Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
środa, 18 listopada 2015

Muszę przyznać, że firmie PKP Intercity udało się mnie potężnie zaskoczyć. Pani Magda wybrała się w podróż Intercity z W-wy do Stargardu Szczecińskiego. Bilet na tym dystansie kosztuje 119 zł. Jak za prawie pół tysiąca kilometrów jest to cena dość przyzwoita i raczej konkurencyjna.

Szkopuł w tym, że czytelniczka, bilet miała kupiony z W-wy Centralnej, a wygodniej było jej wsiąść na Wschodniej. Czyli miała przejechać o 4 km więcej niż na bilecie. - Ponieważ nie chciałam naciągać naszego narodowego przewoźnika, postanowiłam dokupić w kasie bilet na dystans Wschodnia - Centralna. Spodziewałam się dopłaty w wysokości max. 10 zł – relacjonuje czytelniczka.

Tymczasem pani w kasie zdruzgotała ją stwierdzeniem: "48 złotych poproszę”. Po czym śmiertelnie obraziła się na pytanie, czy to jest jakaś kara za gapowe...
12200513_1122439127796876_381948954_n1

Dociskana kasjerka wyjaśniła jedynie: "bo to proszę pani dodatkowe kilometry są. Trzeba było wsiąść na Centralnej". Prawda, że jasne?

Pani Magda postanowiła wobec tego zadać to samo pytanie konduktorowi. I usłyszała, że PKP IC posiada specjalny taryfikator - nie ważne, czy jedzie się 1 km czy 50 km - dopłata zawsze jest taka sama.

- Dla mnie w dalszym ciągu absurd...- konkluduje czytelniczka. I dodaje: Nauczka na przyszłość - w podobnej sytuacji weź taksówkę i dojedź na Centralną...

Co na to wszystko sam zainteresowany?

- PKP Intercity jest przewoźnikiem, którego oferta pociągów ekspresowych jest skierowana przede wszystkim do podróżujących na długich dystansach. W przypadku przedstawionym przez podróżną kasjer powinien zasugerować inne rozwiązanie niż zakup biletu pomiędzy warszawskimi stacjami. Pasażerce należało zaproponować zwrot biletu z Warszawy Centralnej do Stargardu Szczecińskiego i zakup nowego od Warszawy Wschodniej – twierdzi Biuro Prasowe PKP Intercity S.A.

- Zachęcamy podróżną do opisania zaistniałej sytuacji i przesłania do nas wniosku reklamacyjnego. Do wniosku powinny zostać dołączone zakupione bilety na przejazd – kończy swojego maila PKP.

Przy tej okazji przypomniało mi się powiedzenie: „Uczci­wy by­wa chwa­lony, ale marznie przy tym.”

15:53, miaczynski
Link Komentarze (11) »
środa, 04 listopada 2015

W przeciwieństwie do pracowników. Oni z kolei są wśród tych, którzy kradną najwięcej.

 Sezon na kradzieże w sklepach właśnie się zaczyna. Na zimę przypada aż 46 proc. podobnego rodzaju ekscesów. Powody mogą być dwa. Po pierwsze święta, ludzi wtedy w sklepach jest więcej a co z tym idzie w tłumie łatwiej się kradnie. Ochrona musi w końcu zwracać uwagę na więcej osób.

A po drugie zimą ludzie się grubiej ubierają. Że to nie ma znaczenia? Ależ strój w tym przypadku ma wielkie znaczenie.

Można to choćby zobaczyć na tym filmie (z Kostaryki, ale powiedzmy sobie szczerze metody kradzieży są dość podobne na całym świecie):

Najniższe straty są z kolei jesienią oraz wiosną. Wyjątek? Wyprzedaże, kiedy cudowną metodą kradzieże skokowo rosną.

Z raportu The Global Retail Theft Barometer (swoją drogą to marny “global” informacje uzyskano na podstawie ankiet z 24 krajów) wynika, że ze sklepów rąbnięto towar wart 214,3 miliarda USD.

W Polsce skradziono rzeczy warte niespełna miliard dolców. Paradoksalnie ten miliardzik powoduje, że wypadamy w tym zestawieniu jako niezwykle nobliwi, szlachetni oraz uczciwi. Polska zajmuje bowiem czwartą pozycję wśród krajów o najniższym odnotowanym poziomie strat w handlu detalicznym! Wyprzedza nas tu tylko Norwegia, Szwajcaria i Francja.

kradzieze

I to mimo tego, że budżety na ochronę zmniejszono o 25 proc. A polskie wydatki na zapobieganie stratom są najniższe spośród wszystkich badanych krajów. Biorąc pod uwagę ozusowanie umów zlecenia od stycznia (a na takich pracują zazwyczaj sklepowi ochroniarze) można się tu spodziewać kolejnych redukcji.

Swoją drogą jedną z ulubionych moich historii sklepowych kradzieży jest ta z Tesco w zachodniej Polsce. Złodziej wsadził w spodnie pół litra wódki. Gdy ochrona złapała go na bramce, poprosił o zaprowadzenie do toalety, bo "chce siusiu". Tam wskoczył do kanału wentylacyjnego, gdzie siedział tak długo, aż policyjny negocjator obiecał mu dać pół litra wódki. Zszedł, ale negocjator słowa nie dotrzymał...

