Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
niedziela, 11 października 2015

W sobotę posłowie PiS zaprezentowali pomysły podatkowe tej partii. W końcu pojawiły się konkrety jeśli chodzi o propozycję opodatkowania sieci handlowych.

Przyjęto przy tym bardzo bolesny wariant tego rozwiązania. Myślę, że jeżeli ktoś z prezesów dużych sieci handlowych usłyszał zapowiedzi posła PiS Henryka Kowalczyka to od razu poleciał rano w niedzielę do kościoła dać na mszę za jak najgorszy wynik wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.

Co powiedział PiS?

- Stawka podatku wyniesie 2 proc. od przychodów ze sprzedaży, dla podmiotów z powierzchnią handlową większą niż 250 m kw. Szacujemy że przewidywane wpływy dla budżetu z wprowadzenia tego podatku w skali rocznej wyniosą 3,4 -3,5 mld. zł – mówił podczas sobotniej konferencji prasowej poseł PiS Henryk Kowalczyk.

W sumie na czysto w latach 2016 – 2020 podatek ma przekroczyć kwotę 14 mld zł (uwzględniając inflację i potencjalny wzrost sprzedaży).

Od kiedy?

Najwcześniej od 2017 roku.

Kogo dotknie?

Podatek określany jest przez polityków i w mediach jako hipermarketowy. Ale oczywiście nie dotknie tylko hipermarketów. PiS mówi, że podatek będzie obowiązywał dla podmiotów z powierzchnią handlową większą niż 250 m kw. Rozumiem, że chodzi tu o łączną powierzchnię handlową powyżej 250 m kw. tak aby ściągnąć pieniądze z sieci handlowych a nie drobnych sklepików.

Bo jeżeli limit tyczyłby się pojedynczych sklepów to z ustawy wyłączone byłyby niektóre sieci np. Żabka (średnia powierzchnia sprzedaży jest tam ok. 80 m kw.) czy sklepy na stacjach benzynowych.

Jeśli mówimy z kolei o łącznej o powierzchni sprzedaży to jak traktować sieci franczyzowe? Gdzie właściciel sklepu jest prywatny a towar i szyld pod którym działa dostarcza mu sieć? Ma płacić czy nie płacić?

Niezależnie od przyjętego wariantu podatek dotknie nie tylko Biedronki, Auchan czy Lidla, ale też księgarni, aptek, salonów samochodowych czy meblowych, sklepów na stacjach benzynowych etc. Skoro powierzchnia handlowa to powierzchnia handlowa. A różnica czy się handluje książkami czy pietruszką jest w tym przypadku niewielka.

Ile zapłacą?

2 proc. od obrotu to nie jest dużo. To jest bardzo dużo. Przy 2 proc. Biedronka zapłaciłaby ponad 700 mln. zł ekstra podatku rocznie, Kaufland z Lidlem ponad 400 mln, Tesco ponad 220 mln. Carrefour ponad 170 mln zł, Auchan ponad 150 mln. Rossmann ponad 100 mln. zł itd. Te wyliczenia bazują na przychodach sieci z 2014 roku. To oznacza, że rzeczywiste wartości tego podatku byłyby wyższe. Oprócz tego sieci miałyby oczywiście płacić CIT, czyli normalny podatek od zysków.

Jakie będą konsekwencje podatku?

Intuicyjnie wielu osobom ten pomysł się podoba. Zapłacą złe sieci handlowe, a my tylko skorzystamy. Ja jestem jednak mniej idealistyczny, a bardziej cyniczny. Właściciele sieci handlowych będą chcieli dostać tyle samo zysku co do tej pory. Jeśli go nie dostaną to się z Polski wycofają.

Konkurencja na rynku handlowym więc osłabnie. Rynkiem rządzić będzie kilka dużych sieci – Biedronka i Lidl z Kauflandem (maja tego samego właściciela)

Mniejsza konkurencja oznacza zwyżkę cen. Oczywiście nie od razu. Najwięksi i najsilniejsi gracze na rynku co najwyżej docisną dostawców i będą się starać jak najdłużej nie podnosić cen w sklepach. Czekając aż się wykrwawi ich słabsza konkurencja.

Nie mam wątpliwości, że podatek obrotowy w ciągu kilku lat doprowadzi do podwyżki cen w polskich sklepach.  Reasumując w dłuższej perspektywie najbardziej dotknie on ubogich, którzy najwięcej wydają na jedzenie.

Na co liczą teraz sieci?

Oczywiście poza porażką PiS w wyborach? Poskarżą się do Komisji Europejskiej. I mają spore szanse na udowodnienie, że nie jest to podatek ale zwyczajna represja. KE wszczęła w wakacje postępowanie w sprawie podobnego podatku na Węgrzech. Węgrzy musieli więc go zawiesić.

Nawet jeśli jednak KE stanie po ich stronie, to mleko już się zdąży wylać. To już przerabialiśmy w przeszłości.

Za rządów PiS uchwalono ustawę o ograniczaniu budowy wielkich sklepów. Miała wspomóc drobny handel a wykreowała na najpotężniejszą sieć handlową w Polsce Biedronkę. Dlaczego? Do ustawy nie uchwalono rozporządzeń. Zablokowała ona całkowicie budowę sklepów. Biedronka, która w tamtym okresie była silna, ale bez przesady przejęła więc konkurenta sieć Plus. I stała się bezdyskusyjnym liderem rynku.

10:39, miaczynski
Link Komentarze (12) »
środa, 30 września 2015

Mam to szczęście, że na blogu jestem w stanie połączyć nie tylko osoby, które kupują, ale też takie, które sprzedają. I te ostatnie nie do końca jak widzę są zadowolone z tego co oferują. Oto list od pana Andrzeja.

Często czytam Pana wpisy na blogu i jako sprzedawcę w sklepie AGD RTV zainteresowała mnie dość ciekawa sytuacja. Otóż firma Goclever wiodący producent elektroniki, który zalewa rynek tanimi sprzętami daje 6 MIESIĘCY GWARANCJI NA WYŚWIETLACZ. Czy jest to zgodne z polskim prawem konsumenckim? Klient nie ma możliwości samemu wymienić wyświetlacza gdy "padnie" tak jak np. baterię w telefonie. Bo jeżeli TAK to np. producent pralek może dać 6 miesięcy gwarancji na programator, 12 miesięcy na pompkę i 18 miesięcy gwarancji na silnik. Dla mnie – sprzedawcy to jest nabijanie klientów w butelkę, bo niestety ale zdarzało się, że w kilku egzemplarzach Goclever odmówił naprawy gwarancyjnej wyświetlacza, bo jest zapis w karcie gwarancyjnej, że dają 6 miesięcy na wyświetlacz.

