Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Autor książki: „Jak bezpiecznie kupić dom lub mieszkanie”, współautor „Łowców Milionów” oraz „XX lat minęło”. Wielokrotnie nominowany do różnych nagród dziennikarskich: UOKiK (nagroda w 2011) oraz Grand Press. Wyróżniony w konkursie SDP.
RSS


RSS
czwartek, 17 kwietnia 2014

Mało osób wie, że amerykański Amazon, kojarzony głównie ze sprzedażą książek, czerpie z nich już tylko jakąś jedną czwartą swoich przychodów. 

Teraz to nie tyle gigantyczna księgarnia co po prostu hipermarket, w którym można zamówić również zakupy spożywcze (AmazonFresh).

Właśnie z myślą o tej usłudze gigant testuje nowe urządzenie do robienia zakupów przez sieć o nazwie Dash.

Dash wygląda tak:

Aby dany produkt włożyć do swojego wirtualnego koszyka wystarczy urządzenie zbliżyć do kodu kreskowego na zużytym (kończącym się) opakowaniu soku czy proszku do prania.

A jeśli produkt nie ma kodu kreskowego (ziemniaki, ananas, winogrona, 20 kilogramów cebuli)?

Wystarczy powiedzieć do mikrofonu wbudowanego w Dashu - co chcemy zamówić. Urządzenie wyposażone jest w system rozpoznawania głosu.

Wygląda to tak:

 

A później? Później przeglądamy swoje zakupy na laptopie, tablecie, telefonie etc. i składamy zamówienie. Kurier przywozi zakupy do domu zazwyczaj następnego dnia.

Dash jest testowany w Los Angeles i San Fransisco. Odpytany przez WSJ Gregg Luskin, 25 letni producent muzyczny z LA twierdzi, że nie ma pojęcia dlaczego Amazon wybrał go do grupy, która dostała urządzenie za darmo.

- Oszczędzam czas, bo nie muszę robić żadnych list zakupów. Wydaje mi się, że zamawiam więcej z Azamon Fresh niż do tej pory.

Luskin robi to dwa razy w tygodniu.

Ostatnio używał Dasha do zamówienia dezodorantu i emulsji do ciała siedząc w łazience. Jak twierdzi czytnik czyta kody nawet z odległości jednego metra.

Pomysł Amazona jest o tyle ciekawy, że firma do zakupów internetowych wykorzystała całkowicie nowe urządzenie.

Jeszcze kilka lat temu supermarket przyszłości miał wyglądać tak jak na filmach niemieckiej grupy Metro (Saturn, Media Markt, Real). Animowana blondynka rodem z gry "Sims" podchodziła do wózka z zamocowanym ekranem dotykowym. Zbliżała do niego kartę lojalnościową. Na monitorze pojawiał się napis: "Dzień dobry, pani Webber. Ostatnio kupiła pani sześć jajek, mleko, masło, dwa jogurty oraz płatki. A teraz oprowadzę panią po sklepie! Może zainteresują panią nasze specjalne oferty? Dziś mamy promocję na musli!". Wprowadzanie podobnego rodzaju ekranów do wózków jest jednak drogie.

Teraz wszelkie mniej albo bardziej zaawansowane wizje sklepów przyszłości opierają się właśnie na telefonach. I coraz częściej na dostarczaniu zakupów do domu.

Kilka lat temu Tesco otworzyło w Korei Południowej „sklep przyszłości”. Idea? Skoro ludzie nie mają czasu, aby pójść sami na zakupy, to niech sklep przyjdzie do nich ("Let the store come to people").

W metrze wykleili ściany plakatami z produktami spożywczymi: sokami, owocami, porcjami mięsa etc. Z daleka wyglądało to jak zwykły sklep z półkami. Pod każdym produktem był jednak kod kreskowy.

Potencjalny klient uruchamiał aplikację na smartfona. Zbliżał telefon do kodu kreskowego, a produkt automatycznie lądował w jego wirtualnym koszyku.

Całość zamówienia była dostarczana zaraz po jego przyjeździe do domu. - To jak zakupy w normalnym sklepie - ekscytowali się Koreańczycy.

Pomysł ten wykorzystał również poznański „Piotr i Paweł”. Pod koniec 2012 roku zrealizował podobny projekt na ulicach Poznania.

 

Podobny do Amazona pomysł wdraża od kilku lat francuski Auchan. W tej wersji wykorzystywany jest jednak również smartfon.

Julia jest ładną szatynką. Ma 34 lata, męża, dziecko i mieszka we francuskim Lille. Stojąc w kuchni, zakłada za ucho zestaw głośnomówiący i uruchamia aplikację Auchan na iPhone’a. Klika na "listy zakupów" i otwiera lodówkę. Wtykając ładny nos między półki, recytuje: masło, jajka, jogurt, tarty ser, pomidory, cukinia, kurczak, szynka.

Z lodówki przenosi się do szafki. Wylicza dalej: herbatniki, kawa. Nazwa każdego produktu, który wypowiada, jest automatycznie dodawana przez telefon do listy zakupów.

Teraz śmietnik. Przed wyrzuceniem do śmieci kod kreskowy każdego opakowania zostaje zeskanowany. Bezprzewodowo na telefon Julii lądują informacje o tym, co znajduje się w koszu. Listę tych produktów może dodać od razu do listy zakupów.

