Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
piątek, 20 lutego 2015

Po przeczytaniu tego maila, pomyślałem sobie: o jak pięknie w tej Biedronce, nie ma sensu spieszyć się z kupowaniem w promocji, bo ma się na to prawie miesiąc...

Ale do rzeczy.

Odezwała się do mnie czytelniczka, którą skusiła promocja na brokuły w największej sieci handlowej w kraju.

- 29.01.15 brokuły kosztowały 2,99 zł, od 2 lutego  przecena z 4,99 zł na 2,99 zł. Re-we-la-cja. Przepraszam za pokiereszowany paragon, ale nie sądziłam, że mi się jeszcze przyda – pisze czytelniczka, która poczuła się zrobiona w trąbę. 

biedronka11

biedronka2x1

Co na to sieć?

„W odpowiedzi na Pana pytania informujemy, że w ramach akcji tematycznej „Włoskie smaki“, która dostępna była w sklepach sieci Biedronka od 15 stycznia br., wiele produktów oferowano w promocyjnych cenach. Jednym z nich były brokuły, które kosztowały w ramach akcji 2,99 zł za sztukę (min. 500g). Promocja ta została przedłużona o dodatkowych tydzień, czyli do 8 lutego br.

Jednocześnie chcielibyśmy zaznaczyć, że cena warzyw, w tym m.in. brokułów, zależy od wielu czynników, tj. pora roku, warunki pogodowe towarzyszące uprawie etc. Przed wspomnianą promocją w ramach akcji włoskiej brokuły dostępne były w cenie 4,99 zł za sztukę (min. 500g).”

Jak widzą Państwo problemu nie ma. Po prostu promocja na brokuły miała być przez dwa tygodnie, ale okazała się tak gigantycznym sukcesem (Polacy narodem brokułożerców), że przedłużono ją jeszcze o siedem dni.

W sklepie mózg nie działa

Powiem szczerze czytelniczka zrobiła na mnie wrażenie zapamiętaniem cen brokuł (chyba że kupuje je często). Dlaczego? Bo to rzadkie.

Wiele osób twierdzi, że w sklepach porusza się równie umiejętnie, jak pani Mgada Gessler odróżnia czy mięso było bite na drewnianej czy plastikowej desce. 

Ale tak naprawdę i to potwierdzają badania, pamiętamy ceny góra kilkudziesięciu podstawowych artykułów, które należą do tzw. pierwszego koszyka zakupów. Innymi słowy chodzi o rzeczy do domu, które kupujemy cztery razy w tygodniu.

Poza tym to, że pamiętamy cenę, nie znaczy też że pamiętamy również gramaturę. Opakowanie może być w końcu to samo, ale waga produktu mniejsza. Wszystko w końcu drożeje, a producenci muszą sobie jakoś radzić. 

A kupujemy – i to znów potwierdzają badania – z automatu. Po prostu w trakcie wędrówki po sklepie chcemy używać jak najmniej mózgu (czysto biologiczna reakcja zużywa za dużo energii), więc powtarzamy swoją zwyczajową rundę. Jak Państwo będą szli dzisiaj po sklepie proszę zwrócić uwagę, że robicie to właściwie na autopilocie. 

Na dodatek po mniej więcej 25 minutach mózg przestaje kalkulować zupełnie. Wyłącza mu się racjonalne myślenie. A po 40 minutach bytności w sklepie kupimy już wszystko, aby tylko móc stamtąd uciec.

Dlatego jeśli ktoś chce wydawać racjonalnie to zakupy powinien robić… krótko. I z listą. 

Tagi: biedronka
14:17, miaczynski
Link Komentarze (16) »
wtorek, 17 lutego 2015

Przez media w ostatnim okresie przetoczyła się fala tekstów na temat Empiku. Jak traktuje pracowników, jakie to ma problemy finansowe, i jak zabija rynek książki.

Warto przy tej okazji wyjaśnić kilka rzeczy.

To nie był żaden cud

Empik kiedy go przejmowano zaraz po przełomie nie był żadnym złotym interesem.  Tak dziś wspominają go przynajmniej niektórzy. Pamięć ich delikatnie zawodzi.

Empik na początku transformacji miał 32 czy 33 lokalizacje. To były małe sklepy albo klubokawiarnie, w niczym nie podobne do tych obecnych. Dziś z tych 30 kilku sklepów w pierwotnych lokalizacjach zostało kilka.  Obroty? Równowartość sześciu milionów dolarów. I sieć oczywiście przynosiła straty.

To co oglądaliśmy przez lata w salonach sieci to koncept zapożyczony z francuskiej sieci Fnac. Empik po prostu kupił dwóch panów z Fnaca, którzy wyjaśnili im jak się robi pewne rzeczy.

empik21

Wydawcy są uzależnieni od Empiku.

Niektórzy przepuszczają przez niego ponad połowę  nakładów książek. Taktyka w tym przypadku wygląda następująco: wykupuję się promocję za prawie 30 tys. co zapewnia ekspozycję książki w dobrym miejscu. A następnie liczy się na to, że sprzeda jej się tyle, że książka trafi do TOP 40 sprzedaży sieci.

To wygodne, ale i głupie.

Jak ktoś uzależnia się od jednego kanału sprzedaży i później krzyczy, że go krzywdzą można dodać, że owszem, ale to na własne życzenie.

To podobnie jak z wejściem do dyskontu. Owszem sprzedaż dużo, ale licz się z tym, że po pewnym czasie może nie być różowo a handlowcy będą cię dociskać.