Producentowi się wcale nie dziwie, bo skoro pakuje najtańszą chińszczyznę i tablety sprzedawane są w sieciówkach za 99zł (Neonet miał taką promocję 2 lata temu) to i sam nie wie na ile one będą świecić i ile kasy wyda na wymiany. Po pierwsze producent takich ekranów już nie ma (zamówienie z Chin ileś tam sztuk to jest 3 miesiące czasu) a po drugie skoro takich wyświetlaczy już nie ma na wymiany gwarancyjne to musiałby całe urządzenie wymienić na nowe a to jest koszt i daje nowy sprzęt tylko tym, którzy się awanturują i straszą sądami.

Moje pytanie na koniec nieco z innej beczki... 3 tygodnie temu klient zakupił u mnie smartfon firmy X za 500zł. Klientowi telefon wypadł z ręki zbił się wyświetlacz. Klient chce wymienić wyświetlacz ODPŁATNIE. Producent mówi "NIE, NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI, BO TE WYŚWIETLACZE SĄ NIEDOSTĘPNE, PROSZĘ ZAPYTAĆ ZA 3 MIESIĄCE MOŻE JAKIŚ SIĘ POJAWI" Czy jest jakaś ustawa, która zobowiązuje producenta do dostarczania części zamiennych takich jak wyświetlacz, obudowa itp ?” - pyta pan Andrzej.

Odpowiadając na pytanie drugie:  niestety takiej ustawy bezpośrednio chroniącej konsumenta, przynajmniej z tego co mi wiadomo nie ma. Z kolei taką pośrednią ochroną jest właśnie gwarancja.

Czy warto jednak z niej korzystać?

I tutaj proszę państwa jest skomplikowana i prosta jednocześnie. Kiedy ktoś przychodzi do sklepu, bo coś mu się zepsuło przypomina osobę stojącą na rozdrożu. Po lewej stronie ma gwarancję producenta. Po prawej rękojmię/zgodność towaru z umową (za nią odpowiada sklep).

Oczywiście dla sklepu najwygodniej jest aby wepchnąć konsumenta w ramiona gwarancji. Kłopot z popsutym produktem spada wtedy bezpośrednio na głowę producenta. Jak klient się nie zna i idzie do sklepu po prostu „zareklamować” ma 99 proc. pewności, że sprzedawca jego roszczenie zgłosi właśnie z tytułu gwarancji.

Gwarancja zazwyczaj jest dwuletnia, choć oczywiście jej długość zależy tylko od decyzji producenta. Jak producent chce, może ona trwać pięć lat, siedem lat, być dożywotnia albo obowiązywać właśnie przez sześć miesięcy.

Proszę jednak pamiętać o terminach. UOKiK radzi tak:

Jeżeli gwarant wymienił wadliwy produkt na nowy lub dokonał istotnych napraw, termin gwarancji biegnie od nowa od momentu dostarczenia klientowi wymienionej lub naprawionej rzeczy. W przypadku wymiany pojedynczej części należącej do reklamowanego towaru czas gwarancji biegnie od nowa w odniesieniu do tej części – np. wymiana karty graficznej w komputerze.

W innych przypadkach – np. reklamacja w zakresie wymiany lub naprawy nie została uznana przez gwaranta albo naprawa nie była istotna bądź konsument żądał od gwaranta działań innych niż wymiana i naprawa – okres trwania gwarancji wydłuża się o czas, przez który konsument nie mógł korzystać z towaru w związku ze złożoną reklamacją.”

Decyzja z czego korzystać z gwarancji czy rękojmi jest oczywiście zależna od tego kiedy zakupiony produkt był się poddał. W przypadku wyświetlaczy Goclever w ogóle bym się nie zastanawiał nad uruchomieniem drogi gwarancyjnej. Dlaczego? Postaram się to pokrótce wytłumaczyć.

Jeśli składamy reklamację (powołując na niezgodność towaru z umową) i robimy to w ciągu roku od zakupu, to sprzedawca musi udowodnić, że sprzedany produkt były pełnowartościowy. Kupujący ma przy tym bardzo szerokie pole manewru. Może żądać obniżenia ceny albo po prostu odstąpić od umowy.

Sprzedawca owszem może się na to nie zgodzić, proponując, że wymieni rzecz wadliwą na wolną od wad albo wadę usunie. Ale gdy rzecz będzie już raz naprawiana lub wymieniona, kupujący będzie mógł zażądać zwrotu gotówki i ją dostanie.

Jednak po roku czasu ciężar dowodu przechodzi na kupującego. To my musimy dowieść, że wada istniała już w dniu zakupu (a to trudne). Wtedy decyzja - gwarancja albo rękojmia zależy głownie od tego jak bardzo lub jak mało rygorystyczne są zapisy gwarancyjne. 

Naprawiasz telefon?

W przypadku gwarancji - zwłaszcza jeśli chodzi o telefony - warto też pamiętać o dwóch rzeczach. W niektórych firmach (np. Samsungu czy Sony Mobile) naprawa gwarancyjna następuje dopiero po przywróceniu telefonu do stanu fabrycznego. A później można się zająć właściwą usterką.

W przypadku rękojmi takiego ograniczenia nie ma. I kolejna rzecz - serwis gwarancyjny stwierdził wadę fabryczną, której nie da się usunąć? To nie znaczy, że klient dostanie nowy telefon. Może też dostać aparat tzw. refurbished, czyli odnawiany (używany, ale sprawny telefon z wymienioną na nową obudową)

16:20, miaczynski
Link Komentarze (9) »
środa, 23 września 2015

Powiem szczerze jeśli chodzi o buty to niewiele rzeczy jest już mnie w stanie zaskoczyć. Ani ze strony sklepów, ani też ze strony klientów. Ani tym bardziej rzeczoznawców, którzy w odmowach uznania roszczeń klientów wzbijają się w górne rejony stratosfery.

Bo cóż to jest czasami za poezja!

"Uszkodzenie jest brakiem stabilizacji stopy w bucie spowodowanej noszeniem butów bez prawidłowego zasznurowania".

„Wyżej wymienione uszkodzenia powstały w wyniku otarcia o twarde powierzchnie np. chodnik, kratki (wycieraczki)”.

„Klient nie dopasował tęgości stopy do rozmiaru obuwia”.

A schodzący kolor? Można z góry obstawiać, że w uzasadnieniu rzeczoznawca napisze, że kolor zszedł „przez kurz pot i temperaturę oraz gołe stopy”.

Więcej na ten temat pisałem tu:

 Z drugiej jednak strony nie brak też klientów, którzy zgłaszają różnego rodzaju uszkodzenia na zasadzie a nóż widelec się uda.