- Jak to, Felix już zjadł moje truskawkowe cukierki? - dziwi się teatralnie Julia.

Podchodzi do ekranu komputera - program Auchan rysuje jej najszybszą i najkorzystniejszą trasę po sklepie i określa przypuszczalny czas zakupów (43 minuty).

Taki filmik pokazywała mi sieć dwa lata temu, kiedy odwiedziłem ich francuską siedzibę.

Sieć podobne rozwiązania już wprowadza testowo do niektórych sklepów. Pracuje nad nimi zresztą większość dużych firm handlowych.

Przewaga Dasha nad telefonami jest jedna - ma doskonały skaner.

Minus? Proszę sobie wyobrazić, że gdzieś „ginie” w domu. I cała technologiczna rewolucja psu na budę. 

11:19, miaczynski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 kwietnia 2014

A co jeśli jest to bardzo, ale to bardzo zła rada? 

Pani Elwira wybrała się na zakupy do sieci obuwniczej Kazar. Kojarzą państwo?  Firma  z Przemyśla, założona przez Artura Kazienko w 1990 roku, buty po 500 zł w górę, sklepy w galeriach handlowych.

Markę lubią rodzime celebrytki w rodzaju Edyty Herbuś oraz Aleksandry Kwaśniewskiej oraz projektanci jak Ewa Minge czy człowiek - winda Dawid Woliński.

Ale wracajmy do zakupów.

- Pod koniec stycznia kupiłam u nich kozaki, owszem, przecenione - w związku z czym zapłaciłam za nie jedyne 425 zł. Cóż, za jakość się płaci - dobrze, że pieniądze trafiają do polskiej firmy - uważam, że trzeba wspierać naszą gospodarkę, tak, tak... - pisze.

Też wychodzę z tego założenia. W sensie, że lepiej wspierać polskie firmy. Jeśli produkt rzecz jasna jest odpowiedniej jakości.

- Po miesiącu użytkowania, buty nieco się ubrudziły - a że były z pięknej, jasnej, delikatnej skóry, zdecydowałam się pojechać do salonu Kazara po dokładne wytyczne - jak je czyścić i konserwować, żeby ich nie zniszczyć. Bardzo miły Pan, przyjrzał się butom, zaproponował mi piankę do czyszczenia za 24 zł (którą chętnie kupiłam) i zapytał, czy mam w domu jakąś bezbarwną pastę. Powiedziałam, że mam. W związku z tym Pan udzielił mi następującej rady: najpierw nałożyć na buty piankę, zostawić na krótką chwilę, wytrzeć suchą, delikatną szmatką, a następnie użyć jakiejś bezbarwnej pasty - opisuje mi czytelniczka.

 

Czytelniczka tak też zrobiła zaraz po powrocie do domu. Najpierw użyła pianki - ale zobaczyła, że w buty wsiąka. Zmyła ją więc suchą szmatką - zgodnie z poleceniem.

- Na butach co prawda były dziwnie, ciemne zacieki, no, ale cóż, Pan z Kazara na pewno wiedział, co mówi. Użyłam więc bezbarwnej pasty Kiwi, kupionej jakiś tydzień wcześniej - zatem nowej, nie przeterminowanej. Tej pasty używam "od zawsze" do większości moich skórzanych butów. Niestety po użyciu jej na te kozaki, ciemne zacieki po piance zamieniły się w jeden wielki, ciemny zaciek - relacjonuje ponuro pani Elwira.

I poszła na reklamację. W salonie panie z obsługi wzięły od niej buty oraz piankę, dodając jednocześnie, że pasta jest niepotrzebna.

Po 1,5 tygodnia, pani Elwira dostała jednak sms'a, w którym BOK poinformowało ją o oddaleniu reklamacji, która zostanie jednak rozpatrzona ponownie, jeśli doniesie pastę.

- Udałam się więc do salonu Kazara, po raz trzeci w ostatnim czasie - w razie gdyby w wolnym czasie mi się nudziło- mimo, że wcześniej tę pastę już miałam ze sobą, i doniosłam pastę. Marzec się kończył, sezon na kozaki razem z nim, ale teraz, to już sprawa miała być załatwiona "raz, dwa" - opowiada czytelniczka.

I co? Buty są ok, pasta zła

9 kwietnia dostała sms, że reklamację ponownie oddalono. Generalnie buty były ok, ich pianka była ok, została użyta pasta nieodpowiednia do tego typu obuwia.

- To, że pracownik salonu udzielił nieodpowiedniej porady, nie jest dla Biura Obsługi Klienta wiążące. Zadzwoniłam do BOK próbując Państwu wytłumaczyć, że skoro ode mnie wymaga się postępowania zgodnie z instrukcjami - i jeśli się do nich nie zastosuję, moja gwarancja może zostać wyłączona - to samo tyczy się przecież drugiej strony. Nie za sam towar odpowiada sklep, ale też za obsługę i konsekwencje z niej wynikające - jedyne co usłyszałam w odpowiedzi, to, że mogę złożyć odwołanie.

Na ulotce z instrukcją, którą dostałam od sklepu jest przecież napisane, że nie zaleca się używania past nabłyszczających i jest dokładnie opisane, w jaki sposób dbać o każdą ze skór - tego się powinnam trzymać. Na mój komentarz, że ja niestety nie jestem w stanie odróżnić skóry licowej, welurowej, nubukowej, zamszowej, z naturalnym włosiem, natłuszczonej, lakierowanej - dlatego właśnie udałam się do salonu po precyzyjną, profesjonalną, specjalistyczną (?) radę, a tam dowiedziałam się, że mam użyć "DOWOLNEJ, BEZBARWNEJ PASTY", a nie "dowolnej, bezbarwnej, byle nie nabłyszczającej" usłyszałam: "No tak" - relacjonuje czytelniczka.