Poza tym - i to kolejny problem dla wydawców: 

Empik zrobił im konkurencję

Tak jak dyskonty weszły w sprzedawanie produktów pod marką własną, tak Empik sam wydaje książki w ramach Grupy Wydawniczej Foksal (m.in. Bator, Dehnel, Kuczok, Miłoszewski, Piątek).

Wiadomo, że własny produkt ma lepszą ekspozycje.

Książki zastępują durnostojki

Wiele osób skarży się, że salony Empiku zamiast książek sprzedają coraz większą ilość tandetnej chińszczyzny w rodzaju plakatów, misiów i przedmiotów o bliżej nieznanym mi przeznaczeniu, z których większość mym zdaniem nadaje się do natychmiastowego wystawienia na śmietnik.

Ale rzeczywistość rynkowa po raz kolejny zaskakuje wszystkich. Dziennikarzy od handlu też. Te durnostojki sprzedają się naprawdę świetnie (ich sprzedaż rośnie o 1,7 p.proc., mimo, że w ogóle sprzedaż w salonach Empik jest  na minusie 7,8 p. proc. (dane za trzy kwartały 2014).

Nie wypierają jednak książek (to ponad 40 proc. sprzedaży salonów), tylko filmy i muzykę. Żeby nie  być gołosłownym, fragment raportu giełdowego spółki:  „Spadek sprzedaży artykułów w kategoriach „muzyka”, film” i „multimedia” został częściowo zrównoważony poprzez wzrost sprzedaży a artykułów nie wydawniczych, których udział w strukturze sprzedaży Salonów Empik na koniec I II kwartału 2014 r. wyniósł 22,5%. Asortyment ten cechuje się wyższą rentownością produktową w porównaniu do artykułów wydawniczych.”

Sieci księgarni generalnie mają problemy

Po prostu. Kwitnącym interesem nie jest Empik (ponad 200 salonów), ani Matras (ponad 170) ani Świat Książki (ponad 40).

Wcale bym się nie cieszył gdyby któraś z nich padła.

A złe traktowanie pracowników trzeba piętnować i basta.

empikkurs

12:59, miaczynski
Link Komentarze (14) »
czwartek, 05 lutego 2015

Tradycje to my mamy piękne.

Szewskich familii w przedwojennej Warszawie było wiele, ale tak naprawdę liczyły się już tylko dwie: Kielmanowie i Hiszpańscy.

Przy czym Hiszpańscy rozpatrując rzecz uczciwie byli nieco więksi, ale Kielmanowie jak historia pokaże wytrwalsi, bo ich salon jest do dzisiaj.

Sklep Hiszpańskich istniał do 1944 roku przy Krakowskim Przedmieściu 7, tam gdzie jest Księgarnia Naukowa im. Bolesława Prusa, dosłownie vis a vie bramy Uniwersytetu Warszawskiego.

Ludzie którzy wtedy byli młodzi, a dziś są bardzo starzy pamiętać mogą brunatnego niedźwiedzia z wysokim butem w łapach zawieszonego nad sklepem. Slogan głosił: „Jak buty to od Hiszpańskiego”.

Oba szewskie rody można porównywać przez listę klientów. W butach od Hiszpańskiego chodził Kiepura i Kossak, premier Składkowski, marszałek Finlandii Carl Gustaw Mannerheim czy książę Radziwiłł.

W butach od Kielmana gen. Władysław Sikorski z rodziną, Jan Kiepura, Adolf Dymsza, Stefan Wiechecki - Wiech, Marian Brandys czy aktorka Mieczysława Ćwiklińska. Parę oficerek obstalowuje sobie tu również kpt. Charles De Gaulle, który w 1921 r. przebywał w Warszawie na francuskiej misji wojskowej (od kawiarni Bliklego nie miał daleko).

Ale szewców było w mieście dużo, że na ich usługi i dopasowanie buta pod stopę mógł sobie pozwolić każdy normalny człowiek.

Takie ręcznie robione buty były trwałe a chodzić w nich było można latami. Teraz tradycje szewskie właściwie konają sobie powoli, jak ktoś chce sobie zrobić buty na zamówienie to płaci za to bardzo dużo, bo przynajmniej jakieś 2.5 - 3 tys. zł.

A chodzimy głównie w butach robionych mechanicznie, które rozwalają się czasami od samego na nie patrzenia. Z zareklamowaniem takiego bubla są oczywiście wielkie problemy.

Na początek będzie pan Arkadiusz - który nie umie wiązać.

Czytelnik w lutym kupił sobie buty New Balance model 373. Śmigał w nich do jesieni, kiedy się okazało, że buty odklejają się od podeszwy, czyli robią klasycznego rekina z rozdziawioną paszczą. Buty włożył do pudełka i przy pierwszej dobrej okazji pojawił się w sklepie, aby je zareklamować.

Traf chciał, że ta okazja nadarzyła się dopiero w grudniu. To, że reklamacja została odrzucona zdziwiło go trochę. Ale roześmiał się, gdy zobaczył jakie jest uzasadnienie odmowy.

"Uszkodzenie jest brakiem stabilizacji stopy w bucie spowodowanej noszeniem butów bez prawidłowego zasznurowania".

 buty11

- Wygląda na to że w wieku 18 lat dalej nie potrafię prawidło wiązać butów. Widocznie buty New Balance trzeba wiązać jakoś specjalnie - mówi z ubolewaniem czytelnik, zastanawiając się czy przypadkiem nie cofnąć się jednak z edukacją do czasów przedszkolnych, gdzie podobnej sztuki uczą.

