Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
piątek, 14 sierpnia 2015

Nasz handel może żyć wspomnieniami sprzed II a nawet I wojny światowej sportretowanymi choćby w Lalce Bolesława Prusa gdzie główna bohaterka Izabella Łęcka udaje się do sklepu głównego bohatera niejakiego Wokulskiego i mówi:

- Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki.

- Numerek pięć i pół - odparł wówczas subiekt Maraczewski, na co klientka zaprotestowała ze śmiechem, ale i wyrzutem - Otóż nie. Pięć i trzy czwarte... Już pan zapomniał!...

Subiekt na to odpowiedział z urażoną duma: “Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak rozkazuje pani pięć i trzy czwarte, będę służył w nadziei, że niebawem znowu zaszczyci nas pani swoją obecnością. Bo rękawiczki pięć i trzy czwarte - dodał z lekkim westchnieniem, podsuwając jej kilka innych pudełek - stanowczo zsuną się z rączek...”

Opisywana tam scena nie była li tylko fikcją literacką. Tak handel w Polsce faktycznie wyglądał przez dekady.

Później jednak ten przedwojenny sznyt został przerwany przez władze socjalistyczne, które tradycyjny handel chciały zniszczyć i w końcu zniszczyły. Jeśli można powiedzieć o jakiejś epoce, gdzie klient był traktowany w sklepie jak zło konieczne to był to właśnie PRL.

Jak się jednak okazuje duch socjalistycznych czasów nie zginął.  Ba, ma się nawet całkiem dobrze.

Kapsuła w PRL

- Są takie miejsca i ludzie, którzy przenoszą w czasie lepiej niż wehikuły. Gdyby podejść do tego jak do wycieczki, takiej jak choćby zwiedzanie muzeum PRL’ u, sytuacja którą za chwilę opiszę, wydawałaby się nawet zabawna, niemniej z punktu widzenia klienta w XXI wieku wzbudziła refleksję „no, nie wierzę!” – pisze pani Małgorzata, która kilka dni temu odwiedziła razem z partnerem jeden z warszawskich sklepów sieci Freshmarket.

Sklep otwarty od 6 rano do godziny 23. Traf chciał, że zjawili się tam późno, bo 20 minut po 22.

Wrzucili do koszyka kilka drobiazgów po czym podeszli do kasy chcąc poprosić o zważenie sera w plasterkach i zapłacić.

- Wydawałoby się nic nadzwyczajnego, ale prośba o ukrojenie sera początkowo wzbudza popłoch i rozbawienie (jedna ekspedientka do drugiej mówi w chichotach „a ja już umyłam krajalnicę”), żeby po chwili przejść w odpowiedź ekspedientki: „mogę pani sprzedać w kawałku, bo o tej godzinie już nie kroimy”. Zaskoczona pytam, gdzie znajdę tę informację, czy jest gdzieś zapisana? „Nie, nie jest. Ja pani mówię, że nie kroimy. Może sobie pani kupić ser paczkowany.” Nie chcę kupować sera paczkowanego, ani w kawałku, więc ponawiam prośbę o sprzedaż towaru w formie, która jest mi potrzebna. Otrzymuję odpowiedź, że maszyna do krajania jest już umyta, i że mogę dostać ser w kawałku – opisuje czytelniczka.

Pani Małgorzata zbaraniała. Nie ukrywa, że gdyby przyszli dajmy na to o 22.55 i usłyszeliby pytanie czy na pewno ten ser w plasterkach jest konieczny, czy nie możne tego rozwiązać w inny sposób, bo za pięć minut dziewczyna zamyka sklep i chciałaby pójść do domu, a tak czeka ją półgodzinne mycie krajalnicy to bez sera w plasterkach by się obyli.

Tutaj sytuacja wygląda jednak inaczej.

- Obserwuję dwie młode osoby, ubrane „jak do wyjścia”, nie w stroje służbowe, które poza funkcją wyróżnienia pracownika od klienta pełnią zapewne także role higieniczne, w pozach lekceważących. Jedna z ekspedientek nie wystawiając nosa zza telefonu komórkowego odburkuje, że „my to mamy w dupie, czy ona chce iść do domu, czy nie” – relacjonuje ponuro czytelniczka.

Ponowili pytanie czy zostaną obsłużeni, czy nie. Usłyszeli, że nie. Poprosili więc o imię i nazwisko ekspedientki oraz o kontakt do kierownika. Panie nie podały im jednak żadnej danej, utrzymując, że nie muszą się przedstawiać, a kierownik jest teraz na wakacjach.

Na drzwiach sklepu był kontakt do osoby przeprowadzającej rekrutację do sieci Fresh.

Czytelniczka zadzwoniła. Mimo późnej pory przedstawiciel sieci odebrał telefon i poinformował, że z tego co wie, nie ma takich zasad, że jakikolwiek towar w sklepie ma godzinowe limity sprzedaży.

- Wracamy z informacją do pań ekspedientek. Zastajemy jedną z nich, ale pozostaje niewzruszona. Twierdzi, że to nie jest jej kierownik i ona nam sera nie sprzeda, cytuję: „bo nie!” – opowiada czytelniczka.

Film nagrali i wrzucili na You Tuba.

Nie zdecydowałem się go zamieścić w całości, bo zawiera on twarz ekspedientki.

