Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
środa, 23 marca 2016

Mój dziadek jak ktoś go mocno zirytował miał zwyczaj mówić: a niech pisze do mnie na Berdyczów . Był to bliski odpowiednik a niech da mi pokój i pójdzie sobie w pewne rejony wszechświata, gdzie nikt go widzieć nie będzie.

I tutaj właśnie przechodzimy do właściciela marki Philips, która podobną taktykę stosuje wobec swoich klientów.

Należy do nich pan Artur, który za blisko 5 tys. zł kupił sobie 55 calowego potworka. Piszę potworka bo 55 cali to już 139 cm po przekątnej. Konkretnie chodzi o model: 55PUS7150/12.

philips21

I tak, oczywiście, pan Artur mógł wybrać inną markę. Na przykład Samsunga, LG albo Sony, ale akurat w duszy grał mu ten Philips. I ciężko z tego powodu robić mu wyrzuty. Telewizory w końcu wcześniej czy później, psują się wszystkie. Pytanie jednak jak wygląda obsługa klienta. 

Philipsa włącza się wieloetapowo

Z telewizorem czytelnika wszystko jest pięknie do momentu, kiedy ktoś chce go włączyć.

Pan Artur:

„Uruchomienie urządzenia wymaga każdorazowego odłączenia i podłączenia do źródła zasilania, inaczej raczony jestem nieskończonym maratonem logotypu Philips pojawiającym się przy uruchomieniu telewizora. Każdy poranek wymaga gimnastyki pod szafki, aby odłączyć zasilanie. Całe szczęście, iż telewizor wisi na ścianie, a wszystkie kable staranni poukładane i pochowane są w tunelach, przecież Philips lubi wyzwania i nie pozwoli użytkownikom się nudzić (innovation me!).”

Jak to wygląda w praktyce można zobaczyć na tym filmie, który czytelnik nagrał na moją prośbę.

To nie koniec. Problemy sprawia również pilot.

Raz ma mały zasięg.

Dwa ten mały zasięg uniemożliwia pisanie na klawiaturze znajdującej się z drugiej strony urządzenia. No chyba, że usiądziemy bokiem i skierujemy go dokładnie w stronę telewizora

- Tak, wymieniłem baterie na nowe, jakieś trzy razy - uprzedza rady czytelnik.

Pana Artura jednak bardziej drażni, że kiedy naciśnie przycisk na pilocie i złapie on zasięg to i tak nie jest w stanie trafić w wybraną aplikację. Pilot bowiem jest jak to pięknie przy grach RPG się ustala „chaotyczny zły”. A właściwie niesie chaotycznie przeskakując za jednym razem o kilka pozycji.

Dalej pojawia się typowa młócka reklamacyjna.

- Sprawa została zgłoszona telefonicznie do działu technicznego (#4715742), pierwszy kontakt przebiegł standardowo, polecono mi zaakceptować regulaminy i inne klauzule, które akceptowałem już wcześniej (inaczej nie mógłbym korzystać z oprogramowania i aplikacji) oraz ponownie zainstalować telewizor (zrobiłem to również już wcześniej). Oprogramowanie oczywiście man aktualne. Działania nie przyniosły żadnego efektu - fuka czytelnik.

Podjął więc drugi kontakt z działem technicznym.

- Zostałem poinformowany, iż nic zrobić się z tym nie da, sprawa została przekazana do działu zajmującego się oprogramowaniem i mam czekać dwa tygodnie, może trzy, a może miesiąc, aż pojawi się aktualizacja, która MOŻE cokolwiek naprawi, a może nie - relacjonuje czytelnik.

Poprosił więc producenta o wymianę urządzenia na wolne od wad. Ewentualnie o odstąpienie od Umowy Sprzedaży.

- Wolę to drugie, abym kupił coś od konkurencji i cieszył się z faktu posiadania działającego urządzenia. Sprawa dostała numer (#4768060) i słuch po niej najwyraźniej zaginął - pisze mi czytelnik.

Usiłował jeszcze zainteresować swoim przypadkiem Philipsa TV na Facebooku. Uzyskał informację: „Skontaktowaliśmy się w Twojej sprawie z działem technicznym i czekamy na ich odpowiedź.”

To było 23 lutego o 13:32. Od tej pory głucho jak na pogrzebie organisty.

- Jakieś propozycje? Gdzie mam się zwrócić jeszcze? - pyta pan Artur.

Philips to nie Philips

Na początek pomyślałem, że może uda mu się jednak pomóc czytelnikowi przez biuro prasowe Philipsa.

Błąd.

Dostałem bowiem odpowiedź: „dziękuję za kontakt i zainteresowanie się sprawą, jednak skierował ją Pan w tym momencie do firmy Philips Polska, a telewizory nie są w naszej gestii. Sprzętem video marki Philips opiekuje się firma TP Vision. Uprzejmie zachęcam do kontaktu z biurem obsługi klienta: 22 397 15 04. Mam nadzieję, że klient uzyska tam pomoc, gdyż ja ze swojej strony nie mogę wpłynąć na bieg sprawy w inny sposób.”

Bo muszą państwo wiedzieć, ze telewizory marki Philips nie mają nic już wspólnego z firmą Philips. Ot, tak w skrócie w 2012 Philips wyodrębnił ze swoich struktur produkcję telewizorów i przekazał ją do odrębnej spółki, którą założył razem z chińską firmą TPV Technology Limited.

Holendrzy mieli w niej 30 proc. udziałów, Chińczycy - 70 proc. W kwietniu 2014 Philips sprzedał resztę tych udziałów które miał. Zrobił to za ponad 80 mln euro. Chińczycy mają jednak prawo do posługiwania się marką Philips.

Czyli Philips od telewizorów nie ma teraz nic wspólnego z tym Philipsem od lokówek. Poza nazwą rzecz jasna.

Co jednak może zrobić w tej sytuacji pan Artur?

Ja bym po prostu oddał telewizor jako niezgodny z umową do sklepu w którym czytelnik go nabył.

Przypominam: jeśli towar jest kupiony po 25 grudnia 2014 roku to:

  1. Za wadliwy towar odpowiedzialny jest sprzedawca. Są na to dwa lata od daty zakupu. Jeśli składamy reklamację w ciągu roku od zakupu, sprzedawca musi udowodnić, że sprzedany towar był pełnowartościowy. A gdy reklamację złożymy po roku, musimy dowieść, że wada istniała już w dniu zakupu.
  2. To my wybieramy sposób rekompensaty: możemy zlecić naprawę, zażądać wymiany, zwrotu pieniędzy lub obniżenia ceny.Sklep może również uprzedzić ruch konsumenta i zaproponować, że naprawi towar albo wymieni go na wolny od wad (jeśli sklep wyciągnie rękę na zgodę, nie można jej odtrącić).
  3. Jeśli kupiliśmy towar przez internet, mamy 28 dni na jego zwrot (14 dni na przesłanie oświadczenia o zwrocie i drugie tyle na odesłanie towaru) bez podawania przyczyny.

