Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
piątek, 21 listopada 2014

Leszek Miller za czasów swojej świetności miał fantastyczny bon mot, tu cytuję z pamięci: „mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy”. Jak ulał pasuje to do firm i sposobu w jaki traktują klienta. 

Są małe i duże sklepy, które do momentu, kiedy wszystko idzie ok. zachowują niezły standard usług. Problem za to pojawia się w momencie gdy – niespodzianka - pojawia się problem. Bo firmy proszę państwa poznaje się nie przez to co mówią, nie przez to jak się reklamują, ale przez to co robią i jak załatwiają reklamację. 

A o tym opowie nam więcej pan Łukasz, który był  w warszawskiej Stodole na koncercie Morrissey'a. - Niestety po zaśpiewaniu 5 numerów szanowny artysta zwinął się ze sceny. Po zamieszaniu okazało się, że został ponoć obrażony przez kogoś z widowni – relacjonuje czytelnik. 

Jak twierdzi w czasie między utworami Morrissey chciał coś powiedzieć. ale ktoś z widowni krzyknął "Zamknij się i graj!".

A jeszcze konkretniej jeden z widzów miał krzyknąć nieco łagodniej "Don't chat just sing". Według części relacji Morrissey miał zaśpiewać wcześniej nie pieć ale siedem utworów. 

- Po kilku minutach ogłoszono, że jeśli osoba która to powiedziała nie wyjdzie z sali to koncert nie będzie kontynuowany. Przez 15 minut trwało nerwowe ustalanie autora tych "okropnych" słów godzących w godność artysty. Ktoś się wreszcie przyznał i wyszedł, ale po kolejnych kilkunastu minutach na scenę wyszedł przedstawiciel organizatora/piosenkarza (?) i powiedział, że "Morrissey nie jest w stanie kontynuować koncertu, że nie czuje się na sali bezpiecznie i jest już w drodze do Krakowa" – relacjonuje pan Łukasz.  

Uczestnicy koncertu oczywiście byli rozczarowani. Koncert, który miał trwać 1.5 godziny – trwał zaledwie trochę ponad 20 minut. 

Drugim rozczarowaniem było jednak stanowisko organizatora, czyli Live NationWidzowie co tu dużo ukrywać, liczyli na zwrot swoich pieniędzy w mniej, albo bardziej brzęczącej walucie – bilety kosztowały od 145 do 199 zł. 

W końcu koncert się skończył, zanim nawet dobrze nie rozpoczął. Co na to organizator? Tu już będzie zabawnie. Wydał oświadczenie. 

W trakcie dzisiejszego koncertu Morrisseya w klubie Stodoła w Warszawie jeden z widzów stojących blisko sceny wypowiedział niezwykle obraźliwe i szowinistyczne słowa pod adresem Artysty. Zaistniała sytuacja zmusiła Artystę do opuszczenia sceny.

Zapraszamy wszystkich obecnych na warszawskim koncercie do nieodpłatnego uczestnictwa w koncercie krakowskim, który odbędzie się w Łaźni Nowej 21 listopada 2014 roku.

Zainteresowanych prosimy o kontakt pod adresem info@livenation.pl

To oczywiście się uczestnikom nie spodobało. Na profilu Live Nation pojawiły się opinie dalekie od zadowolenia. Określiłbym je jako próbę przeprowadzenia bombardowania w trudnym terenie. 

1. „za benzynę/bilety kolejowe/autobus do Krakowa dopłacicie skoro zapraszacie?! Plus, nie ma żadnej gwarancji, że to się nie powtórzy.

KPINA!

2. „no pewnie stawiajo bilety Pendolino”

3. „Super oświadczenie: ) Tylko, że ja mam bilet zarówno na koncert w Warszawie i na ten piątkowy w Krakowie. Podejrzewam, że wiele osób też zakupiło bilety na oba koncerty. Więc nic mi po Waszej propozycji. Proszę o zwrot pieniędzy za "koncert" w Warszawie.

Oczywiście, nie ma możliwości aby wszyscy uczestnicy warszawskiego koncertu zmieścili się w Krakowie. Propozycja firmy była więc co najwyżej ofertą dla garstki najbardziej zażartych fanów. 

Kiedy uczestnicy psioczyli dalej w tym tonie w końcu pojawiła się bardziej konkretna informacja o tym, że można składać jednak w tej sprawie reklamacje. 

Ukryta jednak tak na Facebooku, że trudno ją znaleźć. 

Zrzut_ekranu_20141121_o_14.28.49

Jak do tego zagadnienia podchodzi regulamin uczestnictwa w koncercie umieszczony na stronach Live Nation?

W punkcie 3.1b organizator pisze, że  „w przypadkach uzasadnionych względami bezpieczeństwa żądać, aby posiadacz biletu opuścił teren imprezy i zastosować odpowiednie kroki, aby zarządzenie zostało wykonane. Dotyczy to w szczególności sytuacji, w których uczestnik imprezy zakłóca porządek publiczny, zachowuje się agresywnie lub niezgodnie z niniejszym Regulaminem.

To tłumaczy na jakiej podstawie została wyproszona osoba, która kazała artyście przystąpić do rzeczy. 

O odszkodowaniach za zbyt szybkie przerwanie koncertu mowy wyraźnie nie ma. Ale w paragrafie 4.3 regulaminu przeczytać można tak:

Zakupiony bilet należy traktować jako indywidualną zgodę Organizatora na wejście na koncert, która może być cofnięta w każdej chwili, z przyczyn związanych z koniecznością zachowania zasad bezpieczeństwa. Upoważnia to do otrzymania jedynie zwrotu całości lub części kwoty wydrukowanej na bilecie, w zależności od tego czy zgodę cofnięto przed wejściem na koncert, czy w jego trakcie.

