Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
wtorek, 01 marca 2016

W całej tej sprawie najbardziej drażni zachowanie producenta w Polsce, który schował głowę w piasek i udaje, że sprawy nie ma.

A o co chodzi wytłumaczy Państwu już pani Patrycja. - Trzy miesiące temu kupiliśmy z mężem kubek niekapek dla naszej córki. Wybraliśmy produkt znanej marki Tommee Tippee. Podczas jego czyszczenia mąż zwrócił uwagę, że w zaworku pod ustnikiem zalega brud, którego nie ma jak usunąć. Przestaliśmy używać kubka, kupiliśmy drugi. Po kilku dniach przypadkiem trafiłam na informację, że we Francji wybuchła afera związana z właśnie takimi kubeczkami – pisze czytelniczka. 

We Francji ojciec dziewczynki, która była nieustannie chora odkrył, że w jej niekapku zalega brud i osad. Opublikował zdjęcia na Facebooku, użytkownicy zaczęli je udostępniać i fotografować brudne zaworki ze swoich kubków. Brud był widoczny dopiero po rozcięciu zaworka.

Podobne sygnały spłynęły z różnych części świata w tym Kanady, USA, Wielkiej Brytanii. 

Kubek po intensywnym użytkowaniu wygląda tak:

Zrzut_ekranu_20160301_o_11.01.29Źródło: Facebook

Czytelniczka postanowiła sprawdzić co kryje się w niekapku, z którego piło jej dziecko. Kubek używany był przez trzy miesiące głównie do podawania dziecku wody, sporadycznie herbaty owocowej. Pani Patrycja deklaruje, że niekapek był codziennie myty, zgodnie z zaleceniami producenta.

Tak wyglądał zaworek/ustnik:

 kubek1

kubek2

kubek3

- Niestety brak możliwości rozłożenia zaworka na części pierwsze uniemożliwia jego dokładne wyczyszczenie, a tym samym prowadzi do gromadzenia się w nim wilgoci, brudu, bakterii – pisze do mnie czytelniczka.

Pani Patrycja odezwała się do polskiego przedstawicielstwa firmy. Firma odpowiedziała na Facebooku.

 „Drodzy Rodzice, zauważyliśmy wiele pytań związanych z problematycznym myciem części od naszych nowych bidonów. Chcielibyśmy zapewnić Was, że zdrowie i bezpieczeństwo dzieci jest dla nas najważniejsze. Traktujemy wszystkie Wasze wiadomości i zgłoszenia bardzo poważnie. 

Sprzedajemy miliony kubków na całym świecie, ale widzimy, że część naszych klientów spotkał problem z domywaniem części bidonu przy ustniku. Przepraszamy za to z całego serca i zapewniamy, że nasz dział produkcyjny został poinformowany o tej sprawie. Jeśli nie udało nam się odpowiedzieć na Wasze pytania związane z tym tematem satysfakcjonująco prosimy, zajrzyjcie na stronę http://www.tommeetippee.co.uk/support/…/one-piece-valve-cup/, gdzie poznacie szczegóły dotyczące bidonów, które powinny rozwiązać wszelkie wątpliwości. 

Ogromnie zależy nam na zadowoleniu naszych klientów, chcemy spełniać Wasze oczekiwania. Już wkrótce na rynek wprowadzimy nowe kubki, które na pewno nie będą sprawiały problemów w czyszczeniu.”

Odsyłanie zaniepokojonych rodziców do angielskojęzycznej strony jest strasznie słabe. Zwłaszcza, że w innych krajach wygląda to zupełnie inaczej. Producent informuje, że skonstruował specjalny przeźroczysty ustnik, który można dostać dzwoniąc na infolinię.

Albo po prostu inny model kubka. 

kubek4

Reasumując:

1. Sprawa dotyczy jednego modelu kubka.

2. Według producenta problemy najczęściej wywołuje podawanie w nim gorących płynów lub soków z miąższem.

3. Producent skonstruował tak ustnik, że nie można go porządnie umyć.

4. To powoduje, że po krótkim czasie używania nadaje się do wyrzucenia.

UPDATE!

Oświadczenie producenta produktów Tommee Tippee – firma Mayborn
„Sprzedajemy miliony kubków na całym świecie, ale widzimy, że część naszych klientów spotkał problem z domywaniem części bidonu przy ustniku. Przepraszamy za to z całego serca i zapewniamy, że nasz dział produkcyjny został poinformowany o tej sprawie. Zachęcamy wszystkich właścicieli kubków niekapków z jednoczęściowym zaworem, których dotyczy problem do kontaktu. Niezwłocznie będziemy wysyłać im bezpłatnie nowe, przezroczyste zawory, które nie powinny sprawiać już kłopotów. Powinno to ułatwić czyszczenia i pozwolą upewnić się rodzicom, że zawór podczas mycia został całkowicie wyczyszczony. Klienci mogą kontaktować się z nami bezpośrednio pisząc na adres: reklamacje@akpol.com.pl
Ogromnie zależy nam na zadowoleniu naszych klientów, chcemy spełniać Wasze oczekiwania. Już wkrótce na rynek wprowadzimy nowe kubki, które będą posiadały dwuczęściowy zawór i dzięki czemu będzie łatwiejszy w czyszczeniu. Nowy zawór umożliwi używanie naszych kubków do różnych rodzajów płynów."

---

Już jest moja książka o kupcach, sklepach i rzemieślnikach, która wraca do czasów, kiedy wszystko robiono ręcznie. Polecam wszystkim chętnym. 

6354

11:39, miaczynski
Link Komentarze (9) »
sobota, 27 lutego 2016

Dlaczego pociągi się spóźniają? Najczęściej z powodu skomunikowania. Czyli jeden pociąg czeka na drugi. Pociąg ze Szczecina do Warszawy się spóźnia, bo spóźnił się pociąg z Gdyni do Szczecina, a ten ze Szczecina do Warszawy musiał na niego poczekać.

Jak to poetycko PKP napisało kiedyś w liście do mojego czytelnika:

„Na opóźnienie pociągu wpływa wiele czynników, które nie zawsze zależą od przewoźnika. Z uwagi na to, że nie jesteśmy jedynym przewoźnikiem korzystającym z linii kolejowej, zdarza się, że opóźnienie jednego pociągu powoduje ograniczenie prędkości jazdy oraz nieplanowe postoje kolejnych pociągów.