Wzrosła za to wartość kradzionych towarów. I to wzrosła konkretnie, bo o 28 proc. To chyba efekt nowelizacji prawa z 2013 roku. Przed nowelizacją jako przestępstwo traktowano kradzieże powyżej 250 zł. Teraz ta granica jest podniesiona do 437 zł. I coraz częściej złodzieje zwyczajnie liczą czy im się opłaca dalej kraść (bo ciągle wykroczenie), czy już nie (bo podpadają pod przestępstwo).

W Polsce za połowę kradzieży odpowiadają klienci, ale za kolejne 34 proc. pracownicy sklepów (to już europejska czołówka).

Dlaczego?

Może chodzi o przyzwyczajenia z historii? Za czasów realnego socjalizmu wyniesienie z pracy papieru toaletowego czy drutu kolczastego było formą ukarania złego pracodawcy. Podobny schemat działa i teraz. Pracownicy dużych sieci uważają, że są wykorzystywani. Załatwiają więc sobie dodatkowe wynagrodzenie. Sami. Z półki albo magazynu.

Dla porównania w Holandii pracownicy odpowiadają za 14 proc. kradzieży, Austrii 10 proc. a w Niemczech 11 proc. Więcej od Polaków kradnie personel we Francji (35 proc.), Rosji (47 proc.) oraz Szwajcarii (41 proc.).

Reszta to normalne straty, czy kanty dostawców.

Co najczęściej ginie? Przede wszystkim drobne rzeczy - maszynki do golenia, elektronarzędzia, baterie, alkohol (często konsumowany jeszcze na terenie sklepu) kosmetyki do makijażu, smartfony, baterie oraz sery.

Ale - jak twierdzą przedstawiciele sieci handlowych - nie ma takiego towaru, którego ktoś nie usiłowałby ukraść. Złodzieje próbują wynosić nawet pralki i lodówki.  

18:17, miaczynski
Link Komentarze (8) »
wtorek, 03 listopada 2015

Musze przyznać, że firma Plus wzbiła się na naprawdę wysoki poziom surrealizmu, konstruując swoją ofertę internet na kartę do tabletu lub laptopa. Mało komu chce się w końcu w tym celu wykupywać specjalny abonament, Oferta na kartę jest tu zdecydowanie najbardziej elastyczna.

Z tego samego punktu widzenia wyszedł mój czytelnik, nazwijmy go pan Hieronim. Pan Hieronim poszedł  do salonu firmowego Plusa w Gdańsku, z zamiarem kierunkowym zakupu startera internetu na kartę.

Uprzejma pani Magdalena w sposób miły i sympatyczny wyjaśniła, że tak, a i owszem trafił pod dobry adres. I tu rzuciła kilka ofert równie dobrze brzmiących dla ucha. Czytelnik na wszelki wypadek dopytał jeszcze uprzejmą panią Magdalenę, ile GB dostanie w starterze za 5 PLN a ile w starterze za 15 pln? Pani Magdalena sprawdziła to w gablocie. Po czym autorytatywnie stwierdziła, że w tym pierwszym wariancie będzie to 5 Gb a w drugim 15 GB.

Pan Hieronim chciał droższy wariant, ale okazało się, że tych starterów... zabrakło. Wyszedł więc z salonu trzymając pod pachą coś takiego:

5giga4

Czyli 5 GB za (domniemujemy) złotych polskich również 5.

W domu przyjrzał się jednak opakowaniu uważniej, po czym zaliczył potężny opad żuchwy. Jak bowiem sieć liczy te 5 GB za 5 zł? Och, to jest dopiero słodkie.

5giga

0,5 gigabajta dostaje się na start. Czyli po włączeniu do sieci ma się dostępne nie 5 GB , ale jedną dziesiątą tego. A te 5 giga, które wybite wołami jest na pierwszej stronie produktu? To operator też wyjaśnia. „5 doładowań od wartości min. 20 zł jest nagradzane Premią 1 GB”. Czyli żeby dostać te 5 giga trzeba ni mniej ni więcej tylko zainwestować stówkę.

Łzy szczęścia z powodu tak hojnej oferty zalewają mi oczy. Twarz pana Hieronima zalało jednak coś innego. Czytelnik generalnie się zapienił i pluł jadem.

Napisał nawet do BOK Plusa.

Co mu odpisała sieć? „W odpowiedzi wyjaśniam, że suma dostępnych danych podana na opakowaniu jest to łączna ilość jako może zostać przyznana po spełnieniu określonych warunków. Opisane są one wewnątrz opakowania. „

 5giga5

Pozwolą Państwo, że przetłumaczę. Informacja zwrotna od sieci brzmi: „widziały gały co brały”.

Wyglądało to prawdopodobnie tak. Przyszli ludzie z marketingu i stwierdzili: "5 GB-  5 zł" to jest dopiero hasło, które przyciągnie ludzi! Do tego dołoży się ładną brunetkę z kolczykiem w nosie że niby jesteśmy tacy trendy, niech się skubana uśmiechnie zachęcająco. No, ale tyłem tej oferty to już zajęli się księgowi.

I oczywiście inwestując 100 zł pan Hieronim dostanie jakieś dane i w sumie wyjdzie jakoś tam na swoje. Tyle, że w ostatecznym rachunku powstaje niesmak.

14:04, miaczynski
Link Komentarze (16) »
piątek, 16 października 2015

Znalazła się pierwsza kancelaria, która chce walczyć z VW w sprawie twórczej interpretacji norm toksyczności spalin.  Przypomnę, chodzi o to, że w czasie testów auto z silnikami Diesla EA 189 normy spełnia. Ale na drodze ma w spalinach więcej szkodliwych dla zdrowia tlenków azotu, niż dopuszczają przepisy (czasami nawet 40 krotnie).