I ten zapis też od biedy można wykorzystać w tej sytuacji. 

Niezależnie od okoliczności, uczestnicy koncertu moim zdaniem nie dostali tego za co zapłacili. I powinno im się zwrócić jakieś dwie trzecie ceny biletu.  

18:03, miaczynski
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 listopada 2014

Frondzie nie spodobał się najnowszy klip reklamowy niemieckiej sieci dyskontowej. Jak przeczytać można w tekście na stronie Frondy

„w pierwotnej reklamie pojawiły się wszystkie elementy charakterystyczne dla przedświątecznego okresu: zaśnieżone ulice, radośni ludzie szykujący się do Świąt, choinki i inne bożonarodzeniowe dekoracje, bohaterowie dający sobie prezent podczas spotkania rodzinnego oraz piosenka „Let it snow”. Lektor mówił o Świętach i Bożym Narodzeniu.

Niestety do stacji telewizyjnych trafiła wersja zupełnie inna. Zamiast Świat i Bożego Narodzenia pojawiło się laickie określenie „te wyjątkowe dni".”

 

Fronda wzywa do bojkotu.

lidlbojkot

„Polska to kraj chrześcijański. Nasza tradycja bożonarodzeniowa jest ściśle związana z przeżywaniem Narodzenia Pana Jezusa Chrystusa. Nie pozwolimy na to, by zagraniczna firma narzucała nam laicką i ateistyczną ideologię. Nie chcemy w Polsce propagandy nihilistycznej! Domagamy się przywrócenia „Bożego Narodzenia” do spotu przedświątecznego, albo będziemy wzywać do bojkotu produktów sklepu Lidl.

Już teraz wysyłajmy maile do przedstawiciela sieci Lidl na adres: biuro.prasowe@lidl.pl z następującą treścią: Oddajcie nam „Boże Narodzenie”

Z wielkim oburzeniem zauważyłem/am, że promują Państwo niechrześcijańską wizję Świat Bożego Narodzenia w Państwa spocie telewizyjnym. Dlatego proszę o przywrócenie w reklamie akcentów polskiej chrześcijańskiej kultury, Bożego Narodzenia. Jeśli Państwo nie zmienią swojej nihilistycznej i obcej nam ideologii, przestaniemy kupować Państwa produkty i będziemy zachęcać innych do bojkotu Lidla!

Z poważaniem

Imię i nazwisko”

Tłumaczenia „Lidla”, że chodzi im tylko o to, aby reklama objęła jak najszerszy odcinek czasu - w końcu spot jest emitowany od początku listopada (w międzyczasie są choćby Mikołajki) oczywiście nikogo nie przekonały.

Myślę, że Fronda by się oburzyła jeszcze bardziej gdyby wiedziała, że Lidl wcześniej propagował satanizm. W ubiegłym roku portal Gazeta.pl cytował czytelnika z Kartuz, który w gazetce promocyjnej Lidla w ramach tygodnia francuskiego dopatrzył się antychrześcijańskiej symboliki.

- Nie jestem fanatykiem religijnym, ale zwróćcie uwagę, że kosztują nie 6 złotych i 99 groszy, bo zwykle taka jest końcówka, lecz 6 złotych i 66 groszy, co pokazano na reklamie jak trzy szóstki - mówi pan Zdzisław.

- Trzy szóstki i głowa kozy (kozła) uznawane są za symbole zła - wtórowała mu egzorcystka.

Materiał na temat sera koziego, był wówczas zatytułowany „Trzy szóstki i rogi w reklamie Lidla". Ser "szatański" po takiej reklamie sprzedał się już całkowicie drugiego dnia promocji.

Jakie z tego płyną wnioski?

Sieci handlowe rozpoczynają sezon świąteczny coraz wcześniej. Dekadę temu startował on w połowie listopada i wydawało nam się to dość wcześnie.

Obecnie taką granicą rozpoczęcia w reklamach i centrach handlowych ofensywy świątecznej jest 1 listopada, czyli Wszystkich Świętych. Choć zdarzają się coraz częściej próby startu z kampanią świąteczną, już w październiku.

Bierze się to z bardzo prostego powodu. Handel polega na tym, by wywołać w klientach szał zakupów. W święta jest to prostsze niż zwykle, bo ludzie są nastawieni na kupowanie. A więc będziemy im wmawiać, że te święta już się zaczęły.

Paniom i panom z Frondy mogę przekazać tylko jedno, nie chodzi tutaj o żadne wartości, tylko pieniądze.

A celebracja świąt chrześcijańskich raczej nie polega na oglądaniu reklam.I im mniej będzie w nich religii, tym lepiej dla samych wierzących.

Bo "święta" z centrów handlowych i sklepów z normalnymi Świętami Bożego Narodzenia nie mają nic wspólnego. 

11:37, miaczynski
Link Komentarze (10) »
środa, 19 listopada 2014

W ubiegłym roku Lidl aby Polacy robili w nim przedświątecznego zakupy rozdawał książkę kucharską  Pascala Brodnickiego i Karola Okrasy.

Rozdawał na tyle skutecznie, że na samym początku zniknął milion egzemplarzy, a później również dodruk 200 tys. egzemplarzy. Obstawiam, że gdyby niemiecka sieć chciała rozdać 1,5 mln. książek też by im się udało.

Po takim sukcesie wiadomo było, że nastąpi ciąg dalszy.