Dariusz Miłek twórca sieci CCC w niedawnym wywiadzie dla Forbesa mówił tak: „Klienci reklamujący u nas buty dzielą się na dwie grupy: część przychodzi, bo im się naprawdę popsuły, ale większość reklamuje je, kiedy kończy się sezon i chce je sobie wymienić na nowe. Wystarczy, że zaświeci wiosenne słońce, a ludzie zjawiają się w sklepach z kozakami. Nie wiem, co oni myślą. Że prowadzę wypożyczalnię butów?”

I oczywiście można mieć swoją opinię na temat jakości butów CCC, podobnie jak ich konkurencji niemieckiego Deichmanna, ale nich pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie słyszał o przypadku gdy to klient usiłował nagiąć przepisy aby tylko dostać nową parę.

Jedną z ciekawszych odmów jakie może zastosować sprzedawca jest używanie butów niezgodnie z ich przeznaczeniem. Cóż to znaczy? Generalnie tyle, że jeśli ktoś w butach do jazdy samochodem chodzi po chodniku to jest to jego wina. Podobnie gdy ktoś gra w tenisa w butach do piłki nożnej.

I w ten sposób dochodzimy tutaj do firmy Decathlon, która wprowadziła... limity czasowe korzystania z butów.

Jakie? O proszę.

 mms_20150923_150136

mms_20150923_150112

„Przeznaczone do biegania raz w tygodniu po asfalcie przez 30 minut”

Czyli  jak ktoś chce to kupuje, tylko pamiętać trzeba że 30 minut raz w tygodniu, ani chwili dłużej, bo jak się rozpadną i pójdzie się z reklamacją to można będzie usłyszeć, że licznik kręcony i przebieg (minutowy) za duży.

- Zagalopował się pan, pani a teraz problem jest - usłyszy jeden z drugim od sprzedawcy. - I po co było na tę ścieżkę w lesie wchodzić? Po asfalcie biegamy, po asfalcie.

Oczywiście rozumiem, że są to buty dla początkującego biegacza, ale z wrodzonej złośliwości ciekaw jestem bardzo, jak firma ma zamiar ustalić czy ktoś biegał w tych butach minut 15 czy może godzinę tygodniowo. Swoją drogą, szkoda że wszystkie buty nie mają liczników ile czasu można w nich pochodzić. To zmieniłoby z całą pewnością zasady na obuwniczym rynku...

---- 

Od 25 grudnia ubiegłego roku buty reklamujemy tak:

1 | Rękojmia trwa dwa lata od daty zakupu. Jeśli składamy reklamację w ciągu roku od zakupu, sprzedawca musi udowodnić, że sprzedane buty były pełnowartościowe. A gdy reklamację złożymy po okresie dłuższym niż rok, my musimy dowieść, że wada istniała już w dniu zakupu (a to trudne)

2 | To my wybieramy sposób rekompensaty za wadliwe buty: możemy zlecić ich naprawę, zażądać wymiany, zwrotu pieniędzy lub obniżenia ich ceny.

Sklep może jednak nam zaproponować, że naprawi towar albo wymieni go na wolny od wad (jeśli sklep poda rękę do zgody, nie można jej odtrącić). Ale naprawić buty może tylko raz.

3 | Za wady butów zawsze odpowiada sprzedawca. Nie producent. Czyli w ramach rękojmi idziemy do sprzedawcy.

16:55, miaczynski
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 14 września 2015

Jak na razie jest to test. Piosenki?- jak twierdzi Anna Biskup PR Manager Lidl Polska - starannie dobrane utwory tzw. muzyki tła - sieć puszcza w wybranych sklepach w większych miastach. Ma to jak przekonuje Biskup uprzyjemnić klientom czas. To wyjaśnienie bardzo ładne i sympatyczne, aż łza się w oku kręci że niemiecki dyskonter tak troszczy się o to aby społeczeństwo dobrze się w Lidlach bawiło.

Ale rzeczywiste powody są nieco inne.

Oczywiście każdej sieci zależeć powinno na tym aby zakupy były tam przyjemnością. Wtedy konsument będzie tam częściej wracał. Z tego właśnie powodu jestem wielkim przeciwnikiem przestawiania czegokolwiek na sklepowych półkach. To tylko denerwuje klienta.

Ale dzięki muzyce można sterować procesem zakupowym.

Jeśli w sklepie z winami gra muzyka klasyczna, klienci będą wybierać droższe wina (udowodnił to eksperyment przeprowadzony w pewnej winiarni w Tunisie). Jeśli puści się tam Edith Piaf albo Zaz, wybiorą francuskie wina. Przy muzyce z Niemiec wzrośnie sprzedaż win niemieckich (to eksperyment robiony przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne). Konsumenci nie są przy tym świadomi swoich wyborów. Nie wiedzą, dlaczego akurat w tym momencie zdecydowali się kupić rieslinga, a nie Bordeaux.

Muzyka puszczana w tle może też przyspieszyć ludzkie ruchy albo je spowolnić. I tak w restauracjach jeśli obsługa chce aby ludzie jedli szybciej, bo np. jest pora lunchu i trzeba przyspieszyć rotację stolików puszcza się utwory o szybkim tempie.

Gdy ruch jest zaś mały i chce się aby klienci zostali dłużej puszcza się smętne pościelówy (pusty lokal odstrasza potencjalnych klientów), Ta sama zasada oczywiście działa w sklepie

Puszczasz coś takiego i ludzie poruszają się w sklepie szybciej:

.

Ludzkimi zachowaniami sterować można nie tylko poprzez rodzaj muzyki, ale też jej natężenie. Jeśli chcemy aby ludzie skrócili zakupy wystarczy im po prostu puszczać ją głośniej.

Test z wprowadzeniem muzyki do części sklepów to dla Lidla kolejny etap rozstania z wizerunkiem taniego dyskontu. Na półkach ma już tyle samo produktów co supermarket (grubo ponad 2 tys. produktów), nie jest też wcale najtańszy na rynku, najtańsze są hipermarkety.

Podobne ruchy są zresztą nie tylko w Polsce. W ubiegłym tygodniu przeczytałem, że Lidl planuje uruchomić 300 nowych sklepów w Wielkiej Brytanii, które mają bezpośrednio konkurować z supermarketami. Będzie je umieszczał tam gdzie go do tej pory nie było np. w centrum Londynu, 

David Gray, analityk handlu serwisu Planet Retail ocenia, że jest to element nowej strategii sieci, w której Lidl wkłada na półki więcej produktów premium, więcej świeżo odpiekanego pieczywa, więcej produktów markowych, specjalne sprowadzane linie win (włączając w to mniej znane wina jak Arbois, czy bardziej jak Châteauneuf-du-Pape) do ich „Piwniczki Lidla” itp.

