Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
czwartek, 18 września 2014

A więc jeśli chodzi o tanie kosmetyki to jednym ze sposobów na ich kupienie jest wejście na truskawkę, tu przepraszam za lokowanie produktu. I nie chodzi mi bynajmniej o siadanie okrakiem na owocach - zwłaszcza, że na truskawki sezon już minął i najłatwiej jest ustrzelić mrożone, ale o serwis strawberrynet.com

Popularna „truskawka” siedzibę ma w Hong Kongu. Działa od kilkunastu lat i wysyła swoje produkty - jak twierdzi - do ponad 200 krajów świata.

Piszę - jak twierdzi, bo osobiście tych 200 krajów wysyłki nie testowałem. Do Polski jednak z całą pewnością wysyłają. I wiele kobiet robi tam zakupy, bo ceny są ta, w porównaniu do normalnych drogerii dużo niższe, wysyłka gratis, na dodatek...

„Obecnie wysyłamy przesyłki do ponad 200 krajów świata, z których 90% nie nalicza podatku VAT lub nie pobiera żadnych opłat celnych na małe paczki. Jednakże w przypadku wezwania do uiszczenia opłaty celnej za naszą przesyłkę, StrawberryNet zwraca te koszty.”

Jak widzą Państwo pełen wypas.

I pani Anna będąc trochę zakupoholiczką i trochę jak wiele kobiet (bardzo przepraszam za uogólnienie, ale inaczej się nie da) jednostką wrażliwą na promocje postanowiła uzupełnić zawartość swojej kosmetyczki.

Za pierwszym razem zakupiła dwa tusze do rzęs Heleny Rubinstein za mniej więcej złotych polskich 200 zł. Tusze dojechały dość szybko i bez żadnych przygód.

Schowek01

Zachęcona pani Anna postanowiła więc podnieść stawkę i druga paczka opiewała już na ponad 400 zł. Zamówienie zostało złożone 4 sierpnia, przesyłka szła przez Szwecję, szybko i płynnie przebyła przez Bałtyk a w Polsce była już 9 sierpnia.

Żeby nie było, że opowiadam o anonimowej przesyłce, ta nazywała się RD036985514SE (możemy radośnie przyjąć, że to jej imię i nazwisko).

A co dalej?

Pani Anna już 20 sierpnia (te 11 dni zleciało jak z bicza strzelił, drogi w Warszawie są w końcu gęste i pełne wybojów) dostała list, że ma przesłać wszystkie dokumenty do urzędu celnego.

- Przesłałam od razu potwierdzenie zapłaty, potwierdzenie zamówienia, podałam wszystkie numery przesyłki, pozycji magazynowej - relacjonuje czytelniczka.

Pani Anna poczekała jeszcze dwa dni (zero sygnału zwrotnego) i w końcu stwierdziła, że nie chce kosmetyków, które trzy tygodnie leżą w jakimś magazynie, może w upale, w każdym bądź razie niewiadomo w jakich warunkach.

- 22 sierpnia napisałam do sklepu, że nie chcę tyle czekać, sklep odpisał, że poczta zwróciła przesyłkę i czy chcę anulować czy zamówić jeszcze raz - chciałam anulować, sklep odpisał, że paczka już u nich jest?????, a pieniądze dostanę w ciągu 1-3 dni roboczych - relacjonuje czytelniczka.

Zaczęła więc 25 sierpnia dzwonić do Poczty Polskiej chcąc upewnić się, że przesyłka została odesłana.

I teraz robi się zabawnie.
43 842 06 00 - „nic nie wiem”,

225481768 - „nie wiem, nie mam takiego systemu, żeby sprawdzić”,

225481243 - „nie wiem dlaczego wszyscy tutaj dzwonią, to nie ten numer, my jesteśmy od paczek, a nie od listów”,

225481356 - „ja nie mam siły, nic nie robię, tylko sprawdzam przesyłki, jest w magazynie, czeka do odprawy celnej, tego jest bardzo dużo, więc się czeka, czasami dwa tygodnie, czasami dłużej”.

- 27 sierpnia dostałam zwrot pieniędzy na kartę kredytową, wszystko zgodnie z zapewnieniami sklepu - relacjonuje czytelniczka,

Poczta, oczywiście dalej się nie odzywała.

Jakie z tego płyną wnioski? Paczki wchodząc do Polski docierają do strefy mroku. Nikt wie kiedy i jak będą clone, nikt nie wie kiedy i czy dojdą do adresata. A nasz narodowy operator chce stać się potęgą w obsłudze handlu elektronicznego.

To jak w tym sucharze: „znam świetny kawał o Poczcie Polskiej, ale nie do wszystkich on dociera.”

17:42, miaczynski
Link Komentarze (6) »
środa, 17 września 2014

... pozwolą Państwo, że potrzymam jeszcze trochę w niepewności.

Miejscem, w którym Polacy zaczęli się na dużą skalę uczyć picia kawy, było Coffeeheaven. O powstaniu tej sieci zadecydowały dwie osoby - Brytyjczyk Richard Worthington oraz Amerykanin Michael Ovadenko. Obaj zjawili się w Polsce w połowie lat 90. i nie byli w stanie znaleźć miejsca, w którym dałoby się wypić filiżankę espresso, latte czy macchiato. Rodacy parzyli wówczas kawę, zalewając mielony proszek wrzątkiem, co dziś wydaje się szczytem kawowego barbarzyństwa.

Worthington chciał otworzyć sieć kawiarni wzorowanej na angielskich Caffe Nero. Ovadenko wolał bliższy mu klimat amerykańskiego Starbucksa. Powstałe w 2000 r. Coffeeheaven było wypadkową dwóch konceptów.

Coffeeheaven w 2010 roku zostało przejęte przez brytyjskie Costa Ltd. (międzynarodowa marka Costa Coffee) i obecnie działa pod szyldami Costa by Coffeeheaven i Costa Coffee

sieci

Jak widać z tego pięknego wykresu sporządzonego przez ARC Rynek i Opinia „Coffeeheaven” w ubiegłym roku straciło pierwsze miejsce jeśli chodzi o rozpoznawalność marki na rzecz Starbucksa. Zażartował bym brzydko, że hipsterów nam w kraju przybywa, ale zmiana ta wynika głównie z tego, że od wiosny marka „Coffeeheaven” jest w likwidacji. Kawiarnie „Coffeeheaven” są przerabiane i oznaczane jako „Costa Coffee”. Oto jak wygląda taka demolka:

cofee21

coffe1

Pan na drugim zdjęciu trzyma w ręku młotek.