Jak jednak szybko sprawdził w sieci rzeczoznawca, który się podpisał pod opinią podobnego rodzaju opinię wystawił wielu osobom.

Pani Małgorzata - która się ocierała o wycieraczkę

Czytelniczka kupiła sobie buty w salonie Ecco w Szczecinie. Buty kosztowały niemal 400 zł, - Po 3 tygodniach użytkowania podczas pastowania zauważyłam w nich dziury z tyłu podeszwy - relacjonuje.

Rzeczoznawca? Reklamacja oczywiście nieuznana.

Ale cóż to będzie za piękny cytat: „Wyżej wymienione uszkodzenia powstały w wyniku otarcia o twarde powierzchnie np. chodnik, kratki (wycieraczki)”.

buty3

Pan Mateusz, który buty wyprał

Pan Matusz jest fanem Nike. Ewidentnie musi być fanem, bo kupił sobie dwie pary tych samych butów Nike Air Max. Za jedną dał 399 zł, za drugą 429 zł. Różnice w cenach biorą się z tego, że buty były kupowane w różnych sklepach. Jak widać towar deficytowy jak salceson w latach 80.

Obie pary rozeszły się w tym samym miejscu. Oba sklepy odrzuciły reklamację.

Sklep 1? Ot tak w skrócie: buty były wyprane o czym świadczy zapach albo buty zostały przemoczone i wysuszone przy sztucznym źródle ciepła co doprowadziło do uszkodzeń.

buty21

- Oczywiście nie miało to nigdy miejsca, buty śmierdzą jak to każde buty po kilku miesiącach noszenia, żadnego zapachu proszku – zaklina się czytelnik.

Sklep 2?

Obuwie jest za małe – dlatego się zepsuło.

Z tym określeniem spotkałem się również w wersji, że klient nie dopasował tęgości stopy do rozmiaru obuwia”. Schodzący kolor? Można z góry obstawiać, że w uzasadnieniu rzeczoznawca napisze, że kolor zszedł „przez kurz pot i temperaturę oraz gołe stopy”.

Zastanawiają się Państwo może co trzeba zrobić aby zostać rzeczoznawcą? Och kurs tygodniowy na specjalistę ds.reklamacji obuwia kosztuje 1400 zł lub 1800 zł (kurs weekendowy). Ceny brutto.

Później tylko wniosek o wpis na listę rzeczoznawców do Inspekcji Handlowej i można dokonywać ekspertyz. Jasnym jest, że w tym fachu im bardziej elastyczny jest rzeczoznawca, tym więcej zleceń dostanie od sklepu. Jasnym jest, że część osób katując buty do upadłego (butów nie powinno się nosić codziennie, jeśli mają wystarczyć na dłużej powinny odpoczywać co drugi dzień) a później chce je reklamować.

Ale powiedzmy sobie również szczerze mamy z reklamacjami obuwia coraz większy problem.

Liczę, że trochę się zmieni na lepsze dzięki obowiązującym od 25 grudnia nowym przepisom konsumenckim. Teraz jeśli buty się zepsują to kupujący może wybrać, czego oczekuje: naprawy, wymiany czy zwrotu pieniędzy.

Sprzedawca nie będzie jednak całkiem bezbronny. może również uprzedzić ruch konsumenta i zaproponować, że naprawi towar albo wymieni go na wolny od wad (jeśli sklep poda rękę do zgody - nie można jej odtrącić). Ale naprawić towar może tylko raz.

Po zmianach przepisów łatwiej jest też udowodnić, że towar ma wady. Do 25 grudnia ubiegłego roku przez pierwsze sześć miesięcy to sklep musiał udowodnić, że buty były sprzedane jako pełnowartościowe. Po upływie tego okresu ciężar dowodu przechodził na kupującego.

Teraz domniemanie, że stwierdzona wada towaru istniała już w momencie sprzedaży, obowiązuje nie przez sześć miesięcy, lecz przez rok.

16:12, miaczynski
Link Komentarze (12) »
czwartek, 29 stycznia 2015

Czasami proszę Państwa zamieszczam na blogu historie ku przestrodze. Bo, każdemu w sklepie zdarza się czegoś nie dopatrzyć. A czasami mimo najlepszych chęci i mimo tego, że wybraliśmy markę, która powinna teoretycznie gwarantować najwyższą jakość, tej jakości niestety nie ma.

Wtopić zdarza się nawet mi - zgodnie z zasadą, że szewc bez butów chodzi.

Kiedyś na przykład kupiłem suszarkę. Suszarka była bardzo znanej firmy, która chwali się wysoką jakością zarówno jeśli chodzi o obsługę klienta jak i produktu. Znaczy się tłumaczy, że owszem są drodzy, ale warto.

I wszystko było z nią, czyli suszarką  w porządku gdyby nie to, że mniej więcej miesiąc po jej zakupie padł w niej bezpiecznik. Serwis przyjechał wymienił bezpiecznik i sprzęt działał dalej.

Tyle, że ten nieszczęsny bezpiecznik psuł się mniej więcej co trzy miesiące.

Gdy sprzęt pozostawał na gwarancji, było to uciążliwe, ale do przejścia. Kiedy jednak gwarancja się skończyła za dojazd serwisu oraz inkryminowany bezpiecznik musiałem płacić już sam. Ot - dwie stówki.