Jak to możliwe?

Silnik ma oprogramowanie, które wykrywa, kiedy wóz jest testowany a kiedy nie (generalnie w trakcie testu nie kręci się kierownicą a na drodze a i owszem). Na trop wpadła amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA). Amerykanie, którzy bardzo nie lubią jak się ich robi w konia już się wzięli za pisanie pozwów przeciwko producentowi. I stawiam dobre wino, jeśli się mylę że ten kant będzie ostro Niemców w USA kosztował. Tam zwyczajne litości dla oszustów nie ma.

vwDiesel

W Europie na razie koncern zadeklarował, że „naprawi” 8,5 mln samochodów. „Każdy właściciel auta z oprogramowaniem optymalizującym emisję tlenków azotu na stanowisku badawczym będzie mógł zgłosić się do autoryzowanego serwisu na wykonanie akcji serwisowej. Jej koszty oczywiście pokryje Volkswagen” – twierdzi firma.

Jak zareagują kierowcy?

W Wielkiej Brytanii, gdzie jeździ 1.2 mln takich pojazdów 9 na 10 kierowców oczekuje odszkodowania. 

Tymczasem jest pierwsza kancelaria, która szykuje się do walki na drodze sądowej przeciwko VW w Polsce. Kancelaria Prawna Świeca i Wspólnicy, bo o niej mowa twierdzi, że Grupa dopuściła do sprzedaży samochody z wadą.

"W obecnej chwili auta te są nie tylko wadliwe, ale przede wszystkim niezgodne z homologacją, co uniemożliwia jeżdżenie z nimi zgodnie z obowiązującym prawem, także w zakresie nabycia w obrocie wtórnym.

Samochód taki legalnie nie może być bowiem sprzedany, ani kupiony. Ponieważ działanie to – sprzedaż aut z ukrytą wadą istotną - było świadome - wszystkim posiadaczom aut wyprodukowanych przez Grupę VW AG, którzy stwierdzą taką wadę przysługują roszczenia z tytułu rękojmi, tj. wymiana samochodu na zupełnie nowy." – twierdzi Kancelaria Prawna Świeca i Wspólnicy

Te 12 mld prawnicy policzyli sobie tak: jeden samochód wart był średnio 70 tys. zł a takich aut w Polsce jest ich zdaniem ok. 170 tys. Mnożymy jedno przez drugie i brzdęk wychodzi nam 12 mld. zł.

Pozwolę sobie prychnąć lekceważąco na to wyliczenie, ale lepszego na razie nie ma.

A może odszkodowanie?

- Roszczeniem alternatywnym może być odszkodowanie. W takiej sytuacji VW zapłacić będzie musiał 3,5 mld zł – twierdzi tymczasem kancelaria.

I dodaje, jednak, że „dysponuje argumentacją przemawiającą zdecydowanie za obowiązkiem wymiany samochodów na nowe, albowiem auta są wadliwe nie tylko w zakresie pomiaru emisji spalin, ale przede wszystkim - jakakolwiek próba ich naprawy zakończyć się może nieodwracalnym uszkodzeniem innych pomiarów elektronicznych.”

Kancelaria złożyła do rejestracji dokumenty Stowarzyszenia Osób Poszkodowanych Przez Spółki Grupy Volkswagen AG. I szykuje się do pozwu zbiorowego.

Myślę, że poszkodowani mają solidne argumenty po swojej stronie. Doszło do oszustwa. A nie ma siły, samochód po zmianie oprogramowania, będzie zwyczajnie mniej dynamiczny i wolniejszy. Tutaj cudów nie ma. Ekologia albo osiągi. Czyli będzie niezgodny z umową.

A do winy Grupa już się przyznała. Ciekaw jestem jak to zinterpretują nasze sądy, dość ostrożne w ferowaniu wysokich odszkodowań.

 

18:54, miaczynski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 października 2015

W sobotę posłowie PiS zaprezentowali pomysły podatkowe tej partii. W końcu pojawiły się konkrety jeśli chodzi o propozycję opodatkowania sieci handlowych.

Przyjęto przy tym bardzo bolesny wariant tego rozwiązania. Myślę, że jeżeli ktoś z prezesów dużych sieci handlowych usłyszał zapowiedzi posła PiS Henryka Kowalczyka to od razu poleciał rano w niedzielę do kościoła dać na mszę za jak najgorszy wynik wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.

Co powiedział PiS?

- Stawka podatku wyniesie 2 proc. od przychodów ze sprzedaży, dla podmiotów z powierzchnią handlową większą niż 250 m kw. Szacujemy że przewidywane wpływy dla budżetu z wprowadzenia tego podatku w skali rocznej wyniosą 3,4 -3,5 mld. zł – mówił podczas sobotniej konferencji prasowej poseł PiS Henryk Kowalczyk.

W sumie na czysto w latach 2016 – 2020 podatek ma przekroczyć kwotę 14 mld zł (uwzględniając inflację i potencjalny wzrost sprzedaży).

Od kiedy?

Najwcześniej od 2017 roku.

Kogo dotknie?

Podatek określany jest przez polityków i w mediach jako hipermarketowy. Ale oczywiście nie dotknie tylko hipermarketów. PiS mówi, że podatek będzie obowiązywał dla podmiotów z powierzchnią handlową większą niż 250 m kw. Rozumiem, że chodzi tu o łączną powierzchnię handlową powyżej 250 m kw. tak aby ściągnąć pieniądze z sieci handlowych a nie drobnych sklepików.