Nazwę „Coffeeheaven” widziałem ostatnio jedynie na 425-kilogramowych automatach stojących na stacjach Shella.

Ruch jest to dość ciekawy, bo markę bardzo rozpoznawalną zamienia się mało jeszcze znaną. W naszej historii było wiele jednak podobnych przypadków, że wspomnę Idea - Orange, Era - T- Mobile, Bank Śląski - ING itp.

Silny brand międzynarodowy jakim jest Costa pewnie prędzej czy później się przebije aczkolwiek kosztować to będzie sporo i operacja potrwa kilka lat. Z ich punktu widzenia dziwię się tylko, ze mając takie plany tak długo utrzymywali „Coffeeheaven” na rynku.

Z badań ARC Rynek i Opinia wynika też, że „w porównaniu z ubiegłym rokiem o 13 punktów procentowych wzrósł odsetek kawoszy, którzy przyznają, że w ciągu ostatnich 3 miesięcy odwiedzili tylko jedną sieć kawiarni.”

To świadczy przynajmniej na poziomie deklaracji o rosnącej popularności sieciówek i rosnącej lojalności ich klientów.

Najpopularniejszą kawą zamawianą w kraju jest ciągle latte

- Kawiarnie sieciowe – podobnie jak w ubiegłych latach – częściej odwiedzają kobiety niż mężczyźni. Nadal najczęściej kupowanym produktem w kawiarniach sieciowych jest kawa, przy czym w porównaniu z ubiegłym rokiem klienci deklarują, że częściej kupują również ciastka. Najpopularniejszą kawą pozostaje latte, przy czym widać też wzrost zainteresowania kawą cappuccino - pisze ARC.

sieci2Kawa to produkt lifestyle’owy - powtarzają przedstawiciele sieci kawiarni. Co to oznacza? Po pierwsze, że może być droga, bo kupując kawę w kawiarni, klienci pokazują, że ich stać, są dynamiczni i podążają za tzw. trendami. Po drugie, tak naprawdę kawy w sieciówkach są dość podobne, dla klienta liczy się głównie nadruk na kubku.

Filiżanka kawy w Polsce faktycznie jest dość droga, przynajmniej w stosunku do naszych zarobków. W amerykańskim Starbucksie duża latte (przypominająca raczej kubeł niż filiżankę kawy) to wydatek ok. 3 dol. W Wielkiej Brytanii kawa z mlekiem będzie nas kosztować 3 funty, a w Niemczech ok. 3 euro. U nas za kubek latte zapłacimy między 10 a 13 zł. Filiżanka espresso w Polsce kosztuje ok. 6 zł, we Włoszech... 1 euro. Tymczasem przeciętny Niemiec zarabia cztery razy więcej niż Polak - ok. 2,2 tys. euro miesięcznie na rękę, a Polak... 450 euro (dla porównania Włoch - 1,6 tys. euro, a Brytyjczyk - 1,8 tys. euro).

Ile kawiarnia zarabia na filiżance/kubku kawy?

Koszt surowców to 15-25 proc. końcowej ceny. Im lepsza jakościowo jest kawa, tym udział surowców w cenie jest większy. Dużo? Koszt prowadzenia kawiarni w dużym mieście i w dobrym punkcie to ok. 100 tys. zł miesięcznie. Trzeba więc sprzedać sporo kaw, aby wyjść na swoje.

Sporo, czyli 333 dziennie. To trudne, a nawet bardzo trudne. Dla porównania kawiarnia przy stacji benzynowej sprzedaje średnio ponad sto kubków kawy dziennie. Jak się więc wychodzi na swoje? Kawiarnia musi zarabiać nie tylko na kawie, ale również na napojach, sokach i jedzeniu, czyli ciastkach i kanapkach.

----

Badanie przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia techniką wywiadów internetowych CAWI (Computer Assisted Web Interviews) w dniach 07-17.06.2014. N=1024, wywiady z odwiedzającymi kawiarnie sieciowe oraz dodatkową próbę celową N=300 wywiadów z osobami korzystającymi z barków na stacjach paliw. Badanie przeprowadzono na grupie miejskiej (Warszawa, Kraków, Trójmiasto, Wrocław, Poznań, Łódź, Katowice, Lublin, Rzeszów, Bydgoszcz, Częstochowa), losowo wybranych osób w wieku 15-55 lat.

12:26, miaczynski
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 15 września 2014

Historię tego czytelnika nieco już opisywałem w papierowej „Gazecie”, ale tam skupiałem się na jakości obsługi klienta a pan Czesław zasługuje na głębsze pochylenie się nad jego przypadkiem. W całym zdarzeniu chodzi o to ile razy można wymieniać telewizor i gdzie się kończy odpowiedzialność producenta za wady towaru.

Ale po kolei.
Właściwie wymiana pierwszego telewizora odbyła się bez problemu. To znaczy pan Czesław owszem pojechał z Torunia do Warszawy do firmy Panasonic. Owszem musiał udowodnić, że wysłał pismo z reklamacją. A skoro mu nie odpowiedziano, to zgodnie z prawem wymiana mu się należy jak psu kość. Dostał więc nowy telewizor.

Za drugim razem- pan Czesław twierdził, że telewizor nie jest przystosowany na rynek polski i źle odwzorowuje kolory (Panasonic twierdzi, że wręcz przeciwnie był przystosowany a odwzorowanie kolorów jest świetne). Sprawa oparła się o centralę firmy w Niemczech, ale w końcu firma odpuściła i telewizor mu wymieniła.

Odbiornik numer trzy był już w drodze do serwisu, w którym miano go przebadać, czy zasługuje na wymianę gdy na drodze do prawdy stanął kurier firmy kurierskiej TNT, który nie czując powagi sytuacji telewizor zwyczajnie rozwalił.
Panu Czesławowi zwrócono pieniądze. Kupił nowy telewizor: Panasonic TX-P 50VT60E.

Skrót ów przeciętnemu czytelnikowi mówi niewiele, ale generalnie jest to jeden z najlepszych telewizorów na rynku - plazma, która jakością obrazu potrafi naprawdę zaskoczyć. Niczym Kim Kardashian z Kanye West’em.

Cena - wówczas ok. 7 tys. zł. Ten model należy niestety do gatunku schodzącego, bo firma przestała produkować plazmy (a szkoda, lubię tę technologię i sam posiadam plazmę Panasonica).

