Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
poniedziałek, 20 października 2014

Państwo wybaczą, ale dzisiaj będę się czepiał.

Może nam się to wydać szokujące, ale według Eurostatu żywność i napoje bezalkoholowe mamy tańsze nawet od Rumunów, Albańczyków czy Bułgarów. W tej dziedzinie jest tylko jeden kraj, gdzie jest taniej i to niewiele: Republika Macedonii (Ukrainy, Białorusi i Rosji w tym kontekście Eurostat nie bada).

I nawet jak nałożymy to na siłę nabywczą, to i tak nam wyjdzie, że akurat pod tym względem nie powinniśmy za specjalnie narzekać.

Efekt tego jest jednak również taki, że producenci są tak dociśnięci, przez sieci że ledwo wiążą koniec z końcem. No dobrze, tutaj nieco przesadziłem. Część faktycznie kwiczy, a druga część widząc przed sobą perspektywę cięcia swojej marży, albo podwyżkę ceny produktu (na co sieci handlowe nie chcą się zgodzić) rozkłada ręce w magiczny sposób w obie strony i znajduje rozwiązanie.

I nagle okazuje się, że aby zachować ceny, chwytają się magicznych sztuczek w rodzaju "opakowanie to samo, ale mniej w środku" (dla klienta 5 proc. jogurtu w opakowaniu to niewiele mniej, dla producenta to duża oszczędność) albo produkują pod marką własną sieci.

Trzeba jednak przyznać, że pomysłowość jest tutaj coraz większa. Pisałem już jak cudownym sposobem spada moc alkoholi (akcyza w końcu wzrosła, trzeba zbilansować sobie koszty) 

Teraz zaskoczył mnie jednak pan Dominik, który będąc ostatnio  w sklepie sieci E.Leclerc zauważył "Mięso mielone wołowo-wieprzowe" w cenie 7,99zł/kg. Porwał łup i zadowolony ruszył w stronę kasy. W domu jednak obejrzał opakowanie i mina mu nieco zrzedła.

Jak przeciętny konsument założył, że jednego i drugiego wkładu mięsnego będzie tyle samo.

A tu proszę niespodzianka. Mięso mielone wołowo – wieprzowe składało się z wieprzowiny (w 80 proc.) i z wołowiny (w 20 proc.).

 10728693_778580575540194_2062372148_n

Wyjaśnienie oczywiście jest bardzo proste. Wieprzowina jest tania, wołowina droga.Mieszając pół na pół jedno z drugim nijak nie wyjdzie 7,99 zł za kilogram.

- Czy w przypadku 20 proc. wołowiny i 80 proc. wieprzowiny można nazwać taki produkt "wołowo-wieprzowy"? Czy nie powinno być na odwrót, skoro wieprzowiny jest więcej (pow. 50 proc.) – pyta czytelnik.

Jak dla mnie jest to produkt wieprzowy z dodatkiem wołowiny. Ale ja jestem w mniejszości.

Z kolei pan Rafał zadumał się nad losem śledzia, którego nabył drogą transakcji kupna – sprzedaży w dyskoncie sieci Biedronka. Kupił, otworzył i się zdziwił. - Z zewnątrz bardzo ładnie. Po otwarciu cały środek to cebula tylko na około opakowania są koreczki śledziowe. A zdawało mi się że kupowałem śledzia a nie cebule – komentuje czytelnik.

 sledz

Na profilu „Towaru” na Facebooku, gdzie zamieściłem zdjęcie powstała od razu gorąca dyskusja gdzie część komentujących stwierdziło, że sprawy nie ma bo w sumie śledzia tu trochę jest a poza tym czytelnik mógł uważać co kupuje i dokładnie obejrzeć pudełko. Druga grupa wspierała pana Rafała.

Ten rzuca na szalę ostateczny argument, czyli denko. Faktycznie – nawet oglądając dokładnie pudełko ciężko się zorientować ile w środku jest śledzia a ile cebuli.

10726657_846785138678725_928931355_n 

Poza tym cebula w sumie jest zdrowa. Ale z drugiej strony jak ktoś pragnie śledzia, to pragnie śledzia. 

I kończąc tę historię – pan Horacy, który również kupił śledzia w Biedronce i po wyjęciu cebuli zastanawia się teraz jak owijają te śledzie na ściankach, na klej, czy siłą odśrodkową...

BzkxHntCcAEMHzG

Zaiste jest to ciekawa zagadka.

BzkxSKiCIAAEMO2

Tagi: biedronka
22:51, miaczynski
Link Komentarze (14) »
niedziela, 19 października 2014

Pewnie niektórzy z Państwa już słyszeli, mało znana szafiarka Disa, ogłosiła, że w torebkach znanej firmy spod Łomianek Wittchen nosi już tylko ziemniaki. Po tej deklaracji stała się bardziej znaną szafiarką.

Osobom, które nadal nie czują się wprowadzone w temat wyjaśnię, że w całej sprawie chodzi o to, że sieć dyskontów Lidl po raz kolejny sprzedawała torebki marki Wittchen w cenie złotych niespełna 250.

Fakt ten wywołał tradycyjne turbulencje przy koszykach z produktami (ludzie wpierw czekali przed sklepami na otwarcie sklepów, a później się pchali).

Podobnego rodzaju ekscesy miały już miejsce w Lidlach kilkakrotnie w tym roku, choćby sławetna bitwa o crocsy czy potyczka o ubrania sportowe.

Tu jednak sprawa jest nieco szersza, bo nie chodzi tylko o wyrywanie sobie torebek z ręki, co przyznaję oglądam zawsze ze zdumioną gębą i pewnym podziwem, że ktoś ma na to siłę i ochotę, ale również o odpowiedź na pytanie, czy nie są one sprzedawane za tanio.

A zdaniem Disy są.