UPDATE 

Co na to sama firma?

TP Vision Europe uspokaja, że ich firma to ten sam Philips co dawniej – ci sami ludzie w tym samych miejscach robią kolejne generacje telewizorów Philipsa – tylko biznes telewizorowy zmienił właściciela. - Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku znanej z branży samochodowej marki skandynawskiej i za pewne wielu innych marek bo żyjemy w czasach rozwoju i ekspansji gospodarki Chińskiej co przejawia się min. w wykupywaniu marek europejskich - pisze do mnie Piotr Herod z TP Vision Europe B.V. Sp. z o.o.

Herod podkreśla, też że telewizory marki Philips są produkowane w Gorzowie Wielkopolskim. - W związku z czym porównywanie nas do innych marek, które produkują poza granicami naszego kraju jest dla nas krzywdzące - twierdzi.

Herod zwraca też uwagę, że formalnie (poza zgłoszeniem na infolinię), czytelnik nie złożył zgłoszenia reklamacyjnego.

Co na to czytelnik? Twierdzi, że zgłoszenie wysłał (ma na to screenshoty). A tak w ogóle jest bardzo zdziwiony. Dostał właśnie maila: "Zgodnie z rozmową telefoniczną pragnę Pana najmocniej przeprosić za problemy wynikające z procesowania zgłoszenia reklamacyjnego przez naszą infolnię i zarazem składam Panu propozycję wymiany wadliwego egzemplarza 55PUS7150/12 na następcę tego modelu z linii produktowej 2016."

 

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

 

 

18:24, miaczynski
Link Komentarze (18) »
czwartek, 10 marca 2016

Bardzo lubię serię filmów Ocean’s (11,12,13) o bandzie rzezimieszków, którzy obrabiają kasyna. Sprawiają, że gotówka znika niczym sen złoty. Jak się okazuje panowie chyba grasują teraz pod Poznaniem i zmienili specjalizację na obrączki... Bo jak inaczej wyjaśnić cuda, które dzieją się u pani Małgorzaty? "Trzy lata temu kupiliśmy złote obrączki w Aparcie, w święta zauważyliśmy, ze z męża obrączki zniknął cały grawer, a wzorek już ledwo widać” - pisze czytelniczka.

Złoto po prostu systematycznie znika. Proszę zresztą zobaczyć na własne oczy.

PRZED ŚLUBEM

apart4

TRZY LATA PÓŹNIEJ

apart32

Czytelniczka złożyła reklamację w Aparcie. Tu cud już nie nastąpił, bo sklep odpisał, że minęły już ponad dwa lata od daty zakupu „wobec czego zakres odpowiedzialności sprzedawcy już minął”. I oczywiście pod względem prawnym wszystko się zgadza, jest po terminie, a więc mogiła.

Ale dlaczego u licha to złoto znika? I z tym pytaniem (oraz nadzieją, że może jednak jakoś czytelnikom da się jakoś pomóc) zwróciłem się do Heleny Palej z Apartu.

Dobra informacja na początek. - Dział Obrączek wnikliwie zbadał sprawę, otrzymałam odpowiedź, że w tym przypadku rozpatrzymy ponownie reklamację i wykonamy ponownie grawer na obrączce - pisze mi pani Helena.

A znikanie?

- Złoto jest metalem miękkim, z każdym rokiem ulega naturalnemu ścieraniu, wytarciu. Każda obrączka po latach jest sporo cieńsza niż była w oryginale. Konkretnie ten wzór obrączek, który Klienci zareklamowali, jest ozdobiony grawerem laserowym, który jest płytki i jak najbardziej może ulec wytarciu. Czas kiedy to nastąpi zależy od intensywności użytkowania obrączek, rodzaju wykonywanej pracy, nawyków (niektórzy lubią "bawić" się obrączką często ją dotykając, obracając) - konkluduje Heleny Palej z Apartu.

Złote obrączki mają w sobie różny dodatek złota. I tak:

próba 0,333 –  zawiera  33,3 % czystego złota

próba 0,585 –  58,5 % czystego złota

próba 0,750 – zawiera 75 % czystego złota

Czym czystsze złoto, tym jest bardziej miękkie. O trwałości obrączek decydują stopy, które dodaje się do złota. Później jeszcze się je utrwala w specjalnych piecach. Wnioski? Najbardziej odporne są obrączki zrobione z białego złota, później żółtego a najsłabsze dwukolorowe. 

Oby miłość była od nich trwalsza.

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

14:48, miaczynski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 07 marca 2016

Są rzeczy, których lepiej o jedzeniu nie wiedzieć. Bo może to utrudnić ich konsumpcję. I ktoś gotów jest się zakrztusić i zamknąć w sobie. Sam przeżyłem coś podobnego po wizycie w Norwegii, gdzie oglądałem hodowlę łososia. Obejrzałem i… przez trzy lata łososia nie jadłem.

Swoją drogą w ramach eksperymentu radzę państwu porównać jak smakuje dziki łosoś a jak ten hodowlany. Podpowiem, że różnica zaczyna się od koloru ryby. Jeśli więc ktoś jest podobnie delikatny, proponuję aby tego tekstu nie czytał.

Ale do rzeczy. Podesłali mi państwo ofertę jednej z firm specjalizujących się w dostarczeniu przypraw dla producentów wędlin. Można tu mówić o swego rodzaju rozbieżności interesów. Producent wędlin chce pokazać konsumentowi jak fantastyczny produkt robi. Producent przypraw chce z kolei pokazać, producentowi wędlin, że jest to możliwe dużo niższym kosztem.

Pełen jestem przy tym uznania dla kreatywności prezentowanej przy reklamowaniu tego typu preparatów. Slogany reklamowe świadczą o wczuciu się w potrzeby masarzy, o trzymaniu ich opiekuńczo za rękę, ba o prowadzeniu w ciemności ku czci jak najwyższego ROI.

Oferta jest szeroka. 

Kiełbasa grillowa?

„Trzy przyprawy skomponowane z naturalnych przypraw i ich ekstraktów z niewielkim dodatkiem glutaminianu i hydrolizatów białkowych zapewniają trwałość smaku i zapachu nawet po wysoko temperaturowej obróbce na grillu. Specjalnie dobrana kompozycja aromatów i przypraw idealnie sprawdza się zarówno w słabych jak i w średnich wsadach kiełbasianych, nadając wyrobom typowy smak dla polskich kiełbas.”