9e4ebf018025b4d20219fc2bf3882c86
Pan Czesław bliżej się zapoznał z telewizorem i co zrobił? Ależ oczywiście - złożył reklamację skarżąc się na złe odwzorowanie kolorów, problemy z podłączeniem go do wifi oraz hałas z wentylatorów.
Do pana Czesława przyjechali technicy z Panasonica (była to już ich piąta wizyta). Przywieźli identyczny odbiornik dla porównania. 

Zarzut niemożności zalogowania się telewizora do sieci wifi odpadł gdy technicy puścili panu Czesławowi klip z YT (mimo, doskonałego odnotowania przez obie strony szczegółów wizyty, żadna ze stron nie napisała czyj był to klip).

Strony rozstały się w pozornej zgodzie. Czytelnik nadal uważa, że telewizor jest wadliwy, technicy nadal zaś uważają, że telewizor jest taki jaki być powinien.
Sprawę miał rozwikłać niezależny rzeczoznawca. Panasonic po naciskach pana Czesława zdecydował się go powołać (ekspertyza kosztuje ponad tysiąc złotych).

Czytelnik nie chciał jednak już wypuścić telewizora za domu.

Pan Czesław zażądał aby rzeczoznawca ekspertyzę zrobił u niego w domu. A Panasonic twierdzi, że takie niezależne pomiary trzeba zrobić w laboratorium.  - Pieniądze bierze ekspert i w jego interesie jest przyjazd do klienta - odpowiada pan Czesław.
I dodaje, że raz już z ekspertyzy rzeczoznawcy, robionej na koszt gwaranta korzystał i ten nie miał problemu aby go odwiedzić w domu.
Oczekiwania pana Czesława można teraz sprowadzić do kilku punktów:

1. Udostępnienia przez firmę Panasonic wyników pomiarów przeprowadzonych u niego w domu,
2. Wymiany telewizora na nowy wolny od wad/ ewentualnie naprawienia odbiornika
3. Naprawa miałaby polegać m.in. na skalibrowaniu odbiornika.

Co na to wszystko firma? Klara Ufnalewska PR Manager Poland & Baltics Panasonic Marketing Europe GmbH odpowiedziała mi tak:

„Wizyta domowa w czasie której przeprowadzono pomiary jasności oraz składowych koloru ekranu przeprowadzona była za pomocą urządzenia, które pozwala na pomiar i odczyt wyniku w postaci cyfrowej jedynie na wyświetlaczu miernika. Urządzenie nie pozwala na rejestrację i późniejszy wydruk wykonanych pomiarów zobrazowany w postaci np. wykresu dodatkowo odnoszącego się do zakresu norm. Mając na uwadze fakt że wykonanie takiego pomiaru w domu klienta i informacja dla niego że składowe x/y/z wynoszą np. 0,24 / 0,34/ 0,46 nie są miarodajne dla użytkownika zdecydowaliśmy się na działanie pozwalające na praktyczne porównanie dwóch odbiorników przez reklamującego.”

Ciekawiej zrobiło się jeśli chodzi o kalibrację.

Tu Panasonic żachnął się straszliwie. Mimo, ze kalibracja kosztuje ok. 300 zł a rzeczoznawca ponad tysiąc, czyli teoretycznie jest tańsza - firma położyła się Rejtanem i zawyła: No pasarán!

Ale nie uprzedzajmy faktów. Panasonic: "Skalibrowanie Telewizora, to o tyle skomplikowana kwestia, że zależy wyłącznie od upodobań/gustu danego widza. To jest taki rodzaj personalizacji, a jak wiadomo personalizacja jest indywidualna kwestią danego człowieka. Dlatego Pan Czesław został poinformowany/przeszkolony jak kalibruje/dopasowuje się poszczególne ustawienia telewizora natomiast sama kwestia wspomnianej kalibracji leży w gestii tego, kto jest użytkownikiem telewizora. Obrazując to na innym przykładzie... (również z życia wziętym) nikt za nas nie ustawi nam poprawnie fotela kierowcy w samochodzie - każdy kierowca indywidualnie musi to zrobić, dopasowując do swojej wysokości ciała, długości rąk w stosunku do kierownicy, czy długości nóg w stosunku do pedałów, itd. Ułatwić to można takiemu kierowcy pokazując gdzie są "gałki i pokrętła" zmieniające położenie kierownicy oraz fotela, czy lusterek."

Ponieważ na kalibrowaniu znam się w stopniu niewielkim poprosiłem o pomoc swojego kolegę po fachu, który bez wątpienia się zna, bo sam kalibruje czyli Tomasza Chmielewskiego redaktora naczelnego magazynu TV TEST.

I co on na to?
- Jeżeli przez "skalibrowanie telewizora" rozumieć regulację wg subiektywnych upodobań, to mogę się z tym stwierdzeniem (acz niechętnie) zgodzić. Jeżeli jednak przez skalibrowanie rozumiemy taką regulację, która ma przybliżyć parametry wyświetlanego obrazu do de facto obowiązującego producentów i nadawców zalecenia Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU-R BT.709-5), to z ww. stwierdzeniem nie mogę się zgodzić. Dążenie do zgodności z BT.709 jest podstawą pracy każdego profesjonalnego kalibratora - twierdzi ekspert.

- Ubiegłoroczne plazmy Panasonica (np. z serii ST.VT60) mają w ustawieniach fabrycznych zbyt nasyconą czerwień, co widać gołym okiem i co przeszkadza wrażliwym użytkownikom. Profesjonalna kalibracja przywraca właściwe odwzorowanie czerwieni - pisze mi Tomasz Chmielewski.

Pan Czesław odpłatnie zamówił profesjonalną kalibrację i została ona przeprowadzona u niego w domu.

Jakie z tego wszystkiego płyną wnioski? 

Pan Czesław to tzw. klient mocno wymagający i doskonale znany w Departamencie Serwisu/Obsługi Posprzedażnej Panasonica. I to nie jest zarzut, im więcej będzie w kraju klientów wymagających tym też wyższe będą standardy obsługi klienta.

W tym momencie pole manewru czytelnika skurczyło się jednak mocno. Został mu właściwie - jako broń-  tylko proces sądowy. Wydaje mi się, że pan Czesław  popełnił jednak błąd taktyczny nie godząc się na wypuszczenie odbiornika do rzeczoznawcy.  Zastanawiam się też czy z punktu widzenia obsługi klienta  poskutkowałoby zaoferowanie czytelnikowi kalibracji telewizora na koszt Panasonica? Czy to by ułagodziło pana Czesława?
Jak państwo sądzą?