Opóźnienia pociągów powstają również wskutek awarii urządzeń samoczynnej blokady liniowej i sterowania ruchem kolejowym, zachowania się osoby trzeciej itd., co znacznie ogranicza prowadzenie ruchu kolejowego.”

I wszystko jasne, prawda?

Ale nie wiem czy Państwo wiedzą, można ubiegać się o odszkodowanie. I tak pani X wie.


"Pociąg opóźnił się o ponad 2h, w związku z czym starałam się o zwrot części kosztów.” - pisze mi czytelniczka.

Tu wyjaśnienie określenie ponad 2h jest nieprecyzyjne. Pociągi bowiem spóźniają się zawsze na minuty, nigdy na godziny. Zimą oczywiście częściej niż latem.

Pani X zapłaciła za dwa bilety 44 zł. Wystąpiła więc o zwrot części pieniędzy. Ale gdyby je dostała, nie byłaby bohaterką tego tekstu.Już nie trzymam dalej państwa w niecierpliwości.

Otóż: „W odpowiedzi PKP napisało, że w przeliczeniu na jedną osobę, kwota wyniosła 22 zł, a więc zwrot 11 zł, co jest mniejsze niż 4 euro i nie dostanie zwrotów kosztu. Pierwsze pytanie to czy można się odwołać, drugie brzmi gdzie logika?" - pyta czytelniczka. 



A oto i skan odpowiedzi.

 12696234_1289507054398419_1351376573_n

Dlaczego tak?

Wyjaśnienie jest banalnie proste.

Biuro Prasowe PKP Intercity pisze mi tak: „zasady przyznawania odszkodowań za opóźnione pociągi regulują przepisy unijne o prawach i obowiązkach pasażerów kolejowych, a konkretnie rozporządzenie (WE) nr 1371/2007 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 23 października 2007r. Za spóźnienie wynoszące od 60 do 119 minut pasażer może ubiegać się o odszkodowanie w wysokości 25% ceny biletu, natomiast, jeśli pociąg opóźni się ponad 120 minut będzie to 50%. Według unijnych przepisów przewoźnik wypłaca jednak rekompensatę w momencie, jeśli jej wartość wyniesie nie mniej niż 4 euro.”

Czyli w przypadku czytelniczki z odszkodowania nici, bo zwyczajnie zapłaciła za bilet mało. Unia postanowiła, że granicą odpowiedzialności jest 4 euro, czyli teraz powyżej 17 zł  a nasze koleje postanowiły nie wychylać się przed szereg. Słabe? Słabe. Ale co z tym zrobić? Nic się z tym nie zrobi. 

Warto jednak pamiętać, że jeśli pociąg nam się spóźnia godzinkę (ups – powyżej 60 minut), może nam przysługiwać zwrot gotówki.

Z kolejarskim pozdrowieniem, życząc jak najmniejszej ilości spóźnień w minutach i godzinach

miaczynski 

 

 

16:52, miaczynski
Link Komentarze (5) »
czwartek, 18 lutego 2016

Bliklego otwierano o siódmej rano – siedem razy w tygodniu. Wolnych niedziel nie uznawano. W niedzielę mógł być zamknięty fryzjer czy szewc, ale nie kawiarnia. Dzień zaczynano od serwowania śniadań. Oczywiście nie każdy mógł sobie pozwolić na śniadanie w kawiarni. Ktoś, kto kręcił powrozy na Solcu, raczej się tu nie zjawiał – za drogo. Stać było na to właścicieli fabryk, urzędników. Kasjer w banku raz na tydzień mógł sobie pozwolić na zaproszenie narzeczonej do kawiarni.

W warszawskich kawiarniach i restauracjach całe lata obowiązywał swoisty protokół towarzyski, każdy mieszkaniec miasta wiedział, gdzie można pójść, a gdzie pójść nie wypada. Władysław Płachciński, warszawski erudyta, miłośnik knajp, dobrego towarzystwa i takich samych trunków, we „Wspomnieniach o warszawskich knajpach” pisze: „Opowiadał mi kiedyś znajomy malarz, pan Wiktor, lubiący pociągnąć z kieliszka, iż przy niedzieli postanowił zwiedzić Sielankę, bardzo drogą, podówczas podmiejską knajpę. Było lato. Pan Wiktor ubrał się w nowy >>ancug na zawiasach z ferklajdunkami<<, wziął laseczkę ze skuwką, kapelusz nasunął dziarsko na bakier i bawiąc się po >>facetowsku<< laseczką a’la książę Walii – wparadował do hallu Sielanki.

Przy wejściu do restauracji zatrzymał go portier i spokojnym słowem powiedział: >>A ty gdzie, k... twoja mać?”<<.

Pan Wiktor się zdumiał. Opowiadając mi o tym, nie czując się obrażonym, nie mógł wyjść ze zdziwienia >Skąd on wiedział?<<”.

Gości witał "szwajcar", bo był biedny

Gości w kawiarniach witał „szwajcar”, czyli portier. Zdejmował czapkę, kłaniał się wchodzącym i otwierał drzwi. Podłe zajęcie: pół roku stania na zimnie, kilka miesięcy w upale. Robili to głównie Szwajcarzy, którzy przyjechali z ubogiej wówczas swojej ojczyzny. Przyjechali, nic nie umieli, zostawali więc portierami.

Przy wejściu była szatnia. A szatniarz to człowiek instytucja: nie tylko nie dostawał wynagrodzenia, ale jeszcze płacił właścicielowi za przywilej prowadzenia szatni! Do jego obowiązków należało ponadto jeszcze sprzątanie kawiarni. Gdy goście wychodzili, szatniarz stawiał krzesła na stoliki i z elektroluksem biegał po sali. Napis „szatnia płatna”, byłby w złym tonie. Każdy jednak wiedział, że wypada zapłacić.