18:35, miaczynski
Link Komentarze (9) »
piątek, 11 września 2015

Pisałem niespełna rok temu jak to wódka, dziwnym zbiegiem okoliczności, słabnie procentowo na tyle, że przestaje być wódką. Do tego miana wymagane jest minimum 37,5 proc. Z drugiej strony trunki, które nie mogą się tak nazywać, starają się wyglądem upodobnić do wódki. Po to aby zmylić konsumenta.

Powodem tej mimikry jest oczywiście gotówka, czyli rosnąca akcyza i wojna cenowa na rynku mocnych alkoholi. Co nawiasem mówiąc dowodzi tego, że podnoszenie w kraju akcyzy na spirytus, nie zwiększa wpływów podatkowych a wręcz przeciwnie.

Nic więc dziwnego, że butelki oglądają państwo teraz z wyjątkową podejrzliwością. Tym razem odezwał się do mnie pan Łukasz, który trzymając w ręku pewien produkt alkoholowy popadł w stupor i jakby tak trochę oklapł. Cześć winy za ten stan bez wątpienia poniósł niezbyt udany wynik spotkania piłkarskiego Niemcy - Polska. 

Oddam jednak głos czytelnikowi. - Po spożyciu nowej truskawkowej Soplicy z okazji meczu moja uwagę przykuwa to jak ten alkohol nazywa producent. Z przodu mamy informacje ze jest to nalewka a z tyłu ze to likier - pisze pan Łukasz.

Oto dowód:

czynalewka1

likier1

Czytelnik nie wie więc co pije. Nalewkę? Likier? A czym się jedno od drugiego różni?

Osobiście czułem, że ma to jakiś związek z cukrem i namaczaniem owoców w spirytusie, ale samo przeczucie to tutaj za mało. Zapytałem więc Krzysztofa Kouyoumdjiana dyrektora ds. Relacji Zewnętrznych CEDC czy mógłby wobec tego wyjaśnić czym jest wobec tego ta Sopilca: likierem czy nalewką? I czym te dwa trunki (jeśli w ogóle) się od siebie różnią?

Pan Krzysztof na wstępie pogratulował mi dociekliwych czytelników, wyrażając graniczące z pewnością domniemanie, iż z taką wiedzą i spostrzegawczością, bez dwóch zdań p. Łukasz zrobiłby karierę w branży producentów alkoholi.

Co to jest nalewka?

A następnie już merytorycznie wyjaśnił, że określenia „likier” i „nalewka” nie wykluczają się wzajemnie. Nalewka jak się okazuje nie posiada definicji prawnej (z wyjątkiem nalewek na winie).

- Jest to wiec nazwa zwyczajowa, a według nazwy zwyczajowej, „nalewką” jest napój spirytusowy wyprodukowany w procesie maceracji (zalewu owoców). Nie jest to jednak obowiązkowa informacja na temat żywności, wynikająca z przepisów prawa (taką informacją jest właśnie „likier”), ale nazwa zwyczajowa, stosowana głównie w celach marketingowych - przekonuje pan dyrektor.

Czym jest wobec tego likier?

A to już reguluje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 110/2008. I faktycznie chodzi tu o cukier.

W skrócie musi być go:

— 70 gramów w litrze dla likierów wiśniowych, w których alkohol etylowy zawiera wyłącznie okowitę z wiśni,

— 80 gramów w litrze goryczki lub podobnych likierów przygotowanych z goryczką lub podobnymi roślinami korzennymi, które stanowią jedyny środek aromatyzujący,

— 100 gramów w litrze we wszystkich pozostałych przypadkach,

Sam likier wytwarzany musi być :w drodze aromatyzowania alkoholu etylowego pochodzenia rolniczego lub destylatu pochodzenia rolniczego, lub jednego lub kilku napojów spirytusowych lub mieszaniny powyższych napojów, słodzony i z dodatkiem wyrobów pochodzenia rolniczego lub środków spożywczych, takich jak śmietana, mleko lub inne przetwory mleczne, owoce, wino lub wino aromatyzowane.”

I - obiecuję to już ostatni warunek - likier jest likierem jeśli ma minimum 15 proc.

Osobiście wolę nalewki niż likiery. Swoją drogą sezon na te pierwsze chyba się rozpoczął?

12:39, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 września 2015

To że mam czytelników o nietypowych zainteresowaniach, którzy dogłębnie podchodzą do każdego tematu - wiem. Ale ta wiadomość naprawę wywarła na mnie wrażenie.

- Gdyby chciał Pan sobie zafundować pilling stóp, to służę poradą - pisze do mnie pan Łukasz.

Przyznają państwo, że wie jak zaintrygować od samego początku listu.

Temat stóp jak widać jest poważny. Zresztą jak to mawiał król Julian z Madagaskaru: „Na zawsze albo tak definitywnie, jestem elastyczny ale w sprawie stopy obowiązuje zero tolerancji.”

Czytelnik wyszperał że:

"Złuszczająca maska do stóp", firmy L Biotica, sprzedawana jest w sieci HeBe (Jeronimo Martins) za 19, 90 PLN.

"Maska do stóp złuszczająca", firmy Estemedis, sprzedawana jest w Biedronce (Jeronimo Martins) za 9,90 PLN.

- Zbieżność stóp na obu opakowaniach nie jest przypadkowa, bo jest to samo zdjęcie. Ten sam jest też skład obu masek, wyszczególniony na tyle obu opakowań. Same maski (w formie foliowych skarpetek) wewnątrz obu opakowań - nie uwierzy Pan - również są identyczne - pisze mi czytelnik.

Oto dowód a właściwie dowody:

 biedronapeelend

biedronapeeling

I dodaje: - Przypadek? Nie sądzę. Obie firmy - L Biotica i Estemedis - są z Gdańska i najwyraźniej są powiązane kapitałowo.  Nic więc dziwnego, że ten sam produkt, w różnej szacie graficznej, sprzedają w dwóch kanałach dystrybucji JM w diametralnie różnych cenach. Oczywiście klientki HeBe (drogerie w dużych galeriach handlowych) mają zapewne poczucie, że kupują produkt luksusowy i niestety słono za to przepłacają - konkluduje autor wiadomości.

Podejrzenia czytelnika mają pewne podstawy.

Generalnie sporo producentów w zamierzchłych czasach robiąc produkty dla sieci handlowych (a zwłaszcza dyskontów) zmieniało tylko opakowania. Dochodziło i czasami nadal dochodzi do takich sytuacji gdy ten sam produkt ale pod marką producenta kosztuje dajmy na to 10 zł, a pod marką sieci handlowej już jedynie siedem złotych. Tak było ze słodyczami, kosmetykami, piwem, napojami energetycznymi itp. Po prostu producentowi nie opłacało się robienie zmian w linii technologicznej, wymagania sklepów co do jakości marek własnych też mocno poszły do góry. 