15:16, miaczynski
Link Komentarze (16) »
wtorek, 09 września 2014

Obrazek, który jest niżej zdobywa wielką popularność w internecie. W ciągu ostatnich kilku dni dostałem go co najmniej od kilkorga czytelników z prośbą abym zainteresował się sprawą. Najogólniej ma ona pokazać jak konsumenci są kantowani przez największą sieć sklepów w kraju. Że niby zaniżana jest waga produktów w stosunku do deklaracji z opakowania.

1410161965_ob3jya_600

Zaraz państwu wyjaśnię, dlaczego to nieprawda i dlaczego taka sztuczka się nie opłaca. Jakiś czas temu miałem już podobny przypadek, czytelnik nagrał film na którym ważył torebkę ryżu z Lidla. Na opakowaniu jak byk było napisane, że waży  100 gramów.

Położył torebkę na wadze i? Ta pokazała liczbę 85.

Lidl zareagował szybko. Pracownicy biura prasowego poszli do sklepu, kupili opakowanie ryżu i komisyjnie je zważyli. I ryż ważył tyle ile powinien.

Jak się okazało po prostu wadliwa była waga w domu konsumenta, który nagrał owe dzieło. Szybko je zresztą skasował z You Tuba. Sprawę mema Biuro Prasowe Jeronimo Martins Polska S.A. skomentowało mi tak:

„W nawiązaniu do rozprzestrzenianych zdjęć i wpisów sugerujących, iż w sklepach sieci Biedronka rzeczywista waga produktów jest niezgodna z deklarowaną na opakowaniu, chcielibyśmy stanowczo podkreślić, że tego typu informacje są nieprawdziwe.

Produkty oferowane w sieci sklepów Biedronka podlegają stałej kontroli ze strony producentów oraz firmy Jeronimo Martins Polska zarówno na etapie weryfikowania jakości artykułów, jak i ich sprzedaży. Analiza ta obejmuje także zgodność gramatury produktu z wartością podaną na jego etykiecie.

Zwracamy uwagę na to, iż proces ważenia produktów sprzedawanych następnie w naszej sieci odbywa się za pomocą homologowanych wag, których kalibracją i regularną kontrolą zajmuje się wyspecjalizowana firma zewnętrzna. Tylko takie urządzenia są w stanie zapewnić pomiar masy artykułów zgodny z rzeczywistością. W związku z tym klienci dokonujący pomiaru wagi wybranych przez siebie produktów nabytych w naszej sieci również powinni korzystać z homologowanych urządzeń w celu otrzymania prawidłowych wyników.”

Sieciom handlowym wcale nie zależy aby sprzedawać produkty, które mają za niską wagę w stosunku do deklarowanej. To tani trik, oszczędności mogą być tu może i duże, ale ryzyko wpadki jest spore, bo sprawa jest łatwa do wykrycia.

Jako konsumenci jesteśmy nabierani na inne sposoby. Takie, które trudniej dostrzec i są zgodne z prawem.

Sposób pierwszy. Trociny zamiast mięsa, czyli wyroby ekonomiczne. 

Sieć sklepów wielkopowierzchniowych robi przetarg "na parówki za 6 zł albo tańsze". I zaczyna się licytacja w dół. Ten producent, który zaproponuje najniższą cenę, wygrywa. Czyli sklepy z góry zakładają, ile parówka ma kosztować - 6 czy 5 zł za kilogram. Do niedawna było nawet 4 zł, ale mięso zdrożało, to i ceny podnieśli.

Tyle, że parówka za 5-6 zł to nie parówka, tylko triumf technologii nad materią.Pakuje się tam najgorsze odpady. Sieć jest jednak zadowolona, bo ma tanio. Konsument czuje zaś, że... zjadł coś słonego,

Sposób drugi. Cena ta sama, ale opakowanie mniejsze.

Surowce zdrożały, ale klienci nie akceptują podwyżek. Zmniejsza się więc opakowanie, albo zostawia to samo ale daje do niego mniej produktu. Jak producent zmieni gramaturę o 5 proc. to dla klienta różnica jest niewielka, ale dla producenta już bardzo duża.

Sposób trzeci. Różne rozmiary tego samego produktu

Na specjalne zlecenie sieci producent może przygotować swój sztandarowy produkt w mniejszym albo większym opakowaniu, niż zazwyczaj. To po to aby trudniej było porównać wyroby między sieciami. Dlatego zawsze warto sprawdzać cenę za litr albo za kilogram.

 A mem o Biedronce? Jak dla mnie to internetowy czarny PR.

18:41, miaczynski
Link Komentarze (16) »
piątek, 05 września 2014

A co? Towar niezgodny z umową.

Dziś proszę Państwa nieco prześwietlę tzw. Program Ochrony Kupujących, który ma zapewnić bezpieczeństwo wszystkim osobom, kupującym na Allegro.

W internecie zostać oszukanym jest łatwo. Osobiście na Allegro kupiłem kiedyś laptopa, który miał być w idealnym stanie (miał wgniecenie w obudowie) czy stację dvd do komputera, która miała być czarna a doszła biała (sprzedawca nie widział problemu i zaprzestał kontaktu).

Takie rzeczy się zdarzały i zdarzać będą, choć może rzadziej niż kilka lat temu. Allegro nie zależy już na sprzedawcach indywidualnych, czyli osobach, które chcą pozbyć się z domu niepotrzebnych rzeczy - dla nich jest Tablica, którą osobiście omijam szerokim łukiem, bo mi się nie podoba - ale na mniejszych i większych sklepach. To powinno przynajmniej teoretycznie podnieść profesjonalizm w kontaktach - kupujący - sprzedawca.

Aby uspokoić potencjalnych klientów serwis wprowadził też wspomniany Program Ochrony Kupujących. I wszystko jest pięknie do momentu kiedy nie wejdziemy w szczegóły. Ale o tych opowie nam już pan Mateusz.

Pan Mateusz zakupił za pośrednictwem Allegro rower. „W pudełku które otrzymałem był zupełnie inny rower. Towar był niezgodny z opisem, sprzedający nie poczuwał się do odpowiedzialności, więc chciałem skorzystać z POK i odzyskać 50% wydanej kwoty”.