Szatniarz sprzedawał też papierosy, cygara i służył ogniem. Interes był na tyle dobry, że szatniarze wręcz bili się o stanowisko w dobrej kawiarni. Na jedno miejsce potrafiło być dziesięciu kandydatów. Panował jednak niepisany kodeks honorowy. Jeżeli szatniarz wywiązywał się z obowiązków, właściciel nie zmieniał go nawet wtedy, gdy ktoś inny płacił za miejsce w szatni więcej. Panowie i panie zostawiali w szatni płaszcz, kapelusz, laskę, rękawiczki, futro. I szli na salę 

Na stolikach stały świeże kwiaty. W większych kawiarniach, a kawiarnia Bliklego przed wojną do takich należała, miała bowiem 80 stolików, był tzw. maitre d’hotel. Po dzisiejszemu – kierownik sali. Ale czyż maitre d’hotel w porównaniu z pospolitym kierownikiem sali nie brzmi elegancko? Do jego obowiązków należało przyjmowanie gości: najpierw pytał przybyłego, na ile osób potrzebuje stolik, a później prowadził gości do stolika. W każdej kawiarni kilka stolików było zarezerwowanych dla najznakomitszych gości – tak na wszelki wypadek, gdyby nagle zjawił się ktoś ze sfer rządowych, jakaś filmowa sława czy też pisarz.

Gucio, piwko

Nikt inny nie miał prawa przy tych stolikach siedzieć. Następnie maitre d’hotel przysyłał do stolika kelnera, który zbierał zamówienie. Do I wojny światowej do kelnera mówiło się „per ty”, po imieniu, na przykład „Gucio, piwko”, „Kochanku”, „Przynieść mi tu, kochany, gazetkę”, „Podaj, kochasiu, rachunek”. Na początek klient mógł zapytać tak: „A co tu macie dobrego, kochanieńki?”. Jeżeli kelner odpowiedział: „Proszę Pana, my tu wszystko mamy dobre” albo „Wie Pan, ja tego wszystkiego nie próbuje, to nie wiem”, byłoby to straszne faux pas. Nieco lepiej byłoby, gdyby kelner odpowiedział: „Ja to najlepiej lubię...”. A jeszcze lepiej zareagować pytaniem: „A co pan szanowny będzie pił do tego?” albo „A co pan lubi? Bo jak lubi pan torty, to mamy czekoladowy i śmietankowy. Oba poezja smaku.”. Pytanie klienta miało być okazją do wymienienia całego asortymentu kawiarni. Wybór należał do klienta. Kelner musiał też znać skład poszczególnych ciastek. Bo jeśli gość nie lubił orzechów albo jajek, kelner powinien umieć mu doradzić.

Kiedy już kelner przyjął zamówienie, szedł do kuchni i prosił o wydanie. Całe zamówienie kupował od firmy. Tak – wszystko, co mu wydała kuchnia, obciążało jego rachunek. Na koniec dnia kelner płacił za to, co zamówił dla gości. Oczywiście z pieniędzy, które dostał od klientów. Właściciele kawiarni zabezpieczali się w ten sposób na wypadek, gdyby któryś z klientów nie zapłacił. Manko obciążałoby wtedy kelnera, a nie właściciela. Napiwki, średnio 10 procent kwoty zamówienia, zostawały dla kelnera. W kawiarni Bliklego była mechaniczna maszyna kasowa na kółkach zębatych. Każdy kelner miał do niej kluczyk. Maszyna dokładnie za pisywała, co każdy kelner wziął. Poszczególne osoby „rozpoznawała” po kluczykach, których używały (każdy bowiem miał inny). Kelner do klienta zwracał się per „Szanowny Panie” albo „Jaśnie Panie”.

Jedzenie przynoszono na platerowanych talerzach, sygnowanych podpisem właściciela kawiarni, na przykład „A. Blikle”. Platerowane były też koszyczki do szklanek z herbatą, a filiżanki do kawy obowiązkowo musiały być z porcelany. Sztućce – koniecznie platerowane. Swoją drogą, kelnerzy przychodzili do pracy ze swoimi sztućcami, które trzymali we własnych szufladach. Jak więc kelner jadł w pracy, używał swoich sztućców, a nie firmowych, posrebrzanych. Dzięki temu nie ginęły z kawiarni sztućce platerowane, a przynajmniej ginęło ich mniej.

Fragment książki: "Fortuna po polsku" od dziś dostępnej w sprzedaży

fortunapopolsku

 

10:41, miaczynski
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 lutego 2016

Na zachodzie Europy niskie ceny są głównie na promocjach. Normalnie klient płaci i to dość słono w cenach tzw. regularnych. Specjaliści od handlu określają to zjawisko jako „model typu Hi-LO”, co brzmi jak nazwa postaci z Gwiezdnych Wojen. 

Polski handel (i usługi też) poszedł jednak w stronę innego modelu zwanego „codziennie niskie ceny” Niezależnie od tego czy klient przyjdzie w poniedziałek czy sobotę, chce zapłacić mało. To z kolei handlowcy określają jako EDLP (Every Day Low Price).

Oba modele mają swoje zalety i wady, ale o tym może szerzej innym razem. Bezsporną wadą EDLP jest to, że owszem cena produktu potrafi być niska, ale sprzedawca, aby wyjść jakoś na swoje, usiłuje klienta, gdzieś przystrzyc. A to koszty przesyłki są takie, że można się zgarbić, albo stosuje się różnego rodzaju cross selling, czyli mówiąc po ludzku sprzedaż wiązaną. Na przykład raty są 0 proc, ale dochodzi do tego pieruńsko drogie ubezpieczenie.

W tym radosnym trendzie znalazła się sieć Media Markt, która pobiera opłatę za dostarczenie towaru do własnego sklepu. Tak, tak ten właśnie Media Markt, który już w tym momencie szczególnie tani nie jest.

Czytelnik chciał zakupić przez sieć film na blu ray: „Asterix i Obelix: w służbie Jej Królewskiej Mości 3D” za kwotę 39,99 zł. Nie zraziło go nawet, że produkt sprowadzany jest w ciągu aż czterech dni. Zaznaczył jedynie, że chce odebrać płytę w markecie i... zbaraniał. Bo MM podyktowało mu za tę przyjemność opłatę 3 zł.

mediamarktdostawaza31

Oczywiście 3 zł to nie majątek, ale dlaczego firma bierze kasę za dostarczenie towaru do własnego sklepu? Można założyć, że raczej i tak tam robi dostawy? Przyjmijmy jednak, że tu ktoś faktycznie przejawił jakiś trud, przyniósł, podniósł, dostarczył. Bardziej się zdziwiłem widząc przypadek pana Macieja.

