Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
poniedziałek, 14 września 2015

Jak na razie jest to test. Piosenki?- jak twierdzi Anna Biskup PR Manager Lidl Polska - starannie dobrane utwory tzw. muzyki tła - sieć puszcza w wybranych sklepach w większych miastach. Ma to jak przekonuje Biskup uprzyjemnić klientom czas. To wyjaśnienie bardzo ładne i sympatyczne, aż łza się w oku kręci że niemiecki dyskonter tak troszczy się o to aby społeczeństwo dobrze się w Lidlach bawiło.

Ale rzeczywiste powody są nieco inne.

Oczywiście każdej sieci zależeć powinno na tym aby zakupy były tam przyjemnością. Wtedy konsument będzie tam częściej wracał. Z tego właśnie powodu jestem wielkim przeciwnikiem przestawiania czegokolwiek na sklepowych półkach. To tylko denerwuje klienta.

Ale dzięki muzyce można sterować procesem zakupowym.

Jeśli w sklepie z winami gra muzyka klasyczna, klienci będą wybierać droższe wina (udowodnił to eksperyment przeprowadzony w pewnej winiarni w Tunisie). Jeśli puści się tam Edith Piaf albo Zaz, wybiorą francuskie wina. Przy muzyce z Niemiec wzrośnie sprzedaż win niemieckich (to eksperyment robiony przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne). Konsumenci nie są przy tym świadomi swoich wyborów. Nie wiedzą, dlaczego akurat w tym momencie zdecydowali się kupić rieslinga, a nie Bordeaux.

Muzyka puszczana w tle może też przyspieszyć ludzkie ruchy albo je spowolnić. I tak w restauracjach jeśli obsługa chce aby ludzie jedli szybciej, bo np. jest pora lunchu i trzeba przyspieszyć rotację stolików puszcza się utwory o szybkim tempie.

Gdy ruch jest zaś mały i chce się aby klienci zostali dłużej puszcza się smętne pościelówy (pusty lokal odstrasza potencjalnych klientów), Ta sama zasada oczywiście działa w sklepie

Puszczasz coś takiego i ludzie poruszają się w sklepie szybciej:

.

Ludzkimi zachowaniami sterować można nie tylko poprzez rodzaj muzyki, ale też jej natężenie. Jeśli chcemy aby ludzie skrócili zakupy wystarczy im po prostu puszczać ją głośniej.

Test z wprowadzeniem muzyki do części sklepów to dla Lidla kolejny etap rozstania z wizerunkiem taniego dyskontu. Na półkach ma już tyle samo produktów co supermarket (grubo ponad 2 tys. produktów), nie jest też wcale najtańszy na rynku, najtańsze są hipermarkety.

Podobne ruchy są zresztą nie tylko w Polsce. W ubiegłym tygodniu przeczytałem, że Lidl planuje uruchomić 300 nowych sklepów w Wielkiej Brytanii, które mają bezpośrednio konkurować z supermarketami. Będzie je umieszczał tam gdzie go do tej pory nie było np. w centrum Londynu, 

David Gray, analityk handlu serwisu Planet Retail ocenia, że jest to element nowej strategii sieci, w której Lidl wkłada na półki więcej produktów premium, więcej świeżo odpiekanego pieczywa, więcej produktów markowych, specjalne sprowadzane linie win (włączając w to mniej znane wina jak Arbois, czy bardziej jak Châteauneuf-du-Pape) do ich „Piwniczki Lidla” itp.

18:35, miaczynski
Link Komentarze (9) »
piątek, 11 września 2015

Pisałem niespełna rok temu jak to wódka, dziwnym zbiegiem okoliczności, słabnie procentowo na tyle, że przestaje być wódką. Do tego miana wymagane jest minimum 37,5 proc. Z drugiej strony trunki, które nie mogą się tak nazywać, starają się wyglądem upodobnić do wódki. Po to aby zmylić konsumenta.

Powodem tej mimikry jest oczywiście gotówka, czyli rosnąca akcyza i wojna cenowa na rynku mocnych alkoholi. Co nawiasem mówiąc dowodzi tego, że podnoszenie w kraju akcyzy na spirytus, nie zwiększa wpływów podatkowych a wręcz przeciwnie.

Nic więc dziwnego, że butelki oglądają państwo teraz z wyjątkową podejrzliwością. Tym razem odezwał się do mnie pan Łukasz, który trzymając w ręku pewien produkt alkoholowy popadł w stupor i jakby tak trochę oklapł. Cześć winy za ten stan bez wątpienia poniósł niezbyt udany wynik spotkania piłkarskiego Niemcy - Polska. 

Oddam jednak głos czytelnikowi. - Po spożyciu nowej truskawkowej Soplicy z okazji meczu moja uwagę przykuwa to jak ten alkohol nazywa producent. Z przodu mamy informacje ze jest to nalewka a z tyłu ze to likier - pisze pan Łukasz.

Oto dowód:

czynalewka1

likier1

Czytelnik nie wie więc co pije. Nalewkę? Likier? A czym się jedno od drugiego różni?

Osobiście czułem, że ma to jakiś związek z cukrem i namaczaniem owoców w spirytusie, ale samo przeczucie to tutaj za mało. Zapytałem więc Krzysztofa Kouyoumdjiana dyrektora ds. Relacji Zewnętrznych CEDC czy mógłby wobec tego wyjaśnić czym jest wobec tego ta Sopilca: likierem czy nalewką? I czym te dwa trunki (jeśli w ogóle) się od siebie różnią?

Pan Krzysztof na wstępie pogratulował mi dociekliwych czytelników, wyrażając graniczące z pewnością domniemanie, iż z taką wiedzą i spostrzegawczością, bez dwóch zdań p. Łukasz zrobiłby karierę w branży producentów alkoholi.

Co to jest nalewka?

A następnie już merytorycznie wyjaśnił, że określenia „likier” i „nalewka” nie wykluczają się wzajemnie. Nalewka jak się okazuje nie posiada definicji prawnej (z wyjątkiem nalewek na winie).

- Jest to wiec nazwa zwyczajowa, a według nazwy zwyczajowej, „nalewką” jest napój spirytusowy wyprodukowany w procesie maceracji (zalewu owoców). Nie jest to jednak obowiązkowa informacja na temat żywności, wynikająca z przepisów prawa (taką informacją jest właśnie „likier”), ale nazwa zwyczajowa, stosowana głównie w celach marketingowych - przekonuje pan dyrektor.

Czym jest wobec tego likier?

A to już reguluje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 110/2008. I faktycznie chodzi tu o cukier.