O naszej zeszłorocznej akcji słyszało 61% Polaków, a 75% z nich przyznało, że promocja bardzo im się podobała. Co więcej, aż 78% respondentów jest zdania, że powinniśmy realizować podobne akcje w przyszłości–twierdzi cytowana w komunikacie prasowym Anna Biskup, PR Manager Lidl Polska.

Od siebie dodam, że na żywo mówi mniej więcej podobnie. I sieć analizowała poszczególne akcesoria kuchenne, które można by było w takim „niby prezencie” przekazać.

Analizowała i w końcu doszła do wniosku, że jedynym słusznym rozwiązaniem jest nóż. 

15829887405_ea3aaca5f7_z

Tutaj znowu były badania (tak poważnej rzeczy, jak przychody grudniowe nie opiera się tylko na intuicji).

I co wyszło z tych badań?

„Aż 83% z nas przyznaje, że nóż kuchenny jest zdecydowanie ważnym wyposażeniem każdej kuchni, a niemal co drugi Polak jest zdania, że noże kuchenne mogą nam służyć nawet całe życie. Nasze przywiązanie do noży wyrażamy w liczbie posiadanych ostrzy. Większość z nas ma  w swojej kuchni ponad 6 noży, a co trzeci szczyci się posiadaniem zestawu noży  w liczbie 4–6 sztuk. „

Znaczy się: lubimy noże i lubimy mieć ich dużo. 

W ubiegłym roku aby dostać książkę trzeba była zbierać naklejki. Wymiana odbywała się według parytetu: jedne zakupy za 50 zł to jeden znaczek. Jak ktoś zebrał 6 znaczków (czyli wydał 300 zł) dostawał „prezent”.

To oznaczało również, że za książki Lidl odnotował przynajmniej 360 mln. zł obrotu. W tym roku jest podobnie a jednak całkiem inaczej.

„Za każde wydane 60 zł otrzymamy jedną naklejkę. Po zebraniu 10 naklejek i uiszczeniu symbolicznej opłaty w wysokości jednego grosza otrzymamy profesjonalny nóż szefa kuchni. Z akcji wyłączone są napoje alkoholowe  w tym piwa, wyroby tytoniowe, produkty lecznicze, preparaty do początkowego żywienia niemowląt i przedmioty służących do karmienia piersią. Promocja będzie trwać od 1 do 24 grudnia lub do wyczerpania zapasów.”

Innymi słowy nóż kosztuje 600 zł i 1 grosz.

To dużo czy mało?

Nóż jest niezwykle solidny i ostry jak brzytwa Wiedźmina o czym może zaświadczyć mój skaleczony nim palec (oraz palce sześciu innych dziennikarzy, którzy nożem siekali). Zrobiony jest ze stali chromowo-molibdenowo-wanadowej (X50 Cr Mo V15) i wpakowany w ładne ozdobne opakowanie.

Występuje w dwóch wersjach Brodnickiego i Okrasy różniąc się głównie rękojeścią. Generalnie rzecz biorąc podobny nóż kosztuje pewnie w detalu ok. 30 - 50 zł.

Lidl oczywiście zapłacił za coś takiego dużo taniej.

Ile noży rozda w promocji Lidl? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że będzie ich mniej niż książek. Osobiście obstawiam jakieś 500 – 600 tys. noży co znów dałoby znów między 300 a 360 mln. przychodów.

Lidl kalkuluje, że klienci do koszyków w pierwszej kolejności włożą serię  świąteczną produktów de luxe – gdzie ma bardzo przyzwoite marże.

Wydanie w Lidlu – 600 zł wcale jednak łatwe nie będzie (zwłaszcza, że naklejek nie można dostać za alkohol). To coś w rodzaju paktu o lojalności. Dostaniecie fajny nóż, ale sieć w zamian domaga się całkowitej lojalności swoich klientów w miesiącu grudniu. Tak aby wszystkie zakupy  świąteczne zrobili u nich. W dużych miastach to pewnie wypali. Sporo osób noże może dawać jako prezenty świąteczne.

Ale w mniejszych miejscowościach może to być już trudne. 600 zł to ciągle w naszym kraju sporo pieniędzy. Zwłaszcza, że do Lidla przychodzi się głownie po jedzenie.

23:54, miaczynski
Link Komentarze (8) »
piątek, 14 listopada 2014

Czy będąc niezbyt zaangażowanym kierowcą, ot takim, który robi do 10 tys. km rocznie i auta używa głównie do poruszania się do i z pracy opłaca się w ogóle kupić samochód?

Mówię tutaj o opłacalności w kategoriach czysto ekonomicznych, przeliczanych na walutę Narodowego Banku Polskiego.

Auto wezmę klasyczne, jakim sąsiad zza Odry do kościoła raz w miesiącu jeździł, czyli Golfa za 20 tys. zł. Płatność gotówką.Za te pieniądze dostaniemy Golfa może niemłodego, bo rocznik 2005, ale z całą pewnością nieźle wykończonego (wewnątrz).

Oczywiście, mogłem wybrać auto z segmentu A albo B (np. Fabię). Chciałem jednak znaleźć symbol Polaka za kierownicą (a od 2004 roku VW Golf regularnie mieści się w pierwszej trójce sprowadzanych z Zachodu pojazdów, średni wiek takiego samochodu importowanego z Niemiec to 11 lat).

Zakładam, że będziemy go eksploatować przez jakieś pięć lat.

Jak to wygląda finansowo?

Koszt paliwa - 50 litrowy zbiornik miesięcznie (jak widza państwo nie za dużo, ale i nie za mało). Taki zbiornik zakładając, że lejemy w niego benzynę 95 to wydatek ok. 260 zł miesięcznie, czyli 3120 zł rocznie  (zakładając, że ceny paliwa pozostaną na niskim poziomie). Można za to przejechać właśnie do 10 tys. km. rocznie.