A trzeba było kupić gumofilce...

Oczywistym jest, że czytelniczka popełniła błąd. Zgodnie z polską normą powinna nigdy butów nie czyścić. Ewentualnie kupić sobie zgrabne gumofilce. Starczą na kilka sezonów a zmyć można je od biedy ogrodowym wężem.

- Martwi mnie to, że nawet kupując coś w rzekomo renomowanej firmie, nie możemy mieć za grosz zaufania. Okazuje się, że gdybym skonsultowała się ze znajomymi, którzy mieli podobne buty, czy ze znajomym kaletnikiem, nadal mogłabym cieszyć się moimi kozakami. Jako, ze postanowiłam jednak zaufać firmie, która te buty wyprodukowała, czeka mnie teraz wycieczka na Ordynacką, a ewentualnie nawet do sądu - konkluduje czytelniczka.

Wsiadłem więc na swojego kucyka i pogalopowałem do firmy Kazar. Trzeba przyznać, że reakcja z jej strony była błyskawiczna. Jako bloger i dziennikarz poczułem się zaiste potraktowany nie z buta. Znaczy się dobrze. 

Co odpowiedział Kazar?

„Sprawdziliśmy, czy preparat Kazar Cleaning Foam może spowodować odbarwienia w tym konkretnym modelu obuwia. Testy wypadły negatywnie. Prawidłowo użyta pianka nie uszkodziła skórzanego wierzchu. Poprosiliśmy zatem o przesłanie pasty, której Klientka użyła. Okazało się, że jest to pasta samopołyskowa. Zgodnie z zasadami pielęgnacji wyrobów skórzanych, zamieszczonymi na ulotce dołączonej do każdego sprzedawanego przez nas wyrobu, nie zaleca się stosowania past błyskawicznych i samopołyskowych, bo mogą uszkodzić powłokę skóry. To powód, dla którego nie oferujemy tego typu środków w salonach Kazar. Wierzch reklamowanego obuwia, wykonany jest z bardzo delikatnej skóry, która wymaga szczególnej pielęgnacji.

 Wyniki testów jednoznacznie wskazywały, że do odbarwień doszło w wyniku nieprawidłowej pielęgnacji obuwia.”

Epilog

To, że but został źle potraktowany nie ulega wątpliwości dla nikogo. Firma nie odnosi się jednak tutaj do podstawowej rzeczy - czy odpowiada za wprowadzenie w błąd przez swojego pracownika.

Na koniec Kazar zachował się jednak racjonalnie: „Rozumiem rozczarowanie Klientki, bo do uszkodzeń doszło przecież nieumyślnie, dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się uznać tę reklamację.

Niezależnie jednak od powyższego, obuwie z uszkodzoną skórą oraz preparat do pielęgnacji obuwia wysyłamy do rzeczoznawcy, w celu uzyskania niezależnej ekspertyzy – ustalenia przyczyny uszkodzenia skóry.”

Myślę jednak, że gdyby sprawa trafiła do sądu a pani Elwirze udałoby się udowodnić, że została wprowadzona w błąd przez pracownika sklepu - Kazar przegrałby sprawę.

Tagi: kazar
11:09, miaczynski
Link Komentarze (19) »
piątek, 11 kwietnia 2014

AAAAAAAAAAAAOkazja, okazja nowiuteńkie Audi RS 8 za 49 tys. zł sprzedaję!!! Do tego trzy iPhony 5S po 799 zł, kilogram białych trufli za 89, 99 zł oraz nienoszony płaszcz Burberry za 1499 zł!!!

Nie uwierzyli Państwo? Smuteczek.

To ciekawe. A dlaczego wierzą państwo, że ktoś w regularny sposób jest w stanie sprzedawać markowe produkty po cenach o połowę czy 80 proc. niższych?

Bo, pisze że pierwotna cena była wyższa? Pisać w opisie oferty to można wiele rzeczy. A to już pokaże na przykładzie pani Magdalena.

- Jakiś czas temu zapisałam się do Newslettera Westwing Home&Living. Otrzymałam m.in propozycję na zakup plakatu firmy Posterplate. Według Westwing plakat kosztuje 160zł, a na Westwing można go nabyć za 79 zł. Szkoda tylko, że na stronie Posterplate plakat również kosztował 79zł. Cena 160 zł jest z kosmosu i ma na celu wywołać złudzenie promocji. Napisałam do Westwing przez ich formularz kontaktowy na stronie 23 marca 2014. Do dzisiaj nie otrzymałam odpowiedzi - pisze czytelniczka.

Oferta Westwing wygląda tak:

z_westwinga2

A oferta Posterplate tak:

 

z_posterplate2

Szanowni państwo - rada podstawowa - zanim nacisną państwo klawisz kupuję to - radzę zachować odrobinę zdrowego sceptycyzmu i sprawdzić czy faktycznie mamy do czynienia z "okazją" czy OKAZJĄ.