W skrócie musi być go:

— 70 gramów w litrze dla likierów wiśniowych, w których alkohol etylowy zawiera wyłącznie okowitę z wiśni,

— 80 gramów w litrze goryczki lub podobnych likierów przygotowanych z goryczką lub podobnymi roślinami korzennymi, które stanowią jedyny środek aromatyzujący,

— 100 gramów w litrze we wszystkich pozostałych przypadkach,

Sam likier wytwarzany musi być :w drodze aromatyzowania alkoholu etylowego pochodzenia rolniczego lub destylatu pochodzenia rolniczego, lub jednego lub kilku napojów spirytusowych lub mieszaniny powyższych napojów, słodzony i z dodatkiem wyrobów pochodzenia rolniczego lub środków spożywczych, takich jak śmietana, mleko lub inne przetwory mleczne, owoce, wino lub wino aromatyzowane.”

I - obiecuję to już ostatni warunek - likier jest likierem jeśli ma minimum 15 proc.

Osobiście wolę nalewki niż likiery. Swoją drogą sezon na te pierwsze chyba się rozpoczął?

12:39, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 września 2015

To że mam czytelników o nietypowych zainteresowaniach, którzy dogłębnie podchodzą do każdego tematu - wiem. Ale ta wiadomość naprawę wywarła na mnie wrażenie.

- Gdyby chciał Pan sobie zafundować pilling stóp, to służę poradą - pisze do mnie pan Łukasz.

Przyznają państwo, że wie jak zaintrygować od samego początku listu.

Temat stóp jak widać jest poważny. Zresztą jak to mawiał król Julian z Madagaskaru: „Na zawsze albo tak definitywnie, jestem elastyczny ale w sprawie stopy obowiązuje zero tolerancji.”

Czytelnik wyszperał że:

"Złuszczająca maska do stóp", firmy L Biotica, sprzedawana jest w sieci HeBe (Jeronimo Martins) za 19, 90 PLN.

"Maska do stóp złuszczająca", firmy Estemedis, sprzedawana jest w Biedronce (Jeronimo Martins) za 9,90 PLN.

- Zbieżność stóp na obu opakowaniach nie jest przypadkowa, bo jest to samo zdjęcie. Ten sam jest też skład obu masek, wyszczególniony na tyle obu opakowań. Same maski (w formie foliowych skarpetek) wewnątrz obu opakowań - nie uwierzy Pan - również są identyczne - pisze mi czytelnik.

Oto dowód a właściwie dowody:

 biedronapeelend

biedronapeeling

I dodaje: - Przypadek? Nie sądzę. Obie firmy - L Biotica i Estemedis - są z Gdańska i najwyraźniej są powiązane kapitałowo.  Nic więc dziwnego, że ten sam produkt, w różnej szacie graficznej, sprzedają w dwóch kanałach dystrybucji JM w diametralnie różnych cenach. Oczywiście klientki HeBe (drogerie w dużych galeriach handlowych) mają zapewne poczucie, że kupują produkt luksusowy i niestety słono za to przepłacają - konkluduje autor wiadomości.

Podejrzenia czytelnika mają pewne podstawy.

Generalnie sporo producentów w zamierzchłych czasach robiąc produkty dla sieci handlowych (a zwłaszcza dyskontów) zmieniało tylko opakowania. Dochodziło i czasami nadal dochodzi do takich sytuacji gdy ten sam produkt ale pod marką producenta kosztuje dajmy na to 10 zł, a pod marką sieci handlowej już jedynie siedem złotych. Tak było ze słodyczami, kosmetykami, piwem, napojami energetycznymi itp. Po prostu producentowi nie opłacało się robienie zmian w linii technologicznej, wymagania sklepów co do jakości marek własnych też mocno poszły do góry. 

Ale co na ten temat ma do powiedzenia sama Biedronka? Sprawa pillingu stóp jak widać okazała się być sprawą niezwykłej wagi, bo na odpowiedź czekałem chyba najdłużej w historii swoich kontaktów z biurem prasowym.

Ale w końcu sukces!

- Maska do stóp Estemedis dostępna była jedynie w wybranych sklepach w ofercie czasowej od 13 sierpnia, w cenie 9,99 zł - twierdzi biuro prasowe sieci Jeronimo Martins.

„W drogerii Hebe w stałym asortymencie występują maski zarówno Estemedis, jak i L’Biotica. Maska L’Biotica oferowana jest w Hebe w standardowej cenie 15,99 zł, a maska Estemedis 14,99 zł. Oba produkty mogą być oferowane podczas akcji czasowych w niższej cenie.

W kontekście wątpliwości Pana czytelnika dotyczących cen p odkreślamy, że Biedronka oraz Hebe funkcjonują jako odrębne sieci, posiadające własne działy zakupów, które decydują – w ramach uzgodnień z partnerami handlowymi - o kształcie oferty produktowej oraz cenach towarów. Dodatkowo zaznaczamy, że z uwagi na fakt, iż obie maski L’Biotica i Estemedis nie są artykułami marek własnych obu sieci, szczegółowych wyjaśnień dotyczących różnic w zakresie składu może udzielić ich dostawca.”

Tyle właściciel Biedronki i Hebe.

Pillingu sobie nie zrobię, ale jak Pomysłowy Dobromir poradzę, żeby niezależnie czy mamy doczynienia z produktem markowym czy marką własną, spoglądać na jego skład.  A także na nazwę producenta. Może nas spotkać - jak widać po stopach - wiele przyjemnych niespodzianek. Albo co równie istotne możemy uniknąć nieprzyjemnych.

A jeśli znają państwo przypadki gdy sieci pod swoją marką własną sprzedają droższe produkty markowe, proszę je wpisywać w komentarzach. Na pewno ktoś tę wiedzę wykorzysta.

18:05, miaczynski
Link Komentarze (6) »
piątek, 04 września 2015

Od czasu do czasu każda duża firma trafia na mściciela, który w jasny i precyzyjny sposób daje im do zrozumienia, że ich procedury to jedno a życie to drugie. Witamy w tym gronie pana Pawła Grzybowskiego, który postanowił wytłumaczyć to firmie Europ Assistance. Pan Paweł dodajmy jest specjalistą od eventów. Zrobił więc ubezpieczycielowi... event.

Naprawa opony za 1.2 tys. zł

8 sierpnia czytelnik brał udział w przyjęciu weselnym niedaleko miejscowości Olecko (woj. warmińsko-mazurskie). Koło 13 jadąc samochodem z miejsca zabawy do pobliskiego hotelu złapał gumę. Pech – ponoć zdarza się to średnio raz na siedem lat albo 100 tys. kilometrów.

Ponieważ pan Paweł nigdzie się nie spieszył, zostawił samochód obok drogi, wrócił spacerem do hotelu po czym postanowił skorzystać z ubezpieczenia assistance obejmującego m.in. pomoc medyczną i drogową, dodawanego do złotej karty kredytowej Reiffeisen Polbank.

Zadzwonił na infolinię Europ Assistance ok godz. 14:30.