Firma kilkakrotnie robiła podejścia mające ustalić co jest nie tak. Bezskutecznie. Brała ją do siebie do siedziby, aby przytulić, porozmawiać i poklepać po obudowie. W trakcie jednej takiej wizyty wymieniono m.in. termostat, koło wentylatora, stycznik, wtyczkę oraz oczywiście bezpiecznik. 

Rachunek opiewał na tysiąc złotych, ale czym jest tysiąc złotych w obliczu potencjalnej możliwości posiadania sprawnej suszarki?

Urządzenie nic sobie jednak nie robiło z tych starań. Raz na trzy miesiące bezpiecznik ciągle się psuł. Pan serwisant (po pewnym czasie dorobiłem się nawet stałego) doradzał mi nawet wymianę instalacji elektrycznej w kuchni. Bowiem mogła ona powodować jego zdaniem dziwne skoki napięcia.

Jego rada wydała mi się nieco przesadna, ale dla bezpieczeństwa zakupiłem suszarce listwę przepięciową. Bezskutecznie.

Firma w końcu wzięła do siebie suszarkę na cały miesiąc aby ją poobserwować w akcji. Jak się okazało za przepalanie się bezpiecznika od samego początku winę ponosiły wadliwe łożyska. 

Rachuneczek? 1.4 tys. zł.

Suszarkę z pietyzmem przywieziono z powrotem, zamontowano. A suszarka - złośliwe bydle -  zaraz po wyjściu technika który ją przywiózł wyświetliła komunikat: "proszę wezwać serwis". 

Prawda, że zabawne?

Na dodatek suszarka została dostarczona bez klapki zamykającej filtr umieszczony w dolnej części sprzętu. Na moją prośbę serwisant dowiózł klapkę i ją zamontował.

I wszystko byłoby w porządku gdyby nie dwa drobiazgi.  Pierwszy - klapka miała wyłamane zaczepy.  Drugi - w czasie serwisowania uszkodzony (zamieniony?) został element do którego zamocowana jest siatka filtra, (montowanego w drzwiach suszarki). Zerwaną siatkę przyklejono do oprawy za pomocą szarej taśmy...

Oczywiście  po dłuższej wymianie korespondencji firma przysłała nową klapkę, nową siatkę a naprawą, która miała kosztować 1.4 tys. zł odbyła się ostatecznie za darmo.  

Czy oczekiwałem jednak nieco więcej dbałości o klienta, korzystając z firmy o ustalonej renomie? Ależ oczywiście.

Tego samego oczekiwała pani Katarzyna.

- Poruszał Pan w niedawnym wpisie temat reklamacji torebki Wittchen, ja mam równie "sympatyczny" przypadek z naszą kolejną narodową marką premium czyli Ochnikiem. Aspiracje są premium, praktyka niekoniecznie - pisze czytelniczka.

Otóż, 23 grudnia w salonie firmowym, wespół z mężem, kupowaliśmy dla mnie prezent świąteczny - długie, skórzane rękawiczki w kolorze jasno-beżowym. W trakcie zakupu ja, a nie mąż, zauważyłam że są trochę przybrudzone z boku, ale nie chcąc nadużywać cierpliwości mojego mężczyzny nie skomentowałam tego faktu i towar kupiliśmy. Nikt z obsługi nawet się nie zająknął co sprzedaje.

Po świętach i dokładnym obejrzeniu tego w domu, stwierdziłam, że w zasadzie całe rękawiczki są przybrudzone, pewnie wskutek złego przechowywania w sklepie i zwyczajnie brudne. Jako że zakupiłam towar pełnowartościowy w cenie 329,90 zł, a nie przeceniony z uwagi na zabrudzenie, doszłam do wniosku, że udam się do salonu aby otrzymać rękawiczki bez wad. I tu zderzyłam się ze ścianą.

W zasadzie moim jedynym błędem, ale stwierdziłam że w sklepie tej marki moja sprawa to w zasadzie będzie błahostka (błąd), było stwierdzenie na dzień dobry, że przy zakupie zauważyłam przybrudzenie. Naprawdę nie byłam ani napastliwa, ani niegrzeczna ale dosłownie zostałam zbesztana przez kierownik sklepu, która w obcesowy sposób stwierdziła, że towaru nie wymieni bo widziałam co kupuję. W tym momencie zaznaczyłam, że nie domagam się zwrotu pieniędzy tylko zwyczajnie chcę otrzymać pełnowartościowy towar, bo za taki zapłaciłam czyli moje przyjście do salonu to reklamacja towaru, a nie jego zwrot.”

W salonie spisano reklamację. A czytelniczka czekała, czekała i czekała.

ochnik

 

ochnik2

Co na to Ochnik?

„W odniesieniu do Pani skargi pracownicy Salonu przedstawili sytuację z własnej perspektywy wskazując głównie na fakty, które Pani również potwierdza: towar był dokładnie obejrzany przed zakupem, natomiast przyniesiony 14.01 do Salonu nie posiadał oryginalnie przyczepionej metki a czas na wymianę minął dlatego proszę o wyrozumiałość dla pracowników Salonu ponieważ działali zgodnie z procedurami firmy.!

Zaręczam, że przykładamy bardzo dużą uwagę do szkolenia naszych pracowników i utrzymywania wysokiego standardu obsługi klientów. ! Decyzja w sprawie reklamowanych rękawiczek zostanie przekazana w ciągu 14 dni od złożenia reklamacji i przekazana Pani przez pracowników Salonu.!”