UPDATE: Odezwało się do mnie w komentarzach Posterplate "okazany screen z naszej strony prezentuje cenę innego, mniejszego produktu. Plakat metalowy PosterPlate - Warszawa oferowany w przeszłości przez Westwing kosztuje w naszym sklepie 159 PLN."

Ponieważ nie wiem jakiej wielkości był plakat w ofercie Westwinga, ODSZCZEKUJĘ HAU, HAU!!

PS. Rada pozostaje ciągle aktualna.

 

Tagi: westwing
12:10, miaczynski
Link Komentarze (6) »
środa, 09 kwietnia 2014

Nie wiem czy słusznie, ale mam wrażenie, że ostatnio oferty sieci komórkowych mocna straciły na atrakcyjności i z etapu: kusimy tanim telefonem komórkowym, chwacko przeszliśmy do oferty pod tytułem: dajemy gratisy w usługach i komplikujemy oferty tak, aby klient płacił więcej niż zakładał na początku.

Pisałem niedawno o takim cross sellu w wykonaniu T- mobile, gdzie klientowi, który używał telefonu Nokia model tak na oko początek ubiegłej dekady wciśnięto dodatkowo pakiet antywirusowy na smartfona za 5 zł miesięcznie co wywołało w nim uraz do przyjaźni polsko -niemieckiej.

Dziś będzie zaś historia pani Marty, która przedłużała swoją umowę w sieci, którą reklamuje wiele gwiazd a i tak największą z nich stała się pewna blondynka (świat lubi paradoksy).

playblondie

 A chodzi oczywiście o Play.  

- Dzień dobry Panie Piotrze. Historia jest krótka, acz treściwa. Mam 4 telefony w Play, jestem bardzo zadowolona z ich obsługi klienta, lubię iPhone i do tego na jednym numerze kończy mi się umowa, którą - do tej pory z radością - chciałam przedłużyć.  Jako, że owszem, lubię iPhone, ale nie zależy mi na najnowszym modelu, za który miałabym zapłacić 1000zł, zdecydowałam się na iPhone 4s za 1 zł przy abonamencie za 79.99 na (!) 36 miesięcy. Ok, 36 miesięcy to dla mnie sprawa względna, może być, jest jasny zapis na ich stronie internetowej.  Abonament w moim przypadku i tak kosztowałby nie 79.99, ale 89.99, bo oprócz nielimitowanych minut do sieci komórkowych, zależy mi również na nielimitowanych smsach i mmsach do wszystkich sieci, ale to akurat wyraźnie zaznaczone jest na stronie, więc też ok. - relacjonuje czytelniczka.

W abonamencie oprócz nielimitowanych minut do sieci komórkowych, był jeszcze zapis, że przysługuje jej nielimitowany darmowy internet w LTE (super szybki dostęp do sieci) do końca roku 2014 oraz 2 GB pakiet internet.

A gdzie problem?

- Coś mnie tknęło, bo skoro internet ma być nielimitowany, to po co mi pakiet ograniczający go do 2 GB? Najpierw zaczęłam myśleć, że to pakiet do wykorzystania poza siecią LTE. No i fajnie. Fajnie do momentu, kiedy okazało się, że iPhone 4s, dla którego dedykowana jest ta oferta ... nie obsługuje sieci LTE. Miło więc, sobie poczytać, że mam nielimitowane połączenia z siecią LTE, do której nie mam dostępu - konkluduje czytelniczka.

Co na to Play? - Promocja darmowe LTE jest dodatkiem promocyjnym, dla wszystkich, którzy mogą korzystać z tej technologii. każdy klient dostaje w tej ofercie duży pakiet internetu 2GB oraz dodatkowy nielimitowany dostęp do LTE, o ile jest w zasięgu. Ta klientka oczywiście taki dostęp ma, ale wybrała telefon, który nie obsługuje tej technologii i my nie mamy na to żadnego wpływu. Nie możemy zmuszać klientów aby kupowali droższe telefony. To ich wybór, a my w kilku miejscach o tym informujemy. Niczego nie ukrywamy.Czy stacja benzynowa odpowiada za to, że klientka do samochodu na olej napędowy nalewa benzynę? Auto na ON nie pojedzie nawet na najlepszej benzynie - przekonuje Joanna Kwiatkowska Specjalista ds. Public Relations

I dodaje, że telefony z LTE są oznaczone na WWW specjalną ikonką – LTE. iPhone 4S oczywiście takiej ikonki nie ma.

playgraf2

 

Tłumacząc oświadczenie Playa na język bardziej potoczysty: pani Marta powinna nauczyć się czytać, a jeszcze lepiej nie skąpić tylko kupić lepszy telefon, wtedy wilk byłby syty i wilczyca dziewica.

Oczywiście czytelniczka powinna uważniej czytać ofertę operatora. Ale sam Play też sobie leci w kulki wpychając “darmowe LTE” do każdego telefonu - nawet tekiego, który tej technologii nie obsługuje. Rozumiem, że chodzi tutaj o marketing, ale o wiele łatwiej przekonac kogoś do LTE jesli jest w stanie z super szybkiego internetu skorzystać.

11:34, miaczynski
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2014

W pocztowej rewolucji, która dzieje się teraz w sądach umyka nam jedna ważna rzecz - doręczycielom prywatnych poczt naprawdę zależy aby dowlec przesyłkę do klienta, bo jak zostawią awizo to zwyczajnie nie dostaną za to pieniędzy.