10 lat temu zakochałam się w torebkach marki Wittchen. Pamiętam pierwszą torebkę, którą dostałam na urodziny, a której cena była wtedy dla mnie zaporowa. Pamiętam radość, szczęście i pewnego rodzaju dumę.

Zawsze zaciekle broniłam tej polskiej marki… broniłam nawet wtedy, gdy jakość spadła dość odczuwalnie. Jeszcze do niedawna z przyjemnością sięgałam po produkty tej marki i dość często nabywałam je na prezenty dla bliskich. Pierwsza promocja marki Wittchen w Lidlu przeszła obok mnie dość obojętnie, ale nie ukrywam, że poczułam dyskomfort. Małe ukłucie wewnętrznego buntu i torebki poszły na tył szafy, a co za tym idzie były na drugim planie. Kolejne „rzuty” w Lidlu i walka o torebki po 250 zł sprawiły, że przestałam zaglądać do ich sklepu i przestałam zaglądać na stronę.

Z czasem zauważyłam, że zaczęłam torebki Wittchena traktować jak te robocze, te gorsze. Pewnie każda kobieta ma torebki, które kocha, dba o nie i z przyjemnością ich dotyka oraz ma takie, które bierze by oszczędzić te ulubione. Wittchen stał się symbolem torebki gorszej kategorii, a jakiś czas temu przyłapałam się na tym, że wzięłam skórzaną (tania nie była) torebkę Wittchena do warzywniaka i wsypałam do niej luzem ziemniaki. Czy jest coś gorszego niż w ten sposób sponiewierana miłość?” – pyta szafiarka

A dalej w komentarzach dodaje, że „po prostu nie mam ochoty płacić (średnio) 700 zł za torebki, które później walają się w koszach w dyskoncie spożywczym.”

10339779_699203373491034_1518477794246469195_n

Oczywiście społeczeństwo zareagowało na podobne deklaracje w znaczącej części w bardzo prosty sposób uznając, że szafiarce w pewnej części ciała się poprzewracało. Osobiście jednak rozumiem jej nastawienie jako konsumentki. Zwyczajnie czuje się zrobiona w jajo i więcej torebki za 700 czy 900 zł tej firmy nie kupi.

I dla Wittchena będzie to problem, bo podobnego rodzaju manewry jak romans z Lidlem dla marki chcącej przebywać w kategorii premium (choć z całym szacunkiem na pewno nie luksusowej czy ekskluzywnej) to rzecz niebezpieczna.  

Można oczywiście porównywać to do sytuacji gdy np. Karl Lagerfeld zaprojektował serię ubrań dla taniej sieciówki H&M. 

- Ale to jest tanie – rozpaczał w reklamie jeden z rozgoryczonych regularnych klientów

- Sam jesteś tani, nic ci nie pomoże – odpowiadał Lagerfeld dumnie.

Tu jednak drobna uwaga, to co zrobił Lagerfeld to była specjalna kolekcja robiona tylko i wyłącznie dla H&M. A w komunikacji reklamowej było wyraźnie zaznaczone, ze jest to nie Karl Lagerfeld, tylko  „Karl Lagerfeld for H&M”.

Różnico pozornie niewielka, ale w rzeczywistości bardzo duża.

Podobnie było w H&M z innymi dużymi markami. Owszem był Versace, ale w wersji  „Versace for H&M”. Był  Jimmy Choo jako „Jimmy Choo for H&M” (zresztą sam Jimmy Choo, udziały w swojej firmie sprzedał 13 lat temu za 10 mln. dolarów i nie bierze udziału w jej prowadzeniu, bo jakby brał to by się na to nie zgodził).

 

Tu nie mamy jednak „Wittchen dla Lidla” czy jak kto woli „Wittchen for Lidl” tylko po prostu „Wittchen”. I na dodatek nie wiadomo czym te torebki różnią się od sprzedawanych za kilka razy większą sumę w salonach sieci.

Na dodatek Wittchen powtarza swój manewr ze sprzedażą w dyskoncie rok po roku. Jeśli ktoś zrobił tutaj dobry interes to z całą pewnością Lidl.

Ale Wittchen również przyznam szczerze nie miał wyjścia. Spółka zwyczajnie potrzebuje pieniędzy. Nie może się cały czas pozbierać po nieudanym przejęciu Vip Collection (zresztą szybko sprzedanego).  Z tego samego powodu musiała odwołać swój giełdowy debiut. 

Torebki Wittchena w Lidlu mają więc podwójne dno.

 

23:59, miaczynski
Link Komentarze (14) »
środa, 15 października 2014

Przyszłością branży pocztowej nie są żadne listy,  żadne usługi finansowe, ani koperty i znaczki sprzedawane na pocztach.

A co jest? Paczki. Małe, duże, pękate, wypukłe i płaskie.

Bo, o ile list można wysłać mailem, tak nie da się jeszcze przesłać mailem dajmy na to telewizora, pralki albo zestawu kosmetyków.

Oczywiście w miarę upływu czasu, pewne rzeczy będzie można sobie wydrukować w domu, na drukarce 3D. Czyli zapłacimy owszem, ale za projekt, którzy przyjdzie przez internet. Podłączymy sobie pod smartfona drukarkę 3D i wciśniemy: drukuj buty.

O na przykład tak:

To jednak pieśń przyszłości.

Jak na razie trwa między firmami kurierskimi a Pocztą Polską wyścig o paczki (głównie te z interentu). Wyścig w którym narodowy operator był przez lata tym leniwym kolarzem, który zamiast harować na treningach imprezował z kolegami.

Zamiast nabierać mięśni, przybierał na wadze. A rower? A rower to mu po prostu ukradli. Albo go zgubił, tak do końca nie wiadomo.

Od dwóch lat Poczta usiłuje wrócić do zawodowego ścigania, ale jak wynika z przygód pana Janka sporo jej jeszcze zostało do zrobienia.