Bo jeżeli limit tyczyłby się pojedynczych sklepów to z ustawy wyłączone byłyby niektóre sieci np. Żabka (średnia powierzchnia sprzedaży jest tam ok. 80 m kw.) czy sklepy na stacjach benzynowych.

Jeśli mówimy z kolei o łącznej o powierzchni sprzedaży to jak traktować sieci franczyzowe? Gdzie właściciel sklepu jest prywatny a towar i szyld pod którym działa dostarcza mu sieć? Ma płacić czy nie płacić?

Niezależnie od przyjętego wariantu podatek dotknie nie tylko Biedronki, Auchan czy Lidla, ale też księgarni, aptek, salonów samochodowych czy meblowych, sklepów na stacjach benzynowych etc. Skoro powierzchnia handlowa to powierzchnia handlowa. A różnica czy się handluje książkami czy pietruszką jest w tym przypadku niewielka.

Ile zapłacą?

2 proc. od obrotu to nie jest dużo. To jest bardzo dużo. Przy 2 proc. Biedronka zapłaciłaby ponad 700 mln. zł ekstra podatku rocznie, Kaufland z Lidlem ponad 400 mln, Tesco ponad 220 mln. Carrefour ponad 170 mln zł, Auchan ponad 150 mln. Rossmann ponad 100 mln. zł itd. Te wyliczenia bazują na przychodach sieci z 2014 roku. To oznacza, że rzeczywiste wartości tego podatku byłyby wyższe. Oprócz tego sieci miałyby oczywiście płacić CIT, czyli normalny podatek od zysków.

Jakie będą konsekwencje podatku?

Intuicyjnie wielu osobom ten pomysł się podoba. Zapłacą złe sieci handlowe, a my tylko skorzystamy. Ja jestem jednak mniej idealistyczny, a bardziej cyniczny. Właściciele sieci handlowych będą chcieli dostać tyle samo zysku co do tej pory. Jeśli go nie dostaną to się z Polski wycofają.

Konkurencja na rynku handlowym więc osłabnie. Rynkiem rządzić będzie kilka dużych sieci – Biedronka i Lidl z Kauflandem (maja tego samego właściciela)

Mniejsza konkurencja oznacza zwyżkę cen. Oczywiście nie od razu. Najwięksi i najsilniejsi gracze na rynku co najwyżej docisną dostawców i będą się starać jak najdłużej nie podnosić cen w sklepach. Czekając aż się wykrwawi ich słabsza konkurencja.

Nie mam wątpliwości, że podatek obrotowy w ciągu kilku lat doprowadzi do podwyżki cen w polskich sklepach.  Reasumując w dłuższej perspektywie najbardziej dotknie on ubogich, którzy najwięcej wydają na jedzenie.

Na co liczą teraz sieci?

Oczywiście poza porażką PiS w wyborach? Poskarżą się do Komisji Europejskiej. I mają spore szanse na udowodnienie, że nie jest to podatek ale zwyczajna represja. KE wszczęła w wakacje postępowanie w sprawie podobnego podatku na Węgrzech. Węgrzy musieli więc go zawiesić.

Nawet jeśli jednak KE stanie po ich stronie, to mleko już się zdąży wylać. To już przerabialiśmy w przeszłości.

Za rządów PiS uchwalono ustawę o ograniczaniu budowy wielkich sklepów. Miała wspomóc drobny handel a wykreowała na najpotężniejszą sieć handlową w Polsce Biedronkę. Dlaczego? Do ustawy nie uchwalono rozporządzeń. Zablokowała ona całkowicie budowę sklepów. Biedronka, która w tamtym okresie była silna, ale bez przesady przejęła więc konkurenta sieć Plus. I stała się bezdyskusyjnym liderem rynku.

10:39, miaczynski
Link Komentarze (12) »
środa, 30 września 2015

Mam to szczęście, że na blogu jestem w stanie połączyć nie tylko osoby, które kupują, ale też takie, które sprzedają. I te ostatnie nie do końca jak widzę są zadowolone z tego co oferują. Oto list od pana Andrzeja.

Często czytam Pana wpisy na blogu i jako sprzedawcę w sklepie AGD RTV zainteresowała mnie dość ciekawa sytuacja. Otóż firma Goclever wiodący producent elektroniki, który zalewa rynek tanimi sprzętami daje 6 MIESIĘCY GWARANCJI NA WYŚWIETLACZ. Czy jest to zgodne z polskim prawem konsumenckim? Klient nie ma możliwości samemu wymienić wyświetlacza gdy "padnie" tak jak np. baterię w telefonie. Bo jeżeli TAK to np. producent pralek może dać 6 miesięcy gwarancji na programator, 12 miesięcy na pompkę i 18 miesięcy gwarancji na silnik. Dla mnie – sprzedawcy to jest nabijanie klientów w butelkę, bo niestety ale zdarzało się, że w kilku egzemplarzach Goclever odmówił naprawy gwarancyjnej wyświetlacza, bo jest zapis w karcie gwarancyjnej, że dają 6 miesięcy na wyświetlacz.

Producentowi się wcale nie dziwie, bo skoro pakuje najtańszą chińszczyznę i tablety sprzedawane są w sieciówkach za 99zł (Neonet miał taką promocję 2 lata temu) to i sam nie wie na ile one będą świecić i ile kasy wyda na wymiany. Po pierwsze producent takich ekranów już nie ma (zamówienie z Chin ileś tam sztuk to jest 3 miesiące czasu) a po drugie skoro takich wyświetlaczy już nie ma na wymiany gwarancyjne to musiałby całe urządzenie wymienić na nowe a to jest koszt i daje nowy sprzęt tylko tym, którzy się awanturują i straszą sądami.