Ubezpieczenie. Jakbyśmy się nie postarali, wyjdzie nam ok. 1.5 tys. zł rocznie. Zakładam, że dla samochodu wartego więcej niż 10 tys. zł opłaca się jednak wykupić pakiet OC/AC. Samochody bowiem ciągle się u nas kradnie. A nawet jeśli wozu nie ukradną, to niestety zdarza się, że ktoś w nas wjedzie. Albo zarysuje na parkingu, po czym odjedzie w siną dal.

Naprawy. Nawet jeśli samochód jest w pełni sprawny, to i tak trzeba będzie w nim wymieniać pewne materiały eksploatacyjne (np. olej), przeczyścić klimatyzację (jeśli jest), wymienić żarówki, wycieraczki, zmienić opony na zimowe, pewnie dwa razy w trakcie tego okresu eksploatacji klocki i tarcze etc. a od czasu do czasu walnie nam coś poważnego (bo z autami blisko 10 - letnimi tak to już jest, że lubią się od czasu do psuć).

Na te ekstra wydatki rezerwuję 1.5 tys. zł rocznie.

Parkujemy pod chmurką, czyli odpada nam koszt płacenia za miejsce postojowe/garażowe. Nie wliczam tutaj też opłat za parkometry, bo z tym różnie w różnych miastach wygląda.

Spadek wartości auta. Sprzedając go za pięć lat dostaniemy za niego jakieś 7,5 tys. zł. To oznacza spadek wartości w wysokości 12.5 tys. zł. czyli 2.5 tys. zł rocznie.

Roczny koszt eksploatacji samochodu to więc: 8620 zł. Niemało, przyznają państwo,

1341983415_przez_anetaa_middle

A teraz taksówka

Za taką kwotę możemy wydać na taksówki... 718 zł. miesięcznie. Biorąc pod uwagę, że ktoś mieszka do 10 km do pracy oznacza to ok. 24 przejazdów taksówką miesięcznie po 30 zł za kurs.

Teraz powstaje pytanie czy to mało czy dużo? Za takie pieniądze codziennie do pracy i z pracy się taksówką nie pojedzie. Ale jeśli już ktoś będzie używał jej powiedzmy z umiarem, czyli 10 razy w miesiącu i do tego dołoży bilet komunikacji miejskiej? To jeszcze stać taką osobę będzie na wynajęcie samochodu na wakacje (10 dni - to ok. 1.2 tys. zł). I można co nieco odłożyć do jaśka, na czarną godzinę.

Oczywiście w takich założeniach można przyjąć, że kupi się tańszy samochód (np. za 10 tys. zł, ale spadek jego wartości po pięciu latach sięgnie tez pewnie ok. 7 tys. zł, za to wyższe mogą być koszty napraw). Można kupić też auto młodsze np. za 20 tys. Skodę Fabię z 2010 roku, która po pięciu latach eksploatacji będzie warta 12,5 tys. zł.

Wreszcie można nabyć samochód z zainstalowaną od razu instalacją na gaz (spadną koszty paliwa).

Z drugiej strony gdyby tego Golfa kupić dajmy na to na kredyt. to koszt rocznej eksploatacji poszedłby w górę spokojnie o jakieś tysiąc złotych rocznie.

Tekst ten jednak traktuję raczej jako intelektualną prowokację, która ma nas skłonić do przeliczenia czy aby na pewno własne auto nam się finansowo opłaca.

Finansowo, bo w tych wszystkich wyliczeniach nie zapomnijmy jednak o jednym: auto ma się również dla samej przyjemności posiadania samochodu. Dla świadomości, że można nim w każdej chwili wsiąść do środka i pojechać w siną dal. Robiąc brum, brum.

11:50, miaczynski
Link Komentarze (8) »
środa, 12 listopada 2014

Inspektorzy handlowi w Poznaniu zaapelowali do wszystkich sklepów oraz hurtowni w kraju o wycofanie ze sprzedaży dwóch sztandarowych produktów koncernu Stock Polska, czyli „Wódki Żołądkowej Gorzkiej” oraz „Żołądkowej Gorzkiej”, gdzie na nakrętce był napis „wódka”.

Powód? Mają za mało procentów. Na etykiecie jest tylko 36 proc.

- Występuje w tym przypadku nieprawidłowość oznakowania wyrobu poprzez użycie słowa „wódka”. Taka nazwa może być użyta tylko w przypadku zawartości alkoholu w wyrobie ≥ 37,5 %.

Inspektorat apeluje do wszystkich podmiotów handlu detalicznego oraz hurtowni o podjęcie działań polegających na wycofaniu w/w produktu z obrotu - pisze Wojewódzki Inspektorat Inspekcji Handlowej w Poznaniu

I ostrzega, że „w najbliższych tygodniach Inspekcja nasza podejmie ponowne działania kontrolne w tym temacie a w przypadkach ujawnienia obrotu tym produktem zastosowane będą sankcje wynikające z obowiązujących przepisów”.

woda

Decyzję o wycofaniu "wódki" ze sprzedaży podjęły same sklepy. Za handel podobnego rodzaju produktem groziła im grzywna od 500 zł. w górę.

Z tego co dowiedziałem się w Inspekcji problem dotyczy starych partii „Wódki Żołądkowej Gorzkiej” oraz „Żołądkowej Gorzkiej”, które jednak ciągle są w sprzedaży.

Produkowane aktualnie produkty Stocka, są już oznaczane prawidłowo.