- Kupowałem bilet do kina via internet, za dostarczenie "biletu" - co oznacza maila z pdfem, który (i email i pdf) zapewne jest generowany automatycznie, musiałem dopłacić/zapłacić 1 zł od osoby - dziwi się również czytelnik.

Oto i dowód.

 multikino

Co na to sami zainteresowani?

- Opłata internetowa to występujący powszechnie, nie tylko w sieciach kinowych w Polsce koszt towarzyszący zakupowi biletów z wykorzystaniem strony www. W Multikinie przy transakcji online opłata wynosi 1 zł i jest dodawana do każdego zakupionego biletu. Ten koszt, to koszt smsa oraz prowizji związanych z obsługą transakcji. Klient decydując się na zakup biletów online akceptuje Regulamin Zakupu i Rezerwacji biletów do kin sieci Multikino przez stronę www.multikino.pl Cena dostawy biletów jest wskazana na podstronie witryny podczas składania zamówienia oraz w potwierdzeniu przyjęcia zamówienia - pisze mi Edyta Pawłowicz-Ziurkowska Kierownik Działu Marketingu Multikino S.A.

Oznacza to mniej więcej, pozwolą państwo, że wytłumaczę, przerzucamy na klienta koszt techniczny usługi a i tak powinien być nam wdzięczny, bo przecież nie stoi później w kolejce, prawda?

Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że dzięki sprzedaży przez internet sieć ma mniejsze koszty (bo może zatrudnić mniej pracowników na kasach), ale to byłby to prymitywne, złośliwe jednostki a my się do takich nie zaliczamy. Prawda?

Jeszcze ciekawiej jest w przypadku wytłumaczenia Media Marktu.

- Koszt wynika z faktu, że dany towar nie jest dostępny w sklepie wybranym przez klienta jako punkt odbioru. Towar musi być przesłany z magazynu innego sklepu. Są to operacje logistyczne, które generują koszt. Informujemy o tym klienta podając informację " Dostępność: Produkt sprowadzany z magazynu, do odbioru w ciągu 4 dni." Jeżeli produkt byłby w zasobach sklepu wybranego jako punkt odbioru, nie naliczany byłby koszt dostawy - wyjaśnia Wioletta Batóg.

Wynika to, jak wyjaśniłem z panią Wiolettą z faktu, że Media Markt zwyczajnie nie ma magazynu centralnego.

Jak widzą Państwo fakt, że coś jest zamawiane on-line, dostarczane elektronicznie, albo odbierane na własnych łapach, nie powoduje, że będziemy zwolnieni od ekstra opłat. Choć powiem szczerze mi najbardziej i tak przeszkadza, że mimo zakupu w cenie słonej biletu do kina i tak dostaję półgodzinny blok reklam.

17:22, miaczynski
Link Komentarze (13) »
czwartek, 21 stycznia 2016

Pan Filip przez ostatnich kilka tygodni usiłował rozgryźć skąd biorą się różnice cenowe w biurku. A konkretnie to biurko nazywa się BEKANT (zawsze podziwiałem te szwedzkie nazwy, które brzmią jakby samochód po szutrze jechał).

- Prosiłem IKEA o wytłumaczenie czemu poniższe biurko kosztuje AŻ 641 zł (+30%) więcej w Polsce niż w Szwecji, tym bardziej, że jest produkowane w Polsce według sprzedawcy. Poruszyłem kwestię, że średnia pensja w Szwecji wynosi 15300 PLN (32600 SEK), czyli sporo więcej niż u nas - pisze czytelnik.

 ikea1

Czyli dla Szweda kupić sobie BEKANTA, to tak jak dla Polaka zakupy za kilka stówek na cały tydzień w Biedronce zrobić. Pan Filip zawziął się mocno, aby tajemnicę rozwikłać i na polskim fanpage sieci zapytał o to trzykrotnie.

Prawdopodobnie mógłby jeszcze zapytać i pięć razy, bo i tak nikt mu nie odpowiedział. Administratorzy całkowicie go zignorowali, mimo, że odpowiadali innym czytelnikom, na tematy pokroju czy jeszcze dostępna jest poszewka na poduszki dajmy na to GULLKLOCKA.

Biurko w polskiej wersji, czyli drogiej znaleźć można tu. W wersji szwedzkiej, tańszej znajduje się tu

Drogi jak krem w Polsce

Przypomniała mi się od razu historia kolegi, który wybrał się kilka lat temu do Bawarii na urlop a w lokalnej drogerii znalazł krem Penaten. Krem kosztował tam dwa euro. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w Polsce kosztował dwa.... ponad 20 zł. Kasjerka uwierzyć również w to nie mogła i doradziła koledze, aby powrócił w poniedziałek, bo promocja będzie i Penaten po 1.79 euro. 

Podobnego rodzaju przypadków na pewno mają państwo mnóstwo w zanadrzu. Zresztą media (zwłaszcza elektroniczne) też od czasu do czasu uwielbiają wypuszczać materiały pod tytułem: „towary w niemieckim Lidlu tańsze niż w polskim”.

Skąd się biorą takie różnice?

Ano to już wytłumaczy Państwu pani Paulina.

„Każdy kraj samodzielnie ustala ceny produktów, opierając się na warunkach rynkowych, ofercie konkurencji i oczywiście zgodnie z obowiązującym prawem. Z tego wynikają różnice w cenie tego samego artykułu w różnych krajach.

Warto podkreślić, że badania IKEA of Sweden, spółki odpowiedzialnej za rozwijanie naszego asortymentu, wykazały, że Polska jest jednym z krajów, gdzie ceny produktów IKEA są najniższe.

Zgodnie z naszą ideą biznesową, oferujemy asortyment tańszy od konkurencyjnego, porównywalnego w funkcji, materiale i jakości. Co oznacza, ze wspomniany artykuł, czyli biurko BEKANT, w tej jakości i w tym designie jest najtańszym biurkiem na rynku polskim – w odniesieniu do porównywalnych produktów konkurencji. Informacja ta jest poparta badaniami konkurencji przeprowadzanymi przez Dział Sprzedaży IKEA w Polsce.” - pisze Paulina Nesteruk-Łuczyńska z Ikea.

Czyli ponadnarodowe korporacja pozycjonuje swoje ceny w stosunku do cen, które ma w danym kraju jej konkurencja. Oznacza to, że generalnie biurka tego typu są w Polsce droższe niż w Szwecji. Tak samo jak w Polsce są tańsze samochody niż w Niemczech, mimo, że u nas nowych aut sprzedaje się dużo mniej niż u zachodniego sąsiada.