Na początek ustalano czy jest w ogóle tam ubezpieczony. - Pan który ze mną rozmawiał stwierdził, że - owszem, widnieję w systemie, ale nie zgadza się numer karty który podaję. Na moją uwagę, że być może mają stary numer karty, bo te zmieniają się co kilka lat, Pan potwierdził, że rzeczywiście - karta którą ma w systemie została wydana w 2009 roku. W końcu udało mi się opisać sytuację, podać położenie samochodu i cierpliwie czekałem na rozwój wypadków – relacjonuje czytelnik.

Po około godzinie od przyjęcia zgłoszenia oddzwoniła do pana Pawła pani z warsztatu samochodowego, i poinformowała, że mogą do niego przyjechać, zholować go do miejscowości oddalonej o 44 km (!!!) i tam naprawić oponę. Całość wyceniła na 1200 zł (!!!), z czego 1000 zł miało pokryć jego ubezpieczenie, a resztę miał pokryć sam czytelnik (te wykrzykniki są od niego).

- W pierwszym momencie pomyślałem, że to jakiś żart, ale jak dotarło do mnie, że jednak nie, uprzejmie podziękowałem za taką usługę. Od gospodarza wesela pożyczyłem pompkę samochodową, znalazłem zakład wulkanizacyjny oddalony o 8 km od miejsca mojego pobytu, jedną ręką (drugą miałem wtedy w gipsie) napompowałem oponę, dojechałem do zakładu, gdzie za 40 zł przemiły Pan fachowo się nią zajął. Zaoszczędziłem sobie kilka godzin podróży lawetą i z powrotem, 160 zł, a towarzystwu ubezpieczeniowemu kolejnego tysiąca – opowiada pan Paweł. 

Sprawy jednak tak nie zostawił.

Napisał skargę do prezesa Europ Assistance.

W odpowiedzi Europ Assistance Polska wyjaśniło mu, że “zlecenie zostało przekazane do naszego lokalnego usługodawcy, który w rozmowie telefonicznej zaproponował najbliższy rekomendowany warsztat wulkanizacyjny. Za otwarcie poza godzinami pracy i dokonanie naprawy podał stawkę stałą w wysokości 200 PLN, do której pokrycia został Pan zobowiązany, gdyż koszty te nie wchodzą w zakres posiadanego przez Pana pakietu”. 

I dalej: “jednocześnie wyjaśniamy , iż kwota 1000 PLN, dotyczy limitu na świadczenie holowania w ramach posiadanego przez Pana pakietu, co nie oznacza, , że na omawianą usługę holowania wydana zostałaby cała ta kwota.”

Warsztat z którego zaś czytelnik skorzystał dla ubezpieczyciela się nie liczył, ponieważ z nimi nie współpracuje. Na koniec firma przeprosiła i w ramach rekompensaty postanowiła podarować mu upominek.

Jaki? Taki:

 10603497_10207463210123576_2657557032364391511_n

Jak szybko czytelnik policzył:

- wino, cena w Internecie ok 125 zł

- otwieracz do wina, wartość pewnie ok 50-100 zł

- album o winach, wartość ok 75 zł

- Wino chętnie wypiję, kiedy zmienicie swoje procedury i zaczniecie rzeczywiście pomagać ludziom, a nie oferować usługi naprawy opony za 1200 zł – odpisał.

I aby nacisnąć na ubezpieczyciela zrobił na swoim profilu na Facebooku konkurs na mema związanego z hasłem firmy: Europ Assistance - taka sytuacja. Załączam najlepsze memy, a będzie ich więcej... – pisze mi czytelnik. 

11953090_10207397751087141_4077109497854738564_n

11903495_10207411109821101_1599038352_n

11950763_10207411109901103_1212156184_n

11910975_10207411109861102_1138161802_n

Album z winami postanowił wykorzystać jako nagrodę w konkursie. Na jednym z memów, przerobiono jednak logo firmy. Dostał wtedy maila:

"Szanowny Panie Pawle,

Rozumiemy Pana niezadowolenie i jest nam przykro z tego powodu, jednak nie możemy się zgodzić na publiczne naruszanie dóbr osobistych naszej firmy. Znak firmowy podlega ochronie, a jego wykorzystanie w celu podważenia reputacji firmy stanowi naruszenie dóbr osobistych i może się spotkać z odpowiednią do naruszenia reakcją."

Więc w odpowiedzi stworzył filmik na YouTube:

 

 - Ja nie walczę o jakąś rekompensatę czy upominek - wiem jak działają firmy ubezpieczeniowe, i chciałbym dać im prztyczka w nos. 99,9% klientów w takich sytuacjach jak moja nic nie zrobi, i oni na tej bierności zarabiają konkretne pieniądze – opowiada pan Paweł.

Kto ma rację?

 Oczywiście infolinia wysłała czytelnika tam gdzie wysłać mogła, zgodnie ze swoimi zasadami. Firma problemu więc nie widzi. I ja to to nawet rozumiem. Takie mają procedury. Pan Paweł z kolei dziwi się jak można tak bez sensu przepalać pieniądze i czas. On chciał po prostu konkretnej pomocy. To również rozumiem. Bo cała sprawa pokazuje jak odklejone od rzeczywistości są właśnie procedury firm ubezpieczeniowych. I jak rozdmuchane stawki warsztatów z nimi współpracujących.

 

16:46, miaczynski
Link Komentarze (8) »
środa, 02 września 2015

Nową kampanię reklamową niemieckiej sieci poprowadzą Karol Okrasa z Dorotą Wellman. Obowiązujący przez trzy lata koncept dwóch wojujących kucharzy (w tej roli Pascal Brodnicki i Karol Okrasa) został wyrzucony do kosza. Kto ich zastąpi? “Dorota, Karol i goście”.

Czyli Dorota Wellman, Karol Okrasa oraz inni. 

Spoty mają być nagrywane w konwencji talk show. Co tydzień do studia/knajpki/kuchni Lidla będą zapraszani nowi goście: celebryci, ale i amatorzy.

Rozmawiać będą o gotowaniu. Wśród gości będą m.in. Stefano Terrazzino (tancerz), Elisabeth Duda (mało znana aktorka zażartowała na konferencji: ja teraz mam bardzo dobre nazwisko). 

Co będą robić goście?

- Przekonywać, że gotować może każdy - wyjaśnia Okrasa.

Nowe spoty będą emitowane w weekendy w TVP. Są długie, bo aż 3,5 minutowe, co oznacza, że kapania kosztować będzie małą fortunę.  Lidl już w tym momencie wydaje najwięcej na reklamę telewizyjną ze wszystkich sieci handlowych. 

Konferencję prasową prowadził Marcin Prokop, którego stawki za takie usługi należą do najwyższych na rynku. W parze z Wellman prowadzi poranki w telewizji TVN. Konwencja śniadaniówki była  na konferencji zachowana. Prokop stwierdzał na przykład że “poprzednia kampania była dziełem sztuki, bądź “wypuściłem Dorotę z gołębnika mego serca”.