Moje pytanie na koniec nieco z innej beczki... 3 tygodnie temu klient zakupił u mnie smartfon firmy X za 500zł. Klientowi telefon wypadł z ręki zbił się wyświetlacz. Klient chce wymienić wyświetlacz ODPŁATNIE. Producent mówi "NIE, NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI, BO TE WYŚWIETLACZE SĄ NIEDOSTĘPNE, PROSZĘ ZAPYTAĆ ZA 3 MIESIĄCE MOŻE JAKIŚ SIĘ POJAWI" Czy jest jakaś ustawa, która zobowiązuje producenta do dostarczania części zamiennych takich jak wyświetlacz, obudowa itp ?” - pyta pan Andrzej.

Odpowiadając na pytanie drugie:  niestety takiej ustawy bezpośrednio chroniącej konsumenta, przynajmniej z tego co mi wiadomo nie ma. Z kolei taką pośrednią ochroną jest właśnie gwarancja.

Czy warto jednak z niej korzystać?

I tutaj proszę państwa jest skomplikowana i prosta jednocześnie. Kiedy ktoś przychodzi do sklepu, bo coś mu się zepsuło przypomina osobę stojącą na rozdrożu. Po lewej stronie ma gwarancję producenta. Po prawej rękojmię/zgodność towaru z umową (za nią odpowiada sklep).

Oczywiście dla sklepu najwygodniej jest aby wepchnąć konsumenta w ramiona gwarancji. Kłopot z popsutym produktem spada wtedy bezpośrednio na głowę producenta. Jak klient się nie zna i idzie do sklepu po prostu „zareklamować” ma 99 proc. pewności, że sprzedawca jego roszczenie zgłosi właśnie z tytułu gwarancji.

Gwarancja zazwyczaj jest dwuletnia, choć oczywiście jej długość zależy tylko od decyzji producenta. Jak producent chce, może ona trwać pięć lat, siedem lat, być dożywotnia albo obowiązywać właśnie przez sześć miesięcy.

Proszę jednak pamiętać o terminach. UOKiK radzi tak:

Jeżeli gwarant wymienił wadliwy produkt na nowy lub dokonał istotnych napraw, termin gwarancji biegnie od nowa od momentu dostarczenia klientowi wymienionej lub naprawionej rzeczy. W przypadku wymiany pojedynczej części należącej do reklamowanego towaru czas gwarancji biegnie od nowa w odniesieniu do tej części – np. wymiana karty graficznej w komputerze.

W innych przypadkach – np. reklamacja w zakresie wymiany lub naprawy nie została uznana przez gwaranta albo naprawa nie była istotna bądź konsument żądał od gwaranta działań innych niż wymiana i naprawa – okres trwania gwarancji wydłuża się o czas, przez który konsument nie mógł korzystać z towaru w związku ze złożoną reklamacją.”

Decyzja z czego korzystać z gwarancji czy rękojmi jest oczywiście zależna od tego kiedy zakupiony produkt był się poddał. W przypadku wyświetlaczy Goclever w ogóle bym się nie zastanawiał nad uruchomieniem drogi gwarancyjnej. Dlaczego? Postaram się to pokrótce wytłumaczyć.

Jeśli składamy reklamację (powołując na niezgodność towaru z umową) i robimy to w ciągu roku od zakupu, to sprzedawca musi udowodnić, że sprzedany produkt były pełnowartościowy. Kupujący ma przy tym bardzo szerokie pole manewru. Może żądać obniżenia ceny albo po prostu odstąpić od umowy.

Sprzedawca owszem może się na to nie zgodzić, proponując, że wymieni rzecz wadliwą na wolną od wad albo wadę usunie. Ale gdy rzecz będzie już raz naprawiana lub wymieniona, kupujący będzie mógł zażądać zwrotu gotówki i ją dostanie.

Jednak po roku czasu ciężar dowodu przechodzi na kupującego. To my musimy dowieść, że wada istniała już w dniu zakupu (a to trudne). Wtedy decyzja - gwarancja albo rękojmia zależy głownie od tego jak bardzo lub jak mało rygorystyczne są zapisy gwarancyjne. 

Naprawiasz telefon?

W przypadku gwarancji - zwłaszcza jeśli chodzi o telefony - warto też pamiętać o dwóch rzeczach. W niektórych firmach (np. Samsungu czy Sony Mobile) naprawa gwarancyjna następuje dopiero po przywróceniu telefonu do stanu fabrycznego. A później można się zająć właściwą usterką.

W przypadku rękojmi takiego ograniczenia nie ma. I kolejna rzecz - serwis gwarancyjny stwierdził wadę fabryczną, której nie da się usunąć? To nie znaczy, że klient dostanie nowy telefon. Może też dostać aparat tzw. refurbished, czyli odnawiany (używany, ale sprawny telefon z wymienioną na nową obudową)

16:20, miaczynski
Link Komentarze (9) »
środa, 23 września 2015

Powiem szczerze jeśli chodzi o buty to niewiele rzeczy jest już mnie w stanie zaskoczyć. Ani ze strony sklepów, ani też ze strony klientów. Ani tym bardziej rzeczoznawców, którzy w odmowach uznania roszczeń klientów wzbijają się w górne rejony stratosfery.

Bo cóż to jest czasami za poezja!

