządku, aczkolwiek pozostaje jeszcze kwestia gwarancji i zgodności towaru z umową.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

15:53, miaczynski
Link Komentarze (3) »
środa, 23 marca 2016

Mój dziadek jak ktoś go mocno zirytował miał zwyczaj mówić: a niech pisze do mnie na Berdyczów . Był to bliski odpowiednik a niech da mi pokój i pójdzie sobie w pewne rejony wszechświata, gdzie nikt go widzieć nie będzie.

I tutaj właśnie przechodzimy do właściciela marki Philips, która podobną taktykę stosuje wobec swoich klientów.

Należy do nich pan Artur, który za blisko 5 tys. zł kupił sobie 55 calowego potworka. Piszę potworka bo 55 cali to już 139 cm po przekątnej. Konkretnie chodzi o model: 55PUS7150/12.

philips21

I tak, oczywiście, pan Artur mógł wybrać inną markę. Na przykład Samsunga, LG albo Sony, ale akurat w duszy grał mu ten Philips. I ciężko z tego powodu robić mu wyrzuty. Telewizory w końcu wcześniej czy później, psują się wszystkie. Pytanie jednak jak wygląda obsługa klienta. 

Philipsa włącza się wieloetapowo

Z telewizorem czytelnika wszystko jest pięknie do momentu, kiedy ktoś chce go włączyć.

Pan Artur:

„Uruchomienie urządzenia wymaga każdorazowego odłączenia i podłączenia do źródła zasilania, inaczej raczony jestem nieskończonym maratonem logotypu Philips pojawiającym się przy uruchomieniu telewizora. Każdy poranek wymaga gimnastyki pod szafki, aby odłączyć zasilanie. Całe szczęście, iż telewizor wisi na ścianie, a wszystkie kable staranni poukładane i pochowane są w tunelach, przecież Philips lubi wyzwania i nie pozwoli użytkownikom się nudzić (innovation me!).”

Jak to wygląda w praktyce można zobaczyć na tym filmie, który czytelnik nagrał na moją prośbę.

To nie koniec. Problemy sprawia również pilot.

Raz ma mały zasięg.

Dwa ten mały zasięg uniemożliwia pisanie na klawiaturze znajdującej się z drugiej strony urządzenia. No chyba, że usiądziemy bokiem i skierujemy go dokładnie w stronę telewizora

- Tak, wymieniłem baterie na nowe, jakieś trzy razy - uprzedza rady czytelnik.

Pana Artura jednak bardziej drażni, że kiedy naciśnie przycisk na pilocie i złapie on zasięg to i tak nie jest w stanie trafić w wybraną aplikację. Pilot bowiem jest jak to pięknie przy grach RPG się ustala „chaotyczny zły”. A właściwie niesie chaotycznie przeskakując za jednym razem o kilka pozycji.

Dalej pojawia się typowa młócka reklamacyjna.

- Sprawa została zgłoszona telefonicznie do działu technicznego (#4715742), pierwszy kontakt przebiegł standardowo, polecono mi zaakceptować regulaminy i inne klauzule, które akceptowałem już wcześniej (inaczej nie mógłbym korzystać z oprogramowania i aplikacji) oraz ponownie zainstalować telewizor (zrobiłem to również już wcześniej). Oprogramowanie oczywiście man aktualne. Działania nie przyniosły żadnego efektu - fuka czytelnik.

Podjął więc drugi kontakt z działem technicznym.

- Zostałem poinformowany, iż nic zrobić się z tym nie da, sprawa została przekazana do działu zajmującego się oprogramowaniem i mam czekać dwa tygodnie, może trzy, a może miesiąc, aż pojawi się aktualizacja, która MOŻE cokolwiek naprawi, a może nie - relacjonuje czytelnik.

Poprosił więc producenta o wymianę urządzenia na wolne od wad. Ewentualnie o odstąpienie od Umowy Sprzedaży.