Zgodnie z informacją podawaną przez serwis aby skorzystać z Programu, należy:

■zgłosić jednostce policji nieotrzymanie zakupu,

■wysłać Allegro kopię pisemnego potwierdzenia, że zostało wszczęte dochodzenie w tej sprawie.

allegro1

„Chcąc zgłosić sprawę na Policję dowiedziałem się, że nie mam takiej możliwości gdyż towar do mnie doszedł, a towar niezgodny z umową to nie jest oszustwo i jedyna droga to pozew cywilny. Kłóciło się to z moja logiką dlatego zapytałem Pana Policjanta, czy jak zamówię komputer a dostanę worek cebuli to również nie będzie oszustwo bo paczka przyszła, a "towar jest niezgodny z umową". Odpowiedział twierdząco.”

Teraz czytelnik się zastanawia „czy możliwość skorzystania z POK w takiej sytuacji to zabieg czysto marketingowy, bo podstawowy warunek do skorzystania jest niemożliwy do spełnienia, a użytkownik celowo jest wprowadzany w błąd, czy też interpretacja przepisów przez Pana Policjanta jest błędna, ale wygodna bo nie musi przyjmować zgłoszenia”.

Pan Mateusz zadał też takie pytanie Allegro, które odpowiedziało tak:

„Jeżeli Sprzedający określił jednoznacznie cechy przedmiotu podając nieprawdę, gdyż otrzymany przez Pana przedmiot nie jest taki, jak opisany przez Sprzedającego i jednocześnie uważa Pan, że Sprzedający celowo wprowadził Pana w błąd, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, by uzyskać z tego tytułu korzyść majątkową, to Policja jest zobowiązana przyjąć od Pana zawiadomienie i wszcząć postępowanie. Zachodzi tutaj bowiem uzasadnione przypuszczenie popełnienia przestępstwa określonego w art. 286, par.1 kk , czyli oszustwa.”

Następnie czytelnik aby po raz kolejny nie odbijać się od naszych dzielnych stróżów porządku i praworządności złożył zawiadomienie o przestępstwie listem aby w razie odmowy wszczęcia postępowania mieć odpowiedź od Policji na piśmie.

Tu sprawa dzięki konsekwencji pana Mateusza prawdopodobnie zakończy się sukcesem. Warto jednak zagłębić się nieco bardziej w regulamin POK.

O czym warto pamiętać:

1. Jeśli nie dostaniesz kupionego towaru albo otrzymany przedmiot znacznie różni się od opisu, który Sprzedający zamieścił na stronie, możesz uzyskać rekompensatę w wysokości do 10.000 złotych. Jeśli umowa została zrealizowana z użyciem PayU, w ramach rekompensaty możesz otrzymać także zwrot kosztów wysyłki do 100 zł.

2. Nie dostanie się rekompensaty jeśli: „Kupujący dokonał zakupów w ramach prowadzonej działalności gospodarczej lub jest Użytkownikiem Konta o statusie Firma”.

3. Nie dostanie się rekompensaty jeśli: „oferta nie była zgodna z Regulaminem Allegro. W szczególności Towar nie był dopuszczony do obrotu na Allegro z uwagi na wykaz towarów zakazanych i dopuszczonych warunkowo, stanowiący załącznik do Regulaminu Allegro”

4. Nie dostanie się rekompensaty: jeśli: „Towar uległ zniszczeniu lub został zagubiony podczas transportu z winy przewoźnika.”

5. I uwaga rekompensaty też nie będzie jeśli: „towar został przekazany osobiście bądź za pośrednictwem osoby niebędącej operatorem pocztowym lub dokonano płatności gotówką przy odbiorze osobistym Towaru”.

Nie wystarczy też samo zgłoszenie na policję. Trzeba mieć oryginał bądź notarialnie potwierdzoną kopią dowodu wpłaty kwoty za przedmiot na konto Sprzedającego. Chyba, że zapłaciło się za pośrednictwem "PayU".

I jeszcze jedno trzeba uzbroić się w cierpliwość: „Grupa Allegro podejmuje decyzję o przyjęciu zgłoszenia w terminie 30 dni roboczych od otrzymania poprawnie wypełnionego Formularza. Kupujący jest informowany o podjętej decyzji drogą poczty elektronicznej.”

Wnioski z tego wszystkiego płyną takie, że jeśli ktoś chce być ultra bezpieczny w trakcie zakupów na Allegro to powinien płacić PayU i nie odbierać niczego osobiście. I oczywiście musi przekonać policjanta. To ostatnie jak widać jest najtrudniejsze.

17:16, miaczynski
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 01 września 2014

Od dziś do 12 października w sklepach „Biedronki” trwa największa akcja promocyjna jaką od dawna widział na handel. Portugalska sieć postanowiła pokazać malkontentom kto tutaj jest największy na rynku.

Do wygrania jest:

- sto samochodów Volkswagen Golf Sportsvan, każdy po 75 tys. sztuka (plus 8 332,50 zł w gotówce, jak rozumiem ta gotówka to na podatek),

- sto Sony Playstation 4 500GB po 1749 zł sztuka

- czterysta aparatów NIKON COOLPIX L330 (wszystkie czarne, po 699 zł)

- dwieście Apple iPad mini 16GB po 1579 zł sztuka (kolor space gray)

- trzysta telefonów Samsung I9195 Galaxy S4 mini black o wartości 999 zł sztuka

A do tego 25 tys. sztuk ekspresów do kawy „Italico" (jeden wart jest 149 zł) i bony rabatowe na 10 zł (tych jest pół miliona).

Od razu odpowiem ile to będzie kosztowało: 18 128 250,00 brutto (słownie: osiemnaście milionów sto dwadzieścia osiem tysięcy dwieście pięćdziesiąt zł brutto). Najwięcej kosztują oczywiście samochody z nagrodą pieniężną - 8 333 250 zł. oraz bony rabatowe - 5 mln zł.

Do tego trzeba jeszcze oczywiście dorzucił ładnych kilka - kilkanaście - milionów na spoty w radiu i telewizji. Ale jak to mądrość ludowa głosi: kto bogatemu zabroni? 

Warunki wzięcia udziału w loterii są bardzo proste.

Klient kupuje towar za 50 zł i dostaje zdrapkę.

biedronqa

Ale żeby nie było tak fajnie: „Z Loterii wyłączone są napoje alkoholowe, w tym piwo w rozumieniu ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi (tekst jednolity Dz. U. z 2012 r., poz. 1356 ze zm.) oraz wyroby tytoniowe w rozumieniu Ustawy z dnia 9 listopada 1995 r. o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych (tekst jednolity Dz. U. z 1996 r., Nr 10, poz. 55 ze zm.).”