Naprawdę zabawnie było raz, kiedy Wellman nieco podirytowana marudzeniem Prokopa wypaliła do niego: uważaj bo zamienię cię na Kuźniara. Śmiali się wszyscy. Prokop też. 

fot._Lidl_nowa_kampania

Wellman ryzykuje

Związki celebryta - sieci handlowe są ryzykowne dla jednych i drugich. Przekonał się o tym choćby Daniel Obrychski. Kiedy wystąpił w reklamach konkurencyjnej sieci “Biedronka” Stowarzyszenie Stop Wyzyskowi - Biedronka zwracało mu uwagę, że nie powinien reklamować sieci, która wyzyskiwała pracowników. "Wielokrotnie grał Pan role Polaków, wielkich patriotów, którzy honor cenili sobie najbardziej. Wierzymy, że jest Pan człowiekiem honoru nie tylko na ekranie" - pisało.

Nie inaczej jest teraz. Wystąpieniem Doroty Wellman w reklamie Lidla już publicznie zdziwił się Klub Jagieloński (organizacja skupiająca studentów i byłych studentów z terenu całego kraju jego ambicją jak twierdzi jest krzewienie patriotyzmu).

W liście do prezenterki Klub pisze, że ceni jej zaangażowanie “w liczne akcje charytatywne i wrażliwość na problemy społeczne.” To postawa - jak zaznacza klub - rzadka w świecie ludzi polskiego show biznesu.

Z tym większym zdziwieniem przyjęliśmy informacje, że zaangażowała się Pani w kampanię reklamową sieci handlowej, której praktyki na polskim rynku budzą liczne wątpliwości zarówno natury ekonomicznej, społecznej jak i moralnej. Znając Pani poglądy wychodzimy z założenia, że w kampanię reklamową Lidla zaangażowała się Pani nie będąc świadoma tych problemów, dlatego pozwalamy sobie je krótko przedstawić.”

Dalej Klub punktuje ,że Lidl znany jest z ograniczania praw pracowniczych czego dowodem są choćby nieudane próby założenia tam związków zawodowych. 

Poza tym produkty sprzedawane w tej sieci są zbyt często importowane.

“Jak pokazują najnowsze badania, udział wyprodukowanych w Polsce produktów w asortymencie Lidla to kolejno: 17% wśród produktów spożywczych, 21% wśród produktów z kategorii chemia i kosmetyki oraz 0% w dziale mrożonki! Dla porównania, w powszechnie krytykowanej w ostatnich tygodniach konkurencyjnej portugalskiej sieci blisko 68% produktów kategorii FMCG to produkty wyprodukowane w Polsce.” - przekonuje organizacja.

Lidl się broni, że pracowników traktuje dobrze, płaci im dużo więcej niż wynosi branżowy standard a cała załoga u nich ma etaty.

Wellman wczoraj zadeklarowała, że ze swojego wynagrodzenia 100 tys. zł na Fundację TVN nie jesteś sam” oraz 200 tys. na inną działalność charytatywną.

Kucharze wyjechali do Chorwacji

Dorocie Wellman bez wątpienia łatwiej było zaangażować się w kampanię Lidla po wielkim sukcesie poprzedniej z Pascalem Brodnickim i Karolem Okrasą. Dwaj kucharze zmienili wizerunek sieci, przenieśli go na wyższy poziom. Udowadniając dzięki przekonującej kreacji, że dyskont może sprzedawać produkty aspirujące do delikatesowych.

Swoją drogą - obaj kucharze mocno naciskali na zarząd Lidla żeby ten zmieniał asortyment dostępny w sklepie, wprowadzając tam chociażby świeże zioła.

- Skoro mamy radzić jak gotować - to chcemy mieć z czego - naciskali na Niemców. Skutecznie.

Lidl rósł razem z nimi. Sieć liczyła pieniądze (rosła szybciej niż konkurencja). Brodnicki z Okrasą stali się celebrytami, którzy mogą teraz odcinać kupony od telewizyjnej popularności wykreowanej przez reklamy.

Koncept dwóch walczących kucharzy wymyślony w Polsce jest realizowany w innych krajach Europy  m.in w Chorwacji. 

Dlaczego go więc zmieniono u nas?  Bo w Polsce zwyczajnie się zestarzał i opatrzył. Lidl musiał wypuścić na rynek coś nowego podejmując ryzyko, że nowa kampania nie będzie tak przełomowa jak poprzednia.

Materiał współtworzył Leszek Kostrzewski 

16:03, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 września 2015

Jeszcze ze dwie dekady temu, no może z dekadę podróże samolotem były dla nas czymś ekscytującym i niecodziennym. Niczym dla 10 latka (no może 12 latka) wizyta w Disneylandzie.

To się zmieniło od kiedy w Polsce pojawiły się tanie linie lotnicze. Mają one tyle samo wad, co zalet. Ale jak ktoś dobrze upoluje bilet, to za niewielkie pieniądze może pofruwać sobie po Europie.

Jedna rzecz łączy jednak tamte i obecne czasy. Co? Oczywiście zakupy. A co się najczęściej kupuje w strefie wolnocłowej? Oczywiście alkohol i perfumy. I tutaj wartko przechodzimy do pani Sylwii, która miała okazję kilka tygodni temu spędzić uroczy ranek, popołudnie oraz późne popołudnie na krakowskim lotnisku Balice w oczekiwaniu na samolot Ryanaira który miał ją przetransportować do Londynu Stansted.

balice2

Nie żeby w tym przypadku linia lotnicza dała ciała, po prostu wszystkie samoloty były opóźnione ze względu na burzę. Czytelniczka nudziła się jak mops. W końcu poszła do sklepu wolnocłowego i zakupiła alkohol. Zakupy dostała w zwykłej reklamówce (co oczywiście będzie dość istotne dla całej historii). A potem to już było tak jak zazwyczaj bywa na lotniskach, sprawdzono pasażerom bilety, zabrano ich do autobusu i żeby nie było zbyt konwencjonalnie po chwili poinformowano, że jednak odlotu nie będzie i trzeba powrócić do terminalu.

Pasażerowie samolotu posiedzieli w tym terminalu pół godzinki. Usłyszeli następnie, że iż samolot odleci najprawdopodobniej dopiero o 17, wiec dostaną vouchery od linii lotniczej, a następnie autobusami przyjadą ponownie do hali przylotów.

Nikt jednak nie wspomniał co zrobić z zakupami. Pani Sylwia zapytała o to ubranego “na zielono” pracownika lotniska.

- Pan stwierdził, ze jeśli mamy paragon to nie będzie problemu. Pani obok powiedziała ze ona paragonu nie posiada, na co Pan: odpowiedział pocieszająco “może Pani spróbować”. Odpowiedź lekko mnie zdziwiła, gdyż moglibyśmy wyjść z zakupami gdziekolwiek i z powrotem wnieść załóżmy butelkę pełną nitrogliceryny, ważne ze mamy paragon. No, ale skoro pracownik służby celnej czy tez granicznej tak mówi, nie będę się z nim spierać - relacjonuje czytelniczka.