Wycofywanie alkoholu ze sprzedaży z powodu niewłaściwego oznakowania to ewenement, zdarza się rzadko.

Częściej taką decyzje podejmuje sam producent np. jeśli podejrzewa, że któraś partia może mieć uszkodzone butelki. Tak było w ubiegłym roku z Czystą de Luxe, której sześć partii Stock Polska wycofał ze sprzedaży, bo w trakcie otwierania butelek do środka mogły dostać się drobinki szkła.

O problemach z identyfikacją Żołądkowej Gorzkiej jako wódki albo nie-wódki pisałem kilka tygodni temu.

gorzkaaaa

Stock Polska, czyli producent tłumaczył wtedy tak: „Żołądkowa Gorzka to słodko- gorzki alkohol. Trudno go skategoryzować - jest to zwyczajnie rodzaj trunku o zawartości alkoholu 36 % a my bardzo często powtarzamy w takim przypadku, 
że ze względu na siłę marki Żołądkowa Gorzka to segment alkoholu sam w sobie. Butelki Żołądkowej nie stoją wśród wódek a raczej wśród alkoholi kolorowych które są przypisywane do bardzo różnych kategorii od likierów po napoje spirytusowe.”

Dlaczego koncern zdecydował się na taki trik? Najprawdopodobniej chodzi tutaj o oszczędności. Od początku 2014 o 15 proc. wzrosła akcyza na mocne alkohole. Sprzedaż wódki od początku roku spada.

Producenci zaś nie mogą sobie pozwolić na żadne podwyżki, bo nie pozwolą im na to sieci handlowe.

14:28, miaczynski
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 10 listopada 2014

Złodzieje mogą do ciebie wejść, wynieść wszystko i nie zostawią żadnych śladów.

- W ostatnich tygodniach była seria włamań do mieszkań na warszawskiej Woli. Okazało się, że są to mieszkania wyposażone w drzwi antywłamaniowe Dierre. Niestety mam takie same drzwi. Na Allegro można ponoć kupić specjalny klucz, który bez problemu je otwiera - pyta zaniepokojona czytelniczka pani Marta.

Niestety w przeważającej części to co napisała czytelniczka jest prawdą. Policja potwierdza falę włamań, które miały miejsce w Warszawie na Woli i w Wilanowie. Włamywacze wchodzą do mieszkań nie zostawiając żadnych śladów. Takie włamania określa się jako białe.

Jak to możliwe? Złodzieje tak jak to zauważyła czytelniczka używają specjalnych wytrychów. Są sklepy w internecie, gdzie można je kupić za 800 zł sztuka. Podobnie zresztą jak wytrychy do otwierania samochodów.

Znaleźć je może raptem po 20 sekundowych poszukiwaniach. Taki wytrych ma opis: „stosowanie tego produktu wymaga pewnej wiedzy i fachowej zdolności.”

wytrych

Jak się okazuje w sieci można bez problemu również znaleźć filmy instruktażowe jak się nimi posługiwać. Normalnemu człowiekowi dadzą one niewiele. Złodziejowi, który wcześniej się podobnym narzędziem się posługiwał - bardzo dużo.

- Czy te drzwi to produkt zgodny z umową? Drzwi kupujemy wraz z zamkiem na klucz, który powinien unikatowy. Jeśli istnieją klucze uniwersalne, to znaczy, że firma sprzedała bubel - oskarża zaniepokojona czytelniczka.

Co na to producent?

Jak się okazuje problem jest znacznie szerszy i nie dotyczy tylko Dierre.

- Przez wiele lat nie udawało się sforsowanie naszych zamków. Jednak jak pokazują ostatnie doniesienia skonstruowano urządzenie umożliwiające manipulacje w zamkach na klucz dwupiórowy wszystkich producentów - pisze koncern w odpowiedzi na moje pytanie.

I dodaje, że nie istnieją zabezpieczenia, których nie można sforsować. Jest to kwestia metod i czasu.

- Kiedy pojawiły się pierwsze sygnały z Europy Zachodniej Dierre natychmiast zareagowało - twierdzi firma.

Dwa lata temu koncern udoskonalił swoje zamki tworząc system o nazwie Lock Trap, który powoduje blokadę zamka w trakcie manipulacji innym narzędziem niż oryginalny klucz.

System owszem można montować w miejsce zamka starego typu. Ale klient musi za to zapłacić ok. tysiąca złotych.

- Oczywiście można zamontować dodatkowy zamek, ale nie będzie już to zamek centralny i nasze drzwi nie mają już wtedy standardu antywłamaniowego, a takie przecież miały być - twierdzi rozżalona czytelniczka.

Kto ma tutaj rację?

Czy producent powinien zaproponować osobom w takiej sytuacji przynajmniej zniżkę? Proszę pisać w komentarzach.

----

UPDATE

Po publikacji tego postu odezwała się do mnie firma Dierre twierdząc, że popełniłem błąd jeśli chodzi o cenę wymiany zamka. Nie płaci się bowiem tysiąca złotych (taką cenę podano czytelniczce), ale mniej.

"Zarząd spółki Dierre Polska wprowadził w życie promocyjną ofertę sprzedazy i montażu zamków z systemem Lock Trap w cenie 720 zł w przypadku konstrukcji z jednym zamkiem. Oferta adresowana jest do użytkowników drzwi Dierre obecnie wyposażonych w zamki bez systemu Lock Trap."

13:12, miaczynski
Link Komentarze (15) »
niedziela, 09 listopada 2014

Szanowny Panie Piotrze - pisze do mnie pan Piotr.