Jak widzą państwo bierzemy słaby wsad (czytaj odpady najgorszej jakości), dodajemy trochę magicznych przypraw i proszę! Klient się nie zorientuje.

A może chcemy stworzyć iluzję, że produkt był wędzony? Wystarczy dodać: „paprykę słodką wędzoną”.

„Dobrze znana i popularna papryka do niektórych wyrobów, szczególnie tych wędzonych. Nadaje im oprócz przyjemnego smaku paprykowego również nutę wędzenia.” 

Smaczne salami?

„Salami tradycyjne to najbardziej typowa mieszanka do bardzo popularnego w Polsce salami parzonego, jej lekko kwaskowy posmak bardzo trafnie kojarzy się ze smakiem dobrego salami. Preparat przygotowany na bazie przypraw naturalnych i ekstraktów wzmocniony aromatami bardzo dobrze maskuje niewielki dodatek surowców gorszej jakości. Dawka 33 g / kg gotowego wyrobu.”

Zacząłem się oczywiście zastanawiać, jak duży jest ten niewielki dodatek surowców gorszej jakości. Jak się okazuje może być on większy. Zwłaszcza, gdy do salami dodamy czosnku, co nawiasem mówiąc właśnie skutecznie zniechęciło mnie do kupowania produktów z czosnkiem.

„Salami czosnkowe – to mieszanka funkcjonalno smakowa o zdecydowanym przyjemnym posmaku czosnku, wraz z pieczołowicie dobranym składem innych przypraw tworzy ciekawy smak idealnie nadający się do wyrobów z surowców gorszej jakości.”

Do wędzonek z kolei dosypiemy nieco „posypki leśnej”. Co to nam da? „Idealnie nadaj się do wszystkich wędzonek, a przy wyrobach wysokowydajnych maskuje ich „napompowany” wygląd imitując wyrób bardziej tradycyjny!”

Jeśli jest problem z kolorem wędzonki, bo jakaś blada wyszła to przyda nam się „Koloryzujący preparat do wędzonek”.

Producent przypraw ze swadą przekonuje, że: „prawdą oczywistą jest fakt iż, kolor wędliny jest jednym z podstawowych kryteriów wyboru produktu przez klienta. Im bardziej wygląd zewnętrzny będzie przypominał tradycyjny wyrób tym jest większa szansa, że to właśnie on zostanie wybrany.”

Nie wiem czy państwo wiedzą, ale to nie lada dylemat dla producentów, nad którym spędzają bezsenne noce.

„Tak, więc wielu ludzi w zakładach mięsnych zastanawia się, jakiej użyć osłonki, jakiego kalibru, jaki kształt nadać swoim wyrobom, aby to właśnie ich produkt został zauważony i wybrany spośród ogromnej ilości różnych wędlin, pod którymi w obecnych już czasach uginają się sklepowe półki i lady chłodnicze. Również ta sama sytuacja dotyczy wędzonek takich jak szynki, polędwice czy balerony tutaj istotnym kryterium wybory jest kolor wyrobu, im bardziej wyrób przypomina tradycyjny produkt tym ma większą szanse cieszyć się powodzeniem u klientów.”

Na szczęście producent przypraw podaje tu pomocną dłoń, czyli „koloryzujący preparat do wędzonek Color Food, skracając czas wędzenia, nadaje wyjątkowy kolor wędzonką bardzo przypominający naturalne tradycyjne wędzenie. Preparat dodaje się do procesu masowania w ilości 0,6 – 0,8 kg na 100 kg wsadu, bardzo łatwo łączy się z masowanym mięsem powlekając jego powierzchnię naturalnym kolorem wędzonki tradycyjnej. Sprawia, że wyroby, do których został dodany zwracają na siebie uwagę klientów i oceniane są w pierwszym rzucie oka na wyroby tradycyjne. „

Zrzut_ekranu_20160307_o_17.03.37

Scrrenshot ze strony internetowej producenta Libra Polska   

A jak ktoś potrzebuje czymś zastąpić mięso to wystarczy dorzucić izolat białka sojowego. 

Na pewno państwu ulży, że to „wyjątkowej klasy izolat białkowy wyprodukowany z niemodyfikowanych genetycznie ziaren soi, przeznaczony do nastrzyków mięsa zarówno wieprzowego jak i drobiowego oraz ryb.”

Ba, to coś dla prawdziwie kreatywnych rzeźników! „Jego jasna barwa i neutralny smak umożliwiają stworzenie niepowtarzalnych wyrobów, bez posmaków soi oraz przeżółceń . Łatwo rozpuszczalny w wodzie, wpływa korzystnie na wiązanie, strukturę i konsystencję produktów również tych wysokowydajnych.”

Tutaj już nie ma miękkiej gry. Produkt kupuje się właściwie hurtowo. „Dostępny po 20 kg w białych wielowarstwowych workach papierowych, od wewnątrz worek polietylenowy.”

Mniam, mniam. Po prostu palce lizać.

Skąd się to bierze?

Oczywiście, wyżej wymienione mieszanki przypraw, są legalnie dopuszczone na nasz rynek, a skoro są dopuszczone, to nieszkodliwe dla konsumenta. A, że jemy w ten sposób towar gorszej jakości? To efekt tego w jaki sposób jest skonstruowany nasz rynek.

Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego mimo że Niemcy są od nas dużo bogatsi, ceny w ich sklepach są porównywalne albo niewiele wyższe niż u nas. Odpowiedź na to pytanie jest prosta: Niemcy przykładają dużą wagę do zrozumienia wartości użytkowych, składu i jakości produktu. Stąd tak popularne są tam marki własne sieci. W marce własnej płacimy za produkt, a nie brand.

W Polsce w dalszym ciągu podstawową rzeczą na którą zwracamy uwagę jest cena produktu.

Etykiety czytamy rzadko. Innymi słowy nie liczy się z czego jest kiełbasa czy salami, ale liczy się za to bardzo mocno ile ona kosztuje.

Jak państwo widzą, wszystko jednak ma swoją cenę. A ekonomii produkcji przeskoczyć się nie da.

----

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

17:24, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 marca 2016

W całej tej sprawie najbardziej drażni zachowanie producenta w Polsce, który schował głowę w piasek i udaje, że sprawy nie ma.