10 godzin na lotnisku minęło jak z bicza strzelił. Koło godziny 16 nastąpiła kolejna odprawa. 

Pani Sylwia ustawiła się w kolejce i zaczyna wyjaśniać panu na kontroli bagażu, że jest z opóźnionego samolotu Ryanaira i że ma alkohol ze strefy wolnocłowej i że... tutaj padło strasznie dużo dodatkowych słów. Na co pan z kontroli celnej odpowiedział ze stoickim sposobem, że nie ma problemu, jeśli pani Sylwia ma alkohol zapakowany w tzw. torbę bezpieczną.

- Jak już wspomniałam nikt w sklepie nawet się o niej nie zająknął, ale opowiadam historie ze spotkania z pracownikiem “w zielonym”, na co Pan grzecznie tłumaczy, że niestety, ale nie może mnie z zakupami wpuścić, że musze je wyrzucić - opowiada pani Sylwia

Czytelniczka równie grzecznie poprosiła czy może wobec tego porozmawiać chwilę z jego przełożonym.

Przełożony jednak też był twardy jak głaz.

Na pytanie pani Sylwii dlaczego otrzymała inna odpowiedź w hali przylotów stwierdził “że nie odpowiada za szkolenia innych służb na lotnisku”, dodatkowo, że “takie sytuacje zdarzają się notorycznie”, oraz “że mogłam przyjść do nich to oni by mnie o wszystkim poinformowali I zapakowaliby mi zakupy”. Pytanie: Skąd miałam o tym wiedzieć??? - pyta czytelniczka.

Alkohol zgrabnym ruchem ręki powędrował do kosza (na lotniskach takie odebrane pasażerom rzeczy, przejmują zazwyczaj firmy utylizacyjne).

Czytelniczka jednak postanowiła w tej sprawie napisać do zarządu portu lotniczego.

Ten przeprosił panią Sylwię, ale w sposób jasny wytłumaczył, że:

 balice

„We wszystkich portach lotniczych Unii Europejskiej od 6 listopada 2006 r., obowiązują specjalne regulacje dotyczące płynów i żeli zakupionych w strefie operacyjnej lotniska za punktem kontroli bezpieczeństwa. Ponadto od 31 stycznia 2014 r. obowiązują nowe zasady kontroli bezpieczeństwa substancji płynnych w bagażu podręcznym. Płyny, aerozole i żele zakupione w porcie lotniczym po kontroli bezpieczeństwa muszą zostać zapakowane w szczelnie zamkniętej torebce (STEB) przez obsługę w sklepie wolnocłowym lub na pokładzie samolotu z widocznym dowodem zakupu lub identyfikatorem miejsca zakupu. Ważność szczelnie zamkniętego opakowania po opuszczeniu strefy operacyjnej lotniska wynosi 3 godziny. Oznacza to, że w przypadku gdy pasażerowie opuszczą strefę operacyjną (np. z powodu opóźnienia lotu) i upłynie ważności opakowania (STEB) lub zostanie ono naruszone w czasie 3 godzin od umieszczenia w nim płynów, aerozoli lub żeli, przewożone w ten sposób substancje płynne będą musiały ponownie zostać poddane kontroli bezpieczeństwa.”

Port lotniczy uprzejmie zgodził się z czytelniczką, że: „znacznie wygodniej dla pasażerów byłoby, gdyby sklepy automatycznie pakowały w torebkę STEB każdy sprzedany płyn. Niestety nie ma takich przepisów, które zobligowałyby do tego sklepy. Zgodnie z obowiązującym prawem, obowiązek właściwego przygotowania bagażu (w tym płynów zakupionych na terenie lotniska) spoczywa na pasażerach. Aby zminimalizować ten problem, władze Kraków Airport postanowiły po Pani zgłoszeniu, wzmocnić kampanię informacyjną w tym zakresie, a ponadto zwrócić się do naszych kontrahentów, aby przy każdym zakupie informowały pasażerów o obowiązujących przepisach.”

- I nadal czegoś nie rozumiem: Ja jako pasażer jestem zobligowana przez prawo do ostrożności na każdym kroku i pamiętania o zapakowaniu płynów w torbie bezpiecznej, nawet jeśli lecę pierwszy raz i nie jestem obeznana w przepisach, natomiast sklep i jego obsługa pomimo tego że pracują tam ciągle i prawdopodobnie znają te przepisy, niestety nie są zobligowani przez żadne prawo??? Chyba zbyt długo przebywam na emigracji i odzwyczaiłam się od polskich standardów "frontem do klienta".... - twierdzi pani Sylwia.

Wnioski?

Oczywiście znajdzie się solidna grupa osób, która stwierdzi, że trzeba było czytać, spytać a jak ktoś tego nie robi to ma za swoje. Z drugiej jednak strony wiedza żeby domagać się zapakowania w STEB nie płynie z powietrza tylko z doświadczenia. Tak więc przestrzegam proszę państwa: kupując w wolnocłowym domagajmy się wsadzenia w opakowanie bezpieczne.

To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy.

14:43, miaczynski
Link Komentarze (3) »
środa, 26 sierpnia 2015

Dziś Konfederacja Lewiatan organizacja  lobbująca w interesie przedsiębiorców wypuściła alarmistyczny komunikat prasowy w którym załamuje ręce, że w szkolnych sklepikach nie będzie drożdżówek.

I dobrze, że nie będzie. Nie widzę powodu aby tam miały się znajdować. Dzieci pod względem żywieniowym są durne jak szpadle i najchętniej jadłby sam cukier i tłuszcze. Ot przykład z badań na zlecenie Tesco wynika, że 22 proc. dzieci wśród zdrowej żywności wymienia pączki, 14 proc. batony z czekoladą, 14 proc. napoje gazowane a 11 proc. chipsy!

pczki

Skandalem i tu się zgodzę z Lewiatanem - jest za to tryb uchwalania tych przepisów.

Ustawa uchwalona została w listopadzie 2014 r.

Resort od tej pory zdrowia „intensywnie” pracuje nad aktem wykonawczym do ustawy, który ma określić szczegółowy wykaz co jest dozwolone a co zabronione. Mamy 26 sierpnia, a dzieci z tego co mi wiadomo do szkoły idą 1 września. Tymczasem do tej pory właściciele sklepików szkolnych nie wiedzą jakie produkty będą mogli sprzedawać.

Ta przejaw arogancji i bezmyślności urzędników.

To przejaw ostrej i przewlekłej choroby na jakie cierpi nasze państwo: biegunki legislacyjnej.

Uchwalamy szybko przepisy, które są niepotrzebne i nie rozwiązują systemowo problemu (vide podnoszenie bramek na autostradach), tam zaś gdzie regulacje są potrzebne wydawane są one byle jak i na ostatnią chwilę.   A później i tak przepisy są nowelizowane

Państwo może wprowadzać nowe zasady gry, może uchwalać ustawy, które w trosce o obywatela ograniczają wolny rynek. Ale ma to robić z wyprzedzeniem! Przedsiębiorca ma mieć możliwość wyboru, wstawiam na półki nowe produkty albo zamykam sklep.