"Uszkodzenie jest brakiem stabilizacji stopy w bucie spowodowanej noszeniem butów bez prawidłowego zasznurowania".

„Wyżej wymienione uszkodzenia powstały w wyniku otarcia o twarde powierzchnie np. chodnik, kratki (wycieraczki)”.

„Klient nie dopasował tęgości stopy do rozmiaru obuwia”.

A schodzący kolor? Można z góry obstawiać, że w uzasadnieniu rzeczoznawca napisze, że kolor zszedł „przez kurz pot i temperaturę oraz gołe stopy”.

Więcej na ten temat pisałem tu:

 Z drugiej jednak strony nie brak też klientów, którzy zgłaszają różnego rodzaju uszkodzenia na zasadzie a nóż widelec się uda.

Dariusz Miłek twórca sieci CCC w niedawnym wywiadzie dla Forbesa mówił tak: „Klienci reklamujący u nas buty dzielą się na dwie grupy: część przychodzi, bo im się naprawdę popsuły, ale większość reklamuje je, kiedy kończy się sezon i chce je sobie wymienić na nowe. Wystarczy, że zaświeci wiosenne słońce, a ludzie zjawiają się w sklepach z kozakami. Nie wiem, co oni myślą. Że prowadzę wypożyczalnię butów?”

I oczywiście można mieć swoją opinię na temat jakości butów CCC, podobnie jak ich konkurencji niemieckiego Deichmanna, ale nich pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie słyszał o przypadku gdy to klient usiłował nagiąć przepisy aby tylko dostać nową parę.

Jedną z ciekawszych odmów jakie może zastosować sprzedawca jest używanie butów niezgodnie z ich przeznaczeniem. Cóż to znaczy? Generalnie tyle, że jeśli ktoś w butach do jazdy samochodem chodzi po chodniku to jest to jego wina. Podobnie gdy ktoś gra w tenisa w butach do piłki nożnej.

I w ten sposób dochodzimy tutaj do firmy Decathlon, która wprowadziła... limity czasowe korzystania z butów.

Jakie? O proszę.

 mms_20150923_150136

mms_20150923_150112

„Przeznaczone do biegania raz w tygodniu po asfalcie przez 30 minut”

Czyli  jak ktoś chce to kupuje, tylko pamiętać trzeba że 30 minut raz w tygodniu, ani chwili dłużej, bo jak się rozpadną i pójdzie się z reklamacją to można będzie usłyszeć, że licznik kręcony i przebieg (minutowy) za duży.

- Zagalopował się pan, pani a teraz problem jest - usłyszy jeden z drugim od sprzedawcy. - I po co było na tę ścieżkę w lesie wchodzić? Po asfalcie biegamy, po asfalcie.

Oczywiście rozumiem, że są to buty dla początkującego biegacza, ale z wrodzonej złośliwości ciekaw jestem bardzo, jak firma ma zamiar ustalić czy ktoś biegał w tych butach minut 15 czy może godzinę tygodniowo. Swoją drogą, szkoda że wszystkie buty nie mają liczników ile czasu można w nich pochodzić. To zmieniłoby z całą pewnością zasady na obuwniczym rynku...

---- 

Od 25 grudnia ubiegłego roku buty reklamujemy tak:

1 | Rękojmia trwa dwa lata od daty zakupu. Jeśli składamy reklamację w ciągu roku od zakupu, sprzedawca musi udowodnić, że sprzedane buty były pełnowartościowe. A gdy reklamację złożymy po okresie dłuższym niż rok, my musimy dowieść, że wada istniała już w dniu zakupu (a to trudne)

2 | To my wybieramy sposób rekompensaty za wadliwe buty: możemy zlecić ich naprawę, zażądać wymiany, zwrotu pieniędzy lub obniżenia ich ceny.

Sklep może jednak nam zaproponować, że naprawi towar albo wymieni go na wolny od wad (jeśli sklep poda rękę do zgody, nie można jej odtrącić). Ale naprawić buty może tylko raz.

3 | Za wady butów zawsze odpowiada sprzedawca. Nie producent. Czyli w ramach rękojmi idziemy do sprzedawcy.

16:55, miaczynski
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 14 września 2015

Jak na razie jest to test. Piosenki?- jak twierdzi Anna Biskup PR Manager Lidl Polska - starannie dobrane utwory tzw. muzyki tła - sieć puszcza w wybranych sklepach w większych miastach. Ma to jak przekonuje Biskup uprzyjemnić klientom czas. To wyjaśnienie bardzo ładne i sympatyczne, aż łza się w oku kręci że niemiecki dyskonter tak troszczy się o to aby społeczeństwo dobrze się w Lidlach bawiło.

Ale rzeczywiste powody są nieco inne.

Oczywiście każdej sieci zależeć powinno na tym aby zakupy były tam przyjemnością. Wtedy konsument będzie tam częściej wracał. Z tego właśnie powodu jestem wielkim przeciwnikiem przestawiania czegokolwiek na sklepowych półkach. To tylko denerwuje klienta.

Ale dzięki muzyce można sterować procesem zakupowym.

Jeśli w sklepie z winami gra muzyka klasyczna, klienci będą wybierać droższe wina (udowodnił to eksperyment przeprowadzony w pewnej winiarni w Tunisie). Jeśli puści się tam Edith Piaf albo Zaz, wybiorą francuskie wina. Przy muzyce z Niemiec wzrośnie sprzedaż win niemieckich (to eksperyment robiony przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne). Konsumenci nie są przy tym świadomi swoich wyborów. Nie wiedzą, dlaczego akurat w tym momencie zdecydowali się kupić rieslinga, a nie Bordeaux.