- Kupiłem jakiś czas temu dysk zewnętrzny w internetowym sklepie Vobis, wybrałem wysyłkę kurierem, jednak popełniłem czeski błąd podczas podawania numeru telefonu. Napisałem w tej sprawie 2 maile, które zostały bez odpowiedzi.

Jakiś czas po otrzymaniu przesyłki, Vobis nękał mnie mailami z prośbą o wystawienie opinii. Nie była to jedna, czy dwie wiadomości, lecz przez kilka dni otrzymywałem prośbę o opinię. Skoro prosili, napisałem więc na Ceneo.pl jak przebiegła transakcja, po czym dostałem takiego maila:

"Drogi Kliencie,

dnia 2014-09-03 oceniłeś sklep www.vobis.pl za złożone w nim zamówienie i wystawiłeś następująca opinię:

Transakcja przebiegła pomyślnie, aczkolwiek nie dostałem żadnej odpowiedzi na wysłane e-maile (popełniłem błąd w trakcie zamawiania, nikt go nie skorygował gdy o to prosiłem).

Sklep prosi Cię o unieważnienie tej opinii. Wiadomość od Sklepu:

Serdecznie przepraszamy za zaistniałą sytuację. Wiemy jak ważna jest obsługa klienta w sklepie vobis.pl. W formie rekompensaty przy następnej transakcji proszę wprowadzić kod F653-XXXX-XX, otrzyma Pan rabat w wysokości 50 zł. Mamy nadzieję, iż rekompensata pomoże zmienić opinię o naszym sklepie internetowym i skłoni Pana/Panią do unieważnienia opinii.

Czy zgadzasz się na unieważnienie Twojej opinii w serwisie Ceneo.pl?"

- Z bonu bardzo chętnie skorzystałem, co więcej zaskoczył mnie fakt, ze obejmuje on również koszty wysyłki Nie spotkałem się jeszcze z takim "kupowaniem" pozytywnych opinii (a raczej usuwaniem negatywnych), jednak przeglądając ilość usuniętych komentarzy dotyczących Vobisu na Ceneo.pl widać, że działają skutecznie - pisze pan Piotr. 



Z jednej strony chciałem się już oburzyć, ale z drugiej pomyślałem, że to jednak krok w dobrym kierunku. Vobis przynajmniej rozumie, że zrobił coś złego i że złe opinie klientów w internecie mogą mu zaszkodzić.

Ta wiedza wśród sprzedawców jest na szczęście coraz częstsza. Dlatego też dostaję czasami maile z prośbą od różnych firm abym pokasował swoje stare wpisy, na zasadzie: skoro sprawa została załatwiona to po co ją dalej ciągnąć? U mnie niestety tak dobrze nie ma, co zostało napisane to już tam zostaje. 

Oczywiście wolałbym żeby Vobis wziął się w pierwszej kolejności za podciągnięcie jakości swoich usług. W końcu powinno się leczyć chorobę a nie tylko jej objawy.

Nasi handlowy cały czas zapominają, że reklamacja złożona przez klienta dla sklepu wcale nie jest nieszczęściem. Jest okazją, aby przywiązać go do siebie na dłużej.

Skoro jakość obsługi klienta jest taka jaką widzimy na codzień (czyli niska) to za każdym razem kiedy ktoś wybija się z tego marazmu budzi zdziwienie.

Chętniej więc do takiego sklepu wracamy.

Jak przed II wojną światową w dobrym sklepie towarowym w Warszawie klient przyszedł się poskarżyć, że nabył futro z wadą, to nie tylko wymieniano mu je na nowe, ale jeszcze przepraszano go mocno i odwożono autem do domu. To robiło wrażenie.

Dziś wrażenie potrafi zrobić szybkie odpisanie na maila od klienta…

PS. Chciałem zapytać firmę Vobis co ona na to wszystko. Wysłałem do nich dwa maile na różne adresy, jeden podany na stronie internetowej sieci, drugi do ich biura prasowego. Za każdym razem dostałem zwrot, że moja poczta nie może się dostać na ich serwer, bo jest uznawana za spam.... 

11:57, miaczynski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 06 listopada 2014

Pan Łukasz chciał sobie polecieć 30 października z Gdańska do Haugesund. Gdzie jest Haugesund? Też zadałem sobie to pytanie. Odpowiedź brzmi w Norwegii.

Bilet za 39 zł zakupił 28 września na lot 30 października Kod potwierdzenia lotu: N7SIRZ, faktura vat nr: 41312164P.

Ponieważ jest człowiekiem zapobiegliwym dokupił jeszcze oferowaną przez linię opcję FLEXX. Co to jest FLEXX? Też zadałem sobie to pytanie.

„Zakup usługi WIZZ Flex pozwoli zmienić datę, godzinę i trasę lotu w Internecie tyle razy, ile to konieczne.”

I dalej:

„Nie jest pobierana opłata za zmianę, ale należy pokryć ewentualną różnicę w cenie za przewóz”.

flex

Tyle teorii, teraz przechodzimy do praktyki.

Pan Łukasz ponieważ plany mu się zmieniły zmienił termin i trasę lotu na 2 grudnia z Haugesund do Gdańska. Cena biletu 39 zł. Do tego doliczono mu jednak opłatę manipulacyjną w wysokości 35 zł. Poprosił więc o zwrot niesłusznie jego zdaniem pobranej opłaty.

Co na to Wizz?