- Historia ta przydarzyła mi się w dniu dzisiejszym na Poczcie Polskiej kiedy odbierałem przesyłkę wysłaną do mnie przez kolegę z Bydgoszczy. Kolega wysłał do mnie przesyłkę nową usługa Poczty, która działa w ten sposób, że "przesyłka kurierska", jak nazywa ją Poczta, dociera do wybranego urzędu pocztowego skąd może być odebrana natomiast nie jest dokonywana próba doręczenia, trochę jak paczkomat - relacjonuje pan Janek.

Czytelnik dostał emailem informację (emailem, czuja Państwo jak się zmienia rzeczywistość!), że przesyłka dotarła do urzędu pocztowego.

A jeszcze konkretniej do Urzędu Pocztowego Warszawa 123, Ul. Warszawska 58C, Warszawa.

- Po sprawdzeniu dowodu osobistego pani na poczcie podsunęła mi do podpisania kartkę, wskazując miejsce na podpis, nad którym malusieńkimi literkami napisane było "przesyłkę otrzymałem w dobrym stanie". Zapytałem panią w okienku, czy mogę zobaczyć przesyłkę skoro mam poświadczyć swoim podpisem, że otrzymałem ją w dobrym stanie. Powiedziano mi, że taka możliwość istnieje, ale tylko jeżeli nadawca wykupi dodatkową usługę, a skoro nie wykupiłem to mogę poświadczyć, że w dobrym stanie albo odmówić przyjęcia przesyłki - pisze do mnie zdumiony czytelnik.

Jak widać ten email go zmylił i oczekiwał, że w razem z uruchomieniem systemu komputerowego narodowy operator uruchomi też logikę w urzędach pocztowych.  Błąd. Być może pracowników Poczty rozprasza pobliski bioenergoterapeuta...

pocztapolska1

- Nie miałem pojęcia, czy przesyłka była w dobrym stanie, a jeśli po odebraniu zobaczyłbym, że jest zniszczona i wtedy złożył reklamację to doskonale wiemy co by się stało: Poczta wyciąga właśnie podpisaną przez mnie karteczkę, że przecież w dobrym stanie, koniec rozmowy. W paczce były drogie głośniki i nie chciałem ryzykować - opowiada pan Janek.

Czytelnik zapytał czy może w tej sprawie złożyć reklamację i dowiedział się, że reklamację w takim przypadku może złożyć tylko klient a klientem jest nadawca nie adresat.To nie był oczywiście koniec.

- Zapytałem, czy mogę porozmawiać w tej sprawie z kierownikiem ale dowiedziałem się, że go nie ma. W takiej sytuacji, przyparty do muru (bardzo potrzebowałem tych głośników!) po prostu podpisałem. Podpisałem stwierdzenie o którego prawdziwości w momencie podpisywania nie miałem pojęcia, ale do którego zostałem (nie fizycznie, bardziej przez vis compulsiva) zmuszony. Bo wybór podpisujesz albo nie dostajesz paczki to nie jest wybór, to jest wykorzystywanie dominującej pozycji - uderza w mocne tony pan Janek.

I w tym szlachetnym oburzeniu go wsparłem odpytując Pocztę Polską.

Rzecznik tej instytucji Zbigniew Baranowski również był nieco zdziwiony. Jego zdaniem placówka pocztowa Warszawa 123 przy ulicy Warszawskiej w Warszawie  się myli i to dwa razy.

Pierwszy

- Oczywiście, paczka przed podpisaniem odbioru mogła zostać pokazana klientowi. Skoro Klient wyraził takie życzenie, to pracownik wydający powinien mu to umożliwić. Uczuliliśmy pracowników placówki w kwestii zasad wydawania przesyłek. Jednocześnie za Pana pośrednictwem chciałbym przeprosić Klienta za zaistniałą sytuację - twierdzi Baranowski. I wyjaśnia, że Poczta ma również usługę innego rodzaju, czyli sprawdzenie zawartości zgodnie ze specyfikacją dołączoną przez nadawcę. Koszt dla nadawcy to 6,15 PLN.

I drugi.
- W kontekście prawa wniesienia reklamacji to chciałbym wyjaśnić, że przysługuje one zarówno nadawcy, jak i adresatowi. Adresatowi - w przypadku gdy nadawca zrzeknie się na jego rzecz prawa dochodzenia roszczeń, albo gdy przesyłka została doręczona adresatowi - mówi Baranowski.

Żeby jednak nie było, że biję w Pocztę Polską a inni są świeci. Dzisiaj na Facebooku czytałem wyznanie kolegi, któremu Amazon uparcie twierdzi, że paczka, którą trzyma właśnie w ręku dojdzie do niego za siedem dni...

16:58, miaczynski
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 października 2014

- Czy mógłby się Pan odnieś jakoś do tego artykułu czy nie jest to czasem czarny PR - pyta pani Agnieszka.
I dodaje:

- W szkole do której chodzi moja córka, Pani dyrektor zabroniła przynosić gumek (loom bands), mówiąc, że są one rakotwórcze. Dziecko spać nie może po nocach, bo miało styczność z tymi gumkami. Szukam informacji na ten temat, ale widzę, że nic sensownego się nie pojawiło - pisze czytelniczka.

O co chodzi?

W szkołach jest teraz nowa moda, dziewczynki robią sobie bransoletki z kolorowych gumek recepturek. Dwie najpopularniejsze marki tych produktów to Loom Bands i Rainbow Loom.