- Wolę to drugie, abym kupił coś od konkurencji i cieszył się z faktu posiadania działającego urządzenia. Sprawa dostała numer (#4768060) i słuch po niej najwyraźniej zaginął - pisze mi czytelnik.

Usiłował jeszcze zainteresować swoim przypadkiem Philipsa TV na Facebooku. Uzyskał informację: „Skontaktowaliśmy się w Twojej sprawie z działem technicznym i czekamy na ich odpowiedź.”

To było 23 lutego o 13:32. Od tej pory głucho jak na pogrzebie organisty.

- Jakieś propozycje? Gdzie mam się zwrócić jeszcze? - pyta pan Artur.

Philips to nie Philips

Na początek pomyślałem, że może uda mu się jednak pomóc czytelnikowi przez biuro prasowe Philipsa.

Błąd.

Dostałem bowiem odpowiedź: „dziękuję za kontakt i zainteresowanie się sprawą, jednak skierował ją Pan w tym momencie do firmy Philips Polska, a telewizory nie są w naszej gestii. Sprzętem video marki Philips opiekuje się firma TP Vision. Uprzejmie zachęcam do kontaktu z biurem obsługi klienta: 22 397 15 04. Mam nadzieję, że klient uzyska tam pomoc, gdyż ja ze swojej strony nie mogę wpłynąć na bieg sprawy w inny sposób.”

Bo muszą państwo wiedzieć, ze telewizory marki Philips nie mają nic już wspólnego z firmą Philips. Ot, tak w skrócie w 2012 Philips wyodrębnił ze swoich struktur produkcję telewizorów i przekazał ją do odrębnej spółki, którą założył razem z chińską firmą TPV Technology Limited.

Holendrzy mieli w niej 30 proc. udziałów, Chińczycy - 70 proc. W kwietniu 2014 Philips sprzedał resztę tych udziałów które miał. Zrobił to za ponad 80 mln euro. Chińczycy mają jednak prawo do posługiwania się marką Philips.

Czyli Philips od telewizorów nie ma teraz nic wspólnego z tym Philipsem od lokówek. Poza nazwą rzecz jasna.

Co jednak może zrobić w tej sytuacji pan Artur?

Ja bym po prostu oddał telewizor jako niezgodny z umową do sklepu w którym czytelnik go nabył.

Przypominam: jeśli towar jest kupiony po 25 grudnia 2014 roku to:

  1. Za wadliwy towar odpowiedzialny jest sprzedawca. Są na to dwa lata od daty zakupu. Jeśli składamy reklamację w ciągu roku od zakupu, sprzedawca musi udowodnić, że sprzedany towar był pełnowartościowy. A gdy reklamację złożymy po roku, musimy dowieść, że wada istniała już w dniu zakupu.
  2. To my wybieramy sposób rekompensaty: możemy zlecić naprawę, zażądać wymiany, zwrotu pieniędzy lub obniżenia ceny.Sklep może również uprzedzić ruch konsumenta i zaproponować, że naprawi towar albo wymieni go na wolny od wad (jeśli sklep wyciągnie rękę na zgodę, nie można jej odtrącić).
  3. Jeśli kupiliśmy towar przez internet, mamy 28 dni na jego zwrot (14 dni na przesłanie oświadczenia o zwrocie i drugie tyle na odesłanie towaru) bez podawania przyczyny.

UPDATE 

Co na to sama firma?

TP Vision Europe uspokaja, że ich firma to ten sam Philips co dawniej – ci sami ludzie w tym samych miejscach robią kolejne generacje telewizorów Philipsa – tylko biznes telewizorowy zmienił właściciela. - Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku znanej z branży samochodowej marki skandynawskiej i za pewne wielu innych marek bo żyjemy w czasach rozwoju i ekspansji gospodarki Chińskiej co przejawia się min. w wykupywaniu marek europejskich - pisze do mnie Piotr Herod z TP Vision Europe B.V. Sp. z o.o.