----

Co będą być może mogły kupić dzieci w sklepikach?

W projekcie zaopiniowanym przez Rządowe Centrum Legislacji (z 17 sierpnia 2015 r.) pozostawiono wyłącznie możliwość sprzedaży w sklepikach:

1) kanapek na bazie pieczywa razowego lub pełnoziarnistego;

2) sałatek i surówek;

3) mleka bez dodatku cukrów i substancji słodzących;

4) napojów zastępujących mleko zawierających nie więcej niż 10 g cukrów w 100ml produktu oraz o niskiej bądź obniżonej zawartości sodu/soli;

5) produkty mleczne i koktajle na bazie mleka zawierające nie więcej niż 10g cukrów w 100g/ml produktu, bez dodatku substancji słodzących oraz zawierające nie więcej niż 10g tłuszczu w 100g/ml;

6) zbożowe produkty śniadaniowe bez dodatku cukru i substancji słodzących oraz o niskiej bądź obniżonej zawartości sodu/soli;

7) warzywa i owoce – przygotowane do bezpośredniego spożycia, przetworzone bez dodatku cukrów i substancji słodzących;

8) suszone owoce, warzywa, orzechy i nasiona – o ile nie posiadają dodatkowo cukru lub substancji słodzących, soli oraz tłuszczu;

9) soki owocowe, warzywne i owocowo-warzywne, o ile nie posiadają dodatku cukrów lub substancji słodzących, a także posiadają niską bądź obniżoną zawartość sodu/soli;

10 przeciery, musy owocowe, warzywne owocowo-warzywne, o ile nie posiadają dodatku cukrów lub substancji słodzących oraz soli;

11) wody;

12) inne napoje przygotowywane na miejscu (herbata, napary owocowe czy kawa zbożowa), z wyłączną możliwością słodzenia naturalnym miodem pszczelim.

13:55, miaczynski
Link Komentarze (30) »
czwartek, 20 sierpnia 2015

Ze sklepami jest tak, że sprzedają różne rzeczy. I czasami te różne rzeczy wywołują tzw. kontrowersje. Tak też było ostatnio z Biedronką, gdzie Fronda dopatrzyła się promocji homoseksualizmu, bo w jednej książek oferowanych w sieci „nasze dzieci mogą przeczytać w, że homoseksualiści to ludzie czujący pociąg do osób tej samej płci. I widzą zdjęcie uśmiechniętych lesbijek z pieskiem. Wyżej, nad hasłem homoseksualista widnieje hasło homofob, czyli „ktoś, kto nie lubi homoseksualistów”. I oczywiście zdjęcie wściekłego mężczyzny o czerwonej twarzy, który ma zaciśnięte pięści i patrzy z nienawiścią na spacerujące lesbijki.“

Fronda jak ma to w zwyczaju wezwała do bojkotu Biedronki, którego jak znam życie nie posłuchał absolutnie nikt. Bo społeczeństwo generalnie ma podobnego rodzaju apele w pewnej szlachetnej części ciała, która to część ciała budzi niepokój u redaktorów Frondy.

Nie sądzę również żeby ktokolwiek z pracowników Biedronki, głębiej się zastanawiał zamawiając książkę dla dzieci „Mały słownik ważnych pojęć” co, kogo i w jakich konfiguracjach ona promuje.

Sieć myślała tutaj raczej o przyziemnej mamonie i czy to się sprzeda czy nie. Bo od tego jest sklep aby sprzedawać. Sprawa stała się jednak szybciutko na poły polityczna, książkę pbowiem oszedł do Biedronki kupić prezydent Słupska Robert Biedroń. W ten sposób sieć oprócz etykiety tej która ma świetne warzywa (to premier Ewa Kopacz) dołożyła kolejną – że jest przyjazna gejom.

Akurat na ich miejscu z jednej i drugiej bym się ucieszył. Ale co oburza jednego to drugiego już niekoniecznie.

Dostałem ostatnio na przykład sporo maili od czytelników, którzy narzekają na kolejny produkt z Biedronki, a jeszcze konkretniej na jej ostatnie reklamy.

Biedronka w ramach akcji tematycznej „Apetyt na szkołę” reklamuje bowiem tampony.

11912989_1050299978327241_135226521_n

11872615_10207687788612960_567384231_n

" Brakuje jeszcze do kompletu prezerwatyw z Minionkami. Po tym już nic mnie nie zdziwi." czy "Do tej pory powrót do szkoły kojarzył mi się bardziej z zeszytami i książkami, aż tu dzisiaj....  "

Dodam piszą jak na razie sami mężczyźni.  Biedronka poproszona przeze mnie o komentarz odpowiedziała tak:

„Należy zwrócić uwagę, że tytuły folderów akcji tematycznych, w tym „Apetyt  na szkołę” określają motyw przewodni oferty. Proponując produkty w ramach akcji tematycznych, staramy się o dobór artykułów z wielu kategorii, aby trafić w potrzeby jak największej liczby klientów. Z tych powodów, wybór poszczególnych produktów może nie być oczywisty dla niektórych klientów.

W uzupełnieniu powyższego wyjaśnienia, odnosząc się do przypadku tamponów, podkreślamy, że według naszej wiedzy, tampony są artykułami higienicznymi poszukiwanymi przez dziewczęta w wieku szkolnym, chociażby w związku z ich udziałem w zajęciach wychowania fizycznego. Nie widzimy nic kontrowersyjnego
w ofercie wychodzącej naprzeciw takim potrzebom. Być może męska perspektywa, prezentowana przez pytających, nie pozwala na takie spojrzenie na sprawę. Wskazuje na to dość niefortunne zestawienie tamponów z prezerwatywami w przytoczonym komentarzu.”

Wyznam szczerze tampony w gazetce „Biedronki” mnie nie szokują. Ba nie szokowałyby mnie nawet wspomniane prezerwatywy (choć tutaj pewnie jestem w mniejszości). Bo możemy sobie udawać, że pewnych rzeczy i zjawisk nie ma, ale to nie znaczy, że dzięki temu faktycznie one znikają. 

19:48, miaczynski
Link Komentarze (14) »
piątek, 14 sierpnia 2015

Nasz handel może żyć wspomnieniami sprzed II a nawet I wojny światowej sportretowanymi choćby w Lalce Bolesława Prusa gdzie główna bohaterka Izabella Łęcka udaje się do sklepu głównego bohatera niejakiego Wokulskiego i mówi:

- Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki.

- Numerek pięć i pół - odparł wówczas subiekt Maraczewski, na co klientka zaprotestowała ze śmiechem, ale i wyrzutem - Otóż nie. Pięć i trzy czwarte... Już pan zapomniał!...