Tym których to oburza przypominam o dwóch rzeczach:

1. Są takie korporacje, które na przykład w całej Europie mają takie same ceny. To jednak oznacza, że będą one dla Polek i Polaków stosunkowo wysokie, bo są pozycjonowane na kieszeń Brytyjczyków, Niemców i Francuzów. Tak właśnie było przy niedawnym wejściu do Polski Netflixa, który na kieszeń przeciętnego Polaka jest drogi, a nawet bardzo drogi. Dla Niemca jest on zaś tani.

2. Jeśli różnica jest duża, od razu Polacy zaczną tańszy produkt ściągać zza granicy. Tak było przez lata z Applem. Ceny w USA, były niższe niż te w Europie, od razu więc powstał swego rodzaju import równoległy prosto ze Stanów Zjednoczonych.

 Na pocieszenie mogę dodać, że internet, a w nim  porównywarki te różnice cenowe coraz lepiej niwelują.

15:22, miaczynski
Link Komentarze (39) »
czwartek, 14 stycznia 2016

296 zł za kabinę prysznicową z brodzikiem to przyznają państwo cena zacna. Owszem, długowieczny ten produkt to raczej nie będzie.  Ale za niecałe trzy stówki, to można  większe zakupy na tydzień dla czteroosobowej rodziny zrobić (i to bez wina), a nie kabinę prysznicową kupić.

Jak ktoś tanio chce wykończyć mieszkanie - bo spłukał się już na etapie jego kupowania, albo chce tanio zrobić remont, to jest to nie lada gratka.

Pani Anna, chciała skorzystać z tego typu oferty. Kabina nosi dumne miano „OBI Kabina prysznicowa Eos 80 z brodzikiem półokrągła”. Brodzik jest głęboki i w komplecie.

Pani Anna kliknęła w pierwszy link (prowadzący do jednego z marketów Obi).

https://www.obi.pl/decom/product/OBI_Kabina_prysznicowa_Eos_80_z_brodzikiem_p%C3%B3%C5%82okr%C4%85g%C5%82a/6159008&position=14&pageNum=1&pageSize=72

obi2

- Tu dowiaduję się, że „produkt można zamówić w markecie”. Dzwonię do marketu i dowiaduję się, że produktu nie mogę zamówić w cenie 296 zł, ale mogę go kupić w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu - relacjonuje czytelniczka.

Druga próba, inny market.

- Tu dowiaduję się, że ”mniej niż 3 produkty dostępne”. A więc jednak jest w sklepie. Jadę do sklepu. W sklepie dowiaduję się, że kabina jest - w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu - pisze pani Anna.

Trzecia próba, kolejny sklep, trzeba przyznać, że czytelniczka bardzo chciała kupić kabinę.

- Tu znowu dowiaduję się, że „produkt można zamówić w markecie”. Dzwonię do marketu i dowiaduję się, że produktu nie mogę zamówić w cenie 296 zł, ale mogę go kupić w cenie 499 zł. A informacja na stronie to błąd systemu. Sytuacja powtarza się dnia kolejnego. Przez kilka następnych dni informacja o kabinach w cenie 296 zł jest na stronie, a ja mogę ją kupić za 499 zł (żadnego zamawiania, w sklepie nie ma kabin za 296 zł).

Czytelniczka dzwoni do Obi

Pani Anna się zawzięła i 7 stycznia zadzwoniła do centrali OBI. - Pan obiecuje, że sprawę wyjaśni, oddzwania i dowiaduję się, że „na stronie to błąd systemu i informacja została przekazana informatykom”. Ostatecznie kupuję kabinę w sklepie 8 stycznia 2016 r. za 499 zł. Ale czuję się oszukana przez OBI, a kobieca ciekawość rozkazuje mi jeszcze raz zajrzeć na stronę OBI 12 stycznia 2016 r. i sprawdzić, czy informatycy naprawili błąd. I tu czeka na mnie wątpliwa niespodzianka - wszystko po staremu, kabinę mogę kupić w sklepie za 296 zł, mogę zamówić też za 296 zł. Ale tylko wirtualnie. I tym samym mój gniew sięgnął zenitu - pisze mi wściekła pani Anna.

14 stycznia kabina na stronie była dalej. I dalej w cenie 296 zł.

To dzwonię i ją

Zadzwoniłem i ja do jednego z warszawskich marketów sieci z zapytaniem czy mógłbym ją kupić. Od sympatycznej pani usłyszałem, (tu podaję w skrócie), że tej co pan winszuje to nie ma i raczej w kraju nigdzie też już jej nie ma. Ale ona proponuje mi kabinę za... 499 zł. Rozmowę na wszelki wypadek nagrałem.

Teraz powstaje pytanie: czy kabina za 296 zł jest tą samą kabiną za złotych polskich 499? Pani w sklepie w Warszawie twierdzi, że nie. Czytelniczka jednak przekonuje, że w sklepach w których pytała była to ta sama kabina, tyle, że w innej cenie.

Moim zdaniem mamy tutaj przykład przedłużonej promocji. Czyli rzucamy do sklepów trochę kabin w bardzo dobrej cenie. Wystawiamy promocję na stronie internetowej (na wabia). Towar w dobrej cenie szybko się kończy, ale ogłoszenie zostawiamy, bo ściąga nam klientów.

Jak przyjdą, to kupią coś innego.

10:55, miaczynski
Link Komentarze (12) »
wtorek, 12 stycznia 2016

W tej sprawie alarmowali mnie Państwo pod koniec ubiegłego roku kilkakrotnie. Przypomnę firma Energa miała problem z dyscyplinowaniem osób, które zalegają z płatnościami.

Zaczęła je więc dyscyplinować na podobieństwo socjalistycznych placówek edukacyjno -poprawczych, czyli każąc klientom klęczeć na grochu i okładając delikwentów kijem. A w praktyce wyglądało, to tak: jak ktoś miał krótką pamięć to dostawał list z upomnieniem, za który firma naliczała 34 zł 39 groszy. Tak, naprawdę, to nie pomyłka. A jak ktoś był wyjątkowo oporny i dalej nie płacił to dostawał tzw. wezwanie przedsądowe, już za 43,41 zł.