I jest to układ proszę państwa, który mi się niezwykle podoba bo jest prosty i spójny. Szkoda, że niestety nie obowiązuje on na Poczcie Polskiej.   A nie obowiązuje, bo nie chcą się na niego zgodzić związki zawodowe, których ta instytucja posiada koło 70.

Dziś listonosze - jest ich ok. 27 tys. - zarabiają średnio 2,8 tys. zł brutto (średnio to nie znaczy, że każdy tyle dostaje). Wysokość pensji nie zależy od jakości pracy, ale stażu i liczby godzin.

Owszem ponad dwa lata temu Poczta Polska testowała pilotaż w którym każda usługa wykonywana przez listonosza była odrębnie wyceniana. Najwięcej listonosz zarabiał, dostarczając przesyłkę do rąk odbiorcy. Najmniej - za wrzucenie awiza do skrzynki. To listonosz decydował o godzinie, o której wyjdzie w rejon, by zastać jak najwięcej klientów.

Dlaczego związkom pomysł się nie spodobał? Jak stwierdzili - młody listonosz zarobi więcej, starszy mniej. Innymi słowy - lepiej po równo.

listonosz

Jak to wygląda u prywatnej konkurencji?

Niedawno na ten temat rozmawiałem razem z kolegą redakcyjnym Leszkiem Kostrzewskim z szefem InPostu Rafałem Brzoską (fragment, który będzie niżej nie był do tej pory publikowany). Jak wyglądają warunki pracy prywatnych doręczycieli?

Macie 9 tys. osób odpowiedzialnych za doręczanie korespondencji.

Brzoska - Tak.

To ile osób macie na etatach?

Brzoska - 5 - 6 tys. Po okresie próbnym który trwa 3 miesiące i najczęściej jest to umowa zlecenie doręczyciel dostaje umowę na etat.

Każdy po tych trzech miesiącach kto się nadaje wchodzi na etat?

Brzoska - Dokładnie taki jest mechanizm. Chyba, ze jest pracownikiem, który pracuje dorywczo dwa - trzy razy w tygodniu. Miejcie panowie świadomość, że od początku roku zwiększyliśmy zatrudnienie o 3 tys. osób. I jeszcze nie minęły trzy miesiące. Cały czas weryfikujemy te osoby.

Wyznanie doręczyciela: „Zaproponowano mi 1,8 tys. zł brutto plus premię. Okazało się jednak, że są dwie umowy-zlecenia. Pierwsza na kwotę 1,4 tys. zł, druga 400 zł. Żeby dostać premię, należało wypracować dziennie 240 punktów. Za doręczony list polecony dostaje się 2,5 pkt (czyli trzeba ich dostarczyć 96), za awizo punktów nie ma.” To prawda czy nieprawda?

Brzoska - Prawda. W momencie w którym pracownik zaczyna, nie zna swojego rejonu, jego wydajność nie pozwala mu osiągnąć wyższego wynagrodzenia.

Niektórzy dostają 3 tys. na rękę, niektórzy 2 tys. brutto zł. Ale są rekordziści którzy zarabiają prawie 5 tys na rękę.

To zależy od rejonu, który obsługują, ich pracowitości i skuteczności doręczeń. My płacimy za doręczenie korespondencji a nie za wystawienie awiza jak Poczta Polska.

A jaka jest podstawa na etacie?

Brzoska - Taka sama. 1,8 tys, brutto. Plus premia.

O ile w to automatyczne przechodzenie na etat wierzę tak sobie (jestem jak niewierny Tomasz, uwierzę jak zobaczę) o tyle idea powiązania wysokości wynagrodzenia od jakości świadczonej pracy jest jak najzupełniej słuszna.

I tutaj związki mogą się pieklić, grozić i pomstować, ale wolny rynek działa tak, że jeśli nie ma się oferty lepszej lub równej konkurencji to zwalnia się ludzi.

I teraz zastanówmy się co jest lepsze dla listonoszy: mieć pracę gdzie pensja zależy od ich starań, czy nie mieć jej w ogóle?

15:39, miaczynski
Link Komentarze (13) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

Oto atak mistrzowskich parówek. Prawie bezmięsne. O ich smaku decyduje właściwie to czy polejemy je keczupem czy może musztardą.

Hot - dogi wynorał pan Maciej, który napisał mi lekko zszokowany: „podrzucam zdjęcie "Kiełbasy drobiowej z dodatkiem wieprzowiny"... wróć, skóry wieprzowej...”.

 

Co w tym czymś jest?

MOM z indyka (25 proc.) i kurczaka (19 proc.) czyli odpady poprodukcyjne z tego co zostało na szkielecie kurczaka i jego kości,  skóry drobiowe, woda, skóry wieprzowe – a na to zagęszczacz, stabilizator (żeby się to w kupie trzymało), przyprawy (żeby jakoś smakowało) oraz niejadalna osłonka.

Dla mnie jest to niejadalne. To co zrobił Indykpol to nie jest parówka, tylko wyrób parówkopodobny. 

Oczywiście „parówki hot-dog” to produkt tzw. najniższej półki, która od kilku lat podbija nasze sklepy. Wszystko według zasady: możemy sprzedawać szajs, byle tanio.

O czym warto pamiętać kupując parówki?