Subiekt na to odpowiedział z urażoną duma: “Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak rozkazuje pani pięć i trzy czwarte, będę służył w nadziei, że niebawem znowu zaszczyci nas pani swoją obecnością. Bo rękawiczki pięć i trzy czwarte - dodał z lekkim westchnieniem, podsuwając jej kilka innych pudełek - stanowczo zsuną się z rączek...”

Opisywana tam scena nie była li tylko fikcją literacką. Tak handel w Polsce faktycznie wyglądał przez dekady.

Później jednak ten przedwojenny sznyt został przerwany przez władze socjalistyczne, które tradycyjny handel chciały zniszczyć i w końcu zniszczyły. Jeśli można powiedzieć o jakiejś epoce, gdzie klient był traktowany w sklepie jak zło konieczne to był to właśnie PRL.

Jak się jednak okazuje duch socjalistycznych czasów nie zginął.  Ba, ma się nawet całkiem dobrze.

Kapsuła w PRL

- Są takie miejsca i ludzie, którzy przenoszą w czasie lepiej niż wehikuły. Gdyby podejść do tego jak do wycieczki, takiej jak choćby zwiedzanie muzeum PRL’ u, sytuacja którą za chwilę opiszę, wydawałaby się nawet zabawna, niemniej z punktu widzenia klienta w XXI wieku wzbudziła refleksję „no, nie wierzę!” – pisze pani Małgorzata, która kilka dni temu odwiedziła razem z partnerem jeden z warszawskich sklepów sieci Freshmarket.

Sklep otwarty od 6 rano do godziny 23. Traf chciał, że zjawili się tam późno, bo 20 minut po 22.

Wrzucili do koszyka kilka drobiazgów po czym podeszli do kasy chcąc poprosić o zważenie sera w plasterkach i zapłacić.

- Wydawałoby się nic nadzwyczajnego, ale prośba o ukrojenie sera początkowo wzbudza popłoch i rozbawienie (jedna ekspedientka do drugiej mówi w chichotach „a ja już umyłam krajalnicę”), żeby po chwili przejść w odpowiedź ekspedientki: „mogę pani sprzedać w kawałku, bo o tej godzinie już nie kroimy”. Zaskoczona pytam, gdzie znajdę tę informację, czy jest gdzieś zapisana? „Nie, nie jest. Ja pani mówię, że nie kroimy. Może sobie pani kupić ser paczkowany.” Nie chcę kupować sera paczkowanego, ani w kawałku, więc ponawiam prośbę o sprzedaż towaru w formie, która jest mi potrzebna. Otrzymuję odpowiedź, że maszyna do krajania jest już umyta, i że mogę dostać ser w kawałku – opisuje czytelniczka.

Pani Małgorzata zbaraniała. Nie ukrywa, że gdyby przyszli dajmy na to o 22.55 i usłyszeliby pytanie czy na pewno ten ser w plasterkach jest konieczny, czy nie możne tego rozwiązać w inny sposób, bo za pięć minut dziewczyna zamyka sklep i chciałaby pójść do domu, a tak czeka ją półgodzinne mycie krajalnicy to bez sera w plasterkach by się obyli.

Tutaj sytuacja wygląda jednak inaczej.

- Obserwuję dwie młode osoby, ubrane „jak do wyjścia”, nie w stroje służbowe, które poza funkcją wyróżnienia pracownika od klienta pełnią zapewne także role higieniczne, w pozach lekceważących. Jedna z ekspedientek nie wystawiając nosa zza telefonu komórkowego odburkuje, że „my to mamy w dupie, czy ona chce iść do domu, czy nie” – relacjonuje ponuro czytelniczka.

Ponowili pytanie czy zostaną obsłużeni, czy nie. Usłyszeli, że nie. Poprosili więc o imię i nazwisko ekspedientki oraz o kontakt do kierownika. Panie nie podały im jednak żadnej danej, utrzymując, że nie muszą się przedstawiać, a kierownik jest teraz na wakacjach.

Na drzwiach sklepu był kontakt do osoby przeprowadzającej rekrutację do sieci Fresh.

Czytelniczka zadzwoniła. Mimo późnej pory przedstawiciel sieci odebrał telefon i poinformował, że z tego co wie, nie ma takich zasad, że jakikolwiek towar w sklepie ma godzinowe limity sprzedaży.

- Wracamy z informacją do pań ekspedientek. Zastajemy jedną z nich, ale pozostaje niewzruszona. Twierdzi, że to nie jest jej kierownik i ona nam sera nie sprzeda, cytuję: „bo nie!” – opowiada czytelniczka.

Film nagrali i wrzucili na You Tuba.

Nie zdecydowałem się go zamieścić w całości, bo zawiera on twarz ekspedientki.

Zrzut_ekranu_20150814_o_18.28.48

Będzie nagana

Sprawa sera stała się tymczasem sprawą honoru.

Czytelniczka w internecie znalazła kontakt do kierownika. Zapytała , czy faktycznie po 22:00 nie kupi u niego nic w plasterkach? Odpowiedział, że nie dawał żadnych wytycznych co do godzin kiedy sprzedaje się ser krojony a klient powinien być obsłużony w takim zakresie, w jakim potrzebuje, jeśli pojawia się w godzinach pracy sklepu, choćby to była za minutę dwudziesta trzecia.

Ostatecznie kierownik zadzwonił do niej jeszcze raz, poinformował, że pracownice dostały nagany z wpisem do akt a przy najbliższej okazji, jeśli pani Małgorzata pojawi się w sklepie zostanie przeproszona.

- To niesamowite, że takie kapsuły czasu wypierają z rynku miłych sprzedawców, osiedlowych spożywczaków – dziwi się czytelniczka.

Podobnego rodzaju wypieranie dzieje się jednak głównie dlatego, że klienci zamiast dobrej obsługi wolą mieć niskie ceny.

Wnioski

Cała sytuacja oczywiście jest kontrowersyjna. Czy przesadził klient czy przesadziły ekspedientki? To już zależy od indywidualnego osądu. Jak znam życie znajdą się zwolennicy jednej i drugiej strony.

Proszę jednak pamiętać, że mimo wszystko panie, które stały tam za ladą były w pracy. Co oznacza, że biorą pieniądze za to właśnie aby ser pokroić. W godzinach otwarcia sklepu. Z zapisu filmu wynika, też że klienci byli do końca grzeczni i uprzejmi. 

Ale wrzucenie filmu na YT z twarzą ekspedientki to przesada. Moim zdaniem jest to zresztą niezgodne z prawem. Nagrywać owszem można. Ale publikować już nie. 

UPDATE

Dochodzi stanowisko sieci:

- Sytuacja opisana przez Czytelniczkę jest niedopuszczalna i stanowi naruszenie elementarnych standardów obsługi klientów. Przykro mi, że autorka listu spotkała się z zachowaniem, które nie powinno mieć miejsca w żadnej placówce handlowej, niezależnie od pory dnia – wszystkie artykuły oferowane w sklepie muszą być dostępne dla klientów do końca jego funkcjonowania. Jesteśmy przekonani, że ajent sklepu wyciągnie wobec „bohaterek” tej opowieści właściwe konsekwencje.