Ale co na ten temat ma do powiedzenia sama Biedronka? Sprawa pillingu stóp jak widać okazała się być sprawą niezwykłej wagi, bo na odpowiedź czekałem chyba najdłużej w historii swoich kontaktów z biurem prasowym.

Ale w końcu sukces!

- Maska do stóp Estemedis dostępna była jedynie w wybranych sklepach w ofercie czasowej od 13 sierpnia, w cenie 9,99 zł - twierdzi biuro prasowe sieci Jeronimo Martins.

„W drogerii Hebe w stałym asortymencie występują maski zarówno Estemedis, jak i L’Biotica. Maska L’Biotica oferowana jest w Hebe w standardowej cenie 15,99 zł, a maska Estemedis 14,99 zł. Oba produkty mogą być oferowane podczas akcji czasowych w niższej cenie.

W kontekście wątpliwości Pana czytelnika dotyczących cen p odkreślamy, że Biedronka oraz Hebe funkcjonują jako odrębne sieci, posiadające własne działy zakupów, które decydują – w ramach uzgodnień z partnerami handlowymi - o kształcie oferty produktowej oraz cenach towarów. Dodatkowo zaznaczamy, że z uwagi na fakt, iż obie maski L’Biotica i Estemedis nie są artykułami marek własnych obu sieci, szczegółowych wyjaśnień dotyczących różnic w zakresie składu może udzielić ich dostawca.”

Tyle właściciel Biedronki i Hebe.

Pillingu sobie nie zrobię, ale jak Pomysłowy Dobromir poradzę, żeby niezależnie czy mamy doczynienia z produktem markowym czy marką własną, spoglądać na jego skład.  A także na nazwę producenta. Może nas spotkać - jak widać po stopach - wiele przyjemnych niespodzianek. Albo co równie istotne możemy uniknąć nieprzyjemnych.

A jeśli znają państwo przypadki gdy sieci pod swoją marką własną sprzedają droższe produkty markowe, proszę je wpisywać w komentarzach. Na pewno ktoś tę wiedzę wykorzysta.

18:05, miaczynski
Link Komentarze (6) »
piątek, 04 września 2015

Od czasu do czasu każda duża firma trafia na mściciela, który w jasny i precyzyjny sposób daje im do zrozumienia, że ich procedury to jedno a życie to drugie. Witamy w tym gronie pana Pawła Grzybowskiego, który postanowił wytłumaczyć to firmie Europ Assistance. Pan Paweł dodajmy jest specjalistą od eventów. Zrobił więc ubezpieczycielowi... event.

Naprawa opony za 1.2 tys. zł

8 sierpnia czytelnik brał udział w przyjęciu weselnym niedaleko miejscowości Olecko (woj. warmińsko-mazurskie). Koło 13 jadąc samochodem z miejsca zabawy do pobliskiego hotelu złapał gumę. Pech – ponoć zdarza się to średnio raz na siedem lat albo 100 tys. kilometrów.

Ponieważ pan Paweł nigdzie się nie spieszył, zostawił samochód obok drogi, wrócił spacerem do hotelu po czym postanowił skorzystać z ubezpieczenia assistance obejmującego m.in. pomoc medyczną i drogową, dodawanego do złotej karty kredytowej Reiffeisen Polbank.

Zadzwonił na infolinię Europ Assistance ok godz. 14:30.

Na początek ustalano czy jest w ogóle tam ubezpieczony. - Pan który ze mną rozmawiał stwierdził, że - owszem, widnieję w systemie, ale nie zgadza się numer karty który podaję. Na moją uwagę, że być może mają stary numer karty, bo te zmieniają się co kilka lat, Pan potwierdził, że rzeczywiście - karta którą ma w systemie została wydana w 2009 roku. W końcu udało mi się opisać sytuację, podać położenie samochodu i cierpliwie czekałem na rozwój wypadków – relacjonuje czytelnik.

Po około godzinie od przyjęcia zgłoszenia oddzwoniła do pana Pawła pani z warsztatu samochodowego, i poinformowała, że mogą do niego przyjechać, zholować go do miejscowości oddalonej o 44 km (!!!) i tam naprawić oponę. Całość wyceniła na 1200 zł (!!!), z czego 1000 zł miało pokryć jego ubezpieczenie, a resztę miał pokryć sam czytelnik (te wykrzykniki są od niego).

- W pierwszym momencie pomyślałem, że to jakiś żart, ale jak dotarło do mnie, że jednak nie, uprzejmie podziękowałem za taką usługę. Od gospodarza wesela pożyczyłem pompkę samochodową, znalazłem zakład wulkanizacyjny oddalony o 8 km od miejsca mojego pobytu, jedną ręką (drugą miałem wtedy w gipsie) napompowałem oponę, dojechałem do zakładu, gdzie za 40 zł przemiły Pan fachowo się nią zajął. Zaoszczędziłem sobie kilka godzin podróży lawetą i z powrotem, 160 zł, a towarzystwu ubezpieczeniowemu kolejnego tysiąca – opowiada pan Paweł. 

Sprawy jednak tak nie zostawił.

Napisał skargę do prezesa Europ Assistance.

W odpowiedzi Europ Assistance Polska wyjaśniło mu, że “zlecenie zostało przekazane do naszego lokalnego usługodawcy, który w rozmowie telefonicznej zaproponował najbliższy rekomendowany warsztat wulkanizacyjny. Za otwarcie poza godzinami pracy i dokonanie naprawy podał stawkę stałą w wysokości 200 PLN, do której pokrycia został Pan zobowiązany, gdyż koszty te nie wchodzą w zakres posiadanego przez Pana pakietu”. 

I dalej: “jednocześnie wyjaśniamy , iż kwota 1000 PLN, dotyczy limitu na świadczenie holowania w ramach posiadanego przez Pana pakietu, co nie oznacza, , że na omawianą usługę holowania wydana zostałaby cała ta kwota.”

Warsztat z którego zaś czytelnik skorzystał dla ubezpieczyciela się nie liczył, ponieważ z nimi nie współpracuje. Na koniec firma przeprosiła i w ramach rekompensaty postanowiła podarować mu upominek.

Jaki? Taki:

 10603497_10207463210123576_2657557032364391511_n

Jak szybko czytelnik policzył:

- wino, cena w Internecie ok 125 zł

- otwieracz do wina, wartość pewnie ok 50-100 zł

- album o winach, wartość ok 75 zł

- Wino chętnie wypiję, kiedy zmienicie swoje procedury i zaczniecie rzeczywiście pomagać ludziom, a nie oferować usługi naprawy opony za 1200 zł – odpisał.