„W nawiązaniu do Pana pisma uprzejmie informujemy, że usługa Wizz Flex pozwala na zmianę daty, godziny i trasy lotu w Internecie tyle razy, ile to konieczne bez pobierania opłaty za zmianę. Tymczasem, z poczynionych przez nas ustaleń wynika, iż opłata w kwocie 35 PLN, o której Pan wspomina to opłata administracyjna, która jest częścią ceny całkowitej biletu i pobierana jest przy dokonywaniu (a nie modyfikowaniu) rezerwacji.”

Tu pan Łukasz się mocno zdziwił. Zgodnie z tym co Wizz Air ma na stronie wynika że jedyny koszt jaki ponosi osoba korzystająca z opcji Flex jest różnica w cenie biletu.

A czytelnik jak mu się wydawało całkowicie logicznie wyliczył, że skoro całkowita cena biletu (bez kosztu FLEX) w dniu 28.09 wynosiła 39 PLN, i cena biletu na dzień 2.12, wynosiła 39 PLN, to suma opłat związanych z przebukowaniem winna wynosić 0 PLN.

- W związku z tym opłatą administracyjną w wysokości 35 PLN proszę obciążyć pracownika WIZZ, odpowiedzialnego za wprowadzenie mnie w błąd, natomiast mnie proszę ją zwrócić - opowiedział radośnie linii.

I co?

I oczywiście, że nic.

Wizz?

„Pragnąc przeprosić Pana za wcześniejszą błędną informację uprzejmie informuję, że kwota 35 PLN wynika z różnicy w cenie biletów. Bilet na lot 30 października 2014 r. kosztował 4 PLN, natomiast na lot 2 grudnia 2014 r. 39 PLN. Jak Pan wie, przy zakupie usługi FLEX nie jest pobierana opłata za zmianę, ale należy pokryć różnicę w cenie za przewóz. Pragnę jednocześnie dodać, że cena całkowita rezerwacji przed jej zmianą zawierała: koszt biletu – 4 PLN, opłatę administracyjną – 35 PLN oraz koszt usługi FLEX – 41 PLN.”

Innymi słowy tani przewoźnik przekonuje pana Łukasza, że jednego dnia w cenie 39 PLN, widniejącej na stronie WIZZ zawiera się 4PLN za bilet i 35 PLN opłaty administracyjnej, a innego dnia, w cenie 39 PLN, widniejącej na stronie WIZZ, zawiera się już tylko 39 PLN za bilet...

Przyznają państwo bardzo wygodne.

- Przyznaję bez bicia, że bukując nowy lot, miałem możliwość zmieszczenia się w pewnych widełkach czasowych, więc kierowałem się wyłącznie ceną biletu, tak aby właśnie nic nie dopłacać. Zobaczyłem pod datą 2.12 cenę 39 PLN, wybrałem lot i… reszta, jak u Barei - nie mamy Pana płaszcza i co nam Pan zrobisz? - pisze do mnie zdziwiony czytelnik.

- Czeski (a właściwie węgierski) film - dodaje.

Moim zdaniem o wszystkim w tym przypadku powinna rozstrzygać faktura, gdzie powinny być wymienione wszystkie części składowe końcowej ceny.

A faktura jest już pozwalająca. Dla Wizz Air wszystko bowiem to po prostu... bilet.

wizzairbilet

wizzfaktura2

I tak to bezpłatna zmiana kosztuje 35 zł. Cud!

---

W sprawie pana Łukasza głos postanowiła nawet zabrać sama linia lotnicza. Choc nie wiem, czyt to Państwu cokolwiek wyjaśni....

Daniel de Carvalho, rzecznik prasowy Wizz Air: Podczas gdy większość tradycyjnych linii lotniczych nie zezwala na zmiany dokonanych podczas trwania promocji rezerwacji, Wizz Air umożliwia modyfikowanie każdej z nich w ramach świadczonych usług. Dodatkowych opłat za zmianę rezerwacji można uniknąć, wykupując dodatkowo podczas zamawiania biletów opcję WIZZ Flex, która kosztuje tylko 41 złotych. Jednak, zgodnie z przyjętą w branży praktyką przy zmianie rezerwacji to klienci pokrywają różnicę w cenie biletów. Ta regulacja została wprowadzona, aby uniknąć nagminnych zmian rezerwacji biletów kupionych w okresach obowiązywania niższej taryfy na droższe loty w okresach zwiększonego popytu.

17:15, miaczynski
Link Komentarze (7) »
piątek, 31 października 2014

To nie są dobre dni dla właściciela Jerónimo Martins, do której należy sieć sklepów Biedronka. Wczoraj wartość spółki na giełdzie w Lizbonie spadła o ok. 400 mln euro, piątkowy poranek również zaczął się od spadków o kolejne prawie 200 mln euro.

Obecnie właściciel Biedronki wyceniany jest na 4,4 mld. euro, a jeszcze rok temu było to prawie 10 mld. euro.  Obecnie jednak akcja spółki kosztuje ok 7 euro, to najniższy kurs od 52 tygodni.

Zrzut_ekranu_20141031_o_14.12.40

Wartość akcji spada przez polskie inwestycje. Dla Jerónimo Martins „Biedronka” to najważniejszy składnik majątku, nie tyle perła w koronie, co sama korona. Od niej zależy wartość spółki.

A akcje spadają, bo inwestorom nie podobają się wyniki polskiej sieci.

Od Biedronki oczekuje się, że sprzedaż w jej sklepach będzie nieustająco rosła i to dwucyfrowo, tak jak to było w przeszłości. Biedronka ma być Supermanem, którego rzeczywistość (deflacja, niskie ceny żywności) nie dotyczą. Inne sieci mogą mieć problemy, ona ma być nieczuła na koniunkturę.

Tymczasem rynek się zmienił.