A o co chodzi wytłumaczy Państwu już pani Patrycja. - Trzy miesiące temu kupiliśmy z mężem kubek niekapek dla naszej córki. Wybraliśmy produkt znanej marki Tommee Tippee. Podczas jego czyszczenia mąż zwrócił uwagę, że w zaworku pod ustnikiem zalega brud, którego nie ma jak usunąć. Przestaliśmy używać kubka, kupiliśmy drugi. Po kilku dniach przypadkiem trafiłam na informację, że we Francji wybuchła afera związana z właśnie takimi kubeczkami – pisze czytelniczka. 

We Francji ojciec dziewczynki, która była nieustannie chora odkrył, że w jej niekapku zalega brud i osad. Opublikował zdjęcia na Facebooku, użytkownicy zaczęli je udostępniać i fotografować brudne zaworki ze swoich kubków. Brud był widoczny dopiero po rozcięciu zaworka.

Podobne sygnały spłynęły z różnych części świata w tym Kanady, USA, Wielkiej Brytanii. 

Kubek po intensywnym użytkowaniu wygląda tak:

Zrzut_ekranu_20160301_o_11.01.29Źródło: Facebook

Czytelniczka postanowiła sprawdzić co kryje się w niekapku, z którego piło jej dziecko. Kubek używany był przez trzy miesiące głównie do podawania dziecku wody, sporadycznie herbaty owocowej. Pani Patrycja deklaruje, że niekapek był codziennie myty, zgodnie z zaleceniami producenta.

Tak wyglądał zaworek/ustnik:

 kubek1

kubek2

kubek3

- Niestety brak możliwości rozłożenia zaworka na części pierwsze uniemożliwia jego dokładne wyczyszczenie, a tym samym prowadzi do gromadzenia się w nim wilgoci, brudu, bakterii – pisze do mnie czytelniczka.

Pani Patrycja odezwała się do polskiego przedstawicielstwa firmy. Firma odpowiedziała na Facebooku.

 „Drodzy Rodzice, zauważyliśmy wiele pytań związanych z problematycznym myciem części od naszych nowych bidonów. Chcielibyśmy zapewnić Was, że zdrowie i bezpieczeństwo dzieci jest dla nas najważniejsze. Traktujemy wszystkie Wasze wiadomości i zgłoszenia bardzo poważnie. 

Sprzedajemy miliony kubków na całym świecie, ale widzimy, że część naszych klientów spotkał problem z domywaniem części bidonu przy ustniku. Przepraszamy za to z całego serca i zapewniamy, że nasz dział produkcyjny został poinformowany o tej sprawie. Jeśli nie udało nam się odpowiedzieć na Wasze pytania związane z tym tematem satysfakcjonująco prosimy, zajrzyjcie na stronę http://www.tommeetippee.co.uk/support/…/one-piece-valve-cup/, gdzie poznacie szczegóły dotyczące bidonów, które powinny rozwiązać wszelkie wątpliwości. 

Ogromnie zależy nam na zadowoleniu naszych klientów, chcemy spełniać Wasze oczekiwania. Już wkrótce na rynek wprowadzimy nowe kubki, które na pewno nie będą sprawiały problemów w czyszczeniu.”

Odsyłanie zaniepokojonych rodziców do angielskojęzycznej strony jest strasznie słabe. Zwłaszcza, że w innych krajach wygląda to zupełnie inaczej. Producent informuje, że skonstruował specjalny przeźroczysty ustnik, który można dostać dzwoniąc na infolinię.

Albo po prostu inny model kubka. 

kubek4

Reasumując:

1. Sprawa dotyczy jednego modelu kubka.

2. Według producenta problemy najczęściej wywołuje podawanie w nim gorących płynów lub soków z miąższem.

3. Producent skonstruował tak ustnik, że nie można go porządnie umyć.

4. To powoduje, że po krótkim czasie używania nadaje się do wyrzucenia.

UPDATE!

Oświadczenie producenta produktów Tommee Tippee – firma Mayborn
„Sprzedajemy miliony kubków na całym świecie, ale widzimy, że część naszych klientów spotkał problem z domywaniem części bidonu przy ustniku. Przepraszamy za to z całego serca i zapewniamy, że nasz dział produkcyjny został poinformowany o tej sprawie. Zachęcamy wszystkich właścicieli kubków niekapków z jednoczęściowym zaworem, których dotyczy problem do kontaktu. Niezwłocznie będziemy wysyłać im bezpłatnie nowe, przezroczyste zawory, które nie powinny sprawiać już kłopotów. Powinno to ułatwić czyszczenia i pozwolą upewnić się rodzicom, że zawór podczas mycia został całkowicie wyczyszczony. Klienci mogą kontaktować się z nami bezpośrednio pisząc na adres: reklamacje@akpol.com.pl
Ogromnie zależy nam na zadowoleniu naszych klientów, chcemy spełniać Wasze oczekiwania. Już wkrótce na rynek wprowadzimy nowe kubki, które będą posiadały dwuczęściowy zawór i dzięki czemu będzie łatwiejszy w czyszczeniu. Nowy zawór umożliwi używanie naszych kubków do różnych rodzajów płynów."

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

11:39, miaczynski
Link Komentarze (9) »
sobota, 27 lutego 2016

Dlaczego pociągi się spóźniają? Najczęściej z powodu skomunikowania. Czyli jeden pociąg czeka na drugi. Pociąg ze Szczecina do Warszawy się spóźnia, bo spóźnił się pociąg z Gdyni do Szczecina, a ten ze Szczecina do Warszawy musiał na niego poczekać.

Jak to poetycko PKP napisało kiedyś w liście do mojego czytelnika:

„Na opóźnienie pociągu wpływa wiele czynników, które nie zawsze zależą od przewoźnika. Z uwagi na to, że nie jesteśmy jedynym przewoźnikiem korzystającym z linii kolejowej, zdarza się, że opóźnienie jednego pociągu powoduje ograniczenie prędkości jazdy oraz nieplanowe postoje kolejnych pociągów.

Opóźnienia pociągów powstają również wskutek awarii urządzeń samoczynnej blokady liniowej i sterowania ruchem kolejowym, zachowania się osoby trzeciej itd., co znacznie ogranicza prowadzenie ruchu kolejowego.”

I wszystko jasne, prawda?

Ale nie wiem czy Państwo wiedzą, można ubiegać się o odszkodowanie. I tak pani X wie.


"Pociąg opóźnił się o ponad 2h, w związku z czym starałam się o zwrot części kosztów.” - pisze mi czytelniczka.

Tu wyjaśnienie określenie ponad 2h jest nieprecyzyjne. Pociągi bowiem spóźniają się zawsze na minuty, nigdy na godziny. Zimą oczywiście częściej niż latem.