Zrzut_ekranu_20150814_o_18.28.48

Będzie nagana

Sprawa sera stała się tymczasem sprawą honoru.

Czytelniczka w internecie znalazła kontakt do kierownika. Zapytała , czy faktycznie po 22:00 nie kupi u niego nic w plasterkach? Odpowiedział, że nie dawał żadnych wytycznych co do godzin kiedy sprzedaje się ser krojony a klient powinien być obsłużony w takim zakresie, w jakim potrzebuje, jeśli pojawia się w godzinach pracy sklepu, choćby to była za minutę dwudziesta trzecia.

Ostatecznie kierownik zadzwonił do niej jeszcze raz, poinformował, że pracownice dostały nagany z wpisem do akt a przy najbliższej okazji, jeśli pani Małgorzata pojawi się w sklepie zostanie przeproszona.

- To niesamowite, że takie kapsuły czasu wypierają z rynku miłych sprzedawców, osiedlowych spożywczaków – dziwi się czytelniczka.

Podobnego rodzaju wypieranie dzieje się jednak głównie dlatego, że klienci zamiast dobrej obsługi wolą mieć niskie ceny.

Wnioski

Cała sytuacja oczywiście jest kontrowersyjna. Czy przesadził klient czy przesadziły ekspedientki? To już zależy od indywidualnego osądu. Jak znam życie znajdą się zwolennicy jednej i drugiej strony.

Proszę jednak pamiętać, że mimo wszystko panie, które stały tam za ladą były w pracy. Co oznacza, że biorą pieniądze za to właśnie aby ser pokroić. W godzinach otwarcia sklepu. Z zapisu filmu wynika, też że klienci byli do końca grzeczni i uprzejmi. 

Ale wrzucenie filmu na YT z twarzą ekspedientki to przesada. Moim zdaniem jest to zresztą niezgodne z prawem. Nagrywać owszem można. Ale publikować już nie. 

UPDATE

Dochodzi stanowisko sieci:

- Sytuacja opisana przez Czytelniczkę jest niedopuszczalna i stanowi naruszenie elementarnych standardów obsługi klientów. Przykro mi, że autorka listu spotkała się z zachowaniem, które nie powinno mieć miejsca w żadnej placówce handlowej, niezależnie od pory dnia – wszystkie artykuły oferowane w sklepie muszą być dostępne dla klientów do końca jego funkcjonowania. Jesteśmy przekonani, że ajent sklepu wyciągnie wobec „bohaterek” tej opowieści właściwe konsekwencje.

Dołożymy wszelkich starań aby ta sytuacja nigdy się nie powtórzyła.  Będziemy wdzięczni za możliwość bezpośredniego kontaktu z autorką listu (jeżeli wyrazi na to zgodę). Chcielibyśmy wynagrodzić jej rozczarowanie, jakiego doznała w trakcie zakupów - pisze Jacek Spychała  Dyrektor ds. Public Relations  Żabka Polska.

UPDATE 2

Swoje stanowisko w tej sprawie podesłała jeszcze raz czytelniczka.

"Przede wszystkim dziekuje za "zajecie" sie sprawa, ktora Panu powierzylam. Na zadnym jej etapie nie zalezalo mi i nie zalezy na: karach dla ekspedientek czy oficjalnych przeprosinach ze strony wlasciciela/li sieci. Jesli ktokolwiek powinien byl przwprosic, to panie, ktore zachowaly sie niestosownie zarowno, jako pracownicy, jak i ludzie.

Widzialam wpisy pod arykulem i musze zgodzic sie z tym, ze z naszej strony upublicznienie wizerunku ekspedientki nie bylo wlasciwe, za co przepraszam, a film wroci na YT  po wypikslowaniu twarzy ww. Natomiast nie zgadzam sie z tym, ze wystepowanie podobnych zachowan w USA czy innych miejscach wymienionych przez czytelnika, tlumaczy czyjakolwiek gdziekolwiek opryskliwosc.

Podpisuje sie pod wpisem, w ktorym czytelnik mowi o tym, ze wszyscy pracujemy w jakichs godzinach, i ze nikt nie odpowiada za to, w jakim miejscu znajduja sie ludzie pracujacy w swoich zawodach, i za to ze zarabiaja najnizsza krajowa. To nie powod do bycia niemilym dla kazdego, kto sie akurat nawinie o "niewlasciwej" godzinie. Nie uwazam tez, zebym obrazila ekspedientke, stwierdzajac fakt, ze chyba nie do konca zna sie na tym co robi, bo de facto, w obszarze obslugi klienta ta pani po prostu kompetencji nie ma.

Mysle, ze zamiast przeprosin, niech Zabka przeszkoli wszystkich swoich ekspedientow pod katem komunikowania sie i pracy z klientem. Dzieki temu podobne sytuacje i artykulu maja szanse juz sie nie pojawiac. A tak na prawde o to tu chodzi, a nie o przeprosiny."

 Przy powstaniu tego materiału uczestniczył Leszek Kostrzewski. 