Jako tanie pozycjonują się wszystkie sieci, nawet delikatesowa Alma twierdzi, że jest tania. Ceny w sklepach się do siebie zbliżyły. Proszę zwrócić uwagę co się stało choćby z ceną łososia. 0 ile kilka lat temu kosztował on ok. 60 – 70 zł za kg teraz ok. 40 zł za kg.

Poza tym Biedronka nigdy nie była najtańszą siecią. Marketingowo pozycjonowała się jako najtańsza to różnica.  

Biedronka owszem zwiększa przychody, ale tylko dzięki temu, że otwiera nowe sklepy. Sprzedaż w jej starych sklepach stoi w miejscu , ewentualnie spada, bo zwyczajnie ma ich już bardzo dużo ponad 2,5 tys.

Co więc robi?

Sieć, która do tej pory narzucała własne standardy rynkowe zaczyna zaś kopiować co lepsze pomysły konkurencji jak np. tygodnie tematyczne Lidla. 

Akurat taka szamotanina sprawdza się dobrze, ale tylko na krótką metę. Biedronka przez lata płynęła na fali nagłego zamiłowania Polaków do oszczędzania. Ta fala się jednak skończyła. Sieć musi znaleźć kolejną.

Musi również odświeżyć swój wizerunek, bo zwyczajnie się znudziła (osobiście pamiętam czasy gdy jeden link na gazeta.pl i w dowolnym portalu, gdzie było słowo Biedronka powodował lawiny klików, teraz już tak nie jest).

Nie będzie to łatwe i nie ma pewności, że się uda.

Tak gwałtowna przecena akcji w ciągu roku oznacza, również że spółka będzie traktowana dla inwestorów, coraz bardziej spekulacyjnie, jako okazja do zarabiania dla tych, którzy lubią łapać spadający nóż za rękojeść.

Można zarobić, można też się zranić.

W tej całej sytuacji można się też zastanawiać czy giełdowe tąpniecie akcji nie jest nieco oderwane od właściwej kondycji spółki. Bo Biedronka ciągle zarabia pieniądze (zysk za 3 kwartał to 92 mln. euro), ciągle zwiększa udziały w rynku (obecnie ma ok.17 proc.), wprowadziła do sklepów karty – już co piąta transakcja jest realizowana w ten sposób – i to w dłużej perspektywie zwiększy jej przychody i ciągle jest największą siecią handlową w kraju, której nikt przez długie lata nie doścignie.

15:16, miaczynski
Link Komentarze (8) »
czwartek, 30 października 2014

Nissan Connect to coś w rodzaju radia samochodowego z dostępem do internetu. Skomplikowane? To proszę sobie wyobrazić, że szukają państwo w domu na laptopie na mapach googla trasy do babci mieszkającej dajmy na to pod Szczecinem. Albo w Zabrzu.

Trasę wysyła się następnie na swoje konto Nissan Connect.

A następnego dnia rano wchodzi się do samochodu, podłącza poprzez bluetooth do radia smartfona (Nissan Connect aby działać używa internetu z telefonu). I co? I radio wyświetla trasę z map googla jak normalna nawigacja.

nissan1

Albo - to inna funkcja - możemy sobie sprawdzić jaką wiadomość ktoś do nas napisał na Facebooku. Lub posłuchać radia internetowego.

Wygląda to tak:

- Funkcjonalność tego jest średnia, ale nie w tym rzecz. Usługa przez 2 lata jest darmowa, a później trzeba opłacić abonament. Rzecz w tym, że Nissan nie podaje kwoty jaka będzie obowiązywała po 2 latach - pisze do mnie pan Michał, który auto tej marki kupił w tym roku, razem z opcją Nissan Connect.

Czytelnik usiłował się nawet dowiedzieć ile ta przyjemność będzie go kosztować. I żeby nie było, Nissan mu nawet odpowiedział, co przyznają państwo nie zawsze wśród firm się zdarza. A co odpowiedział?

„Szanowny Panie, Ceny usługi po dwu letnim bezpłatnym okresie nie są jeszcze ustalone. Klienci zostaną powiadomieni o wysokości opłat gdy tylko będą one znane. Oczywiście nie będzie obowiązku kontynuacji usługi po wspomnianym bezpłatnym okresie.

Z poważaniem Centrum Obslugi Klienta Nissan”

I wszystko jasne, prawda?

- Ciekawi mnie czy to jest fair - urządzenie wspierające Nissan Connect to koszt ok 5000zł a jeśli po 2 latach zażyczą sobie np. 500zł rocznie za korzystanie z usługi to będę lekko niezadowolony, że nie wybrałem zwykłej nawigacji - rozkłada bezradnie czytelnik ręce niezadowolony, że kupił kota tfu Nissana w worku.

Odezwałem się więc do Nissana i ja.

I powiem państwu - to faktycznie działa! Odpowiadają! To znaczy oddzwoniła do mnie bardzo miła i sympatyczna pani, która równie sympatycznie i milo potwierdziła, że nie maja pojęcia ile ów abonament będzie za dwa lata kosztował.

To - jak stwierdziła - wie tylko centrala na Węgrzech. A ona tam się odezwie, żeby uzyskać jakieś stanowisko. I, że mogę się spodziewać jakiejś odpowiedzi w poniedziałek.

Oczywiście, że w poniedziałek nie otrzymałem nic podobnie jak we wtorek oraz w środę. Dla porządku dodam, że dziś też nic nie dostałem.

Ostatnio głośno było o pomyśle opodatkowania danych internetowych na Węgrzech. Skoro nic nie dostałem to oznacza, że wiadomość musiała być naprawdę ciężka...

16:59, miaczynski
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 68