I aby nacisnąć na ubezpieczyciela zrobił na swoim profilu na Facebooku konkurs na mema związanego z hasłem firmy: Europ Assistance - taka sytuacja. Załączam najlepsze memy, a będzie ich więcej... – pisze mi czytelnik. 

11953090_10207397751087141_4077109497854738564_n

11903495_10207411109821101_1599038352_n

11950763_10207411109901103_1212156184_n

11910975_10207411109861102_1138161802_n

Album z winami postanowił wykorzystać jako nagrodę w konkursie. Na jednym z memów, przerobiono jednak logo firmy. Dostał wtedy maila:

"Szanowny Panie Pawle,

Rozumiemy Pana niezadowolenie i jest nam przykro z tego powodu, jednak nie możemy się zgodzić na publiczne naruszanie dóbr osobistych naszej firmy. Znak firmowy podlega ochronie, a jego wykorzystanie w celu podważenia reputacji firmy stanowi naruszenie dóbr osobistych i może się spotkać z odpowiednią do naruszenia reakcją."

Więc w odpowiedzi stworzył filmik na YouTube:

 

 - Ja nie walczę o jakąś rekompensatę czy upominek - wiem jak działają firmy ubezpieczeniowe, i chciałbym dać im prztyczka w nos. 99,9% klientów w takich sytuacjach jak moja nic nie zrobi, i oni na tej bierności zarabiają konkretne pieniądze – opowiada pan Paweł.

Kto ma rację?

 Oczywiście infolinia wysłała czytelnika tam gdzie wysłać mogła, zgodnie ze swoimi zasadami. Firma problemu więc nie widzi. I ja to to nawet rozumiem. Takie mają procedury. Pan Paweł z kolei dziwi się jak można tak bez sensu przepalać pieniądze i czas. On chciał po prostu konkretnej pomocy. To również rozumiem. Bo cała sprawa pokazuje jak odklejone od rzeczywistości są właśnie procedury firm ubezpieczeniowych. I jak rozdmuchane stawki warsztatów z nimi współpracujących.

 

16:46, miaczynski
Link Komentarze (8) »
środa, 02 września 2015

Nową kampanię reklamową niemieckiej sieci poprowadzą Karol Okrasa z Dorotą Wellman. Obowiązujący przez trzy lata koncept dwóch wojujących kucharzy (w tej roli Pascal Brodnicki i Karol Okrasa) został wyrzucony do kosza. Kto ich zastąpi? “Dorota, Karol i goście”.

Czyli Dorota Wellman, Karol Okrasa oraz inni. 

Spoty mają być nagrywane w konwencji talk show. Co tydzień do studia/knajpki/kuchni Lidla będą zapraszani nowi goście: celebryci, ale i amatorzy.

Rozmawiać będą o gotowaniu. Wśród gości będą m.in. Stefano Terrazzino (tancerz), Elisabeth Duda (mało znana aktorka zażartowała na konferencji: ja teraz mam bardzo dobre nazwisko). 

Co będą robić goście?

- Przekonywać, że gotować może każdy - wyjaśnia Okrasa.

Nowe spoty będą emitowane w weekendy w TVP. Są długie, bo aż 3,5 minutowe, co oznacza, że kapania kosztować będzie małą fortunę.  Lidl już w tym momencie wydaje najwięcej na reklamę telewizyjną ze wszystkich sieci handlowych. 

Konferencję prasową prowadził Marcin Prokop, którego stawki za takie usługi należą do najwyższych na rynku. W parze z Wellman prowadzi poranki w telewizji TVN. Konwencja śniadaniówki była  na konferencji zachowana. Prokop stwierdzał na przykład że “poprzednia kampania była dziełem sztuki, bądź “wypuściłem Dorotę z gołębnika mego serca”.

Naprawdę zabawnie było raz, kiedy Wellman nieco podirytowana marudzeniem Prokopa wypaliła do niego: uważaj bo zamienię cię na Kuźniara. Śmiali się wszyscy. Prokop też. 

fot._Lidl_nowa_kampania

Wellman ryzykuje

Związki celebryta - sieci handlowe są ryzykowne dla jednych i drugich. Przekonał się o tym choćby Daniel Obrychski. Kiedy wystąpił w reklamach konkurencyjnej sieci “Biedronka” Stowarzyszenie Stop Wyzyskowi - Biedronka zwracało mu uwagę, że nie powinien reklamować sieci, która wyzyskiwała pracowników. "Wielokrotnie grał Pan role Polaków, wielkich patriotów, którzy honor cenili sobie najbardziej. Wierzymy, że jest Pan człowiekiem honoru nie tylko na ekranie" - pisało.

Nie inaczej jest teraz. Wystąpieniem Doroty Wellman w reklamie Lidla już publicznie zdziwił się Klub Jagieloński (organizacja skupiająca studentów i byłych studentów z terenu całego kraju jego ambicją jak twierdzi jest krzewienie patriotyzmu).

W liście do prezenterki Klub pisze, że ceni jej zaangażowanie “w liczne akcje charytatywne i wrażliwość na problemy społeczne.” To postawa - jak zaznacza klub - rzadka w świecie ludzi polskiego show biznesu.

Z tym większym zdziwieniem przyjęliśmy informacje, że zaangażowała się Pani w kampanię reklamową sieci handlowej, której praktyki na polskim rynku budzą liczne wątpliwości zarówno natury ekonomicznej, społecznej jak i moralnej. Znając Pani poglądy wychodzimy z założenia, że w kampanię reklamową Lidla zaangażowała się Pani nie będąc świadoma tych problemów, dlatego pozwalamy sobie je krótko przedstawić.”

Dalej Klub punktuje ,że Lidl znany jest z ograniczania praw pracowniczych czego dowodem są choćby nieudane próby założenia tam związków zawodowych. 

Poza tym produkty sprzedawane w tej sieci są zbyt często importowane.

“Jak pokazują najnowsze badania, udział wyprodukowanych w Polsce produktów w asortymencie Lidla to kolejno: 17% wśród produktów spożywczych, 21% wśród produktów z kategorii chemia i kosmetyki oraz 0% w dziale mrożonki! Dla porównania, w powszechnie krytykowanej w ostatnich tygodniach konkurencyjnej portugalskiej sieci blisko 68% produktów kategorii FMCG to produkty wyprodukowane w Polsce.” - przekonuje organizacja.

Lidl się broni, że pracowników traktuje dobrze, płaci im dużo więcej niż wynosi branżowy standard a cała załoga u nich ma etaty.