18:34, miaczynski
Link Komentarze (24) »
środa, 05 sierpnia 2015

Ta oferta jest naprawdę intrygująca. Od dwóch dni firma Legimi oferuje czytnik książek za złotówkę. W zamian dostajemy dostęp do 12 tys. e-książek jak podkreśla firma „bez limitu”.

 legimibez1

Czytnik jest podobny nieco do amazonowskiego Kindla. Ma 6 cali, dotykowy ekran, doświetlenie ekranu, rozdzielczość: 1024×758 pikseli (212 dpi) a chodzi pod Androidem 4.2.2. Urządzenie ma 8 GB pamięci wewnętrznej i port microSD (do 32 GB). Oczywiście łączy się z wifi. Jednym słowem - przyzwoity sprzęt, choć pewnie nie najlepszy na rynku.

Oczywiście jest dostępny nie za gołą złotówkę. Trzeba w Legimi jak w sieci komórkowej opłacać co miesiąc abonament. Przy czym oferta „czytnik za złotówkę” jest dostępna tylko wtedy gdy podpiszemy umowę na 24 miesiące. I będziemy płacić 44,99 zł miesięcznie.

legimicennik1

Te 44,99 zł to promocja, później będzie o 5 zł drożej.

Goły czytnik (bez dostępu do całej oferty) kosztuje 549 zł. Czytnik w abonamencie i z dostępem do oferty przez 24 miesiące niespełna 1080 zł.

A gdzie haczyki?

Na jeden zwrócił mi uwagę pan Grzegorz

- Okazało się, że po zakończeniu promocji i zapłaceniu ponad 1000 zł w ciągu dwóch lat, książki nie należą do mnie, oferta wprowadza w błąd i daje wrażenie, że jest całkiem inaczej - pisze czytelnik.

Legimi mu to potwierdziło na Facebooku:

„Po zakończeniu okresu umowy czytnik staje się Pana własnością. Natomiast książki korzystając z naszego abonamentu wypożycza się i czyta poprzez aplikację - nie kupuje Pan pojedynczych książek, kupuje Pan dostęp do nich. Ma Pan do nich dostęp tak długo jak opłaca Pan abonament.”

Czy to jest wprowadzenie w błąd?

Jeśli ktoś wie na jakiej zasadzie działa Legimi, to pewnie do tego modelu jest przyzwyczajony. Ale nowy klient? Może być zaskoczony. Firma też pisze, że e-booki  są „bez limitu”. Jakiś limit jednak jest. Przydałoby się, żeby firma to doprecyzowała.

Druga rzecz na jaką zwracają uwagę potencjalni użytkownicy jest zerwanie umowy.

Jeśli ktoś zerwie umowę po standardowym okresie jej wypowiedzenia (14 dni) musi opłacić pełną wartość czytnika, czyli 549 zł, etui i przesyłki.

 - To, że trzeba spłacić czytnik to zrozumiałe. Tylko dlaczego nie jest uwzględniana kwota, którą się już zapłaciło w formie raty tj. 12 zł przez czas trwania umowy. Nie planuję zrywania umowy jako, że usługa wybitnie mi odpowiada (korzystam z niej już dłuższy czas). Nie jestem jednak w stanie przewidzieć co wydarzy się przez dwa lata. W życiu różnie bywa. Nawet operatorzy komórkowi rozliczają koszt ulgi na czas trwania umowy. Nie jest w porządku gdy pod koniec umowy należy spłacić pełen koszt pomimo iż płaciło się raty za sprzęt doliczane w abonamencie - argumentują klienci Legimi na Facebooku.

Co na to firma?

- To jest osobna oferta i opłata za nią wynosi 44.99 (w przypadku zamówienia w sierpniu) lub 49.99. Abonament jest całościowy, za usługę, a nie rozdzielamy go na ratę za czytnik i abonament za książki. Zerwanie tej umowy skutkuje po prostu koniecznością zapłacenia pełnej wartości czytnika - twierdzi Legimi.

Reasumując dla osób, które dużo czytają jest to bardzo ciekawa propozycja. Trzeba jednak uważać na te dwa kruczki. Na pewno nie opłaca się zrywać umowy przed czasem,

No i trzeba pamiętać że z książek korzystamy tylko przez okres opłacania abonamentu.

16:44, miaczynski
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2015

Pani Monika miała tego pecha, że na początku maja trafiła do szpitala. A że nie lubi piżam i nie miała w czym leżeć - mąż kupił jej w Reserved dwie pary spodni dresowych i zapłacił za nie kartą.

Spodnie nie wytrzymały powagi sytuacji. Po dziesięciu dniach ciągłego, choć niespecjalnie intensywnego używania w jednych podkreślam - SPODNIACH odpadł metalowy nap przy sznurku ściągającym.

Wraz ze sznurkiem z wnętrza odzieży wychylił się papier? materiał używany przy wykrojach?   Wyglądało to w sumie mało estetycznie.

W drugiej parze - znów dodam SPODNI - poszedł zaś szew wewnątrz kieszeni. - Leżałam niczego w kieszeniach nie nosiłam - zaznacza czytelniczka. Po wyjściu ze szpitala zgłosiła reklamację na obie pary. SPODNI rzecz jasna. Na wszelki wypadek to podkreślę, po raz kolejny bo to dość istotny element w tej historii.

reserved1reserved2

Po dziesięciu dniach dostała odmowę. Co prawda dotyczyła ona tylko jeden reklamacji (nie wiadomo co z drugą), ale pies drapał odmowę.