Dołożymy wszelkich starań aby ta sytuacja nigdy się nie powtórzyła.  Będziemy wdzięczni za możliwość bezpośredniego kontaktu z autorką listu (jeżeli wyrazi na to zgodę). Chcielibyśmy wynagrodzić jej rozczarowanie, jakiego doznała w trakcie zakupów - pisze Jacek Spychała  Dyrektor ds. Public Relations  Żabka Polska.

UPDATE 2

Swoje stanowisko w tej sprawie podesłała jeszcze raz czytelniczka.

"Przede wszystkim dziekuje za "zajecie" sie sprawa, ktora Panu powierzylam. Na zadnym jej etapie nie zalezalo mi i nie zalezy na: karach dla ekspedientek czy oficjalnych przeprosinach ze strony wlasciciela/li sieci. Jesli ktokolwiek powinien byl przwprosic, to panie, ktore zachowaly sie niestosownie zarowno, jako pracownicy, jak i ludzie.

Widzialam wpisy pod arykulem i musze zgodzic sie z tym, ze z naszej strony upublicznienie wizerunku ekspedientki nie bylo wlasciwe, za co przepraszam, a film wroci na YT  po wypikslowaniu twarzy ww. Natomiast nie zgadzam sie z tym, ze wystepowanie podobnych zachowan w USA czy innych miejscach wymienionych przez czytelnika, tlumaczy czyjakolwiek gdziekolwiek opryskliwosc.

Podpisuje sie pod wpisem, w ktorym czytelnik mowi o tym, ze wszyscy pracujemy w jakichs godzinach, i ze nikt nie odpowiada za to, w jakim miejscu znajduja sie ludzie pracujacy w swoich zawodach, i za to ze zarabiaja najnizsza krajowa. To nie powod do bycia niemilym dla kazdego, kto sie akurat nawinie o "niewlasciwej" godzinie. Nie uwazam tez, zebym obrazila ekspedientke, stwierdzajac fakt, ze chyba nie do konca zna sie na tym co robi, bo de facto, w obszarze obslugi klienta ta pani po prostu kompetencji nie ma.

Mysle, ze zamiast przeprosin, niech Zabka przeszkoli wszystkich swoich ekspedientow pod katem komunikowania sie i pracy z klientem. Dzieki temu podobne sytuacje i artykulu maja szanse juz sie nie pojawiac. A tak na prawde o to tu chodzi, a nie o przeprosiny."

 Przy powstaniu tego materiału uczestniczył Leszek Kostrzewski. 

18:34, miaczynski
Link Komentarze (24) »
środa, 05 sierpnia 2015

Ta oferta jest naprawdę intrygująca. Od dwóch dni firma Legimi oferuje czytnik książek za złotówkę. W zamian dostajemy dostęp do 12 tys. e-książek jak podkreśla firma „bez limitu”.

 legimibez1

Czytnik jest podobny nieco do amazonowskiego Kindla. Ma 6 cali, dotykowy ekran, doświetlenie ekranu, rozdzielczość: 1024×758 pikseli (212 dpi) a chodzi pod Androidem 4.2.2. Urządzenie ma 8 GB pamięci wewnętrznej i port microSD (do 32 GB). Oczywiście łączy się z wifi. Jednym słowem - przyzwoity sprzęt, choć pewnie nie najlepszy na rynku.

Oczywiście jest dostępny nie za gołą złotówkę. Trzeba w Legimi jak w sieci komórkowej opłacać co miesiąc abonament. Przy czym oferta „czytnik za złotówkę” jest dostępna tylko wtedy gdy podpiszemy umowę na 24 miesiące. I będziemy płacić 44,99 zł miesięcznie.

legimicennik1

Te 44,99 zł to promocja, później będzie o 5 zł drożej.

Goły czytnik (bez dostępu do całej oferty) kosztuje 549 zł. Czytnik w abonamencie i z dostępem do oferty przez 24 miesiące niespełna 1080 zł.

A gdzie haczyki?

Na jeden zwrócił mi uwagę pan Grzegorz

- Okazało się, że po zakończeniu promocji i zapłaceniu ponad 1000 zł w ciągu dwóch lat, książki nie należą do mnie, oferta wprowadza w błąd i daje wrażenie, że jest całkiem inaczej - pisze czytelnik.

Legimi mu to potwierdziło na Facebooku:

„Po zakończeniu okresu umowy czytnik staje się Pana własnością. Natomiast książki korzystając z naszego abonamentu wypożycza się i czyta poprzez aplikację - nie kupuje Pan pojedynczych książek, kupuje Pan dostęp do nich. Ma Pan do nich dostęp tak długo jak opłaca Pan abonament.”

Czy to jest wprowadzenie w błąd?

Jeśli ktoś wie na jakiej zasadzie działa Legimi, to pewnie do tego modelu jest przyzwyczajony. Ale nowy klient? Może być zaskoczony. Firma też pisze, że e-booki  są „bez limitu”. Jakiś limit jednak jest. Przydałoby się, żeby firma to doprecyzowała.

Druga rzecz na jaką zwracają uwagę potencjalni użytkownicy jest zerwanie umowy.

Jeśli ktoś zerwie umowę po standardowym okresie jej wypowiedzenia (14 dni) musi opłacić pełną wartość czytnika, czyli 549 zł, etui i przesyłki.

 - To, że trzeba spłacić czytnik to zrozumiałe. Tylko dlaczego nie jest uwzględniana kwota, którą się już zapłaciło w formie raty tj. 12 zł przez czas trwania umowy. Nie planuję zrywania umowy jako, że usługa wybitnie mi odpowiada (korzystam z niej już dłuższy czas). Nie jestem jednak w stanie przewidzieć co wydarzy się przez dwa lata. W życiu różnie bywa. Nawet operatorzy komórkowi rozliczają koszt ulgi na czas trwania umowy. Nie jest w porządku gdy pod koniec umowy należy spłacić pełen koszt pomimo iż płaciło się raty za sprzęt doliczane w abonamencie - argumentują klienci Legimi na Facebooku.

Co na to firma?

- To jest osobna oferta i opłata za nią wynosi 44.99 (w przypadku zamówienia w sierpniu) lub 49.99. Abonament jest całościowy, za usługę, a nie rozdzielamy go na ratę za czytnik i abonament za książki. Zerwanie tej umowy skutkuje po prostu koniecznością zapłacenia pełnej wartości czytnika - twierdzi Legimi.

Reasumując dla osób, które dużo czytają jest to bardzo ciekawa propozycja. Trzeba jednak uważać na te dwa kruczki. Na pewno nie opłaca się zrywać umowy przed czasem,

No i trzeba pamiętać że z książek korzystamy tylko przez okres opłacania abonamentu.

16:44, miaczynski
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78