Czyli za papierosy oraz piwo, wino, wódkę etc. zdrapek nie ma. Trzeba kupować jedzenie, kosmetyki, proszki do prania etc.

Zdrapek jest 50 mln, na każdy sklep jest przydzielana określona pula zależna od średniej liczby transakcji tam dokonywanych.

Jeśli się wygra trzeba zachować nie tylko zdrapkę, ale i paragon (wypełnia się specjalne oświadczenie i wysyła do Biedronki. Wyjątek -  oświadczenia nie trzeba wypełniać jeśli wygrało się bon zniżkowy).  

Skąd ten pomysł?

Od mniej więcej roku kurs Jeronimo Martins na portugalskiej giełdzie spada. Analitycy śledzący spółkę ewidentnie się gubią w rekomendacjach, część radzi, aby akcje sprzedawać, część - aby kupować. Nie ma tutaj zdecydowanego trendu.

Firma napędza swoje imponujące wyniki finansowe (w pierwszym półroczu przychody Biedronki wyniosły 16,7 mld zł) głównie otwarciami nowych sklepów. W branży handlowej o kondycji biznesu dużo mówi tzw. wskaźnik LFL. To porównanie sprzedaży w tym samym istniejącym sklepie teraz i przed rokiem.

Jeszcze w 2011 roku Biedronka mogła się pochwalić 20-proc. wzrostem LFL. W pierwszym kwartale 2013 r. wzrósł on o 8,8 proc. W pierwszym kwartale tego roku był już spadek o 2,7 proc. W drugim kwartale - gdy były święta wielkanocne - wzrost był symboliczny: o 0,3 proc. (bez świąt byłby spadek o 1,7 proc.).

Aby odbudować LFL firma intensywnie wymienia swoją kadrę zarządzającą i potrzebuje nowych pomysłów. I to jest właśnie taki nowy pomysł.

A dlaczego to zły pomysł?

Jestem absolutnie przekonany, że  loteria promocyjna będzie gigantycznym sukcesem. Jest prosta (żadnego wysyłania sms, wystarczy tylko potrzeć zdrapkę) a nagrody bardzo przemawiają do wyobraźni.

Klienci będą kupować, wyniki za wrzesień będą świetnie. Do tego dochodzi doskonały marketing wirusowy - nagród jest tak dużo, że każdy ze zwycięzców będzie opowiadał jak to dostał coś od Biedronki.

Dlaczego to jednak zły pomysł? Bo takie dopalenie wyników to swego rodzaju użycie bomby atomowej. Jest diabelnie kosztowne a nie gwarantuje wcale długoterminowych sukcesów. Na dodatek prawdopodobnie za chwilę będziemy mieli wysyp podobnego rodzaju inicjatyw ze strony konkurencji.

Zdrowy biznes poradzi sobie i bez loterii.

Widać, jednak że zarząd Biedronki potrzebuje czego spektakularnego aby udowodnić wszystkim dookoła, że ten lew potrafi jeszcze groźnie ryczeć.Ja wiem, że potrafi.

Tylko, że loteria nie załatwia żadnego fundamentalnego problemu sieci.

16:35, miaczynski
Link Komentarze (11) »
piątek, 29 sierpnia 2014

Ostatnio miałem przykrość wymiany zmywarki. W pewnym momencie późnym wieczorem sprzęt ten wydał z siebie w trakcie pracy serię trzech pisków, co jak sprawdziłem w instrukcji jest mniej więcej tym samym co wołanie „do szalup ratunkowych” na statku.

Trzy piknięcia oznaczały bowiem: zrelaksuj się, wezwij serwis, nic nie jesteś w stanie już zrobić.

Miałem sporo czasu aby pokontemplować nad zlewem z gąbką w dłoni (mycie ręczne sprzyja rozmyślaniom i bardzo uspokaja) i serwis faktycznie się zjawił.

Pan, który się pojawił stwierdził krótko, że sparciał wąż odprowadzający wodę a tak w ogóle to 600 zł.

To znaczy doprowadzenie zmywarki do stanu ponownego uruchomienia kosztować będzie złotych 600 przy czym o ile na wymienione części jest owszem gwarancja, to z tego co pan widzi urządzenie jest niczym Golf II na polskiej, wiejskiej drodze, czyli doszło do granic swoich możliwości i on obstawia, że lada chwila zepsuje się coś następnego.

- Zmywarki - tu pan serwisant wzniósł palce w górę - są projektowane teraz na 5 do 7 lat eksploatacji. Ta ma sześć, wnioski proszę wyciągnąć samemu. A tak w ogóle to 100 zł za wizytę się należy.

Wnioski więc wyciągnąłem i zamiast inwestować w starą zmywarkę postanowiłem kupić nową. Co prawda pokiwałem przy tym głową nad przemyślnością przemysłu AGD, ale z drugiej strony to nic nowego, że producenci skracają jak mogą cykl życia produktu.

Dla porównania moja pierwsza zmywarka kupiona lat temu 13 działa do tej pory i ma się całkiem nieźle.

Nowa zmywarka to model podobny do tego, który miałem poprzednio (chodziło o to aby pasowała do już istniejącej zabudowy w kuchni) , czyli AEG ESL4500LO - cena 1249 zł.

Montowałem ją samodzielnie, sklep przywożąc nową zmywarkę, zabrał starą do recyklingu.

Czy ten zakup się opłaca? Policzę teraz na szybko roczny koszt eksploatacji zmywarki. Tam gdzie to możliwe i opłacalne używam marek własnych.

Płyn do czyszczenia zmywarek - 7,99 raz na dwa miesiące. Owszem płynu można nie używać, ale regularna konserwacja przedłuża żywotność zmywarki. Koszt: 47,94 zł, rocznie.

Sól do zmywarek - 6,49 - raz na dwa miesiące. Znów - używając tabletek/kapsułek wieloskładnikowych można z soli zrezygnować. Jednak jak pokazują moje doświadczenia z solą zmywarka myje i suszy dużo lepiej. Koszt roczny 38,94 zł.

Tabletki do zmywarek - jedno mycie 52 grosze. Ale praktyka nauczyła mnie, że większość marek własnych w tym względzie jest mało warta. Często wyjmowałem niedomyte naczynia (albo ze smugami), co oznaczało konieczność kolejnego mycia.