W odpowiedzi mowa jest o BUTACH (!). O proszę.

reserved3

- Wygląda na gotową formatkę - ciekawe czy wadliwy towar w ogóle jest przeglądany - pisze mi oburzona czytelniczka.

Ciśnienie jej wzrosło, na skrzydłach hmmm zdenerwowania poleciała do sklepu, gdzie po odczekaniu 20 minut na kierowniczkę napisała odwołanie.

A dalej to już były kwiatki, pszczółki itp. bo sieć speszona swoją pierwszą reakcją tym razem reklamację już uznała.

- Udałam się kolejny raz do sklepu, tylko po to żeby usłyszeć, że do zwrotu konieczna jest karta płatnicza, której użyto podczas zakupu. Według pani kierownik informacja o tym znajduje się w regulaminie sklepu - sprawdziłam, nie ma takiego zapisu.

Tego samego dnia z kartą przyjechał mąż, po wyjaśnieniu o co chodzi kierowniczka bez słowa (nawet zwykłego "dzień dobry") część pieniędzy przelała na konto, a część zwróciła w gotówce - relacjonuje czytelniczka.

I dodaje:

- Zniesmaczona sytuacją   napisałam przez fb do centrali Reserved, opisując przebieg reklamacji, zachowanie kierowniczki, z zapytaniem czy karta faktycznie była potrzebna. O 9:50 następnego dnia otrzymałam następującą odpowiedź (nie przypominam sobie, żebym z kimś przechodziła na "ty"):

Moniko,

Bardzo nam przykro, że taka sytuacja miała miejsce. Przepraszamy za całe zajście. Dziękujemy za Twoją wiadomość, przekażemy ją do odpowiedniego działu.

Pozdrawiamy

Reserved

A o 11.49 podesłano jeszcze jedną wiadomość

Moniko,

Jeszcze raz bardzo Cię przepraszamy za zaistniałą sytuację, nie powinna mieć ona miejsca. Zapewniamy Cię, że całe zajście zostanie wyjaśnione pod nadzorem kierownika regionalnego.

Pozdrawiamy

Reserved

- Tego samego dnia kolejny raz poprosiłam o potwierdzenie, czy karta była potrzebna, ale żadnej odpowiedzi już nie dostałam... - pisze czytelniczka.

I ja jestem w stanie zrozumieć, że sklepowi na kartę pieniądze zwraca się dużo łatwiej.

Wnioski

I rozumiem, że młodzieżowa marka może mieć na Facebooku takiego stajla, że do klientów zwraca się po imieniu,  

Ale przyznam szczerze trochę zwątpiłem czy ktokolwiek zaglądał za pierwszym razem do jej reklamacji. A jak Państwo sądzą? Mieli Państwo podobne przypadki w Reserved? 

W końcu sieć wszystkie przypadki bada w sposób indywidualny....

 

17:37, miaczynski
Link Komentarze (7) »
piątek, 03 lipca 2015

Brytyjski dziennik Guardian właśnie wypalił, że Lidl i Kaufland należące do jednej z najbogatszych rodzin w Niemczech pożyczyły prawie miliard dolarów na rozwój we wschodniej Europie m.in. od Europejskiego  Banku Odbudowy i Rozwoju po to aby zapewnić mieszkańcom tych krajów tanią żywność. 

Chodzi o tanie jedzenie

Pieniądze Lidl otrzymywał przez ostatnią dekadę z dwóch źródeł. Po pierwsze od International Finance Corporation (IFC) , powiązanej z Bankiem Światowym. Po drugie z Europejskiego Bank Odbudowy i Rozwoju.

Obie instytucje ufundowane przez podatników a kontrolowane przez rządy mają wspierać rozwój gospodarczy w krajach przechodzących transformację ustrojową.

Bank Światowy na dodatek ma starać się ograniczać biedę na świecie. Banki przekonują, że pieniądze dla Lidla i jej siostrzanej spółki Kauflanda miały pomóc w rozwoju obu sieci w centralnej i wschodniej Europie, utworzyć nowe miejsca pracy, otworzyć nowe rynki zbytu dla lokalnych producentów oraz zaoferować dobrą jakościowo żywność dla biednych ludzi.

Komu daliście , wstydu nie macie

Dziennikarze "the Guardian" podkreślają problemy niemieckiego właściciela z przestrzeganiem praw pracowniczych. W Wielkiej Brytanii, gdzie Lidl ma powyżej 600 sklepów w ubiegłym roku na nagłówkach gazet pojawiła się informacja, ze polskiemu personelowi w sklepach w Szkocji zabroniono rozmawiania w pracy po polsku, nawet jeśli klient sklepu pochodził z naszego kraju.

Dziennik cytuje też Alfreda Bujarę szefa sekcji handlowej Solidarności, który zarzuca Lidlowi w Polsce, że pracownicy , którzy chcą przystąpić do związków są zastraszani a kierownicy traktują ich agresywnie. 

Cytowany w tekście pracownik skarży się z kolei na przepracowanie.

I fakt jest bezsporny Lidl, zwłaszcza Lidl wobec związków zawodowych wychodzi z pozycji siły. Jego komunikat jest następujący: załodze będziemy płacić lepiej niż wynosi rynkowa średnia. I faktycznie płace w Lidlu należą do jednych z najwyższych w tej branży.