1. Parówki nie są zdrowe dla dzieci. Po prostu. Są potwornie tłuste. Jeśli ktoś chce dzieciom dawać podobne produkty – lepsze są już frankfurterki

2. Smaczna parówka to niekoniecznie parówka z dużą ilością mięsa. Tłuszcz jest nośnikiem smaku. Jeśli parówka ma w sobie dużo mięsa – ponad 90 proc. będzie smakowała jak trociny zmieszane z granulatem do wysypywania  kocich kuwet. Jeśli będzie miała mniej niż 70 proc. to jemy odpady poprodukcyjne.

3. Parówką z cielęciną, to nie to samo co cielęca. Aby parówka mogła być cielęca musi mieć w sobie ponad 50 proc. cielęciny. Z cielęciną – może mieć tylko 1 proc. tego mięsa.

4. Parówki są tanie, bo pakuje się tam MOM. W niektórych krajach np. Niemczech nie wolno go stosować.

5. Tak, tania parówka, zawsze będzie parówką z MOMem. Drobiowym -  jest najtańszy.

6. Parówki w słoikach wcale nie są lepsze niż te luzem. Po prostu dłużej mogą postać na półce/w lodówce.

7. Parówki niemieckie różnią się od polskich sposobem doprawienia. Nie są lepsze, ani robione z lepszych składników. Ośmieliłbym się stwierdzić, ze średnia polska parówka jest lepsza niż średnia parówka niemiecka.

To wszystko nie oznacza, że nie należy jeść parówek. Wszystko dla ludzi, o ile jest w ograniczonych ilościach. 

 

Tagi: Indykpol
14:14, miaczynski
Link Komentarze (15) »
czwartek, 03 kwietnia 2014

„Tabletki na odchudzanie 100 zadowolonych klientów !!! Tabletki z jajami tasiemca - 100 proc. skuteczności lub zwrot pieniędzy. Gwarancja 30 dni !!! Gwarantowany efekt lub natychmiastowy zwrot kosztów kuracji nawet po rozpakowaniu opakowania !!!! Kuracja 6 tabletek (kapsułek) to koszt 200 zł. Przesyłka pobraniowa (zamawiamy towar bezpośrednio z Meksyku - czas realizacji do 7 dni roboczych) - to koszt 26 zł”.

Pani Aleksandra, która podesłała mi to ogłoszenie jest zszokowana. Raz - jak możliwe jest sprzedawanie podobnego rodzaju specyfików? - pyta. I dwa - w tym samym serwisie ogłoszeniowym znalazła również tabletki poronne. Czy to legalne? - pyta.

Nie, to nie jest legalne. A dlaczego nie opłaca się tego kupować? Kilka lat temu robiliśmy w Wyborczej eksperyment i kupowaliśmy przez internet leki sprzedawane na czarno. Takie, które są dostępne w aptekach, ale trzeba mieć na nie receptę.

Kupienie ich na czarnym rynku było równie łatwe jak książek czy płyt w sklepach internetowych. Samych stron, na których są dostępne leki na potencję, naprędce naliczyliśmy kilkadziesiąt. Kilka miesięcy temu jeden ze współautorów tego tekstu otworzył służbową pocztę i znalazł tam mejl od znanego seksuologa Zbigniewa Lwa - Starowicza zatytułowany: o powodach dla których kobiety uprawiają seks.

Pan profesor - zupełnie tego nieświadom - reklamował jedną ze stron internetowych sprzedających podrabiane specyfiki na potencję: Viagrę, Cialis czy Kamagrę.
Bo, „leki” kupowane na takich stronach internetowych to na 100 proc. fałszywki. Widać to choćby po cenach. 4 pastylki Viagry 100 mg w Polskiej aptece kosztują ok. 220 zł, czyli 55 zł za tabletkę. W sieci podróbkę można kupić za 12 zł za sztukę.

Fałszywki powstają w Chinach, Indiach i na Bliskim Wschodzie (Egipt, Jordania). Takie specyfiki są też robione w kraju.
Nie tak dawno policja zlikwidowała na południu Polski fabryczkę fałszywej viagry. Prowadziło ją kilka osób, mieszali masę w betoniarce, formowali w tabletki, malowali farbką i sprzedawali, gdzie się dało. Pigułki nie miały żadnej substancji czynnej, na szczęście były nieszkodliwe dla zdrowia.
Do niedawna skuteczność większości nielegalnych preparatów była po prostu zerowa.

Dziś to się zmienia. Producenci podróbek zrozumieli, że rynek leków jest tzw. rynkiem powracającym. Jeśli klient kupi raz preparat, który uzna za skuteczny, będzie chciał kupić go ponownie.
Przy czym - jako substancja czynna mogą być użyte różne rzeczy. Amfetamina, Kofeina... Grunt, żeby klient poczuł, że coś się dzieje. A czasami z wyrobami z Chin bywa tak, ktoś po spożyciu umiera.

Na rynku oferowane są - w wyższych cenach również leki sprowadzone zza granicy. Przedsiębiorczy polscy turyści latający czarterami na wakacje kupują w Egipcie np. wielkie butle viagry, które przemycają do kraju i sprzedają nielegalnie na sztuki.
Wywożenie dużej ilości leków z Egiptu jest nielegalne. A polscy celnicy sa już mocno wyczuleni na tym punkcie.