- Eksperci alarmują o szkodliwych związkach zawartych w podróbkach popularnych zestawów do robienia ozdób – Rainbow Loom. Wykryto w nich bardzo niebezpieczne dla zdrowia substancje – ftalany. Niektóre z podróbek zawierały aż 50 proc. ftalanu, podczas gdy ich dopuszczalna norma w produktach wynosi 0,1 proc! - pisał niedawno Fakt a wraz z nim sprawę podchwyciły inne media..

ftalanwlasciwy

Efekt jest tego taki, że wokół gumek kręci się jakaś niezdrowa histeria.

 ffff4

ftalany

Po kolei. Owszem ftalany w dużym stężeniu najczęściej mogą uczulać, czyli powodować wysypkę albo zaczerwienienia na skórze.

Cała sprawa wzięła się od artykułu w angielskim tabloidzie Daily Mail

daily

Można się oczywiście zastanawiać na ile jest szansa, że tanie przewieszki z Wielkiej Brytanii dotrą do Polski. Ale istotniejsze jest coś innego Na 16 badanych w Anglii tanich zestawów problemy były z dwoma.

Ale nie chodzi tutaj o gumki, bo nawet w tanich zestawach wszystko z nimi było w porządku, tylko o przewieszki do tych gumek, czyli doczepiane do nich kawałki plastiku.

„Marion Wilson, from the Birmingham Assay Office, said: 'The problem we found was not with the bands but with the charms that are sold with them.”

Reasumując jeśli dziecko bawi się gumkami nic mu nie grozi. A jeśli ktoś chce mieć pewność, że obcuje z produktem przebadanym i dopuszczonym do sprzedaży na terenie UE niech wybiera taki ze znakiem CE.

11:32, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 października 2014

Od 2 października zaczęła się niezwykle ciekawa z punktu widzenia handlu promocja w sieci sklepów Biedronka. Po raz pierwszy dyskont rzucił na swoje półki spory zestaw kolorowych spirytualiów spod znaku pędzącej myszy.

Sieć do tej pory znana była głównie ze sprzedaży whisky „Golden Loch” zwanej pieszczotliwie przez koneserów „złotą lochą”. Trunek jest ten o tyle charakterystyczny, że nawet zalany colą wydobywa z siebie charakterystyczny posmak - hmmm co tu dużo kryć - bimbru i to słabej jakości bimbru.

Swoją drogą moim zdaniem konkurencja w postaci Kauflandu (Black Sword) czy Lidla (Glen Orchy albo bourbon Western Gold) smakuje zdecydowanie lepiej. Ale ponoć o gustach się nie dyskutuje.

Wracając do tematu „Loch” w ofercie Biedronki jest i tym razem. O ile jednak zazwyczaj kosztuje 31,99 zł tak teraz w gazetce występuje za 33,95 zł.

W ofercie jest też markowa szkocka whisky, czyli dwa rodzaje Grant'sa. Jeden „reserve” za 34,89 zł za pół litra, drugi za 49,99 zł za 0,7l, jest również czarny Johnnie Walker 0,5 l za 68,99 zł.

Górny pułap za butelkę - 70 zł

Wszystkie wymienione wyżej alkohole były już wcześniej dostępne w Biedronce. Nowością w tym towarzystwie jest za to Highland single malt Grangestone double cask za 69,99 zł.

„Single” oznacza produkcję w jednej destylarni, a „malt” wytwarzanie ze słodu jęczmiennego (czyli teoretycznie jest whisky jest lepszej jakości). Double cask oznacza z kolei, że whisky była przechowywana w dwóch rodzajach beczek (wpierw w jednej, później w drugiej). W tym przypadku początkowo w tradycyjnych dębowych beczkach, a później w baryłkach po bourbonie.

Whisky pachnie ładnie - kwiatami, w smaku nie jest jednak szczególnie godna zapamiętania.

„Grangestone” to żadna mała destylarnia. Marka należy do Quality Spirits International Ltd, firmy która odpowiadała za pojawienie się na półkach w dyskoncie jakiś czas temu 12 letniej whisky James King. QSI to z kolei spółka podległa gigantowi, czyli William Grant & Sons do ktorego oferty należy również oprócz rzecz jasna Grant’sa także irlanadzka whiskey Tullamore (w Biedronce w tej ofercie za 39,99 zł za 0,5 l ).

W gazetce Biedronki jest też Bushmills (marka Diageo do której należy Johnnie Walker),Jim Beam– whiskey typu bourbon oraz trochę brandy i likierów.

biedra

Zdjęcie: Racoon

Październikowa oferta jest o tyle ciekawa, że Biedronka zwolniła cześć swoich półek z winem, aby wstawić tam whisky/whiskey. To znając portugalską sieć test, na ile ta kategoria alkoholi jest w stanie zrobić większy obrót.

Sprzedaż whisky/whiskey od ładnych kilku lat w Polsce mocno rośnie. Średnio w ciągu ostatniej dekady po 20 proc. rocznie.

whisky21Infografika: Wealth Solutions

whisky3Infografika: Wealth Solutions

Dla porównania sprzedaż czystej wódki - maleje. A wino? W ubiegłym roku wydaliśmy na nie 2,06 mld zł (dane Ambra za firmą badawczą Nielsen). To wzrost o 3 proc. W 2012 r. wzrost wyniósł prawie 8 proc. Tu jednak Biedronka ma potężnego konkurenta w postaci Lidla, który z roku na rok radzi sobie coraz lepiej.

- W 2013 roku sprzedaliśmy ponad 15 milionów butelek wina, czyli 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Wartościowo sprzedaż wzrosła o około 18 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Oznacza to, że klienci w sklepachLidl nie sięgają wyłącznie po wina najtańsze - zwiększa się sprzedaż win droższych. Z danych sprzedażowych wynika, że konsumenci przeznaczali średnio 9 proc. więcej na zakup butelki wina. Natomiast już na chwilę obecną sprzedaż wina w 2014 wyniosła ponad 10 milionów butelek, a należy wziąć pod uwagę, iż przed nami jest jeszcze akcja promocyjna win francuskich oraz okres świąteczny - dowiedziałem się w Lidlu.