Ale związki u nas nie są mile widziane (tak, tak wiem centrala twierdzi, że są otwarci na dialog z działaczami).

Zrzut_ekranu_20150703_o_15.53.12

Ile na Polskę?

Oczywiście można się długo i błyskotliwie zastanawiać czy Dieter Schwarz, jeden z najbogatszych ludzi świata (jego majątek ocenia się na ok. 21 mld. dolarów), potrzebował takiej pomocy ze strony banków i czy sklepów nie był w stanie postawić sam.

Pierwsze pieniądze dla Grupy - 100 mln dolarów poszły z IFC w 2004 roku. Zostały wydane m.in na ekspansję w Polsce.

Kolejna transza z 2009 roku - 75 mln dolarów poszła na rozwój sieci w Bułgarii oraz Rumunii. W 2011 - 66 mln dolarów dostał Lidl w Rumunii a w  2013 ponad 105 mln zostało pożyczone na rozwój w Bułgarii i Chorwacji oraz na otworzenie pierwszych sklepów w Serbii.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju z kolei współfinansowywał razem z komercyjnymi bankami projekty Lidla i Kauflanda na kwotę powyżej 700 mln. dolarów (pół miliarda z tego wyłożył sam). Pieniądze w części (nie wiadomo jak dużej i kiedy) zostały wydane też w Polsce.

Czy ta pomoc miała sens?

Menagerom Grupy się nie dziwię. Skoro ktoś może im pożyczyć pieniądze na preferencyjnych warunkach to żal byłoby nie brać. Ale czy faktycznie wpompowanie pieniędzy w nasz rynek handlowy sprawiło, że żywność jest bardziej dostępna dla osób niezamożnych?

Gilles Mettetal z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju odpierał zarzuty dziennika przekonując, że w momencie kiedy wspierali Grupę pożyczkami dyskontowy model handlu we wspomnianych krajach nie istniał.

- Daliśmy im kredyt. Oni owszem byli raczej agresywną nastawioną na zysk firmą, ale z drugiej strony dawali ludziom dostęp do produktów, których nie mieliby oni szansy inaczej zdobyć – twierdzi Mettetal.

Bez wątpienia w ciągu ostatniej dekady nastąpiła całkowita zmiana modelu handlu w Polsce.

Dyskonty – przede wszystkim Biedronka, ale również i Lidl (rywalizacja między tymi dwoma sieciami wyznacza kierunki zmian, kiedy jedna z nich mówi skakać, reszta sieci pyta jak wysoko).

Żywność mamy obecnie najtańszą w Europie (inną kwestią jest jednak relacja tych cen do naszej siły nabywczej i tu już tak różowo nie jest). I ta tania żywność również w przeważającej części jest efektem dyskontowego modelu handlu narzuconego przez Portugalczyków oraz Niemców.

Po prostu wyciskają z dostawców siódme soki.

Czy Niemcy zatrudniają pracowników w Polsce?

Oczywiście. Sam Lidl ponad 14 tys. I bez wątpienia jest to powód do domu dla sieci. Można się również zastanawiać ile miejsc pracy zostało zlikwidowanych przez ekspansję nowoczesnego handlu. Ale proszę państwa proszę również pamiętać, że to gminy decydują o tym kogo na swój teren wpuszczają a kogo nie (dajmy na to Wadim Tyszkiewicz prezydent Nowej Soli sieci do siebie nie wpuszczał przez 12 lat) .

Czy Lidl by zainwestował w Polsce bez wsparcia ze strony  IFC i EBOiR? Ależ oczywiście, że tak. Nawet w okolicach 2004 roku byliśmy dużym, politycznie stabilnym krajem, który dawał szansę na niezłe pieniądze. Podobnie jest z Bułgarią, Rumunią, Chorwacją i Serbią (pieniądze na rozwój sklepów w tym krajach pożyczono stosunkowo niedawno).

Grupa Schwarz bez wątpienia zrobiła dobry interes. Czy IFC i EBOiR? Nie sądzę. 

15:53, miaczynski
Link Komentarze (23) »
wtorek, 30 czerwca 2015

Są dwa sposoby spędzania wakacji.

Pierwszy to belgijski. Przyjeżdżamy, wrzucamy rzeczy do pokoju i okopujemy się dookoła basenu robiąc barykadę z leżaków i butelek po napojach. Dwa tygodnie później wstajemy z leżaka, pakujemy rzeczy do walizek i wracamy do domu.

Drugi sposób to opcja globtroter. Musimy zobaczyć wszystko, WSZYSTKO, WSZYSTKO!!!! Robimy rajd po wszystkich okolicznych miastach i wioskach ze szczególnym uwzględnieniem malowniczych ruin. A później selfie.

W tym drugim wariancie możemy nieco potrzebować telefonu komórkowego. Bo czasami trzeba coś sprawdzić na mapach googla, albo dowiedzieć się czegoś czego nie ma w przewodniku.

I tutaj dochodzimy do pana Karola.

Czytelnik pojechał na wczasy,

Turcja, jacht. Tak, też zazdroszczę. - Korzystam z telefonu Orange, ściągam również pliki grib wskazane dla bezpieczeństwa żeglugi - pisze pan Karol.