W niektórych przypadkach koszt upomnienia wynosił jedną trzecią zaległego rachunku. Wściekli klienci pytali, dlaczego tak dużo? Wówczas Energa tłumaczyła, że takie ma po prostu koszty sporządzenia wezwania do zapłaty.

„Co więcej, ograniczono do sześciu maksymalną ilość wezwań do zapłaty, która może zostać wysłana do tego samego punktu poboru w ciągu jednego roku, a także wewnętrznie ustalono kwotę minimalną, poniżej której odstępuje się od wysyłania wezwań do zapłaty.” - odpowiadała, puszczającym parę uszami klientom.

 

Dodam, choć nie muszę, że takie wyjaśnienia, nikogo za specjalnie nie przekonywały. Mnie również nie przekonały. Oczywiście, Energa ma prawo ściągać długi od klientów, ale aż tak wysoka opłata sprawia wrażenie zwykłej represji.

Postanowiłem zapytać UOKiK co on na to wszystko? - Delegatura UOKiK w Gdańsku zwróciła się do tego przedsiębiorcy o wyeliminowanie zachowań, polegających na obciążaniu konsumentów opłatami windykacyjnymi w kwocie 34,39 zł za pojedyncze wezwanie do zapłaty i 43,41 zł za pojedyncze wezwanie przedsądowe. Aktualnie czekamy na odpowiedź spółki - napisał mi Ernest Makowski Starszy Specjalista Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Cóż na to Energa?

- Do czasu zakończenia postępowania UOKIK nie komentujemy sprawy - odpowiedziała mi Beata Ostrowska Rzecznik Prasowy Grupy Energa.

Ale od 1 stycznia UWAGA BĘDZIE CUD! obniżyła koszt upomnień do 13,19 zł. To nadal słono, ale ta opłata przynajmniej zachowuje jakieś pozory normalności. Nie można tak było od początku?

11:50, miaczynski
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 grudnia 2015

W jednym z moich ulubionych seriali „Gra o Tron” jest rodzina Lannisterów, w sporej części mało sympatyczna, aczkolwiek budząca duże emocje .Jej nieoficjalnym rodowym mottem jest: „Lannisterowie zawsze spłacają swoje długi”. W ich przypadku czasami jest to złoto, czasami sztylet, a czasami trucizna.

Sama zasada pozostaje jednak piękna, znaczy się spłacać długi powinno się i basta. I w tym momencie docieramy do pana Marka, który dług miał, ale go nie uregulował na czas.

„Witam Panie Piotrze

Piszę w sprawie która mnie zbulwersowała (jak pewnie większość osób do Pana piszących). Spóźniłem się z płatnością rachunku za prądu, moja wina bez dwóch zdań. Energa, dostawca prądu, wysłała mi wezwanie do zapłaty, zapłaciłem. Następnie dostałem fakturę za ww. wezwanie w wysokości, uwaga, 34,39 zł! Nie, w tej kwocie nie ma odsetek, to jest kwota za wysłanie listu pocztą.”

Pan Marek jest dodam kolejną zdziwioną osobą, która pisze do mnie w tej samej sprawie. Oczywiście operator prawo ma domagać się swoich pieniędzy, ale czy ma prawo łoić swoich klientów na 34,39 zł za jeden list polecony? Zwłaszcza, że wysyła go z już jakieś dwa tygodnie po upływie terminu płatności?

Czytelnik odezwał się więc do Energi z zapytaniem czy naliczona kwota nie jest przypadkiem nieco zbyt obfita i czy operator mógłby wyjaśnić dlaczego aż tyle.

"W odpowiedzi informuję, że kwota 34,39 zł. stanowi wypadkową poszczególnych wydatków i kosztów, na które składają się m. in. przygotowanie materiału oraz zebranie danych adresowych z systemów i sporządzenie dokumentu, jak również wydruk i wysyłka, monitoring, czas obsługi zwrotu oraz archiwizacja. Wskazana kwota z uwagi na poczynioną kalkulację jest adekwatna do ponoszonych rzeczywistych nakładów finansowych, a co za tym idzie nie przynosi nieuzasadnionych korzyści w postaci chociażby dodatkowego zysku.”

Zrzut_ekranu_20151218_o_21.48.54W tym miejscu pozwolę sobie prychnąć lekceważąco. List polecony w tym kraju w kontrakcie dla tak dużej firmy jak Energa to koszt poniżej 2 zł. Dane z systemu wyciąga się automatycznie, podobnie jak automatyczny jest wydruk, adresowanie i wysyłka.

Przynajmniej taki jest standard w każdej dużej firmie.

Nawet jeśli na jakiś etapie dotyka tego wszystkie człowiek, to prawdopodobnie jest to listonosz. A listonoszowi pensję płaci Poczta Polska. 

Oddajmy jednak dalej głos Enerdze.

„Co więcej, ograniczono do sześciu maksymalną ilość wezwań do zapłaty, która może zostać wysłana do tego samego punktu poboru w ciągu jednego roku, a także wewnętrznie ustalono kwotę minimalną, poniżej której odstępuje się od wysyłania wezwań do zapłaty. 

Tu już nie byłem w stanie czytać dalej, bo łzy wzruszenia zalały mi oczy. To oznacza, że w ciągu roku klient, który spóźnia się z rachunkami, owszem zapłaci, ale nie więcej niż dwie stówki!

Co za hojność!

- Spore koszty mają w Enerdze, trzeba się w końcu zrzucić na prawo do nazwy stadionu w Gdańsku – kąśliwie zauważa czytelnik.

I to oczywiście naturalne, ze firma usiłuje zrobić coś z przeterminowanymi płatnościami, ale z drugiej strony zastanawiam się czy w tej sprawie nie powinien zainterweniować UOKiK. Zwłaszcza, że nie tak dawno temu w podobnej sprawie spuścił łomot bankowi BZ WBK, który obciążał swoich klientów kwotą 25 zł za monit.

„W opinii UOKiK, sposób naliczania przez BZ WBK  opłat, był niezgodny z prawem, ponieważ narażał konsumentów na nieuzasadnione koszty. Urząd przypomniał, że wysokość opłat powinna wynikać z kalkulacji rzeczywistych wydatków poniesionych przez przedsiębiorcę. Ponadto w ocenie UOKiK bank postępował bezprawnie zastrzegając sobie możliwość prowadzenia korespondencji i rozmów telefonicznych na koszt konsumentów i nie przyznając takiego samego prawa drugiej stronie umowy.“ 

Energa z tej sprawy wyszłaby obronną ręką, gdyby udowodniła, że w tym przypadku przy każdej sprawie pracuje przez godzinę pięć osób na liczydłach plus suseł. Oczywiście nie wykluczam, może i tak jest.