Pani X zapłaciła za dwa bilety 44 zł. Wystąpiła więc o zwrot części pieniędzy. Ale gdyby je dostała, nie byłaby bohaterką tego tekstu.Już nie trzymam dalej państwa w niecierpliwości.

Otóż: „W odpowiedzi PKP napisało, że w przeliczeniu na jedną osobę, kwota wyniosła 22 zł, a więc zwrot 11 zł, co jest mniejsze niż 4 euro i nie dostanie zwrotów kosztu. Pierwsze pytanie to czy można się odwołać, drugie brzmi gdzie logika?" - pyta czytelniczka. 



A oto i skan odpowiedzi.

 12696234_1289507054398419_1351376573_n

Dlaczego tak?

Wyjaśnienie jest banalnie proste.

Biuro Prasowe PKP Intercity pisze mi tak: „zasady przyznawania odszkodowań za opóźnione pociągi regulują przepisy unijne o prawach i obowiązkach pasażerów kolejowych, a konkretnie rozporządzenie (WE) nr 1371/2007 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 23 października 2007r. Za spóźnienie wynoszące od 60 do 119 minut pasażer może ubiegać się o odszkodowanie w wysokości 25% ceny biletu, natomiast, jeśli pociąg opóźni się ponad 120 minut będzie to 50%. Według unijnych przepisów przewoźnik wypłaca jednak rekompensatę w momencie, jeśli jej wartość wyniesie nie mniej niż 4 euro.”

Czyli w przypadku czytelniczki z odszkodowania nici, bo zwyczajnie zapłaciła za bilet mało. Unia postanowiła, że granicą odpowiedzialności jest 4 euro, czyli teraz powyżej 17 zł  a nasze koleje postanowiły nie wychylać się przed szereg. Słabe? Słabe. Ale co z tym zrobić? Nic się z tym nie zrobi. 

Warto jednak pamiętać, że jeśli pociąg nam się spóźnia godzinkę (ups – powyżej 60 minut), może nam przysługiwać zwrot gotówki.

Z kolejarskim pozdrowieniem, życząc jak najmniejszej ilości spóźnień w minutach i godzinach

miaczynski 

 

 

16:52, miaczynski
Link Komentarze (5) »
czwartek, 18 lutego 2016

Bliklego otwierano o siódmej rano – siedem razy w tygodniu. Wolnych niedziel nie uznawano. W niedzielę mógł być zamknięty fryzjer czy szewc, ale nie kawiarnia. Dzień zaczynano od serwowania śniadań. Oczywiście nie każdy mógł sobie pozwolić na śniadanie w kawiarni. Ktoś, kto kręcił powrozy na Solcu, raczej się tu nie zjawiał – za drogo. Stać było na to właścicieli fabryk, urzędników. Kasjer w banku raz na tydzień mógł sobie pozwolić na zaproszenie narzeczonej do kawiarni.

W warszawskich kawiarniach i restauracjach całe lata obowiązywał swoisty protokół towarzyski, każdy mieszkaniec miasta wiedział, gdzie można pójść, a gdzie pójść nie wypada. Władysław Płachciński, warszawski erudyta, miłośnik knajp, dobrego towarzystwa i takich samych trunków, we „Wspomnieniach o warszawskich knajpach” pisze: „Opowiadał mi kiedyś znajomy malarz, pan Wiktor, lubiący pociągnąć z kieliszka, iż przy niedzieli postanowił zwiedzić Sielankę, bardzo drogą, podówczas podmiejską knajpę. Było lato. Pan Wiktor ubrał się w nowy >>ancug na zawiasach z ferklajdunkami<<, wziął laseczkę ze skuwką, kapelusz nasunął dziarsko na bakier i bawiąc się po >>facetowsku<< laseczką a’la książę Walii – wparadował do hallu Sielanki.

Przy wejściu do restauracji zatrzymał go portier i spokojnym słowem powiedział: >>A ty gdzie, k... twoja mać?”<<.

Pan Wiktor się zdumiał. Opowiadając mi o tym, nie czując się obrażonym, nie mógł wyjść ze zdziwienia >Skąd on wiedział?<<”.

Gości witał "szwajcar", bo był biedny

Gości w kawiarniach witał „szwajcar”, czyli portier. Zdejmował czapkę, kłaniał się wchodzącym i otwierał drzwi. Podłe zajęcie: pół roku stania na zimnie, kilka miesięcy w upale. Robili to głównie Szwajcarzy, którzy przyjechali z ubogiej wówczas swojej ojczyzny. Przyjechali, nic nie umieli, zostawali więc portierami.

Przy wejściu była szatnia. A szatniarz to człowiek instytucja: nie tylko nie dostawał wynagrodzenia, ale jeszcze płacił właścicielowi za przywilej prowadzenia szatni! Do jego obowiązków należało ponadto jeszcze sprzątanie kawiarni. Gdy goście wychodzili, szatniarz stawiał krzesła na stoliki i z elektroluksem biegał po sali. Napis „szatnia płatna”, byłby w złym tonie. Każdy jednak wiedział, że wypada zapłacić.

Szatniarz sprzedawał też papierosy, cygara i służył ogniem. Interes był na tyle dobry, że szatniarze wręcz bili się o stanowisko w dobrej kawiarni. Na jedno miejsce potrafiło być dziesięciu kandydatów. Panował jednak niepisany kodeks honorowy. Jeżeli szatniarz wywiązywał się z obowiązków, właściciel nie zmieniał go nawet wtedy, gdy ktoś inny płacił za miejsce w szatni więcej. Panowie i panie zostawiali w szatni płaszcz, kapelusz, laskę, rękawiczki, futro. I szli na salę 

Na stolikach stały świeże kwiaty. W większych kawiarniach, a kawiarnia Bliklego przed wojną do takich należała, miała bowiem 80 stolików, był tzw. maitre d’hotel. Po dzisiejszemu – kierownik sali. Ale czyż maitre d’hotel w porównaniu z pospolitym kierownikiem sali nie brzmi elegancko? Do jego obowiązków należało przyjmowanie gości: najpierw pytał przybyłego, na ile osób potrzebuje stolik, a później prowadził gości do stolika. W każdej kawiarni kilka stolików było zarezerwowanych dla najznakomitszych gości – tak na wszelki wypadek, gdyby nagle zjawił się ktoś ze sfer rządowych, jakaś filmowa sława czy też pisarz.