Pliki grib, to w uproszczeniu pliki z mapą pogodową na morzu. Ale...

- Wzrasta transfer danych i ilość rozmów, smsów również z prognoza pogody konieczne na jachcie. Firma Orange dochodzi do wniosku, że moja aktywność wzrosła ponad miarę i blokuje telefon do czasu dokonania przedpłaty 600zł. Wyłącza i koniec, bez uprzedzenia. Jak dokonać przedpłaty, kiedy straciłem dostęp do internetu? - zastanawia się czytelnik.

Płynie więc ileś tam mil morskich do portu. Pan Karol znajduje kawiarenkę z internetem. I tutaj niespodzianka numer dwa.

Jak zrobić przelew?

Kod konieczny do potwierdzenia przelewu przychodzi jak? Oczywiście smsem na telefon czytelnika. Który aktualnie przypomina  dość oryginalną płytkę łazienkową, bo dzwonić ani odbierać sms na nim nie można. Pan Karol na gwałt zaczął szukać kogoś kto wyłoży za niego pieniądze.

Udało mu się, wykonał w końcu przelew. Ale telefonu nie odblokowano. - Podobno mają na to 24h, chyba że prześlę maila z potwierdzeniem przelewu. Wysyłam - nie zadziałało, czekam 24 h tez nie odblokowali - relacjonuje ponuro czytelnik.

- Łączę się z numerem do spraw windykacji firmy Orange. Uprzejmy glos automatu informuje, że blokada dotyczy płatności za rozmowy krajowe, które powinienem zapłacić... 10 dni później - opisuje pan Karol.

Telefon udało mu się odblokować, gdy wrócił do Polski i porozmawiał z panią z Biura Obsługi Klienta.   - Złożyłem reklamację. Odrzucili. Wszystko dobyło się zgodnie z procedurami i standardami Orange. A wystarczałoby ostrzec. Rośnie Twój rachunek zbyt mocno. Prosimy o wpłatę zaliczki a przy jej braku po wzroście rachunku o kolejne 30 zł zablokujemy numer - konkluduje pan Karol.

Co na to wszystko Orange? Też chciałbym wiedzieć. Ale sieć nie udzieliła mi odpowiedzi na prośbę o komentarz do sprawy. 

Zamieszczam z ostrzeżeniem dla wszystkich, których mają zamiar pościągać sobie dane za granicą.

UPDATE

Dochodzi stanowisko Orange:

Przepraszam klienta za kłopoty jakich doświadczył w wyniku wyłączenia telefonu.

Celem naszych działań w takich sytuacjach zawsze jest bezpieczeństwo zarówno użytkownika jak i firmy, aby nie dochodziło do ewentualnych nadużyć. Jednak w tym konkretnym przypadku okazaliśmy się zbyt nadgorliwi, chociaż postępowaliśmy zgodnie z obowiązującymi regulaminami.

Dlatego dokładnie przeanalizujemy przypadek, aby podobne sytuacje się nie powtórzyły, zwłaszcza kiedy dotyczą niestandardowych sytuacji, jak opisana przez klienta.” - napisał mi rzecznik Orange Wojtek Jabczyński

12:26, miaczynski
Link Komentarze (29) »
niedziela, 28 czerwca 2015

Telekomy są cwane. Wiedzą doskonale, że straszliwie nie lubimy dostawać reklamowego bełkotu, którym one z kolei uwielbiają nas faszerować w imieniu swoim i firm, które im za to zapłacą.

Ku czci mamony i jak najwyższego ROI.

Jak mieć ciastko i zjeść ciastko? Telekomy dobrze wiedzą, że ryb nie łowi się na truskawki, bo ryby nie lubią truskawek. Co lubią ryby? Tłuste robaki.

Co lubią klienci telekomów? Zniżki na abonament.

Więc dają nam takie zniżki za dobrowolną i nieprzymuszoną zgodę na połykania różnego rodzaju reklamowego bełkotu (a może kredycik? a może garneczek? A może granie na czekanie, a może tuzin szwedzkich widelców z wikliny?).

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.24.28

Przypomina to proces produkcji foie gras, gdzie kaczkom i gęsiom  wtyka się w przełyk sondę i wpuszcza na siłę paszę.

W Orange dostajemy za to 5,99 zł rabatu miesięcznie.

 Zrzut_ekranu_20150627_o_21.30.51

W T- Mobile - 5 zł rabatu.

 Zrzut_ekranu_20150627_o_21.21.11

W Play - 5,99 zł rabatu.

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.25.55 

Jedyną siecią w której nie zauważyłem podobnego ustrojstwa był Plus. Ale nie doklikałem do końca zamówienia (jeśli ktoś z państwa coś wie na ten temat to proszę o kontakt).

Proszę zwrócić zresztą uwagę jak idealnie jest wykalkulowana ta kwota. Przy 3 zł zniżce, wiele osób parsknęłoby śmiechem i odpowiedziało, że ich godność osobista jest warta więcej.

Ale 5 zł? Albo prawie 6 zł? To już zupełnie inna historia.

Dodam, że z tego mojego przeklikiwania się wynikało, że w każdej chwili jestem w stanie wybrać wyższy abonament bez reklam. Czyli teoretycznie mam wybór. Nie jestem do niczego zmuszany. Prawda?