Wellman wczoraj zadeklarowała, że ze swojego wynagrodzenia 100 tys. zł na Fundację TVN nie jesteś sam” oraz 200 tys. na inną działalność charytatywną.

Kucharze wyjechali do Chorwacji

Dorocie Wellman bez wątpienia łatwiej było zaangażować się w kampanię Lidla po wielkim sukcesie poprzedniej z Pascalem Brodnickim i Karolem Okrasą. Dwaj kucharze zmienili wizerunek sieci, przenieśli go na wyższy poziom. Udowadniając dzięki przekonującej kreacji, że dyskont może sprzedawać produkty aspirujące do delikatesowych.

Swoją drogą - obaj kucharze mocno naciskali na zarząd Lidla żeby ten zmieniał asortyment dostępny w sklepie, wprowadzając tam chociażby świeże zioła.

- Skoro mamy radzić jak gotować - to chcemy mieć z czego - naciskali na Niemców. Skutecznie.

Lidl rósł razem z nimi. Sieć liczyła pieniądze (rosła szybciej niż konkurencja). Brodnicki z Okrasą stali się celebrytami, którzy mogą teraz odcinać kupony od telewizyjnej popularności wykreowanej przez reklamy.

Koncept dwóch walczących kucharzy wymyślony w Polsce jest realizowany w innych krajach Europy  m.in w Chorwacji. 

Dlaczego go więc zmieniono u nas?  Bo w Polsce zwyczajnie się zestarzał i opatrzył. Lidl musiał wypuścić na rynek coś nowego podejmując ryzyko, że nowa kampania nie będzie tak przełomowa jak poprzednia.

Materiał współtworzył Leszek Kostrzewski 

16:03, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 września 2015

Jeszcze ze dwie dekady temu, no może z dekadę podróże samolotem były dla nas czymś ekscytującym i niecodziennym. Niczym dla 10 latka (no może 12 latka) wizyta w Disneylandzie.

To się zmieniło od kiedy w Polsce pojawiły się tanie linie lotnicze. Mają one tyle samo wad, co zalet. Ale jak ktoś dobrze upoluje bilet, to za niewielkie pieniądze może pofruwać sobie po Europie.

Jedna rzecz łączy jednak tamte i obecne czasy. Co? Oczywiście zakupy. A co się najczęściej kupuje w strefie wolnocłowej? Oczywiście alkohol i perfumy. I tutaj wartko przechodzimy do pani Sylwii, która miała okazję kilka tygodni temu spędzić uroczy ranek, popołudnie oraz późne popołudnie na krakowskim lotnisku Balice w oczekiwaniu na samolot Ryanaira który miał ją przetransportować do Londynu Stansted.

balice2

Nie żeby w tym przypadku linia lotnicza dała ciała, po prostu wszystkie samoloty były opóźnione ze względu na burzę. Czytelniczka nudziła się jak mops. W końcu poszła do sklepu wolnocłowego i zakupiła alkohol. Zakupy dostała w zwykłej reklamówce (co oczywiście będzie dość istotne dla całej historii). A potem to już było tak jak zazwyczaj bywa na lotniskach, sprawdzono pasażerom bilety, zabrano ich do autobusu i żeby nie było zbyt konwencjonalnie po chwili poinformowano, że jednak odlotu nie będzie i trzeba powrócić do terminalu.

Pasażerowie samolotu posiedzieli w tym terminalu pół godzinki. Usłyszeli następnie, że iż samolot odleci najprawdopodobniej dopiero o 17, wiec dostaną vouchery od linii lotniczej, a następnie autobusami przyjadą ponownie do hali przylotów.

Nikt jednak nie wspomniał co zrobić z zakupami. Pani Sylwia zapytała o to ubranego “na zielono” pracownika lotniska.

- Pan stwierdził, ze jeśli mamy paragon to nie będzie problemu. Pani obok powiedziała ze ona paragonu nie posiada, na co Pan: odpowiedział pocieszająco “może Pani spróbować”. Odpowiedź lekko mnie zdziwiła, gdyż moglibyśmy wyjść z zakupami gdziekolwiek i z powrotem wnieść załóżmy butelkę pełną nitrogliceryny, ważne ze mamy paragon. No, ale skoro pracownik służby celnej czy tez granicznej tak mówi, nie będę się z nim spierać - relacjonuje czytelniczka.

10 godzin na lotnisku minęło jak z bicza strzelił. Koło godziny 16 nastąpiła kolejna odprawa. 

Pani Sylwia ustawiła się w kolejce i zaczyna wyjaśniać panu na kontroli bagażu, że jest z opóźnionego samolotu Ryanaira i że ma alkohol ze strefy wolnocłowej i że... tutaj padło strasznie dużo dodatkowych słów. Na co pan z kontroli celnej odpowiedział ze stoickim sposobem, że nie ma problemu, jeśli pani Sylwia ma alkohol zapakowany w tzw. torbę bezpieczną.

- Jak już wspomniałam nikt w sklepie nawet się o niej nie zająknął, ale opowiadam historie ze spotkania z pracownikiem “w zielonym”, na co Pan grzecznie tłumaczy, że niestety, ale nie może mnie z zakupami wpuścić, że musze je wyrzucić - opowiada pani Sylwia

Czytelniczka równie grzecznie poprosiła czy może wobec tego porozmawiać chwilę z jego przełożonym.

Przełożony jednak też był twardy jak głaz.

Na pytanie pani Sylwii dlaczego otrzymała inna odpowiedź w hali przylotów stwierdził “że nie odpowiada za szkolenia innych służb na lotnisku”, dodatkowo, że “takie sytuacje zdarzają się notorycznie”, oraz “że mogłam przyjść do nich to oni by mnie o wszystkim poinformowali I zapakowaliby mi zakupy”. Pytanie: Skąd miałam o tym wiedzieć??? - pyta czytelniczka.

Alkohol zgrabnym ruchem ręki powędrował do kosza (na lotniskach takie odebrane pasażerom rzeczy, przejmują zazwyczaj firmy utylizacyjne).

Czytelniczka jednak postanowiła w tej sprawie napisać do zarządu portu lotniczego.