W whisky/whiskey Biedronka takiej konkurencji nie ma. 

Tagi: biedronka
15:18, miaczynski
Link Komentarze (8) »
środa, 01 października 2014

Na początek będzie zagadka. Bols, Żubrówka, Absolwent czy Soplica to polskie wódki czy nie? Aby nie trzymać za bardzo w napięciu odpowiem: to zależy jak kto na to patrzy. Produkowane są w Polsce, ale właścicielem firmy CEDC jest rosyjski oligarcha Rustam Tariko, który firmę CEDC kontroluje przez firmę Russian Standard.

- Niedawno wpadłem na trop rosyjskich sankcji gospodarczych, uderzających w nasz rynek! - pisze mi pan Piotr.

I załącza zdjęcie wódki Soplica. Widać na nich, że Soplica z banderolą z 2013 roku, ma 36 proc. alkoholu, a nowa z 2014 roku ma już tylko 32 proc.

Zaniemogła? Osłabła biedaczka?
- Zastanawiam się, czy firma Russian Standard uznała, że 36 proc. to za dużo w nalewce, czy po prostu jako konsumenci jesteśmy ofiarami oszczędności. W przypadku wielu serków czy jogurtów zmniejsza się waga, tutaj Ciężko ukryć mniejszą objętość, bo przecież na to każdy zwróci uwagę, wiec alkohol wyparował - pisze czytelnik.

Proszę zobaczyć samemu:

soplica1

Co na to producent? A to już tłumaczy mi Krzysztof Kouyoumdjian z CEDC.

„W rzeczywistości, opisana sytuacja wygląda inaczej: jeszcze na początku tego roku mieliśmy w ofercie warianty smakowe Soplicy o różnej zawartości alkoholu: 32 i 36%. Podjęliśmy więc decyzję o ujednoliceniu tego wskaźnika dla całej linii nalewek i przeprowadziliśmy testy wśród konsumentów, badając różne opcje – zarówno słabsze, jak i mocniejsze.”

Według Kouyoumdjiana konsumentom bardziej smakował w testach wariant 32 proc.

- Płynie stąd wniosek, że w tym segmencie alkoholi smakowych (formalnie ta kategoria nazywa się „napój spirytusowy”, możemy też w tym wypadku używać terminu „nalewka”), konsumenci bardziej cenią potrzebę delektowania się smakiem niż… zawartość alkoholu. Warto zaznaczyć, że Soplice smakowe nie są i nigdy nie były wódką – także z formalnego punktu widzenia, ponieważ aby produkt można było nazywać „wódką” musi on mieć minimum 37,5% alkoholu - twierdzi Kouyoumdjian.

I dodaje, że sprzedaż Soplicy w wersji lżejszej osiągnęła w sierpniu tego roku najwyższe udziały rynkowe w historii.

Z tymi procentami i etykietami to w ogóle trzeba mocno zwracać uwagę, bo to że coś wygląda jak wódka, wcale nie oznacza, że wódką jest.

O proszę oto i kolejny nadesłany przed Państwa dowód:

gorzka

Czym jest wobec tego to cudo jeśli nie wódką?

Stock, czyli producent tłumaczy tak: „Żołądkowa Gorzka to słodko- gorzki alkohol. Trudno go skategoryzować - jest to zwyczajnie rodzaj trunku o zawartości alkoholu 36 % a my bardzo często powtarzamy w takim przypadku, 
że ze względu na siłę marki Żołądkowa Gorzka to segment alkoholu sam w sobie. Butelki Żołądkowej nie stoją wśród wódek a raczej wśród alkoholi kolorowych które są przypisywane do bardzo różnych kategorii od likierów po napoje spirytusowe.”

Jak widzą państwo wygląda jak wódka, ale to nie jest wódka, tylko od razu cały segment.

poniedziałek, 29 września 2014

Jedna z największych sieci w kraju powinna zastanowić się nad stworzeniem własnej religii. Podobnego rodzaju zamiany ewidentnie kwalifikują się do kategorii cudów, podobnie jak to było z zamianą wody w wino.

A co chodzi? A to już wyjaśni nam czytelniczka o barwnym nicku „Martini”, która ma tę przypadłość, że nie toleruje laktozy.

- Moja mama w ramach uszczęśliwienia mnie zakupiła w TESCO w Łodzi ser OWCZY. Pani ekspedientka również zapewniała ją, że ten ser jest w 100% z mleka owczego bez dodatku mleka krowiego - relacjonuje.

Matka (szczęśliwa niczym żbik, że udało się jej upolować coś takiego dla córki) zjawiła się w domu a tam panienka Martini przyzwyczajona, już że nazwa produktu producentów specjalnie nie zobowiązuje do niczego, bo potrafią tam pisać różne rzeczy obejrzała dokładnie opakowanie i....

... ser z mleka owczego okazał się być serem krowim.

Mu. MU.

To znaczy serem z pasteryzowanego mleka krowiego (w trzech czwartych) oraz z mleka owczego (w jednej czwartej). Cena? 54,90 za kilogram.

tescooo1

- Proszę o rozpropagowanie tej informacji, niby nic, ale mama nie kupiłaby tego sera wiedząc, że oprócz mnie nikt nie zjada w domu serów pleśniowych. Będę również zgłaszać sprawę do UOKIKU - pisze mi czytelniczka.

Co mi odpisało Tesco?

- W przypadku opisywanego sera doszło do błędu podczas nadawania mu nazwy w naszym systemie informatycznym, za co pragniemy przeprosić naszą klientkę. Na drukowanej etykiecie znajdującej się na każdym opakowaniu oprócz składu sera znajduje się także informacja iż jest to produkt "z dodatkiem mleka owczego". Niemniej jednak, oczywiście zgadzamy się z klientką, iż nazwa może budzić wątpliwości, dlatego jak najszybciej zostanie ona zmieniona. Jeśli to możliwe, prosimy o przekazanie kontaktu do klientki abyśmy mogli uzgodnić sposób rekompensaty tego błędu.