Jedna z turystek usiłowała niedawno przewieźć 1.4 tys. tabletek o wartości ok. 50 tys. zł - jak to określiła „dla kolegów”. Wpadła na lotnisku w Gdańsku.
Jeszcze inaczej jest z lekami przeciwbólowymi na receptę, lekami na odchudzanie (zazwyczaj zawierającymi sibutraminę) czy pastylkami poronnymi.
Środki przeciwbólowe kupowane przez sieć - bardzo często w ogóle nie są przesyłane. Bo co zrobi kupujący? Pójdzie na policję i poskarży się, że nie dostał leków kupionych na czarno w internecie?

Leki na odchudzanie często robi się w Chinach - tabletki mają kilkukrotnie przekroczone dzienne dawki substancji czynnych bezpiecznych dla człowieka.

Tabletki tasiemca na ogłoszeniu to niemal na pewno fałszywka. Prawdziwego tasiemca owszem w sieci kupić można, ale jest kilkukrotnie droższy. Poza tym to niebezpieczny dla życia człowieka pasożyt, który owszem, objada właściciela, ale prędzej czy później trzeba go otruć i wydalić. Problem w tym, że odtrutka sprzedawana razem z tasiemcem nie zawsze jest skuteczna.

12:13, miaczynski
Link Komentarze (10) »
środa, 26 marca 2014

O proszę mamy echa tekstu wczoraj o tym jak z jednej rzodkiewki można zrobić 15 serków. Po lekturze pan Marcin podejrzliwie zaczął oglądać swój „Pasztet Prochowicki”, żonglując nim niczym odbezpieczonym granatem.

- Skusiłem się na niego, bo pisało ze jest z kaczką i na dodatek edycja limitowana - opowiada czytelnik.

kaczka3

Przeczytał jednak skład i... zaczął się śmiać.

kaczka2

Co jest w pasztecie z kaczką? Oczywiście, że odpady z kurczaka, czyli najtańszego mięsa na rynku. Po kolei:

- mięso oddzielone mechanicznie z kurcząt 24,5%

- wątroba z kurcząt 11,5%

I gwoźdź programu: KACZKA. A tak naprawdę jej serce w ilości... 1,4 proc.

- O innych zapelniaczach już nie pisze. Po prostu masakra. Pasztet od razu poszedł do kosza - informuje pan Marcin.

To faktycznie niezły rekord. Biorąc pod uwagę, że jedna kaczka waży jakieś 1,5 kilograma a kaczki w pasztecie 135 gramowym było jakieś 2 gramy - to jeden ptak wystarczyłby na 750 pasztetów...Zaiste limitowana edycja. Chciałbym poznać tę szczęściarę z której zrobiono cały kontener pasztetu.

Oczywiście obliczenia są z grubsza a producent,czyli Animex  niewinny. Pasztet jest z kaczką a nie z kaczki.

Jakie płyną z tego wnioski proszę państwa?

Jeśli chodzi o takie mięsne produkty - mogę doradzić tylko jedno - im bardziej sucha wędlina, tym mamy większą pewność, że jest wytworzona z mięsa. W przypadku kiełbasy krakowskiej suchej czy myśliwskiej, kabanosów, suchej szynki - możliwości używania „dodatków” są o wiele mniejsze. A im bardziej rozdrobnione są wyroby (parówki, pasztetowa, mielonki, konserwy), tym dowolność wzbogacania dodatkami większa.

18:35, miaczynski
Link Komentarze (16) »
wtorek, 25 marca 2014

Jakiś czas temu - pisałem czym różnią się parówki z cielęciną Zimbo od parówek cielęcych. Wbrew pozorom to dwa całkowicie inne produkty. Parówki z cielęciną - mają 3 proc. cielęciny (czyli na 100 gramów parówek 3 gramy to cielęcina). Parówki cielęce musza mięć powyżej 50 proc. cielęciny (czyli na 100 gramów parówek ponad 50 gramów to cielęcina).

Piszę o tym aby uzmysłowić Państwu jak producenci usiłują zrobić nam wodę w mózgu, bo ten 3 procentowy dodatek w parówkach wyczułby może Hanibal Lecter, albo Magda Gessler, która zarzeka się że rozróżnia czy kotlet był bity na plastikowej czy na drewnianej desce.

Parówki mi się przypomniały, gdy dostałem list od pan Krzysztofa, którzy szukał rzodkiewek w serku Turek.

- Kupiłem ja w sklepie taki oto serek, jak w zdjęciu - pisze czytelnik. O proszę:

1624494_685644101496632_751739907_n

- Niby z rzodkiewką, no to rozpakowałem, posmarowałem, ale jakoś mało tej rzodkiewki w rzodkiewce... No i sprawdziłem na listę składników, gdzie tego warzywa jest 0.8 % na cały produkt, czyli wychodzi około ~1.12 g rzodkiewki na 140 g NaTurku ;) Jest ciekawiej, gdy weźmiemy średnią wagę takiego warzywa, internet podaje 15 gram, więc wychodzi na to, że jeden czerwony, chrupiący rarytas starcza aż na 15 serków... Hoho, to się nazywa gospodarność! Trochę nabijanie ludzi w butelkę - relacjonuje czytelnik.

serek

A może wolą Państwo przykład z orzeszkiem? Ależ proszę bardzo:

orzeszek

Niniejszym informuje, że zgodnie z prawem wszystko jest w porządku. Na opakowaniu muszą być wyeksponowane rzeczy, które wskazują na "wiodący” smak produktu. . Producent musi też zadeklarować, ile go jest procentowo. A że jest tylko 1 proc.albo mniej? Trudno.