Muzyka puszczana w tle może też przyspieszyć ludzkie ruchy albo je spowolnić. I tak w restauracjach jeśli obsługa chce aby ludzie jedli szybciej, bo np. jest pora lunchu i trzeba przyspieszyć rotację stolików puszcza się utwory o szybkim tempie.

Gdy ruch jest zaś mały i chce się aby klienci zostali dłużej puszcza się smętne pościelówy (pusty lokal odstrasza potencjalnych klientów), Ta sama zasada oczywiście działa w sklepie

Puszczasz coś takiego i ludzie poruszają się w sklepie szybciej:

.

Ludzkimi zachowaniami sterować można nie tylko poprzez rodzaj muzyki, ale też jej natężenie. Jeśli chcemy aby ludzie skrócili zakupy wystarczy im po prostu puszczać ją głośniej.

Test z wprowadzeniem muzyki do części sklepów to dla Lidla kolejny etap rozstania z wizerunkiem taniego dyskontu. Na półkach ma już tyle samo produktów co supermarket (grubo ponad 2 tys. produktów), nie jest też wcale najtańszy na rynku, najtańsze są hipermarkety.

Podobne ruchy są zresztą nie tylko w Polsce. W ubiegłym tygodniu przeczytałem, że Lidl planuje uruchomić 300 nowych sklepów w Wielkiej Brytanii, które mają bezpośrednio konkurować z supermarketami. Będzie je umieszczał tam gdzie go do tej pory nie było np. w centrum Londynu, 

David Gray, analityk handlu serwisu Planet Retail ocenia, że jest to element nowej strategii sieci, w której Lidl wkłada na półki więcej produktów premium, więcej świeżo odpiekanego pieczywa, więcej produktów markowych, specjalne sprowadzane linie win (włączając w to mniej znane wina jak Arbois, czy bardziej jak Châteauneuf-du-Pape) do ich „Piwniczki Lidla” itp.

18:35, miaczynski
Link Komentarze (9) »
piątek, 11 września 2015

Pisałem niespełna rok temu jak to wódka, dziwnym zbiegiem okoliczności, słabnie procentowo na tyle, że przestaje być wódką. Do tego miana wymagane jest minimum 37,5 proc. Z drugiej strony trunki, które nie mogą się tak nazywać, starają się wyglądem upodobnić do wódki. Po to aby zmylić konsumenta.

Powodem tej mimikry jest oczywiście gotówka, czyli rosnąca akcyza i wojna cenowa na rynku mocnych alkoholi. Co nawiasem mówiąc dowodzi tego, że podnoszenie w kraju akcyzy na spirytus, nie zwiększa wpływów podatkowych a wręcz przeciwnie.

Nic więc dziwnego, że butelki oglądają państwo teraz z wyjątkową podejrzliwością. Tym razem odezwał się do mnie pan Łukasz, który trzymając w ręku pewien produkt alkoholowy popadł w stupor i jakby tak trochę oklapł. Cześć winy za ten stan bez wątpienia poniósł niezbyt udany wynik spotkania piłkarskiego Niemcy - Polska. 

Oddam jednak głos czytelnikowi. - Po spożyciu nowej truskawkowej Soplicy z okazji meczu moja uwagę przykuwa to jak ten alkohol nazywa producent. Z przodu mamy informacje ze jest to nalewka a z tyłu ze to likier - pisze pan Łukasz.

Oto dowód:

czynalewka1

likier1

Czytelnik nie wie więc co pije. Nalewkę? Likier? A czym się jedno od drugiego różni?

Osobiście czułem, że ma to jakiś związek z cukrem i namaczaniem owoców w spirytusie, ale samo przeczucie to tutaj za mało. Zapytałem więc Krzysztofa Kouyoumdjiana dyrektora ds. Relacji Zewnętrznych CEDC czy mógłby wobec tego wyjaśnić czym jest wobec tego ta Sopilca: likierem czy nalewką? I czym te dwa trunki (jeśli w ogóle) się od siebie różnią?

Pan Krzysztof na wstępie pogratulował mi dociekliwych czytelników, wyrażając graniczące z pewnością domniemanie, iż z taką wiedzą i spostrzegawczością, bez dwóch zdań p. Łukasz zrobiłby karierę w branży producentów alkoholi.

Co to jest nalewka?

A następnie już merytorycznie wyjaśnił, że określenia „likier” i „nalewka” nie wykluczają się wzajemnie. Nalewka jak się okazuje nie posiada definicji prawnej (z wyjątkiem nalewek na winie).

- Jest to wiec nazwa zwyczajowa, a według nazwy zwyczajowej, „nalewką” jest napój spirytusowy wyprodukowany w procesie maceracji (zalewu owoców). Nie jest to jednak obowiązkowa informacja na temat żywności, wynikająca z przepisów prawa (taką informacją jest właśnie „likier”), ale nazwa zwyczajowa, stosowana głównie w celach marketingowych - przekonuje pan dyrektor.

Czym jest wobec tego likier?

A to już reguluje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 110/2008. I faktycznie chodzi tu o cukier.