Nazwa nie budzi wątpliwości? Moim zdaniem jest ona zwyczajnie niezgodna z prawem. Jeśli ser nosi nazwę „Danablau z mleka owczego luz” to znaczy, że przynajmniej jego połowa jest z mleka owiec.

W przepisach nie ma wyraźnie określonego poziomu mleka owczego w serze z mleka owczego, żeby mógł on nosić taką nazwę. Inspekcja Handlowa przyjmuje, jednak że musi go być przynajmniej 50 proc. Co z innego gdyby Tesco nazwało swój ser „Danablau z dodatkiem mleka owczego”. O wtedy tego mleka mogłoby być tylko 3 proc. Tak zresztą robią producenci parówek. Robią parówki „z cielęciną” gdzie cielęciny jest 3 proc. (czyli na 100 gramów parówek 3 gramy to cielęcina) oraz cielęce (gdzie cielęciny musi być co najmniej połowa).

Tyle że „ser z dodatkiem mleka owczego” nie brzmi już tak atrakcyjnie jak „z mleka owczego”. Inna kwestia, że panienka Martini niezależnie od tego czy mleka owczego jest 25 proc. czy 55 proc. i tak nie mogłaby go zjeść. Potrzebuje bowiem sera w 100 proc. owczego. A taki w wersji blue będzie kosztował ok. 100 - 120 zł za kilogram.

Tagi: tesco
11:18, miaczynski
Link Komentarze (9) »
piątek, 26 września 2014

Tak uważa Stowarzyszenie Twoja Sprawa. Organizacji nie spodobała się ta reklama.

housekontrowersja 

„Firma LPP (House, Cropp, Sinsay, Mohito, Reserved i Reserved Kids) od początku września zaśmieca przestrzeń publiczną wielu polskich miast plakatami reklamowymi marki House, które przedstawiają parę podczas domniemanego kontaktu seksualnego. Para jest naga, a modelka ma jednoznaczny wyraz twarzy. Wyjątkowo prowokacyjna reklama zilustrowana jest hasłem „Every Sound Makes Music”, czyli „Każdy dźwięk tworzy muzykę”. Reklama jest prowokacją wymierzoną szczególnie w rodziców, którzy nie życzą sobie, aby ktokolwiek, a zwłaszcza koncerny, kierował do ich dzieci rozerotyzowane obrazy wbrew ich woli.” - pisze w swoim oświadczeniu Stowarzyszenie.

Jak twierdzi „skandalizujące reklamy od wielu lat są jej znakiem rozpoznawczym” a „LPP po raz kolejny łamie podstawowe standardy etyczne biznesu”.

- Konsekwencje dla dorastających dziewcząt, które obcują na co dzień z przesadnie rozerotyzowaną przestrzenią to m.in. spadek ambicji, spadek zadowolenia z własnego ciała, depresje, zaburzenia odżywiania. Jest to świadomie przyjęta forma komunikacji, która pod uwagę bierze wyłącznie zysk, niezależnie od „skutków ubocznych” prowadzonych działań marketingowych - twierdzi organizacja.

I nawołuje do wysyłania listów do prezesa i współwłaściciela spółki Marka Piechockiego

„Ulice polskich miast nie należą do Pana i nie ma Pan prawa zaśmiecać ich wulgarnymi obrazami, które na dodatek nie mają żadnego związku z reklamowanymi produktami. Rada Reklamy wielokrotnie piętnowała tego typu reklamy.”

Stowarzyszenie zestawia też sprawę reklamy House z tragedią Rana Plaza w Bangladeszu (w gruzach fabryki odzieżowej, która zawaliła się z powodu fatalnych warunków pracy, znaleziono metki LPP, zginęło tam ponad tysiąc osób).

- Naszą akcją zwracamy uwagę na społeczny koszt działań firmy LPP, która na wielu płaszczyznach działa według zasady – zysk dziś, a o konsekwencjach pomyśli się później. Musiało dojść do wielkiej tragedii w fabryce w Rana Plaza w Bangladeszu, aby firma LPP zdecydowała się podpisać w październiku 2013 (choć wielkie zachodnie firmy zrobiły to już w maju 2013) międzynarodową umowę branży odzieżowej, na rzecz poprawy bezpieczeństwa pracy w fabrykach - twierdzi Stowarzyszenie.

House wydało w tej sprawie specjalne oświadczenie

„Jesteśmy odważną marką i takie są też nasze reklamy. Pokazywanie spraw, które są częścią naszego życia takich jak smutek, radość i miłość nie jest obrażaniem nikogo. Pokazujemy życie, nic więcej. Przykro nam, jeśli kogoś uraziło oglądanie zmysłowego aktu miłości, który ukazał się ostatnio na bilbordach. Tak jak WY kochamy życie i ono nas inspiruje do tworzenia fajnych rzeczy. Jak zawsze jesteśmy otwarci i nie będziemy usuwać opinii i komentarzy, z którymi się nie zgadzamy, bo też są elementem życia. Wszystkim życzymy uśmiechu i radości ever.”

Firma zachęca do obejrzenia wszystkich reklam z tej kampanii, zwracając uwagę, że wspomniane zdjęcie jest tylko jednym z wielu. Faktycznie pozostałe zdjęcia są ubrane i jeśli ktoś by mnie zapytał o zdanie dość... nijakie.