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.27.42

W końcu możesz konsumencie powiedzieć – nie,  no pasaran i płacić te 60 zł czy 72 zł rocznie więcej. A, że nie chcesz płacić? Twój wybór. Tak się tylko zastanawiam, czy to na pewno mój, skoro ofertę z rabatem za zgody marketingowe dostaję jako opcję pierwszego wyboru.

Stawiam obiad w Agorze (dwudaniowy a niech stracę z deserem!), że jakieś 90 proc. klientów godzi się właśnie na taką a nie inną opcję.

Reasumując - umowa bez reklam, jest tu nie opcją podstawową, ale specjalną, ekstra płatną.

I to niestety trend, który będzie się rozwijał. Coraz częściej będziemy musieli zapłacić więcej za możliwość korzystania z usługi bez dodatkowego karmienia paszą.

Czekam na przykład, kiedy kina za 5 czy 10 zł więcej wprowadzą możliwość obejrzenia filmu bez półgodzinnego bloku reklamowego.

09:25, miaczynski
Link Komentarze (13) »
środa, 24 czerwca 2015

Byłem niedawno na konferencji, gdzie specjaliści od technologii wraz ze specami od  sprzedawania zastanawiali się w jaki sposób wykorzystywać te wszystkie nowoczesne zabawki, które nosimy przy sobie. A także jakie elektroniczne zabawki można zainstalować w sklepie.

Można tam wsadzić dajmy na to systemy kamer z funkcją map ciepła. Pozwalają poznać i przeanalizować zachowania kupujących. Taka kamera pracowicie śledzi  jakie trasy wybierają klienci, przy których półkach spędzają najwięcej czasu, jak długo czekają w kolejce do kasy itp.

Dzięki specjalnej aplikacji dane zliczane są w czasie rzeczywistym (dla przykładu: jeśli kamera wyłapie, że sporo osób zainteresoanych jest produktem x, odpowiedni pracownik sklepu otrzyma informację, żeby uzupełnił zapas produktu na półce). Obrót rośnie, właściciel zaciera ręce a jak już wsadzi na taką półkę do której klienci mają specjalne zamiłowanie coś atrakcyjnego to ho ho!

Bekony nadchodzą

Innym rozwiązaniem są  beacony, nazwane przeze mnie w tytule tekstu bekonami. Przypomina to bowiem łowienie klienta na plasterek świeżo smażonego boczku. Klient czuje, zapach i zaczyna za nim iść, kierując się nosem. 

W wersji dla wegetarian -  niezłym wyjaśnieniem działania beaconów może być latarnia morska. Po co jest latarnia morska? Po to aby statki nie wpadły na brzeg. Wysyła im ostrzegający strumień światła. Beacon wysyła podobny sygnał do naszego telefonu poprzez bluetooth.

Idziesz sobie ulicą, przechodzi obok sklepu a sklep wysyła ci informację jakie aktualnie ma przeceny i na co.  Może wpadniesz? Podoba ci się coś szczególnie? Telefon podprowadzi cię pod ten przedmiot. Jeśli beacon jest podklejony do przedmiotu – na ekranie szybko wyświetlą ci się informacje na jego temat.

Jak wychodzisz ze sklepu na telefon dostajesz kupon promocyjny ze zniżką. Po co? żebyś powrócił/a.

Albo przechodzisz koło restauracji, wyświetla ci się na telefonie jej ocena w serwisach społecznościowych.  

Wchodzisz, oglądasz na telefonie menu i klikasz co tam chcesz sobie zjeść. Żeby zapłacić rachunek nie musisz wołać kelnera. Możesz to zrobić również telefonem.

Fajnie nie?

Jak to wygląda w realu?

Ano tak:

 

 

 

W Polsce prawdziwie innowacyjnych i jeszcze globalnych firm nie mamy zbyt wiele. Są paczkomaty (o ile uważam, że na rynku listów InPostowi idzie słabo, tak paczkomaty są naprawdę imponującym wynalazkiem). 

Mamy jednak też firmę Estimote, która zajmuje się właśnie beaconami. 10 beaconów kosztuje w niej 99 dolarów.

Zrzut_ekranu_20150624_o_18.25.46 

Oczywiście podobnego rodzaju urządzenia mogą budzić obawy. Jak daleko technologia jest w stanie wejść w nasze życie aby tylko wyciągnąć od nas pieniądze?

Jak dużo kontroli nad własnym życiem przekazujemy w ten sposób telefonom?

To jednak zależy przynajmniej na razie tylko i wyłącznie od nas. Smartfona zawsze można odłożyć na półkę i kupić sobie na Allegro poczciwą Nokię 3210. 

18:40, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 16 czerwca 2015

Rzadko a nawet prawie nigdy nie piszę o sprawach bankowych pozostawiając to osobom bardziej kompetentnym, czyli koledze Maćkowi Samcikowi.

Tu jednak nie mogłem się powstrzymać i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze pan Marcin, którego sprawa dotyczy jest stałym czytelnikiem tego blogu.

Po drugie jest absolutnym Terminatorem reklamacji. Nie odpuszcza nigdy. Dusi, pisze, dzwoni i domaga się tłumaczeń. Do skutku. Dla wszelakich konsultantów i ludzi z biura obsługi klienta jest chodzącym koszmarem, bo zawsze ZAWSZE domaga się wyjaśnienia sprawy do końca.