Serek smakuje rzodkiewką? Smakuje. Krem smakuje orzechowo? Smakuje. Mimo, że w przeciwieństwie do parówek też jest go mało. Efekt? Można rzodkiewkę albo orzecha walnąć na opakowanie.

A jeśli ktoś chce najeść np. rzodkiewek to powinien sobie kupić pęczek. I pan Krzysztof tak właśnie zrobił. Kroi rzodkiewkę i wkłada do kanapek. Zdrowo.

A swoją drogą - czytelnik postanowił zapytać firmę Turek na Facebooku skąd się wziął taki skład? Na posta nikt z Turka jednak nie odpowiedział. - Za to uaktywniła się tam osoba z firmy marketingu szeptanego, której płacą za promocję tej marki wśród znajomych... nie ma to jak ninjamarketing - narzeka pan Krzysztof.

13:32, miaczynski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 24 marca 2014

W piątek w ekspresowym tempie posłowie wyrzucili do kosza dwa projekty ustaw domagających się zakazu handlu w niedzielę.

Tak dwa - pierwszy został zgłoszony w maju ubiegłego roku przez grupę 86 posłów należących do tzw. katolickich zespołów parlamentarnych na czele z posłami PiS oraz Jarosławem Gowinem.

Drugi projekt był obywatelski. 115 tys. głosów obywateli domagających się wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę zebrał komitet „Wolna Niedziela”, wspierany przez Naczelną Radę Zrzeszeń Handlu i Usług (organizacja zrzeszająca małe sklepy), Solidarność, oraz organizacje związane z kościołem katolickim przy wsparciu Naszego Dziennika.

Podpisy 31 grudnia zostały złożone w Sejmie. Zgodnie z Konstytucją grupa 100 tys. obywateli ma inicjatywę ustawodawcza.

Oba utopiono potężną różnicą głosów. Posłowie doskonale wiedzą, że w społeczeństwie wprowadzenie takiego zakazu jest mocno niepopularne i głosów nikomu nie przysporzy. Mieliśmy więc tradycyjną sejmową szopkę.

Jak podaje PAP za odrzuceniem obywatelskiego projektu w piątek głosowało 262 posłów - 189 z PO, 34 z TR, po 18 z PSL i SLD oraz trzech niezależnych. Przeciw odrzuceniu projektu opowiedziało się 159 posłów - 128 z PiS, 13 z SP, 10 z PSL (w tym minister rolnictwa Marek Sawicki i b. minister Stanisław Kalemba), po jednym z PO i SLD oraz sześcioro niezależnych. Od głosu wstrzymało się osiem osób.

Odrzucenie projektu poselskiego poparło 250 posłów, przeciw było 168, od głosu wstrzymało się siedmioro.

zakupy_w_niedziele

Argumenty w tej sprawie są znane od lat. I tak komitet „Wolna Niedziela”, domaga się zmian, bo wracamy do tradycyjnego modelu rodziny, kobiety do dzieci i garów.

„Wymuszanie pracy w niedzielę w placówkach handlowych, zwłaszcza wobec kobiet, które stanowią gro zatrudnionych w handlu, a jednocześnie pełniących odpowiedzialne funkcje w życiu rodzinnym i wychowywaniu dzieci, jest przez znaczną część społeczeństwa oceniane negatywnie.” - napisali autorzy w uzasadnieniu.

Poseł Robert Telus (PiS) przekonywał, że zakaz lub ograniczenie handlu w niedzielę obowiązuje w większości krajów zachodniej Europy, więc Polska powinna dołączyć do ich grona. 

Ja bym tam wolał aby wyrównanie standardów między nami a zachodnią częścią naszego kontynentu przejawiało się choćby w zbijaniu bezrobocia na wzór Niemiec (u nas ponad 10 proc - tam 5 proc. BAEL) ale rozumiem, że pan poseł uważa, że praca w niedzielę nie jest fajna.

Bo nie jest. Jest ciężka jak diabli i serdecznie współczuję wszystkim, którzy muszą tego dnia siedzieć za kasą np. w centrach handlowych.

Sam jeszcze czasami pracuję tego dnia (choć kiedyś dużo częściej niż obecnie), więc mam prawo się wypowiadać w temacie. W naszym prawie nie ma zakazu handlu w niedzielę, ale nie ma też NAKAZU pracy tego dnia. Jeśli ktoś szuka pracy w sprzedaży - musi brać pod uwagę, że jedną z cech tego zajęcia jest właśnie praca w niedzielę. Przykro mi, ale tak jest. Tak samo jeśli ktoś wybrał pracę dziennikarza - wie, że może tego dnia siedział w newsroomie.

nieczynne

To nie znaczy, że posłowie i senatorowie nie powinni wprowadzić pewnej poprawki do obecnych regulacji. Mamy teraz 13 świąt w roku kiedy handlować nie można. Zamiast zakazu handlu w święta Trzech Króli - wolałbym aby wprowadzono taki zakaz 24 grudnia.

Pozwoliłby on kasjerkom faktycznie spędzić święta z rodziną. I to byłby fantastyczny gest w ich kierunku. Na dodatek całkiem realny do przeprowadzenia.

Oczywiście odrzucenie obu projektów - nie oznacza końca dyskusji w tej sprawie. Spodziewam się ostrego powrotu do tego tematu po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.

10:54, miaczynski
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61