Odzew internautów na profilu House jak na razie nie jest porażająco wielki, choć pod niektórymi postami wklejane są zdjęcia (przygotowane przez Stowarzyszenie) i pisane komentarze krytykujące markę.

stskontrower

- Według mnie, zdjęcie pojawiające się na billboardach jest zwyczajnie wulgarne. W Waszych sklepach ubierają się ludzie młodzi, podejrzewam, że w dużej części są to dzieci. Gdybym była rodzicem, nie życzyłabym sobie, aby do mojego dziecka kierowane były tego typu reklamy. Osobiście jako odbiorca Waszej reklamy, przejeżdżając obok takiego erotycznego obrazu, czuję wyłącznie niesmak, a nie chęć odwiedzenia Waszego sklepu - piszą internauci.

Powiem szczerze sama reklama ani ziębi mnie ani grzeje. Zarzut, że seksualizacja nastolatków przez nią wzrośnie, jest tego samego sortu co stwierdzenie, żeby zabronić oglądania "Bolka i Lolka" bo kreskówka propaguje homoseksualizm.

 A tak w ogóle to Batman jeździł za szybko samochodem łamiąc zasady ruchu drogowego (zachęca młodzież do szybkiej jazdy autem gdy dorosną), Pinokio - kłamał (też dając zły przykład), królewna Śnieżka mieszkała z siedmioma krasnoludkami (co mogła z nimi robić zbereźnica) a marynarz Popeye palił.

Jeśli dzieci wychowują się w normalnych domach a rodzice zajmują się nimi z odpowiednią troską - żadna reklama na sklepie nie spowoduje, że zbyt szybko zaczną życie seksualne lub wywoła  w nich "spadek ambicji".

Kilka miesięcy temu pisałem, że „w biznes LPP nie uderzyły afery z "pożyczonymi" bez wiedzy autorów zdjęciami, które firma umieszczała na swoich koszulkach. Nie uderzyła afera z tragedią Rana Plaza w Bangladeszu. Wreszcie nie uderzyły optymalizacje podatkowe. Jeszcze. Ale fala buntu się zbiera.”

Przykład z opisywaną reklamą - dowodzi tej tezy. Jakiekolwiek potknięcie LPP będzie teraz wykorzystywane przeciwko firmie i jednocześnie przypominane będą jej wcześniejsze winy. Spółka na własne życzenie skopała sobie renomę.

Osobiście jestem dumny, że w naszym kraju udało się zbudować sieć odzieżową, która należy już w tym momencie do największych w Europie. Ale byłbym o wiele bardziej dumny gdyby spółka płaciła wszystkie podatki w kraju, nieprzenosiła w celu optymalizacji podatkowej swoich znaków towarowych na Cypr i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, korzystała z dostawców którzy są w stanie zagwarantować, że pracownicy szyjący dla spółki robią to w ludzkich warunkach i nie ryzykują przy tym życiem itd. itp.

I to - moim zdaniem jest o wiele ważniejsze niż jakaś tam reklama.

11:50, miaczynski
Link Komentarze (12) »
czwartek, 25 września 2014

Wraz z pojawieniem się Facebooka pojawiła się dla firm nowa, trudna dziedzina zwana komunikacją ze społeczeństwem za pośrednictwem mediów społecznościowych.

Na początku firmy budowały zasięg, głównie rozdając różne rzeczy lub wklejając obrazki w stylu: "ładne kotki prawda" (co za nic swoją drogą nie wiązało się z podstawową działalnością spółki, ale miało przysporzyć marce osób, które klikną lubię to ).

Teraz podobnego rodzaju triki są trudniejsze. Przebić się z informacją produktową (o mamy nowy telewizor, jak super!) firma owszem może, jeśli za to zapłaci Facebookowi, który tak zmienia algorytm wyświetleń danych materiałów aby musiało mu płacić jak najwięcej mniejszych lub większych korporacji.

Przebić się ze zdjęciem wspominanego kotka też jest trudniej, bo kotków jest mnóstwo, a ludzie niekoniecznie chcą kliknąć w tego dostarczanego przez dajmy na to producenta makaronu.

Trend jest teraz więc inny. Firmy szukają pretekstów, aby „przykleić się” do różnych wydarzeń budzących pozytywne emocje jak choćby ostatnie mistrzostwa świata w siatkówce.

Sotrender firma badająca coś czego jak wspomniałem jeszcze niedawno nie było, czyli marketing w social media przeanalizowała 100 najlepszych postów oraz 100 najlepszych tweetów opublikowanych przez polskie strony na Facebooku oraz Twitterze między godz. 15 (21.09.2014 r.), czyli tuż przed finałowym meczem do godz. 9 następnego dnia rano,

I z tych badań im wyszło, że aż 84 proc. najlepszych postów oraz 86 proc.! najlepszych tweetów nawiązywała do meczu Polaków z Brazylią

Ale jedynie dwa posty na Facebooku zostały w analizowanym przedziale czasowym opublikowane przez marki: Johnnie Walker oraz 4F. - Na Twitterze wśród 100 najlepszych tweetów nie było ani jednego opublikowanego przez markę i nawiązującego do zwycięstwa Polaków - pisze w swoim krótkim raporcie Sotrender.

 whiskey

4f

Firmy zareagowały z opóźnionym zapłonem, wrzucając podobnego rodzaju materiały później,. Najbardziej pomysłowy dla mnie był post „Lecha”.

wlazly

Niezły pomysł miał również Sidolux.

 mistrzowie1

Z kolei Pizza Hut poinformowała na Facebooku, że każda osoba, która w dowolnym lokalu pokaże dodany do wpisu obrazek lub powie hasło „Polska mistrzem świata”, otrzyma dwie pizze w cenie 1.

Możemy się spodziewać, że w najbliższym czasie działające w Polsce firmy będą coraz chętniej chciały „rozgrywać” podobne wydarzenia w celu wywołania przy okazji sympatii do marki (na zasadzie widziecie jacy jesteśmy fajni?)