- Ostatecznie reklamacja została odrzucona, ze względu na to iż wiedziałam o wadzie w momencie zakupu. Pewne jest, że w Ochniku już nic nie kupię. Jestem ciekawa Pana i/lub czytelników opinii w tej sprawie - twierdzi pani Katarzyna.

Czy Ochnik zareagował zgodnie ze swoim regulaminem? Pewnie tak. Czy jednak zareagował tak, aby nie stracić klienta? Nie. Na miejscu osoby zarządzającej regionem kazałbym przyjąć rękawiczki i je zwyczajnie wyczyścić (choć nie rozumiem dlaczego komuś wciśnięto brudny towar). Koszt niewielki a klient może nie byłby szczęśliwy, ale nieco szczęśliwszy.

Oczywiście zabrzmi to jak wołanie na puszczy, ale moim zdaniem od marek premium powinniśmy wymagać jednak więcej.

16:58, miaczynski
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Coraz częściej widzę jak w pogoni za zyskiem sklepy zamieniają się w składy towaru używanego.  A to laptop czy tablet ma dane poprzedniego użytkownika, a to w pamięci aparatu fotograficznego są jakieś zdjęcia etc.

Nie tak dawno opisywałem przygody pana Zbigniewa, który w Sosnowcu w sklepie RTV Euro AGD wypatrzył aparat Nikon D700 w zestawie z obiektywem.

Za zestaw zapłacił 11 tys. zł.

Poinformowano go, że sprzęt jest towarem z ekspozycji, czyli leżał na półce, a klienci mogli go dotykać. - Jest jednak sprawny i w idealnym stanie - usłyszał zapewnienie. Na fakturze zaznaczono: "ekspozycyjny, rysy na obudowie".

Podekscytowany jak fretka pan Zbigniew wrócił do domu, naładował wyczerpany akumulator, włożył kartę i zrobił kilka próbnych zdjęć. Z ciekawości wrzucił zdjęcie do programu Opanda, który dokładnie diagnozuje sprzęt fotograficzny i... zdębiał. Okazało się, że ktoś zrobił jego aparatem aż 23 tys. zdjęć.

Później na jaw wyszło, że były pracownik sklepu dorabiał sobie robiąc zdjęcia na różnych imprezach.

Nie mam proszę państwa problemu z tym, że sklep sprzeda towar ze zwrotu. Ale pod warunkiem rzecz jasna, że jest on odpowiednio oznaczony, cena stosownie obniżona a sam sprzęt wyczyszczony. Na zewnątrz i wewnątrz.

To jak się okazuje coraz częściej próba nie do przejścia.

Pan Tobiasz będąc na zakupach w Auchan-Poczesna koło Częstochowy kupił sobie pendrive’a. Produkt oprócz oryginalnego opakowania, zapakowany był w sklepowe pudełko antykradzieżowe.

Obejrzeć go nie było więc można. Zabezpieczenie zostało zdjęte przy kasie, czytelnik nie zauważył jednak, że oryginalne opakowanie jest rozcięte.

 

Jego błąd. Jak sam jednak zaznacza, nie przesądza to jeszcze sensowności zakupu.

Podłączył nowo nabyty sprzęt do komputera i zdębiał.

Na urządzeniu były bowiem zdjęcia ze studniówki sprzed trzech lat z jednego z częstochowskich liceów. Osoby występujące na zdjęciach są... opisane z imienia i nazwiska. 

Pan Tobiasz skontaktował się z autorem zdjęć, ale ten zaklina się, że to nie jego urządzenie.

Żeby było jeszcze zabawniej pendrive chyba nie jest do końca sprawny. Przynajmniej pan Tobiasz nie jest w stanie go sformatować.

A próbował na co najmniej dwa sposoby.

- Sam też chciałbym złożyć reklamację ale nie podoba mi się fakt że istnieje szansa na to że za kolejne dwa lata ktoś inny kupi go i np. wykorzysta zdjęcia podpisanych z imienia i nazwiska osób - konkluduje czytelnik.

UPDATE!!

Dorota Patejko, rzecznik Auchan, przeurocza kobieta, która ma ze mną ciężkie życie odpowiedziała tak:

"Oczywiście Klienci mają rację, taka sytuacja nie powinna mieć miejsca wogóle, klient powinien zakupić produkt pełnowartościowy, nieużywany. Mogę jedynie przeprosić Klienta w imieniu Auchan , uważam, ze sklep powinien mu wymienić produkt na pełnowartościowy, lub oddać pieniądze bezzwłocznie."

12:18, miaczynski
Link Komentarze (17) »
wtorek, 20 stycznia 2015

Zastanawiają się państwo ile warte są ubezpieczenia telefonów?  Jestem umiarkowanym zwolennikiem podobnego rodzaju rozwiązań. A pani Anita wyjaśni państwu dlaczego. A właściwie wyjaśni to Państwu mąż pani  Anity, który kupując aparat w abonamencie (Orange) dał się skusić na jego ubezpieczenie (Warta).

Co miesiąc regularnie opłacał składkę w wysokości 7,99 zł, czyli płacił niecałą stówkę rocznie.

Traf jednak chciał, że mąż czytelniczki szedł sobie ulicą a telefon, jak to podobnego rodzaju urządzenia mają w zwyczaju, absolutnie nieprzejęty powagą chwili zwyczajnie wyślizgnął  się z ręki podczas spaceru.

A ponieważ nie był zabezpieczony w pancernym ochraniaczu zwyczajnie się rozwalił.

Warta również nie poczuła powagi sytuacji, bo równie zwyczajnie odmówiła wypłaty odszkodowania.