Lepsze, markowe środki kosztują od 65 groszy za mycie (w promocji) do ponad złotówki. Generalnie nieźle sprawdzają się zamiast tabletek tzw. kapsułki do zmywarki, ale to moje prywatne doświadczenia osobiste.Zmywarki statystycznie używamy ok. 280 razy w roku (tak przynajmniej twierdzą producenci). Koszt tabletek to w moim przypadku 182 zł rocznie.

Zmywarka klasy A+ według oświadczeń producenta zużyje w ciągu roku:

- 2660 litrów wody (9,5 litra na cykl) przy założeniu, że 1 litr zimnej wody kosztuje trochę ponad 1 grosz daje nam coś ok. 30 zł rocznie.

- 222 kWh prądu - przy założeniu, że 1 kWh kosztuje 60 groszy daje 133,2 zł

Zmywarka według oświadczenia pana serwisanta ma posłużyć 6 lat, co daje nam 208 zł rocznie. Później trzeba będzie kupić nową.

Roczny koszt eksploatacji mojej zmywarki to więc mniej więcej 640 zł, czyli sporo.

3bb40cedde294e4439a00ebf2b58be0b

Czy zmywarka się opłaca w porównaniu do mycia ręcznego? Tutaj wyliczenia będą już nieco mniej precyzyjne, bo wszystko zależy jak kto zmywa. Do umycia kompletu naczyń mieszczących się w zmywarce potrzeba od 40 do 80 litrów wody - w zależności od tego jaką technikę tutaj stosujemy. Powiedzmy, że jest to 80 litrów.

Biorąc pod uwagę, że będziemy to robić 280 razy w roku i potrzebujemy do tego dużo ciepłej a więc droższej wody (ciepła to mniej więcej 2 grosze za litr) wychodzi nam koło 350 - 370 zł na wodę rocznie w zależności od tego jakie proporcje wody ciepłej do zimnej przyjmiemy. 

Płyn do mycia naczyń kosztuje ok. 5 zł za butelkę i wystarcza powiedzmy na 30 cykli. Potrzebujemy więc (zaokrąglam w górę) 1 butelki płynu miesięcznie, czyli wydamy na to 60 zł miesięcznie.

Łączny roczny koszt to więc rocznie ok. 430 zł. (kosztu zlewu i kranu nie liczę, bo i tak trzeba je mieć w kuchni, nawet jeśli ktoś ma zmywarkę).

Przy czym oczywiście ładowanie zmywarki trwa dużo krócej niż mycie ręczne. Czy opłaca się spędzać czas przy zlewie myjąc, czy warto go poświęcić na coś innego to już jest kwestią indywidualną.

Korzystając ze zmywarki warto pamiętać o kilku rzeczach:

1. Zdrap widelcem jedzenie z talerzy zanim wsadzisz je (talerze) do zmywarki.

2. Duże i bardziej zabrudzone naczynia układaj w dolnym koszu. Szklanki, filiżanki i mniej zabrudzone naczynia układaj w koszu górnym.

3. Czyść śmigła. W śmigłach są otworki. Jeśli otworki są zatkane, zmywarka będzie gorzej myć.

4. Czyść regularnie filtr. Swoją drogą potrafi on się samoistnie odkręcić i zapchać odpływ.

5. Jeśli zbił ci się kieliszek w zmywarce, weź latarkę i dokładnie pozbieraj wszystkie okruchy szkła. Nic tak nie zapycha pompy odprowadzającej wodę jak szkło (oraz kości od kurczaka).

Z chęcią poznam Państwa zdanie na ten temat zwłaszcza jeśli popełniłem jakieś błędy w obliczeniach. 

13:53, miaczynski
Link Komentarze (36) »
wtorek, 05 sierpnia 2014

Na zdjęciach sandały wyglądały niezwykle atrakcyjnie. Na dodatek były srebrne a ponoć srebrne buty sa niezwykle modne w tym sezonie. Podobnie zresztą jak złote.

Pani Anna kupiła więc sandały na Allegro za 99 zł i wszystko było ok. do momentu kiedy nie otworzyła paczki z przesyłką.

Tu mina jej mocno zrzedła. Sandały na żywo wyglądały niby tak samo, ale jednak zupełnie inaczej. Budziły mniej więcej tak gorące uczucia jak odgłos piłowania styropianu metalowym nożem koło piątej rano.

- Wyglądały obrzydliwie - stwierdziła. - Gorzej niż Fiat Multipla.

Czytelniczka już chwyciła za paczkę aby je odesłać z powrotem korzystając z prawa do 10 dniowego zwrotu gwarantowanego prawem gdy naszły ją wątpliwości.

Powód? Sandały kupiła na Allegro, ale w drodze licytacji. - Czy w takiej sytuacji mogę je zwrócić? - pyta.

I tutaj państwa zaskoczę, bo nie.

Przepisy są tu jasne, choć mało osób o tym wie. Ustawa o ochronie niektórych praw konsumenta mówi o tym tak:

„art 16. 1
Przepisów o umowach zawieranych na odległość nie stosuje się do umów:
...
10) sprzedaży z licytacji.”

Część sprzedawców na Allegro - chodzi mi o firmy - właśnie dlatego ciągle korzysta z licytacji (mimo, że na tej platformie dominuje opcja „kup teraz”).

I niemal wszystkie aukcje mają wówczas z licytacją (kup teraz jest tylko dla przedmiotów, których wartość jest poniżej kosztów wysyłki, czyli takich, których nie opłaca się zwracać).

W zdecydowanej większości takich licytacji ofertę składa tylko jedna osoba, bo ceny są ustalone na rynkowym, albo jak kto woli allegrowym poziomie. 

Ot, sprytny prawniczy trik, który pozwala niewielkim sklepom obniżyć koszty działalności i nie bawić się w żadne wymiany.

Co można zrobić w takiej sytuacji? Tylko jedno: powołać się na niezgodność towaru z umową - jeśli taka oczywiście występuje.

Pani Anna miała to szczęście w nieszczęściu, że na sandałach znalazła niewielką dziwną plamę.

Towar wrócił do sprzedawcy. Gorzej jeśli jednak nie była to jedyna para a sklep zaproponuje wymianę na takie same, ale bez plam...

15:51, miaczynski
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Proszę sobie wyobrazić sytuację, otwierają Państwo maila a tam komunikat, że Państwa konto zostało obciążone przez firmę ubezpieczeniową kwotą 524 zł.

Tyle, że ups! - niczego takiego nie zlecaliście. Coś takiego właśnie przydarzyło się klientom firmy Allianz.