Nie zmienia to jednak faktu, że cała sprawa pozostawia niesmak. 

A Pan Marek rozeźlony monitem postanowił po prostu poszukać innego dostawcy prądu. I tym samym firma owszem zarobiła 34,39 zł, ale straciła klienta. No częściowo straciła klienta, bo z usług Energii totalnie zrezygnować to mu się i tak nie uda (będzie jej płacił za przesył). 

16:10, miaczynski
Link Komentarze (12) »
piątek, 11 grudnia 2015

Napisał do mnie pan Michał, który mimo, że jest człowiekiem młodym poczuł się sfrustrowany polityką naszego narodowego przewoźnika czyli PKP.

PKP co by nie mówić robi ostatnio pewne postępy, choćby trasę Warszawa - Poznań można przejechać teraz szybciej niż przed II wojną światową sławną Luxtorpedą. O ile Luxtorpeda jechała średnio 87 km na godzinę, a podróż zabierała jej 3 godziny i 34 minuty, tak teraz tę trasę można zrobić nawet w 2 godziny i 25 minut a prędkość handlowa to 124 km na godzinę.

Jest postęp? Jest. Pan Michał ma jednak wyżej postawioną poprzeczkę i na Facebooku przewoźnika napisał tak:

Niedawno premier Kanady zapytany o to dlaczego w jego rządzie jest tyle samo mężczyzn ile kobiet wypowiedział głośne zdanie: bo mamy rok 2015. Tak proszę Państwa mamy rok 2015. Mamy również szybkie (dość) pociągi i mamy do tego stronę internetową i jakość obsługi klienta, które spokojnie odnalazłyby się w czasach, w których pamiętny kandydat na prezydenta tańczył na scenie Ole, Olek! Zacznijmy od tego że strona nie posiada żadnej wizualizacji wyboru miejsc, więc jest to właściwie loteria, jest nieprzyjazna jakby komuś kto ją tworzył zależało na tym, żeby za jej pośrednictwem kupiono jak najmniej biletów, jednak prawdziwą petardą jest fakt, że CODZIENNIE pomiędzy 23.30 a 1.00 trwa przerwa techniczna. CODZIENNIE. Halo, mamy rok 2015!

Czy wyobrażacie sobie Państwo że np. jakaś linia lotnicza nie sprzedaje biletów codziennie pomiędzy 23.30 a 1.00? Chyba jedynie linia obsługująca połączenie Radom-Ryga nie zauważyłaby spadku liczby klientów, bo tam i tak nikt nie lata. Kolejnym hitem jest to że kupując dwa bilety nie przewidziałem, że będą one na jednym kwicie. I teraz pytanie, a jeśli potrzebuję dwóch kwitów do rozliczenia ich w innych firmach? Nie ma szans. Mogę anulować, płacąc 15% ceny biletu i zamawiać sobie jeszcze raz. Ale nie ma opcji żeby kupując DWA bilety, otrzymać DWA bilety lub DWIE faktury.

I na koniec jeszcze taka mała petardka - czy dzwoniliście, słyszeliście tam w kwaterze głównej PKP kiedykolwiek jak zaczyna się połączenie z waszą infolinią? Otóż zaczyna się od 3 minutowego bełkotu syntezatora mowy o tym ile płacę jak jestem w Heyah na kartę mix i przeemigrowałem tam z T-Mobile po 25 czerwca 2013 roku. TO JEST ŻART. I to jest żart za który dzwoniący na infolinię płaci ciężki hajs. Rozumiem, że w ten sposób zniechęcacie potencjalnych dzwoniących żeby nie zawracali głowy tym biednym paniom, które i tak nie są w stanie w żaden sposób pomóc. Choćby wasze Pendolina jechały pińcent na godzinę, wasza firma tkwi wciąż w epoce Poloneza Caro i obszernych wąsów. Over!”

Nie można powiedzieć, że przewoźnik nie zareagował. Zareagował. Po prostu wykasował post pana Michała ze swojego profilu. Ponieważ pytania wydały mi się niezależnie od ich formy, ciekawe, postanowiłem wydobyć od PKP - odpowiedzi.

- W przypadku pociągu Pendolino, który jest elektrycznym zespołem trakcyjnym, w którym układ siedzeń się nie zmienia, możliwy jest wybór konkretnego miejsca - pisze mi pani Anna Zakrzewska z biura prasowego przewoźnika.

Dołączyła też screenshota na dowód.

 rezerwacja

W przypadku pozostałych składów tak łatwo już jednak nie jest. Można wybrać tylko... wagon w którym chcemy siedzieć. Dlaczego? - Ze względu na możliwe modyfikacje np. wzmocnienie o dodatkowe wagony lub wyłączenie wagonu, w tym przypadku ciężko jest nam stworzyć ostateczny szablon - twierdzi PKP.

To chyba oznacza, że i z tym wyborem wagonu może być różnie....

- Jeśli chodzi o przerwę techniczną, spowodowana jest wymogami kluczowego dla sprzedaży systemu zarzadzania rezerwacjami, z którego korzysta wielu przewoźników kolejowych, w tym PKP Intercity. Pracujemy nad jej znaczącym skróceniem co powinno nastąpić w niedalekiej przyszłości - obiecuje Zakrzewska.

A bilety? - Aktualnie, gdy chcemy w jednej transakcji kupić kilka biletów zawsze będą one drukowane na jednym blankiecie. Można w dziale reklamacji zgłosić potrzebę wystawienia kilku faktur dla różnych miejscówek ze wspólnego biletu. Można też kupować bilety oddzielnie, z wykorzystaniem funkcjonalności zakupu sąsiedniego miejsca do wcześniej zakupionego biletu, jednak nie ma tu 100% gwarancji uzyskania sąsiedniej miejscówki ( w tym czasie ktoś może kupić miejscówkę na to miejsce). Analizujemy możliwość wprowadzenia funkcjonalności wystawiania oddzielnych blankietów - wrócimy z informacją, gdy zostanie ona wprowadzona do systemu - twierdzi PKP.