Dlaczego?

A to już będzie pouczające.

W piśmie wysłanym do czytelnika argumentuje tak: „Uszkodzenie lub zniszczenie telefonu w wyniku nieszczęśliwego wypadku (w tym zalania) to uszkodzenie/zniszczenie telefonu (zewnętrzne lub wewnętrzne) spowodowane przez nagłe, nieprzewidziane i niezależne od woli ubezpieczonego zdarzenie zewnętrzne w stosunku do ubezpieczonego i do telefonu, niemożliwe do zapobieżenia, powodujące konieczność naprawy, wymiany uszkodzonych części lub całego telefonu."

Czyli musi być zdarzenie zewnętrzne, które powoduje uszkodzenie sprzętu.

"Podczas zgłoszenia szkody wskazano, że klientowi telefon wyślizgnął się z ręki podczas spaceru. W trakcie rozmowy telefonicznej z dnia 28 listopada 2014 potwierdzono okoliczności zdarzenia jednocześnie oświadczając, że nie doszło do potknięcia, poślizgnięcia lub popchnięcia ubezpieczonego.”

warta

Czytelnik jak widzą państwo popełnił błąd. Zamiast wywalić się spektakularnie, zwyczajnie go wypuścił. Żeby chociaż ktoś go podeptał albo szturchnął to wtedy Warta by ubezpieczenie wypłaciła.

A tu pech.

Czytelnik co potępiam, ale rozumiem usiłował coś jeszcze z tym fantem zrobić. “Należy nadmienić, że w przesłanym odwołaniu wskazał Pan, iż przyczyną uszkodzenia sprzętu było potknięcie się. Tym samym okoliczności zdarzenia zostały zmienione dopiero po otrzymaniu decyzji odmownej.”

Ale Warta pozostała twarda.

- Kobieta która dzwoniła w sprawie ubezpieczenia telefonu w momencie kiedy mąż go nabył w salonie Orange , zapewniała ze ubezpieczenie obejmuje wszystko wiec kiedy ten incydent się wydarzył mąż opisał faktycznie jak to było choć mógł skłamać i wtedy inaczej sprawa by wyglądała – narzeka czytelniczka. 

I choć rozumiem - już po raz drugi - jej ból, umowa ubezpieczeniowa pod tym względem jest jasna. 

22:39, miaczynski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Co jest marzeniem Polaka? Biorąc pod uwagę filmy, które oglądałem w ubiegłym roku jest VW Golf z Biedronki, buty crocsy z Lidla, karp z Lidla i torby Wittchen z Lidla. I o tych ostatnich napiszę dzisiaj. Torby przez niemiecką sieć dyskontów przetoczyły się już dwa razy,

A wyglądało to tak:

Przy drugiej edycji tego przedsięwzięcia społeczno - ekonomicznego mało znana szafiarka Disa, ogłosiła, że w torebkach znanej firmy spod Łomianek Wittchen nosi już tylko ziemniaki. Bo jej zdaniem schodząc do dyskontu, firma zeszła zbyt nisko.

Innymi słowy decyzja budziła kontrowersje w społeczeństwie.

Są już osoby, które mogą się pochwalić, swoimi doświadczeniami w zakresie użytkowania tego produktu. I w tej sprawie napisała do mnie pani Olga.

„Chętnie podzielę się opinią na temat sławnych toreb marki Wittchen, o które to tysiące Polek toczyło bój w ubiegłym jak i bieżącym roku.

Ja swoją nabyłam w październiku 2013, pobiegłam rano do Lidla i dokonałam zakupu, zadowolona, że za korzystną cenę wejdę w posiadanie skórzanego produktu sprawdzonej marki - mam ich walizki, portfele, rękawiczki, przyszedł czas na torbę. Niestety po kilku miesiącach torba zaczęła się wycierać, rączki pruć i postanowiłam ją zareklamować. W sklepie potwierdziłam zakup torebki w Lidlu, ekspedienci spojrzeli po sobie i już wiedziałam, że nie ma mowy o reklamacji.

Po 2 tygodniach reklamacja została odrzucona, ze względu na zużycie materiału, spowodowane zbyt częstym użytkowaniem. Nie była i nie jest to moja jedyna torba i nie nosiłam w niej jak znana blogerka ziemniaków, a jednak nie przetrwała.

Aktualnie torebki wstydzę się nosić, bo wygląda obskurnie”.

Obskurnie, czyli jak? Ano tak:

wittchen1 wittchen2

A co na to wszystko sam producent, czyli firma Wittchen? Jego odpowiedź mnie szczególnie ujęła za serce.

„W wyniku przeprowadzonych oględzin reklamowanego produktu i zapoznaniu się z treścią zgłoszenia reklamacyjnego stwierdzam, że reklamacja jest bezpodstawna. Zgłaszane przez klientkę zmiany są wynikiem postępującego procesu zużywania się wyrobu, jaki zachodzi w indywidualnych warunkach eksploatacji.

Produkt nie jest wyrobem trwałego użytku i zużywa się stopniowo, w zależności od sposobu, warunków i czasookresu eksploatacji.

Ponadto sprzedawca odpowiada wobec kupującego, jeżeli towar konsumpcyjny w chwili jego wydania jest niezgodny z umową w przypadku stwierdzenia niezgodności przed upływem sześciu miesięcy od wydania towaru domniemywa się, że istniała ona w chwili wydania.