Pan Tomasz otworzył pocztę i kiedy to zobaczył już nie potrzebował kawy.  Znaczy się trochę się zdenerwował.

- Faktycznie mam jakieś polisy w Allianzie. Dziś z samego rana zadzwoniłem do firmy Dotpay i powiedziałem Pani o tej tajemniczej płatności. Pani odpowiedziała mniej więcej tak: a Pan w sprawie Allianza? Wiem, bo mamy mnóstwo tel. Allianz jest naszym klientem, testują jakiś nowy system płatności i omyłkowo podali autentyczne maile swoich klientów..... - relacjonuje czytelnik rozkładając ręce.

Co na to oficjalnie Dotpay.pl?
- Nie czujemy się upoważnieni do komentowania tej sprawy. Prosimy zwrócić się z zapytaniem bezpośrednio do serwisu Allianz Direct - umywa ręce operator płatności internetowych.

Sam Allianz przyznaje, że w ubiegłym tygodniu, w wyniku błędu, 560 jego klientów, „otrzymało omyłkowo e-maile z informacją dotyczącą odnowienia polisy, w tym potwierdzenia opłacenia składki”.

- Były to wyłącznie dane testowe, bez związku ze stanem faktycznym polis. Allianz żadnego z klientów nie obciążył finansowo ani też wysłany e-mail nie był potwierdzeniem jakiejkolwiek rzeczywistej płatności. Gdy błąd został wykryty, natychmiast testy zostały wstrzymane. Skala tego zdarzenia nie jest duża, skontaktujemy się indywidualnie ze wszystkimi osobami, które otrzymały od nas omyłkowe komunikaty, przeprosimy i wyjaśnimy zaistniałą sytuację - twierdzi Beata Wójcik Zastępca Dyrektora ds.Komunikacji Korporacyjnej Grupy Allianz Polska

Czy 560 osób to nie jest duża skala? Pozwolę się nie zgodzić.

Dodatkowo do klientów rozesłany został dziś mail z przeprosinami.

„Szanowni Państwo, w ubiegłym tygodniu, w wyniku błędu, otrzymaliście Państwo omyłkowo e-mail z informacją dotyczącą odnowienia polisy, w tym potwierdzenia opłacenia składki. Były to wyłącznie dane testowe, bez związku ze stanem faktycznym polis. Nie zostaliście Państwo obciążeni finansowo ani też wysłany e-mail nie był potwierdzeniem jakiejkolwiek rzeczywistej transakcji.
Zdajemy sobie sprawę, że wysłany e-mail mógł spowodować Państwa zaniepokojenie, za co bardzo przepraszamy.”

Kiedy to czytałem przypomniała mi się sytuacja jak 17 października  ubiegłego roku wszyscy Polacy którzy mają konto na LinkedIn otrzymali maila z informacją, że serwisowi udało się zdobyć milion członków w naszym kraju.

Tyle, że według LinkedIn w Polsce każdy niezależnie od płci miał na imię Aaron lub Paweł.

Tu zaś każdy niezależnie od płci i wieku fikcyjnie kupował polisę za 524 zł. 

Wnioski? Jak teraz Allianz będzie chciał od państwa jakichś pieniędzy to lepiej się upewnić czy to nie pomyłka.

16:26, miaczynski
Link Komentarze (8) »
niedziela, 03 sierpnia 2014

T -Mobile postawił części swoich klientów ultimatum. Albo zgodzą się na podwyżkę abonamentu o 5 zł albo… przejdą na nowe taryfy JUMP albo mogą sobie pójść, zrywając umowę bez płacenia żadnych kar.

Chodzi o osoby posiadające umowy terminowe bez telefonu i umowy na czas nieokreślony korzystające ze starych taryf i promocji. Według sieci ma to na celu “zapanowanie nad taryfowym chaosem i ujednolicenie oferty”.

Pozwolą Państwo, ze przetłumaczę to na język polski: ci, klienci się nam nie opłacają, więc ich nie obsługujemy.

 

- Możemy bezkarnie odstąpić od umowy, co zamierzam zrobić; nawet nie próbowali mnie przekonywać, żebym została. Liczą chyba na to, że mi się nie będzie chciało nic z tym robić, bo w sumie 5 zł to jest mniej więcej pół kawy. Ale to jest właśnie to pół kawy, które przelało czarę goryczy - pisze do mnie pani Ewa. 

T-Mobile bardzo ładnie w ten sposób pokazuje, że rządzą u nich księgowi. Podnieść opłaty może każdy, zatrzymać jednak klientów i sprawić jednocześnie, aby płacili z własnej woli więcej a to już jest sztuka.

Kiedy prowadzę czasami zajęcia z obsługi klienta, podaję przykład  Jeffa Bezosa. Szef Amazona – jest gotów “tracić” pieniądze na niektórych klientach, bo wie, że zyskuje lojalność.

Amazon ma usługę „Prime“. Koszt 99 dolarów rocznie.  W zamian użytkownikom przysługuje:

       - dostawa na drugi dzień

       - dostęp do 40 tys. materiałów video w streamingu

       - dostęp do 300 tys. książek

Korzysta z tego 10 milionów członków. I oczywiście na na kosztach wysyłki i na usługach Amazon traci. Czy Bezos jest frajerem? Nie. Dlaczego?

Bo, woli mieć fanów – a nie zwykłych klientów. Klient, przychodzi i odchodzi. Fan zostaje. Przeciętny użytkownik usługi Prime wydaje rocznie na zakupy w Amazonie 1224 dolary, czyli o 700 dolarów więcej niż przeciętny użytkownik.

Zakupy użytkowników Prime (i ich opłaty za członkostwo) dają więcej niż jedną trzecią zysków Amazona.

Jaki z tego jest wniosek? Bardzo często warto stracić trochę na kliencie, aby sprzedać mu coś innego, na czym się już zarobi.

A T- Mobile swoją decyzją pokazuje jasno, że nie potrafi sprzedawać.  Potrafi tylko wysyłać oświadczenia: wyskakujcie z kasy, albo możecie sobie odejść.

Na miejscu użytkowników T-Mobile bym z rady skorzystał i spadł, do konkurencji.

Rynek komórkowy jest niezwykle wymagający, marże się zmniejszają, coraz ciężej zdobyć na nim nowych klientów.

Dobre wyniki zachowają na nim te firmy, którym uda się wychować fanów marki. T- Mobile właśnie zdobył antyfanów.

 

13:53, miaczynski
Link Komentarze (29) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66