Herod podkreśla, też że telewizory marki Philips są produkowane w Gorzowie Wielkopolskim. - W związku z czym porównywanie nas do innych marek, które produkują poza granicami naszego kraju jest dla nas krzywdzące - twierdzi.

Herod zwraca też uwagę, że formalnie (poza zgłoszeniem na infolinię), czytelnik nie złożył zgłoszenia reklamacyjnego.

Co na to czytelnik? Twierdzi, że zgłoszenie wysłał (ma na to screenshoty). A tak w ogóle jest bardzo zdziwiony. Dostał właśnie maila: "Zgodnie z rozmową telefoniczną pragnę Pana najmocniej przeprosić za problemy wynikające z procesowania zgłoszenia reklamacyjnego przez naszą infolnię i zarazem składam Panu propozycję wymiany wadliwego egzemplarza 55PUS7150/12 na następcę tego modelu z linii produktowej 2016."

 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

 

 

18:24, miaczynski
Link Komentarze (16) »
czwartek, 10 marca 2016

Bardzo lubię serię filmów Ocean’s (11,12,13) o bandzie rzezimieszków, którzy obrabiają kasyna. Sprawiają, że gotówka znika niczym sen złoty. Jak się okazuje panowie chyba grasują teraz pod Poznaniem i zmienili specjalizację na obrączki... Bo jak inaczej wyjaśnić cuda, które dzieją się u pani Małgorzaty? "Trzy lata temu kupiliśmy złote obrączki w Aparcie, w święta zauważyliśmy, ze z męża obrączki zniknął cały grawer, a wzorek już ledwo widać” - pisze czytelniczka.

Złoto po prostu systematycznie znika. Proszę zresztą zobaczyć na własne oczy.

PRZED ŚLUBEM

apart4

TRZY LATA PÓŹNIEJ

apart32

Czytelniczka złożyła reklamację w Aparcie. Tu cud już nie nastąpił, bo sklep odpisał, że minęły już ponad dwa lata od daty zakupu „wobec czego zakres odpowiedzialności sprzedawcy już minął”. I oczywiście pod względem prawnym wszystko się zgadza, jest po terminie, a więc mogiła.

Ale dlaczego u licha to złoto znika? I z tym pytaniem (oraz nadzieją, że może jednak jakoś czytelnikom da się jakoś pomóc) zwróciłem się do Heleny Palej z Apartu.

Dobra informacja na początek. - Dział Obrączek wnikliwie zbadał sprawę, otrzymałam odpowiedź, że w tym przypadku rozpatrzymy ponownie reklamację i wykonamy ponownie grawer na obrączce - pisze mi pani Helena.

A znikanie?

- Złoto jest metalem miękkim, z każdym rokiem ulega naturalnemu ścieraniu, wytarciu. Każda obrączka po latach jest sporo cieńsza niż była w oryginale. Konkretnie ten wzór obrączek, który Klienci zareklamowali, jest ozdobiony grawerem laserowym, który jest płytki i jak najbardziej może ulec wytarciu. Czas kiedy to nastąpi zależy od intensywności użytkowania obrączek, rodzaju wykonywanej pracy, nawyków (niektórzy lubią "bawić" się obrączką często ją dotykając, obracając) - konkluduje Heleny Palej z Apartu.

Złote obrączki mają w sobie różny dodatek złota. I tak:

próba 0,333 –  zawiera  33,3 % czystego złota

próba 0,585 –  58,5 % czystego złota

próba 0,750 – zawiera 75 % czystego złota

Czym czystsze złoto, tym jest bardziej miękkie. O trwałości obrączek decydują stopy, które dodaje się do złota. Później jeszcze się je utrwala w specjalnych piecach. Wnioski? Najbardziej odporne są obrączki zrobione z białego złota, później żółtego a najsłabsze dwukolorowe. 

Oby miłość była od nich trwalsza.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

14:48, miaczynski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 07 marca 2016

Są rzeczy, których lepiej o jedzeniu nie wiedzieć. Bo może to utrudnić ich konsumpcję. I ktoś gotów jest się zakrztusić i zamknąć w sobie. Sam przeżyłem coś podobnego po wizycie w Norwegii, gdzie oglądałem hodowlę łososia. Obejrzałem i… przez trzy lata łososia nie jadłem.