Wynika z tego, że aby sprzedawca ponosił odpowiedzialność przewidzianą w ustawie towar musi posiadać niezgodność z umową która istniała w chwili wydania towaru.”

wittchen51

Proszę zapamiętać i się uczyć: „produkt nie jest wyrobem trwałego użytku i zużywa się stopniowo, w zależności os sposobu, warunków i czasookresu eksploatacji”. Bardzo ładna fraza i właściwie można ją zastosować do każdego towaru, sprzedawanego w sklepie..

W końcu proszę mi znaleźć produkt, który się nie zużywa?? Oczywiście, gdyby sprawa skończyłaby się przed sądem producent mógłby się nieco zdziwić.

Z drugiej jednak strony, powiedzmy sobie szczerze: nie ma co liczyć, że za 249 zł ktoś dostanie taki sam jakościowo produkt jak za złotych 700 czy 900. Torebka za 249 zł jest po prostu torebką zrobioną z takich materiałów i takiej jakości aby jej sprzedaż opłaciła się producentowi.

17:45, miaczynski
Link Komentarze (20) »
środa, 14 stycznia 2015

Powiem szczerze nie wierzę, za specjalnie w promocje. A już największe problemy mam z tymi na elektronikę (promocja czyli sprzedajemy stare albo używane), albo odzież(o tym więcej za chwilę).

Bo czym jest promocja? Wypchnięciem z magazynu tego co się nie sprzedało w pierwotnej cenie, czyli było po prostu słabe, albo za drogie.

1. To, że sklep obiecuje obniżkę, to tylko obiecuje

To że na sklepie jest napisane zniżka do 60 proc. oznacza, że w sklepie jest kilka rzeczy przecenionych do 60 proc. trochę po 30 proc. i całkiem sporo nie przecenionych w ogóle. O proszę: - tak wyglądają świąteczne promocje na odzież – pisze mi pani Agnieszka. 



10906217_737340689677302_1865539370617303348_n

Ładnie to skomentował jeden z czytelników. Jeśli „jest napisane "do 60%" - jak by nie patrzeć, 0% to też "do 60%"

2. Nazwa produktu może mylić.
Oto „sweter z alpaki” według sieci Mango (podesłała Margot).

10906260_737335763011128_2898710526108228535_n

Alpaki jest tu raptem 17 proc.

Jak napisała jednak do mnie pani Joanna „alpaka jest zwierzęciem (całkiem zresztą pociesznym, lama-alike). Nie napisano, jaka jego część została dodana do swetra. Przy owczej wełnie nie oznacza się jej „owca”.

Po prostu produkt zawiera WOM - Wełnę Oddzieloną Mechanicznie….

Pisałem już o równie kreatywnych nazwach produktów  w Zarze.  Więcej na ten temat tu i tu.

3. To sklep decyduje po jakim kursie przelicza euro.

I wynik obliczeń potrafi zaskoczyć.
- Taka sytuacja w Pull&Bear. Dziwne że np. w New Yorker 1euro mnożone jest razy 4 – pisze pan Bartosz.

10917506_883250528386280_1310805086_n

Jeszcze ciekawszy przypadek podesłała pani Kamila. - Może Pan pamięta kiedy euro było po 5,70zł? – pyta czytelniczka.

10389297_741729509238420_67312602826669588_n

4. Przecena ma nam zrobić dobrze psychicznie. Nie faktycznie. 

To, że sklep deklaruje jakąś przecenę to nie znaczy, że ona faktycznie miała miejsce w takiej wysokości, jaką deklaruje sklep na metce. Ceny mają to do siebie, że się zmieniają. Ale fajnie jest opowiedzieć, że się kupiło coś za 229 zł co jeszcze niedawno kosztowało stówkę więcej, prawda? 
Pani Ewelina podesłała mi zdjęcia dwóch metek. Cena przed przeceną i po przecenie, za płaszcz w sklepach Mango (znów Mango).

10917563_1005784626116688_803174979_n

10904906_1005784629450021_223705033_n

5. Sklepy robią na domieszkę

To, że na koszu albo wieszaku jest napisane przecena – 50 proc. nie oznacza, że wszystkie produkty tam są przecenione. Nawet jeśli są w tej samej cenie. W koszu mogą być np. skarpety za 19,99 przecenione o 50 proc. i skarpety za 19,99 zł (ale nigdy nie przeceniane). 

Autor tego tekstu kupił mimo wszystko na wyprzedaży tydzień temu płaszcz. 50 proc. taniej. To znaczy, nie wierzy że było to 50 proc. taniej, ale mimo to kupił. 

21:16, miaczynski
Link Komentarze (10) »
wtorek, 13 stycznia 2015

Noworoczną niespodziankę miała dla swoich abonentów kablówka Multimedia. - 1 stycznia 2015 włączam TV po czym okazuje się, że "robi się" aktualizacja kanałów. Zrobiła się, wszystko OK, po czym po kilku godzinach spostrzegłem, że dodali nowe kanały... i zabrali kilka naprawdę wartościowych pozycji - pisze do mnie pan Paweł.

Multimedia wyłączyła swoim abonentom FOX i FOX HD oraz National Geographic Channel, Nat Geo Wild oraz Fox Life.

W zamian za to dostali np. Polsat Romans, Disney Chanel, Disney XD, Motowizja HD, Disney Jr., Comedy Central HD, Polsat Viasat Nature, TV Republika oraz Eurosport 2 HD.