Ma to - dla nich - tę zaletę, że wcale nie trzeba być sponsorem, aby przy okazji takiego wydarzenia czerpać profity.

- Oczywiście taki real-time marketing zwykle wcale nie jest spontaniczny. Wymaga przygotowania kreacji, czasem w kilku wersjach (założę się, że przynajmniej niektóre polskie marki miały też wersję gratulacji dla wicemistrzów świata, na wypadek gdyby mecz nie poszedł naszej reprezentacji aż tak dobrze), a także takiej organizacji pracy, by być w gotowości w najlepszym momencie i coraz częściej także wsparcia reklamowego, np. płatnej promocji postów na Facebooku. Włożona praca może jednak się opłacić, a jeśli treści zdobędą uznanie odbiorców, będą oni je sami przekazywać dalej (wirusowo) - twierdzi Jan Zajac z Sotrendera.

A jak to robiły marki przy okazji mistrzostw świata w piłce nożnej?

rozmiaryScreenshoty: Sotrender

Jakie to ma zalety dla konsumenta?  To po prostu kolejna forma reklamy, która wchodzi do nas tam gdzie się jej nie spodziewamy. Choć bywa bardzo zabawna.

17:04, miaczynski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 września 2014

A więc jeśli chodzi o tanie kosmetyki to jednym ze sposobów na ich kupienie jest wejście na truskawkę, tu przepraszam za lokowanie produktu. I nie chodzi mi bynajmniej o siadanie okrakiem na owocach - zwłaszcza, że na truskawki sezon już minął i najłatwiej jest ustrzelić mrożone, ale o serwis strawberrynet.com

Popularna „truskawka” siedzibę ma w Hong Kongu. Działa od kilkunastu lat i wysyła swoje produkty - jak twierdzi - do ponad 200 krajów świata.

Piszę - jak twierdzi, bo osobiście tych 200 krajów wysyłki nie testowałem. Do Polski jednak z całą pewnością wysyłają. I wiele kobiet robi tam zakupy, bo ceny są ta, w porównaniu do normalnych drogerii dużo niższe, wysyłka gratis, na dodatek...

„Obecnie wysyłamy przesyłki do ponad 200 krajów świata, z których 90% nie nalicza podatku VAT lub nie pobiera żadnych opłat celnych na małe paczki. Jednakże w przypadku wezwania do uiszczenia opłaty celnej za naszą przesyłkę, StrawberryNet zwraca te koszty.”

Jak widzą Państwo pełen wypas.

I pani Anna będąc trochę zakupoholiczką i trochę jak wiele kobiet (bardzo przepraszam za uogólnienie, ale inaczej się nie da) jednostką wrażliwą na promocje postanowiła uzupełnić zawartość swojej kosmetyczki.

Za pierwszym razem zakupiła dwa tusze do rzęs Heleny Rubinstein za mniej więcej złotych polskich 200 zł. Tusze dojechały dość szybko i bez żadnych przygód.

Schowek01

Zachęcona pani Anna postanowiła więc podnieść stawkę i druga paczka opiewała już na ponad 400 zł. Zamówienie zostało złożone 4 sierpnia, przesyłka szła przez Szwecję, szybko i płynnie przebyła przez Bałtyk a w Polsce była już 9 sierpnia.

Żeby nie było, że opowiadam o anonimowej przesyłce, ta nazywała się RD036985514SE (możemy radośnie przyjąć, że to jej imię i nazwisko).

A co dalej?

Pani Anna już 20 sierpnia (te 11 dni zleciało jak z bicza strzelił, drogi w Warszawie są w końcu gęste i pełne wybojów) dostała list, że ma przesłać wszystkie dokumenty do urzędu celnego.

- Przesłałam od razu potwierdzenie zapłaty, potwierdzenie zamówienia, podałam wszystkie numery przesyłki, pozycji magazynowej - relacjonuje czytelniczka.

Pani Anna poczekała jeszcze dwa dni (zero sygnału zwrotnego) i w końcu stwierdziła, że nie chce kosmetyków, które trzy tygodnie leżą w jakimś magazynie, może w upale, w każdym bądź razie niewiadomo w jakich warunkach.

- 22 sierpnia napisałam do sklepu, że nie chcę tyle czekać, sklep odpisał, że poczta zwróciła przesyłkę i czy chcę anulować czy zamówić jeszcze raz - chciałam anulować, sklep odpisał, że paczka już u nich jest?????, a pieniądze dostanę w ciągu 1-3 dni roboczych - relacjonuje czytelniczka.

Zaczęła więc 25 sierpnia dzwonić do Poczty Polskiej chcąc upewnić się, że przesyłka została odesłana.

I teraz robi się zabawnie.
43 842 06 00 - „nic nie wiem”,

225481768 - „nie wiem, nie mam takiego systemu, żeby sprawdzić”,

225481243 - „nie wiem dlaczego wszyscy tutaj dzwonią, to nie ten numer, my jesteśmy od paczek, a nie od listów”,

225481356 - „ja nie mam siły, nic nie robię, tylko sprawdzam przesyłki, jest w magazynie, czeka do odprawy celnej, tego jest bardzo dużo, więc się czeka, czasami dwa tygodnie, czasami dłużej”.

- 27 sierpnia dostałam zwrot pieniędzy na kartę kredytową, wszystko zgodnie z zapewnieniami sklepu - relacjonuje czytelniczka,

Poczta, oczywiście dalej się nie odzywała.

Jakie z tego płyną wnioski? Paczki wchodząc do Polski docierają do strefy mroku. Nikt wie kiedy i jak będą clone, nikt nie wie kiedy i czy dojdą do adresata. A nasz narodowy operator chce stać się potęgą w obsłudze handlu elektronicznego.

To jak w tym sucharze: „znam świetny kawał o Poczcie Polskiej, ale nie do wszystkich on dociera.”

17:42, miaczynski
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67