Gucio, piwko

Nikt inny nie miał prawa przy tych stolikach siedzieć. Następnie maitre d’hotel przysyłał do stolika kelnera, który zbierał zamówienie. Do I wojny światowej do kelnera mówiło się „per ty”, po imieniu, na przykład „Gucio, piwko”, „Kochanku”, „Przynieść mi tu, kochany, gazetkę”, „Podaj, kochasiu, rachunek”. Na początek klient mógł zapytać tak: „A co tu macie dobrego, kochanieńki?”. Jeżeli kelner odpowiedział: „Proszę Pana, my tu wszystko mamy dobre” albo „Wie Pan, ja tego wszystkiego nie próbuje, to nie wiem”, byłoby to straszne faux pas. Nieco lepiej byłoby, gdyby kelner odpowiedział: „Ja to najlepiej lubię...”. A jeszcze lepiej zareagować pytaniem: „A co pan szanowny będzie pił do tego?” albo „A co pan lubi? Bo jak lubi pan torty, to mamy czekoladowy i śmietankowy. Oba poezja smaku.”. Pytanie klienta miało być okazją do wymienienia całego asortymentu kawiarni. Wybór należał do klienta. Kelner musiał też znać skład poszczególnych ciastek. Bo jeśli gość nie lubił orzechów albo jajek, kelner powinien umieć mu doradzić.

Kiedy już kelner przyjął zamówienie, szedł do kuchni i prosił o wydanie. Całe zamówienie kupował od firmy. Tak – wszystko, co mu wydała kuchnia, obciążało jego rachunek. Na koniec dnia kelner płacił za to, co zamówił dla gości. Oczywiście z pieniędzy, które dostał od klientów. Właściciele kawiarni zabezpieczali się w ten sposób na wypadek, gdyby któryś z klientów nie zapłacił. Manko obciążałoby wtedy kelnera, a nie właściciela. Napiwki, średnio 10 procent kwoty zamówienia, zostawały dla kelnera. W kawiarni Bliklego była mechaniczna maszyna kasowa na kółkach zębatych. Każdy kelner miał do niej kluczyk. Maszyna dokładnie za pisywała, co każdy kelner wziął. Poszczególne osoby „rozpoznawała” po kluczykach, których używały (każdy bowiem miał inny). Kelner do klienta zwracał się per „Szanowny Panie” albo „Jaśnie Panie”.

Jedzenie przynoszono na platerowanych talerzach, sygnowanych podpisem właściciela kawiarni, na przykład „A. Blikle”. Platerowane były też koszyczki do szklanek z herbatą, a filiżanki do kawy obowiązkowo musiały być z porcelany. Sztućce – koniecznie platerowane. Swoją drogą, kelnerzy przychodzili do pracy ze swoimi sztućcami, które trzymali we własnych szufladach. Jak więc kelner jadł w pracy, używał swoich sztućców, a nie firmowych, posrebrzanych. Dzięki temu nie ginęły z kawiarni sztućce platerowane, a przynajmniej ginęło ich mniej.

Fragment książki: "Fortuna po polsku" od dziś dostępnej w sprzedaży

fortunapopolsku

 

10:41, miaczynski
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 lutego 2016

Na zachodzie Europy niskie ceny są głównie na promocjach. Normalnie klient płaci i to dość słono w cenach tzw. regularnych. Specjaliści od handlu określają to zjawisko jako „model typu Hi-LO”, co brzmi jak nazwa postaci z Gwiezdnych Wojen. 

Polski handel (i usługi też) poszedł jednak w stronę innego modelu zwanego „codziennie niskie ceny” Niezależnie od tego czy klient przyjdzie w poniedziałek czy sobotę, chce zapłacić mało. To z kolei handlowcy określają jako EDLP (Every Day Low Price).

Oba modele mają swoje zalety i wady, ale o tym może szerzej innym razem. Bezsporną wadą EDLP jest to, że owszem cena produktu potrafi być niska, ale sprzedawca, aby wyjść jakoś na swoje, usiłuje klienta, gdzieś przystrzyc. A to koszty przesyłki są takie, że można się zgarbić, albo stosuje się różnego rodzaju cross selling, czyli mówiąc po ludzku sprzedaż wiązaną. Na przykład raty są 0 proc, ale dochodzi do tego pieruńsko drogie ubezpieczenie.

W tym radosnym trendzie znalazła się sieć Media Markt, która pobiera opłatę za dostarczenie towaru do własnego sklepu. Tak, tak ten właśnie Media Markt, który już w tym momencie szczególnie tani nie jest.

Czytelnik chciał zakupić przez sieć film na blu ray: „Asterix i Obelix: w służbie Jej Królewskiej Mości 3D” za kwotę 39,99 zł. Nie zraziło go nawet, że produkt sprowadzany jest w ciągu aż czterech dni. Zaznaczył jedynie, że chce odebrać płytę w markecie i... zbaraniał. Bo MM podyktowało mu za tę przyjemność opłatę 3 zł.

mediamarktdostawaza31

Oczywiście 3 zł to nie majątek, ale dlaczego firma bierze kasę za dostarczenie towaru do własnego sklepu? Można założyć, że raczej i tak tam robi dostawy? Przyjmijmy jednak, że tu ktoś faktycznie przejawił jakiś trud, przyniósł, podniósł, dostarczył. Bardziej się zdziwiłem widząc przypadek pana Macieja.

- Kupowałem bilet do kina via internet, za dostarczenie "biletu" - co oznacza maila z pdfem, który (i email i pdf) zapewne jest generowany automatycznie, musiałem dopłacić/zapłacić 1 zł od osoby - dziwi się również czytelnik.

Oto i dowód.

 multikino

Co na to sami zainteresowani?

- Opłata internetowa to występujący powszechnie, nie tylko w sieciach kinowych w Polsce koszt towarzyszący zakupowi biletów z wykorzystaniem strony www. W Multikinie przy transakcji online opłata wynosi 1 zł i jest dodawana do każdego zakupionego biletu. Ten koszt, to koszt smsa oraz prowizji związanych z obsługą transakcji. Klient decydując się na zakup biletów online akceptuje Regulamin Zakupu i Rezerwacji biletów do kin sieci Multikino przez stronę www.multikino.pl Cena dostawy biletów jest wskazana na podstronie witryny podczas składania zamówienia oraz w potwierdzeniu przyjęcia zamówienia - pisze mi Edyta Pawłowicz-Ziurkowska Kierownik Działu Marketingu Multikino S.A.

Oznacza to mniej więcej, pozwolą państwo, że wytłumaczę, przerzucamy na klienta koszt techniczny usługi a i tak powinien być nam wdzięczny, bo przecież nie stoi później w kolejce, prawda?

Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że dzięki sprzedaży przez internet sieć ma mniejsze koszty (bo może zatrudnić mniej pracowników na kasach), ale to byłby to prymitywne, złośliwe jednostki a my się do takich nie zaliczamy. Prawda?

Jeszcze ciekawiej jest w przypadku wytłumaczenia Media Marktu.

- Koszt wynika z faktu, że dany towar nie jest dostępny w sklepie wybranym przez klienta jako punkt odbioru. Towar musi być przesłany z magazynu innego sklepu. Są to operacje logistyczne, które generują koszt. Informujemy o tym klienta podając informację " Dostępność: Produkt sprowadzany z magazynu, do odbioru w ciągu 4 dni." Jeżeli produkt byłby w zasobach sklepu wybranego jako punkt odbioru, nie naliczany byłby koszt dostawy - wyjaśnia Wioletta Batóg.

Wynika to, jak wyjaśniłem z panią Wiolettą z faktu, że Media Markt zwyczajnie nie ma magazynu centralnego.

Jak widzą Państwo fakt, że coś jest zamawiane on-line, dostarczane elektronicznie, albo odbierane na własnych łapach, nie powoduje, że będziemy zwolnieni od ekstra opłat. Choć powiem szczerze mi najbardziej i tak przeszkadza, że mimo zakupu w cenie słonej biletu do kina i tak dostaję półgodzinny blok reklam.

17:22, miaczynski
Link Komentarze (13) »
czwartek, 21 stycznia 2016

Pan Filip przez ostatnich kilka tygodni usiłował rozgryźć skąd biorą się różnice cenowe w biurku. A konkretnie to biurko nazywa się BEKANT (zawsze podziwiałem te szwedzkie nazwy, które brzmią jakby samochód po szutrze jechał).

- Prosiłem IKEA o wytłumaczenie czemu poniższe biurko kosztuje AŻ 641 zł (+30%) więcej w Polsce niż w Szwecji, tym bardziej, że jest produkowane w Polsce według sprzedawcy. Poruszyłem kwestię, że średnia pensja w Szwecji wynosi 15300 PLN (32600 SEK), czyli sporo więcej niż u nas - pisze czytelnik.

 ikea1

Czyli dla Szweda kupić sobie BEKANTA, to tak jak dla Polaka zakupy za kilka stówek na cały tydzień w Biedronce zrobić. Pan Filip zawziął się mocno, aby tajemnicę rozwikłać i na polskim fanpage sieci zapytał o to trzykrotnie.

Prawdopodobnie mógłby jeszcze zapytać i pięć razy, bo i tak nikt mu nie odpowiedział. Administratorzy całkowicie go zignorowali, mimo, że odpowiadali innym czytelnikom, na tematy pokroju czy jeszcze dostępna jest poszewka na poduszki dajmy na to GULLKLOCKA.

Biurko w polskiej wersji, czyli drogiej znaleźć można tu. W wersji szwedzkiej, tańszej znajduje się tu

Drogi jak krem w Polsce

Przypomniała mi się od razu historia kolegi, który wybrał się kilka lat temu do Bawarii na urlop a w lokalnej drogerii znalazł krem Penaten. Krem kosztował tam dwa euro. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w Polsce kosztował dwa.... ponad 20 zł. Kasjerka uwierzyć również w to nie mogła i doradziła koledze, aby powrócił w poniedziałek, bo promocja będzie i Penaten po 1.79 euro. 

Podobnego rodzaju przypadków na pewno mają państwo mnóstwo w zanadrzu. Zresztą media (zwłaszcza elektroniczne) też od czasu do czasu uwielbiają wypuszczać materiały pod tytułem: „towary w niemieckim Lidlu tańsze niż w polskim”.

Skąd się biorą takie różnice?

Ano to już wytłumaczy Państwu pani Paulina.

„Każdy kraj samodzielnie ustala ceny produktów, opierając się na warunkach rynkowych, ofercie konkurencji i oczywiście zgodnie z obowiązującym prawem. Z tego wynikają różnice w cenie tego samego artykułu w różnych krajach.

Warto podkreślić, że badania IKEA of Sweden, spółki odpowiedzialnej za rozwijanie naszego asortymentu, wykazały, że Polska jest jednym z krajów, gdzie ceny produktów IKEA są najniższe.

Zgodnie z naszą ideą biznesową, oferujemy asortyment tańszy od konkurencyjnego, porównywalnego w funkcji, materiale i jakości. Co oznacza, ze wspomniany artykuł, czyli biurko BEKANT, w tej jakości i w tym designie jest najtańszym biurkiem na rynku polskim – w odniesieniu do porównywalnych produktów konkurencji. Informacja ta jest poparta badaniami konkurencji przeprowadzanymi przez Dział Sprzedaży IKEA w Polsce.” - pisze Paulina Nesteruk-Łuczyńska z Ikea.

Czyli ponadnarodowe korporacja pozycjonuje swoje ceny w stosunku do cen, które ma w danym kraju jej konkurencja. Oznacza to, że generalnie biurka tego typu są w Polsce droższe niż w Szwecji. Tak samo jak w Polsce są tańsze samochody niż w Niemczech, mimo, że u nas nowych aut sprzedaje się dużo mniej niż u zachodniego sąsiada.

Tym których to oburza przypominam o dwóch rzeczach:

1. Są takie korporacje, które na przykład w całej Europie mają takie same ceny. To jednak oznacza, że będą one dla Polek i Polaków stosunkowo wysokie, bo są pozycjonowane na kieszeń Brytyjczyków, Niemców i Francuzów. Tak właśnie było przy niedawnym wejściu do Polski Netflixa, który na kieszeń przeciętnego Polaka jest drogi, a nawet bardzo drogi. Dla Niemca jest on zaś tani.

2. Jeśli różnica jest duża, od razu Polacy zaczną tańszy produkt ściągać zza granicy. Tak było przez lata z Applem. Ceny w USA, były niższe niż te w Europie, od razu więc powstał swego rodzaju import równoległy prosto ze Stanów Zjednoczonych.

 Na pocieszenie mogę dodać, że internet, a w nim  porównywarki te różnice cenowe coraz lepiej niwelują.

15:22, miaczynski
Link Komentarze (39) »
czwartek, 14 stycznia 2016

296 zł za kabinę prysznicową z brodzikiem to przyznają państwo cena zacna. Owszem, długowieczny ten produkt to raczej nie będzie.  Ale za niecałe trzy stówki, to można  większe zakupy na tydzień dla czteroosobowej rodziny zrobić (i to bez wina), a nie kabinę prysznicową kupić.