Pytanie o infolinię zostało niestety zignorowane. Jakieś pocieszenie?

Nadchodzi podwyżka w Pendolino 

Od niedzieli 13 grudnia PKP podnosi ceny w przedziałach 1 klasy. W Pendolino rosną one o 19 proc. w pozostałych składach EIC o 10 proc.

Na osłodę będzie można dostać francuskiego rogalika na śniadanie na ciepło albo jajecznicę z kurkami. Na obiad będzie schab (też z kurkami), sałatka z kaczką albo makaron z suszonymi pomidorami i szpinakiem (to Pendolino). Wszystko na porcelanowej zastawie. W EIC będą z kolei za darmo tortille.

- No to policzmy: dziś trasa Warszawa-Trójmiasto na zaraz kosztuje 195 zł w I klasie, po podwyżce o 19% to będzie ponad 230 zł. Wychodzi 35 złotych za croissanta z konfiturą na ciepło - podsumowała informację internautka. Przyznaję złośliwie, choć nieco trafnie.

Aha, Luxtorpeda z Krakowa do Zakopanego jeździła w 2 godziny i 18 minut. PKP teraz jedzie się 3 godziny i 36 minut Wiem, wiem w Luxtorpedą można było jechać tylko pierwszą klasą i drogo było. Ale sporo rzeczy jeszcze w PKP zostało do zrobienia.

19:05, miaczynski
Link Komentarze (15) »
wtorek, 01 grudnia 2015

Dzisiaj, czyli 1 grudnia jest dzień darmowej dostawy w sporej części sklepów internetowych. Z tej okazji mam dla państwa dla odmiany POZYTYWNĄ historię, którą śledziłem przez ostatnich kilka tygodni.

Pan Andrzej kupił na ebay.de starą widokówkę sprzed 100 lat. Tania nie było, bo kosztowała ok. 500 zł. Ale tak totalnie szczerze, to polował na nią długi czas, więc gotów był zapłacić dużo więcej. Ba, jak to kolekcjoner przywiązał się już do idei jej posiadania.

Widokówka 9 września wybrała się w podróż do Polski. Jak się okazało, nawet jak na seniorkę szło jej wyjątkowo wolno. Ale o tym za chwilę. Pan Andrzej korzystając z dobrodziejstw internetu klikał jak szalony monitorując jej pozycję. Na stronie Poczty Polskiej, która po prawie 10 latach prac i wydaniu ponad 100 mln zł – posiada w końcu system do śledzenia przesyłek przeczytał, że widokówka widnieje jako wysłana z lotniska we Frankfurcie do sortowni w Warszawie.

Jednak na stronie niemieckiej Poczty pojawił się komunikat: od dnia 15.09 przesyłka znajduje się na terenie Polski i wszelkie pytania proszę kierować do polskiej strony”.

W międzyczasie z ciepłego września zrobił się już nieco zimniejszy październik. Siódmego dnia tego miesiąca czytelnik nadal przesyłki nie miał. W urzędzie pocztowym usłyszał zaś, że przesyłki nie ma. A po stronie niemieckiej wszczęto reklamację.

Czytelnik nieco ogłupiały rzucił się szukać ostatniej deski ratunku. Zgodnie z zasadą: „gdzie konsument nie może tam media pośle” odezwał się do mnie.

 Ping pong polsko - niemiecki

Poczta bojąc się najprawdopodobniej kolejnego tekstu pod tytułem: jak to zła Poczta Polska znowu coś zgubiła, rzuciła się zaś do wyjaśniania sprawy z wielkim zaangażowaniem. Aczkolwiek również bezskutecznie. Przesyłka jest w Niemczech - stwierdziła. Przesyłka jest w Polsce - odpowiadał system informatyczny Deutsche Post.

- Raczej jednak wierzę Niemcom ponieważ listy sortuje tam automat – stwierdził pan Andrzej, widząc te słowa.

A skoro automat wskazał, że przesyłka opuściła lotnisko we Frankfurcie to taka jego automatyczna natura, że mylić się nie może. Prawda? Czytelnik spuścił nos na kwintę, wychodząc z założenia że ktoś widokówkę zwyczajnie rąbnął. A najprawdopodobniej zrobili to oczywiście polscy pocztowcy. Podejrzana była placówka, która zajmowała się sprawą. Pan Andrzej rozmawiał bowiem z kilkoma kolekcjonerami i ich zdaniem zdarzało się, że ktoś tam przesyłki tego typu zwyczajnie podbierał.

- Myślę, że sprawa jest nie do załatwienia – podsumował markotnie czytelnik.

W duchu pokiwałem głową ze zrozumieniem, ale dla spokoju ducha odezwałem się więc jeszcze raz do Poczty Polskiej. Która znów stwierdziła, że widokówka “nie wpłynęła do polskiego obszaru pocztowego, o czym poinformowaliśmy już stronę niemiecką, prosząc o wyjaśnienie tej sytuacji.”  

 A listonosz na to?

Aż – jakby to powiedziano w komiksach – WTEM! pewnego listopadowego dnia….

- Dzisiaj odwiedził mnie listonosz i przekazał ,ku mojemu zdziwieniu, zaginioną przesyłkę. Szła dwa miesiące i osiem dni – relacjonuje zdumiony czytelnik.

- Proszę zerknąć na link (link zastąpiłem obrazkiem, bo są tam dane osobowe czytelnika).

 Zrzut_ekranu_20151130_o_13.26.38

- Wcześniej pod tym linkiem była data wysyłki z Niemiec sprzed dwu miesięcy. Teraz dane się zmieniły. Została ponownie wysłana z Niemiec w listopadzie. Zatem zaginęła w Poczcie Niemieckiej – konkluduje pan Andrzej.

Listonosz, który przesyłkę przyniósł, bardzo się ucieszył, że to nie jest wina jego pracodawcy. Kto więc zawinił? Najprawdopodobniej adres został źle odczytany przez automat i przesyłka pojechała sobie do innego kraju.

Pan Andrzej odszczekuje więc swoje podejrzenia. Ja do szczekania się przyłączam.  Cuda jak państwo widzą, jednak się zdarzają. Choć nie wyciągałbym z nich jakichkolwiek generalnych wniosków na temat jakości któregokolwiek z operatorów. 

17:20, miaczynski
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77