Ten przeprosił panią Sylwię, ale w sposób jasny wytłumaczył, że:

 balice

„We wszystkich portach lotniczych Unii Europejskiej od 6 listopada 2006 r., obowiązują specjalne regulacje dotyczące płynów i żeli zakupionych w strefie operacyjnej lotniska za punktem kontroli bezpieczeństwa. Ponadto od 31 stycznia 2014 r. obowiązują nowe zasady kontroli bezpieczeństwa substancji płynnych w bagażu podręcznym. Płyny, aerozole i żele zakupione w porcie lotniczym po kontroli bezpieczeństwa muszą zostać zapakowane w szczelnie zamkniętej torebce (STEB) przez obsługę w sklepie wolnocłowym lub na pokładzie samolotu z widocznym dowodem zakupu lub identyfikatorem miejsca zakupu. Ważność szczelnie zamkniętego opakowania po opuszczeniu strefy operacyjnej lotniska wynosi 3 godziny. Oznacza to, że w przypadku gdy pasażerowie opuszczą strefę operacyjną (np. z powodu opóźnienia lotu) i upłynie ważności opakowania (STEB) lub zostanie ono naruszone w czasie 3 godzin od umieszczenia w nim płynów, aerozoli lub żeli, przewożone w ten sposób substancje płynne będą musiały ponownie zostać poddane kontroli bezpieczeństwa.”

Port lotniczy uprzejmie zgodził się z czytelniczką, że: „znacznie wygodniej dla pasażerów byłoby, gdyby sklepy automatycznie pakowały w torebkę STEB każdy sprzedany płyn. Niestety nie ma takich przepisów, które zobligowałyby do tego sklepy. Zgodnie z obowiązującym prawem, obowiązek właściwego przygotowania bagażu (w tym płynów zakupionych na terenie lotniska) spoczywa na pasażerach. Aby zminimalizować ten problem, władze Kraków Airport postanowiły po Pani zgłoszeniu, wzmocnić kampanię informacyjną w tym zakresie, a ponadto zwrócić się do naszych kontrahentów, aby przy każdym zakupie informowały pasażerów o obowiązujących przepisach.”

- I nadal czegoś nie rozumiem: Ja jako pasażer jestem zobligowana przez prawo do ostrożności na każdym kroku i pamiętania o zapakowaniu płynów w torbie bezpiecznej, nawet jeśli lecę pierwszy raz i nie jestem obeznana w przepisach, natomiast sklep i jego obsługa pomimo tego że pracują tam ciągle i prawdopodobnie znają te przepisy, niestety nie są zobligowani przez żadne prawo??? Chyba zbyt długo przebywam na emigracji i odzwyczaiłam się od polskich standardów "frontem do klienta".... - twierdzi pani Sylwia.

Wnioski?

Oczywiście znajdzie się solidna grupa osób, która stwierdzi, że trzeba było czytać, spytać a jak ktoś tego nie robi to ma za swoje. Z drugiej jednak strony wiedza żeby domagać się zapakowania w STEB nie płynie z powietrza tylko z doświadczenia. Tak więc przestrzegam proszę państwa: kupując w wolnocłowym domagajmy się wsadzenia w opakowanie bezpieczne.

To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy.

14:43, miaczynski
Link Komentarze (3) »
środa, 26 sierpnia 2015

Dziś Konfederacja Lewiatan organizacja  lobbująca w interesie przedsiębiorców wypuściła alarmistyczny komunikat prasowy w którym załamuje ręce, że w szkolnych sklepikach nie będzie drożdżówek.

I dobrze, że nie będzie. Nie widzę powodu aby tam miały się znajdować. Dzieci pod względem żywieniowym są durne jak szpadle i najchętniej jadłby sam cukier i tłuszcze. Ot przykład z badań na zlecenie Tesco wynika, że 22 proc. dzieci wśród zdrowej żywności wymienia pączki, 14 proc. batony z czekoladą, 14 proc. napoje gazowane a 11 proc. chipsy!

pczki

Skandalem i tu się zgodzę z Lewiatanem - jest za to tryb uchwalania tych przepisów.

Ustawa uchwalona została w listopadzie 2014 r.

Resort od tej pory zdrowia „intensywnie” pracuje nad aktem wykonawczym do ustawy, który ma określić szczegółowy wykaz co jest dozwolone a co zabronione. Mamy 26 sierpnia, a dzieci z tego co mi wiadomo do szkoły idą 1 września. Tymczasem do tej pory właściciele sklepików szkolnych nie wiedzą jakie produkty będą mogli sprzedawać.

Ta przejaw arogancji i bezmyślności urzędników.

To przejaw ostrej i przewlekłej choroby na jakie cierpi nasze państwo: biegunki legislacyjnej.

Uchwalamy szybko przepisy, które są niepotrzebne i nie rozwiązują systemowo problemu (vide podnoszenie bramek na autostradach), tam zaś gdzie regulacje są potrzebne wydawane są one byle jak i na ostatnią chwilę.   A później i tak przepisy są nowelizowane

Państwo może wprowadzać nowe zasady gry, może uchwalać ustawy, które w trosce o obywatela ograniczają wolny rynek. Ale ma to robić z wyprzedzeniem! Przedsiębiorca ma mieć możliwość wyboru, wstawiam na półki nowe produkty albo zamykam sklep.

----

Co będą być może mogły kupić dzieci w sklepikach?

W projekcie zaopiniowanym przez Rządowe Centrum Legislacji (z 17 sierpnia 2015 r.) pozostawiono wyłącznie możliwość sprzedaży w sklepikach:

1) kanapek na bazie pieczywa razowego lub pełnoziarnistego;

2) sałatek i surówek;

3) mleka bez dodatku cukrów i substancji słodzących;

4) napojów zastępujących mleko zawierających nie więcej niż 10 g cukrów w 100ml produktu oraz o niskiej bądź obniżonej zawartości sodu/soli;

5) produkty mleczne i koktajle na bazie mleka zawierające nie więcej niż 10g cukrów w 100g/ml produktu, bez dodatku substancji słodzących oraz zawierające nie więcej niż 10g tłuszczu w 100g/ml;

6) zbożowe produkty śniadaniowe bez dodatku cukru i substancji słodzących oraz o niskiej bądź obniżonej zawartości sodu/soli;

7) warzywa i owoce – przygotowane do bezpośredniego spożycia, przetworzone bez dodatku cukrów i substancji słodzących;

8) suszone owoce, warzywa, orzechy i nasiona – o ile nie posiadają dodatkowo cukru lub substancji słodzących, soli oraz tłuszczu;

9) soki owocowe, warzywne i owocowo-warzywne, o ile nie posiadają dodatku cukrów lub substancji słodzących, a także posiadają niską bądź obniżoną zawartość sodu/soli;

10 przeciery, musy owocowe, warzywne owocowo-warzywne, o ile nie posiadają dodatku cukrów lub substancji słodzących oraz soli;

11) wody;

12) inne napoje przygotowywane na miejscu (herbata, napary owocowe czy kawa zbożowa), z wyłączną możliwością słodzenia naturalnym miodem pszczelim.

13:55, miaczynski
Link Komentarze (30) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78