W skrócie musi być go:

— 70 gramów w litrze dla likierów wiśniowych, w których alkohol etylowy zawiera wyłącznie okowitę z wiśni,

— 80 gramów w litrze goryczki lub podobnych likierów przygotowanych z goryczką lub podobnymi roślinami korzennymi, które stanowią jedyny środek aromatyzujący,

— 100 gramów w litrze we wszystkich pozostałych przypadkach,

Sam likier wytwarzany musi być :w drodze aromatyzowania alkoholu etylowego pochodzenia rolniczego lub destylatu pochodzenia rolniczego, lub jednego lub kilku napojów spirytusowych lub mieszaniny powyższych napojów, słodzony i z dodatkiem wyrobów pochodzenia rolniczego lub środków spożywczych, takich jak śmietana, mleko lub inne przetwory mleczne, owoce, wino lub wino aromatyzowane.”

I - obiecuję to już ostatni warunek - likier jest likierem jeśli ma minimum 15 proc.

Osobiście wolę nalewki niż likiery. Swoją drogą sezon na te pierwsze chyba się rozpoczął?

12:39, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 września 2015

To że mam czytelników o nietypowych zainteresowaniach, którzy dogłębnie podchodzą do każdego tematu - wiem. Ale ta wiadomość naprawę wywarła na mnie wrażenie.

- Gdyby chciał Pan sobie zafundować pilling stóp, to służę poradą - pisze do mnie pan Łukasz.

Przyznają państwo, że wie jak zaintrygować od samego początku listu.

Temat stóp jak widać jest poważny. Zresztą jak to mawiał król Julian z Madagaskaru: „Na zawsze albo tak definitywnie, jestem elastyczny ale w sprawie stopy obowiązuje zero tolerancji.”

Czytelnik wyszperał że:

"Złuszczająca maska do stóp", firmy L Biotica, sprzedawana jest w sieci HeBe (Jeronimo Martins) za 19, 90 PLN.

"Maska do stóp złuszczająca", firmy Estemedis, sprzedawana jest w Biedronce (Jeronimo Martins) za 9,90 PLN.

- Zbieżność stóp na obu opakowaniach nie jest przypadkowa, bo jest to samo zdjęcie. Ten sam jest też skład obu masek, wyszczególniony na tyle obu opakowań. Same maski (w formie foliowych skarpetek) wewnątrz obu opakowań - nie uwierzy Pan - również są identyczne - pisze mi czytelnik.

Oto dowód a właściwie dowody:

 biedronapeelend

biedronapeeling

I dodaje: - Przypadek? Nie sądzę. Obie firmy - L Biotica i Estemedis - są z Gdańska i najwyraźniej są powiązane kapitałowo.  Nic więc dziwnego, że ten sam produkt, w różnej szacie graficznej, sprzedają w dwóch kanałach dystrybucji JM w diametralnie różnych cenach. Oczywiście klientki HeBe (drogerie w dużych galeriach handlowych) mają zapewne poczucie, że kupują produkt luksusowy i niestety słono za to przepłacają - konkluduje autor wiadomości.

Podejrzenia czytelnika mają pewne podstawy.

Generalnie sporo producentów w zamierzchłych czasach robiąc produkty dla sieci handlowych (a zwłaszcza dyskontów) zmieniało tylko opakowania. Dochodziło i czasami nadal dochodzi do takich sytuacji gdy ten sam produkt ale pod marką producenta kosztuje dajmy na to 10 zł, a pod marką sieci handlowej już jedynie siedem złotych. Tak było ze słodyczami, kosmetykami, piwem, napojami energetycznymi itp. Po prostu producentowi nie opłacało się robienie zmian w linii technologicznej, wymagania sklepów co do jakości marek własnych też mocno poszły do góry. 

Ale co na ten temat ma do powiedzenia sama Biedronka? Sprawa pillingu stóp jak widać okazała się być sprawą niezwykłej wagi, bo na odpowiedź czekałem chyba najdłużej w historii swoich kontaktów z biurem prasowym.

Ale w końcu sukces!

- Maska do stóp Estemedis dostępna była jedynie w wybranych sklepach w ofercie czasowej od 13 sierpnia, w cenie 9,99 zł - twierdzi biuro prasowe sieci Jeronimo Martins.

„W drogerii Hebe w stałym asortymencie występują maski zarówno Estemedis, jak i L’Biotica. Maska L’Biotica oferowana jest w Hebe w standardowej cenie 15,99 zł, a maska Estemedis 14,99 zł. Oba produkty mogą być oferowane podczas akcji czasowych w niższej cenie.

W kontekście wątpliwości Pana czytelnika dotyczących cen p odkreślamy, że Biedronka oraz Hebe funkcjonują jako odrębne sieci, posiadające własne działy zakupów, które decydują – w ramach uzgodnień z partnerami handlowymi - o kształcie oferty produktowej oraz cenach towarów. Dodatkowo zaznaczamy, że z uwagi na fakt, iż obie maski L’Biotica i Estemedis nie są artykułami marek własnych obu sieci, szczegółowych wyjaśnień dotyczących różnic w zakresie składu może udzielić ich dostawca.”

Tyle właściciel Biedronki i Hebe.

Pillingu sobie nie zrobię, ale jak Pomysłowy Dobromir poradzę, żeby niezależnie czy mamy doczynienia z produktem markowym czy marką własną, spoglądać na jego skład.  A także na nazwę producenta. Może nas spotkać - jak widać po stopach - wiele przyjemnych niespodzianek. Albo co równie istotne możemy uniknąć nieprzyjemnych.

A jeśli znają państwo przypadki gdy sieci pod swoją marką własną sprzedają droższe produkty markowe, proszę je wpisywać w komentarzach. Na pewno ktoś tę wiedzę wykorzysta.

18:05, miaczynski
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77