Swoją drogą w ramach eksperymentu radzę państwu porównać jak smakuje dziki łosoś a jak ten hodowlany. Podpowiem, że różnica zaczyna się od koloru ryby. Jeśli więc ktoś jest podobnie delikatny, proponuję aby tego tekstu nie czytał.

Ale do rzeczy. Podesłali mi państwo ofertę jednej z firm specjalizujących się w dostarczeniu przypraw dla producentów wędlin. Można tu mówić o swego rodzaju rozbieżności interesów. Producent wędlin chce pokazać konsumentowi jak fantastyczny produkt robi. Producent przypraw chce z kolei pokazać, producentowi wędlin, że jest to możliwe dużo niższym kosztem.

Pełen jestem przy tym uznania dla kreatywności prezentowanej przy reklamowaniu tego typu preparatów. Slogany reklamowe świadczą o wczuciu się w potrzeby masarzy, o trzymaniu ich opiekuńczo za rękę, ba o prowadzeniu w ciemności ku czci jak najwyższego ROI.

Oferta jest szeroka. 

Kiełbasa grillowa?

„Trzy przyprawy skomponowane z naturalnych przypraw i ich ekstraktów z niewielkim dodatkiem glutaminianu i hydrolizatów białkowych zapewniają trwałość smaku i zapachu nawet po wysoko temperaturowej obróbce na grillu. Specjalnie dobrana kompozycja aromatów i przypraw idealnie sprawdza się zarówno w słabych jak i w średnich wsadach kiełbasianych, nadając wyrobom typowy smak dla polskich kiełbas.”

Jak widzą państwo bierzemy słaby wsad (czytaj odpady najgorszej jakości), dodajemy trochę magicznych przypraw i proszę! Klient się nie zorientuje.

A może chcemy stworzyć iluzję, że produkt był wędzony? Wystarczy dodać: „paprykę słodką wędzoną”.

„Dobrze znana i popularna papryka do niektórych wyrobów, szczególnie tych wędzonych. Nadaje im oprócz przyjemnego smaku paprykowego również nutę wędzenia.” 

Smaczne salami?

„Salami tradycyjne to najbardziej typowa mieszanka do bardzo popularnego w Polsce salami parzonego, jej lekko kwaskowy posmak bardzo trafnie kojarzy się ze smakiem dobrego salami. Preparat przygotowany na bazie przypraw naturalnych i ekstraktów wzmocniony aromatami bardzo dobrze maskuje niewielki dodatek surowców gorszej jakości. Dawka 33 g / kg gotowego wyrobu.”

Zacząłem się oczywiście zastanawiać, jak duży jest ten niewielki dodatek surowców gorszej jakości. Jak się okazuje może być on większy. Zwłaszcza, gdy do salami dodamy czosnku, co nawiasem mówiąc właśnie skutecznie zniechęciło mnie do kupowania produktów z czosnkiem.

„Salami czosnkowe – to mieszanka funkcjonalno smakowa o zdecydowanym przyjemnym posmaku czosnku, wraz z pieczołowicie dobranym składem innych przypraw tworzy ciekawy smak idealnie nadający się do wyrobów z surowców gorszej jakości.”

Do wędzonek z kolei dosypiemy nieco „posypki leśnej”. Co to nam da? „Idealnie nadaj się do wszystkich wędzonek, a przy wyrobach wysokowydajnych maskuje ich „napompowany” wygląd imitując wyrób bardziej tradycyjny!”

Jeśli jest problem z kolorem wędzonki, bo jakaś blada wyszła to przyda nam się „Koloryzujący preparat do wędzonek”.