Jak ktoś tanio chce wykończyć mieszkanie - bo spłukał się już na etapie jego kupowania, albo chce tanio zrobić remont, to jest to nie lada gratka.

Pani Anna, chciała skorzystać z tego typu oferty. Kabina nosi dumne miano „OBI Kabina prysznicowa Eos 80 z brodzikiem półokrągła”. Brodzik jest głęboki i w komplecie.

Pani Anna kliknęła w pierwszy link (prowadzący do jednego z marketów Obi).

https://www.obi.pl/decom/product/OBI_Kabina_prysznicowa_Eos_80_z_brodzikiem_p%C3%B3%C5%82okr%C4%85g%C5%82a/6159008&position=14&pageNum=1&pageSize=72

obi2

- Tu dowiaduję się, że „produkt można zamówić w markecie”. Dzwonię do marketu i dowiaduję się, że produktu nie mogę zamówić w cenie 296 zł, ale mogę go kupić w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu - relacjonuje czytelniczka.

Druga próba, inny market.

- Tu dowiaduję się, że ”mniej niż 3 produkty dostępne”. A więc jednak jest w sklepie. Jadę do sklepu. W sklepie dowiaduję się, że kabina jest - w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu - pisze pani Anna.

Trzecia próba, kolejny sklep, trzeba przyznać, że czytelniczka bardzo chciała kupić kabinę.

- Tu znowu dowiaduję się, że „produkt można zamówić w markecie”. Dzwonię do marketu i dowiaduję się, że produktu nie mogę zamówić w cenie 296 zł, ale mogę go kupić w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu. Sytuacja powtarza się dnia kolejnego. Przez kilka następnych dni informacja o kabinach w cenie 296 zł jest na stronie, a ja mogę ją kupić za 499 zł (żadnego zamawiania, w sklepie nie ma kabin za 296 zł).

Czytelniczka dzwoni do Obi

Pani Anna się zawzięła i 7 stycznia zadzwoniła do centrali OBI. - Pan obiecuje, że sprawę wyjaśni, oddzwania i dowiaduję się, że „na stronie to błąd systemu i informacja została przekazana informatykom”. Ostatecznie kupuję kabinę w sklepie 8 stycznia 2016 r. za 499 zł. Ale czuję się oszukana przez OBI, a kobieca ciekawość rozkazuje mi jeszcze raz zajrzeć na stronę OBI 12 stycznia 2016 r. i sprawdzić, czy informatycy naprawili błąd. I tu czeka na mnie wątpliwa niespodzianka - wszystko po staremu, kabinę mogę kupić w sklepie za 296 zł, mogę zamówić też za 296 zł. Ale tylko wirtualnie. I tym samym mój gniew sięgnął zenitu - pisze mi wściekła pani Anna.

14 stycznia kabina na stronie była dalej. I dalej w cenie 296 zł.

To dzwonię i ją

Zadzwoniłem i ja do jednego z warszawskich marketów sieci z zapytaniem czy mógłbym ją kupić. Od sympatycznej pani usłyszałem, (tu podaję w skrócie), że tej co pan winszuje to nie ma i raczej w kraju nigdzie też już jej nie ma. Ale ona proponuje mi kabinę za... 499 zł. Rozmowę na wszelki wypadek nagrałem.

Teraz powstaje pytanie: czy kabina za 296 zł jest tą samą kabiną za złotych polskich 499? Pani w sklepie w Warszawie twierdzi, że nie. Czytelniczka jednak przekonuje, że w sklepach w których pytała była to ta sama kabina, tyle, że w innej cenie.

Moim zdaniem mamy tutaj przykład przedłużonej promocji. Czyli rzucamy do sklepów trochę kabin w bardzo dobrej cenie. Wystawiamy promocję na stronie internetowej (na wabia). Towar w dobrej cenie szybko się kończy, ale ogłoszenie zostawiamy, bo ściąga nam klientów.

Jak przyjdą, to kupią coś innego.

10:55, miaczynski
Link Komentarze (12) »
wtorek, 12 stycznia 2016

W tej sprawie alarmowali mnie Państwo pod koniec ubiegłego roku kilkakrotnie. Przypomnę firma Energa miała problem z dyscyplinowaniem osób, które zalegają z płatnościami.

Zaczęła je więc dyscyplinować na podobieństwo socjalistycznych placówek edukacyjno -poprawczych, czyli każąc klientom klęczeć na grochu i okładając delikwentów kijem. A w praktyce wyglądało, to tak: jak ktoś miał krótką pamięć to dostawał list z upomnieniem, za który firma naliczała 34 zł 39 groszy. Tak, naprawdę, to nie pomyłka. A jak ktoś był wyjątkowo oporny i dalej nie płacił to dostawał tzw. wezwanie przedsądowe, już za 43,41 zł.

W niektórych przypadkach koszt upomnienia wynosił jedną trzecią zaległego rachunku. Wściekli klienci pytali, dlaczego tak dużo? Wówczas Energa tłumaczyła, że takie ma po prostu koszty sporządzenia wezwania do zapłaty.

„Co więcej, ograniczono do sześciu maksymalną ilość wezwań do zapłaty, która może zostać wysłana do tego samego punktu poboru w ciągu jednego roku, a także wewnętrznie ustalono kwotę minimalną, poniżej której odstępuje się od wysyłania wezwań do zapłaty.” - odpowiadała, puszczającym parę uszami klientom.

 

Dodam, choć nie muszę, że takie wyjaśnienia, nikogo za specjalnie nie przekonywały. Mnie również nie przekonały. Oczywiście, Energa ma prawo ściągać długi od klientów, ale aż tak wysoka opłata sprawia wrażenie zwykłej represji.

Postanowiłem zapytać UOKiK co on na to wszystko? - Delegatura UOKiK w Gdańsku zwróciła się do tego przedsiębiorcy o wyeliminowanie zachowań, polegających na obciążaniu konsumentów opłatami windykacyjnymi w kwocie 34,39 zł za pojedyncze wezwanie do zapłaty i 43,41 zł za pojedyncze wezwanie przedsądowe. Aktualnie czekamy na odpowiedź spółki - napisał mi Ernest Makowski Starszy Specjalista Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Cóż na to Energa?

- Do czasu zakończenia postępowania UOKIK nie komentujemy sprawy - odpowiedziała mi Beata Ostrowska Rzecznik Prasowy Grupy Energa.

Ale od 1 stycznia UWAGA BĘDZIE CUD! obniżyła koszt upomnień do 13,19 zł. To nadal słono, ale ta opłata przynajmniej zachowuje jakieś pozory normalności. Nie można tak było od początku?

11:50, miaczynski
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78