Czyli zamiast „Chirurgów” czy „The Walking Dead” - „Świnka Peppa”, zamiast „Inwazji Zabójczych Wielorybów” czy ”Rekinów w mieście” w Nat Geo Wild redaktor Ziemkiewicz i redaktor Wildstein w TV Republika.

Niektórym to jednak robi pewną różnicę.

- Dopiero na ich stronie wyszukałem sobie (po fakcie! i sam!), że jedne kanały zabierają, a inne dodają (dla mnie duuużo gorsze). Z tytułem "9 nowych kanałów w ofercie Multimedia Polska" - narzeka pan Paweł.

multimedia2
I dodaje:
- Rozumiem, że może coś się zepsuło na linii Nat.Geo.-Multimedia (nie wnikam), ale czemu jako klient nie zostałem w żaden sposób poinformowany o nadchodzących zmianach (ani listownie, ani na fakturze-choć tak twierdzą na infolinii (mam e-fakturę), ani przez e-bok). Czy to jest zachowanie OK, a właściwie czy jest zgodne z prawem? - pyta mnie czytelnik.

multimedia1

Co na to Multimedia?

Też chciałem się dowiedzieć. Ale rzeczniczka sieci od kilku dni się do mnie nie odzywa.

Widać nie lubi.

Czy wobec tego abonenci mogą sobie wypowiedzieć umowę?

- Na infolinii dostałem informację, że dla nich ma być spełniona ilość kanałów (minimum 90 w moim pakiecie Superbox i że rzekomo takie coś mam w umowie, choć sprawdzałem i nie znalazłem nic takiego) i że ta zmiana jest wg nich OK. Na pytanie czy mogę zerwać umowę bez konsekwencji udzielono mi informacji o "karach umownych", czyli, że nie mam prawa nie zgodzić się na tą zmianę i wypowiedzieć umowę bez konsekwencji - narzeka czytelnik.

Podobną informację dostał też pan Radek.

- Oczywiście BOK twierdzi, że wszystko jest w zgodzie z Regulaminem bo liczba kanałów się nie zmieniła. Czekam więc tylko kiedy pakiet Canal + sybskrybowany przeze mnie zostanie zamieniony na Mango TV HD - wzrusza ramionami.

Poczytałem sobie regulamin Multimediów i znalazłem fragment o który chodziło.

Oferta Usług Operatora – gwarantowana Abonentowi liczba programów telewizyjnych składająca się na Pakiet. Zmianę w Ofercie Usług Operatora, stanowiącą zmianę warunków Umowy Abonenckiej, stanowić będzie obniżenie liczby programów telewizyjnych składających się na Pakiet, poniżej liczby programów gwarantowanej przez Operatora.

W takim przypadku, Abonent uprawniony będzie do wypowiedzenia Umowy Abonenckiej, z zachowaniem terminów wskazanych w Regulaminie. Abonent zostanie poinformowany o tej zmianie na piśmie, przed jej wprowadzeniem, oraz poprzez informacyjny kanał planszowy emitowany przez Operatora, z wyprzedzeniem co najmniej trzech pełnych miesięcy kalendarzowych przed wprowadzeniem tych zmian w życie”.

Taką zmianę w regulaminie wprowadzono w 2011 roku. Jak rozumiem właśnie po to aby dowolnie sterować tzw. ofertą programową.

- Czekam na oficjalną odpowiedź na reklamację i pewnie dotrwam do końca umowy by nie boksować się z koniem ale zdobyli sobie zatwardziałego wroga - konkluduje pan Radek.

12:14, miaczynski
Link Komentarze (15) »
piątek, 09 stycznia 2015

Właśnie zakończyły się w Las Vegas największe targi elektroniczne świata czyli CES. Od czasu do czasu oglądam sobie co pokazano tam ciekawego, ale ten produkt podekscytował mnie na tyle, że postanowiłem o nim państwu napisać.

StoreDot to izraelski startup, który zamiast skupiać się na poprawie pojemności baterii (jak robi wiele podobnych projektów), wolał popracować nad prędkością jej ładowania.

W trakcie pokazu w którym brał udział dziennikarz serwisu internetowego Mashable niemal rozładowaną baterię telefonu Galaxy S5 naładowano do 100 proc. w... mniej niż dwie minuty.

ces

Oczywiście ma to minusy. Pierwszy - taka przeprojektowana bateria starcza jedynie na pięć godzin używania. Ale dwie minuty wystarczą aby telefon znów był w pewni gotowy do akcji.

Finalny produkt ma zresztą być na tyle dopracowany, że ładowanie będzie jeszcze krótsze - poniżej dwóch minut. A ładować komórkę będzie można raz, no góra dwa razy dziennie. Drugi - taka cudowna bateria nie pojawi się raczej na pewno w tanich telefonach, przynajmniej na początku.

Jeśli producent wsadzi ją do komórki podniesie to koszt jej wytworzenia o jakieś 50 dolarów. W tej branży to dużo.

Firma jak twierdzi szef StoreDot Doron Myersdorf właśnie rozpoczęła rozmowy na temat wdrożenia swojego produktu ze wszystkimi „dużymi misiami” czyli Samsungiem, Apple etc.

Jej celem jest abyśmy mogli zacząć używać tego wynalazku już w 2017 roku.

StoreDot rozpoczął swoją działalność w celu skonstruowania szybkoładowalnych baterii do samochodów elektrycznych takich jak Tesla.

Myersdorf twierdzi, że prototyp takiej baterii do elektrycznego auta, którą da się naładować w mniej niż trzy minuty będzie gotowy za rok.

11:21, miaczynski
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70