Producent przypraw ze swadą przekonuje, że: „prawdą oczywistą jest fakt iż, kolor wędliny jest jednym z podstawowych kryteriów wyboru produktu przez klienta. Im bardziej wygląd zewnętrzny będzie przypominał tradycyjny wyrób tym jest większa szansa, że to właśnie on zostanie wybrany.”

Nie wiem czy państwo wiedzą, ale to nie lada dylemat dla producentów, nad którym spędzają bezsenne noce.

„Tak, więc wielu ludzi w zakładach mięsnych zastanawia się, jakiej użyć osłonki, jakiego kalibru, jaki kształt nadać swoim wyrobom, aby to właśnie ich produkt został zauważony i wybrany spośród ogromnej ilości różnych wędlin, pod którymi w obecnych już czasach uginają się sklepowe półki i lady chłodnicze. Również ta sama sytuacja dotyczy wędzonek takich jak szynki, polędwice czy balerony tutaj istotnym kryterium wybory jest kolor wyrobu, im bardziej wyrób przypomina tradycyjny produkt tym ma większą szanse cieszyć się powodzeniem u klientów.”

Na szczęście producent przypraw podaje tu pomocną dłoń, czyli „koloryzujący preparat do wędzonek Color Food, skracając czas wędzenia, nadaje wyjątkowy kolor wędzonką bardzo przypominający naturalne tradycyjne wędzenie. Preparat dodaje się do procesu masowania w ilości 0,6 – 0,8 kg na 100 kg wsadu, bardzo łatwo łączy się z masowanym mięsem powlekając jego powierzchnię naturalnym kolorem wędzonki tradycyjnej. Sprawia, że wyroby, do których został dodany zwracają na siebie uwagę klientów i oceniane są w pierwszym rzucie oka na wyroby tradycyjne. „

Zrzut_ekranu_20160307_o_17.03.37

Scrrenshot ze strony internetowej producenta Libra Polska   

A jak ktoś potrzebuje czymś zastąpić mięso to wystarczy dorzucić izolat białka sojowego. 

Na pewno państwu ulży, że to „wyjątkowej klasy izolat białkowy wyprodukowany z niemodyfikowanych genetycznie ziaren soi, przeznaczony do nastrzyków mięsa zarówno wieprzowego jak i drobiowego oraz ryb.”

Ba, to coś dla prawdziwie kreatywnych rzeźników! „Jego jasna barwa i neutralny smak umożliwiają stworzenie niepowtarzalnych wyrobów, bez posmaków soi oraz przeżółceń . Łatwo rozpuszczalny w wodzie, wpływa korzystnie na wiązanie, strukturę i konsystencję produktów również tych wysokowydajnych.”

Tutaj już nie ma miękkiej gry. Produkt kupuje się właściwie hurtowo. „Dostępny po 20 kg w białych wielowarstwowych workach papierowych, od wewnątrz worek polietylenowy.”

Mniam, mniam. Po prostu palce lizać.

Skąd się to bierze?

Oczywiście, wyżej wymienione mieszanki przypraw, są legalnie dopuszczone na nasz rynek, a skoro są dopuszczone, to nieszkodliwe dla konsumenta. A, że jemy w ten sposób towar gorszej jakości? To efekt tego w jaki sposób jest skonstruowany nasz rynek.

Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego mimo że Niemcy są od nas dużo bogatsi, ceny w ich sklepach są porównywalne albo niewiele wyższe niż u nas. Odpowiedź na to pytanie jest prosta: Niemcy przykładają dużą wagę do zrozumienia wartości użytkowych, składu i jakości produktu. Stąd tak popularne są tam marki własne sieci. W marce własnej płacimy za produkt, a nie brand.

W Polsce w dalszym ciągu podstawową rzeczą na którą zwracamy uwagę jest cena produktu.

Etykiety czytamy rzadko. Innymi słowy nie liczy się z czego jest kiełbasa czy salami, ale liczy się za to bardzo mocno ile ona kosztuje.

Jak państwo widzą, wszystko jednak ma swoją cenę. A ekonomii produkcji przeskoczyć się nie da.

----

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

17:24, miaczynski
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76