Trup ścieli się gęsto, jeńców brak, Arnold Schwarzenegger kiwa głową z uznaniem. Ale do rzeczy.

Wojna za 2,98 zł

Traf chciał, że pewnego majowego poranka czytelnik odkrył, że z jego konta w banku Pekao S.A ściągnięto 2,98 zł. Za co? Nie wiadomo. Bank nie raczył tego wyjaśnić. Po prostu jednego dnia saldo wynosiło 0,00 PLN. A następnego było już minus 2,98 zł. Historia rachunku? Nie ma tam żadnej operacji na 2,98 zł. Po prostu kasa przepadła. Wyparowała.

Kwota ta przyznają państwo nie jest ogromna. Dla pana Marcina, który prowadzi dobrze prosperujący biznes i ma w Pekao kilka kont jest ona również niewielka. Ale w tym przypadku nie chodzi o pieniądze, tylko o zasady. Pan Marcin zadzwonił więc na infolinię banku chcąc dowiedzieć się z jakiego tytułu ściągnięto z jego konta te pieniądze. Niestety infolinia też nie była w stanie tego wyjaśnić. Pan Marcin więc na piśmie poprosił o wyjaśnienia.

List zakończył tak: "Jeżeli nie ma dowodu na operacje, to znaczy że Państwo ukradliście te kwotę z mojego konta."

I dostał taką odpowiedź.

Szanowny Panie,

W odpowiedzi na przysłaną korespondencje uprzejmie informujemy, że kwota 2,98 PLN pobrana z Pana rachunku w dniu 14/05/2015 jest opłatą za obsługę karty debetowej nr 6761 **** **

Na dzień 14/05/2015 na rachunku nie było zapewnionych środków, w związku z tym na rachunku powstało zadłużenie, które prosimy uregulować.”

Pod pismem były zaś podpisane dwie pełnomocniczki. Dlaczego dwie? A to już pozostanie słodką tajemnicą banku. Może się dopingowały w trakcie pisania?

Formalnie wszystko jest więc jasne. Pieniędzy na rachunku nie było, bank sobie potrącił prowizję. Ale dlaczego u licha nie odnotował tego w historii rachunku??? Pan Marcin bardzo chciał się tego dowiedzieć. Odpisał więc tak (tu z góry przepraszam co bardziej delikatne osoby):

Szanowne Panie Pełnomocnik sztuk dwa,

Obraża mnie jako Klienta Premium (Konto Pekao 24 Premium, złota karta, itd.) odpowiedź udzielona przez Panie. Tak odpowiadać możecie do właściciela konta studenckiego ale nie do mnie. Mniej arogancji w stosunku do Klienta tej rangi zalecam.

A dlaczego? Dlatego, że żadna z Pań Pełnomocnik nawet nie zadała sobie trudu sprawdzenia stanu konta obecnego a pouczacie mnie żebym uregulował zadłużenie, którego od wczoraj nie ma. Amatorszczyzna i ch.... podejście do Klienta w jednym.

Nadmienię więcej - otóż ZADŁUŻENIE jak to Panie raczyłyście napisać, uregulowało się samo poprzez niespodziewaną wpłatę 200 PLN na konto, która to wpłata uregulowała ZADŁUŻENIE. I teraz wisienka na torcie - dopiero w dniu dzisiejszym na koncie pojawiło się obciążenie konta w kwocie 2,98 PLN. DZISIAJ. DZISIAJ JEST 26.05. ZADŁUŻENIE UREGULOWANO 25.05. W porządku to jest?

Mniej arogancji bo Wasza infolinia nie potrafi udzielić odpowiedzi z jakiego tytułu jest zadłużenie na kwotę 2,98. Wasza infolinia domyśla się - nie jest pewna. To jest tylko 2,98. A co będzie jak to będzie 100 PLN? Czy tez się będziecie domyślać? I jak długo. Reklamacja była składana przeze mnie telefonicznie prawdopodobnie 13 maja. Gdybym nie upomniał się wczoraj dalej byście nie raczyli odpowiedzieć gdzie się podziało 2,98 PLN.

Skandalem jest potrącenie kwoty i brak księgowego odnotowania tego na koncie. Nie ja, a Państwo doprowadziliście do tej sytuacji. System pekao24, infolinia nie potrafiąca odpowiedzieć na pytanie

Od 10 lat zajmuje się Client Servicem i z doświadczenia oraz praktyki wiem, że w takim przypadku wypadało by Klienta "POINFORMOWAĆ O" i "PRZEPROSIĆ a nie łajać go jeszcze i pouczać. Rozumiem, że Szanowne Panie Pełnomocnik mają inne podejście biznesowe. Przełożeni wiedzą i popierają ten rodzaj wysublimowanej arogancji?

Rozumiem, że tak się świetnie bankowi powodzi, że mu na Klientach nie zależy. 

Marcin XXXX

ps. do kolejnej odpowiedzi dobierzcie więcej pełnomocników!"

I bank przeprosił 

Oczywiście część z państwa czytających ten tekst może odnieść wrażenie, że pan Marcin jest nieuprzejmym i chamskim bucem.

Ale jego pismo.... odniosło pewien skutek.

Szanowny Panie, W odpowiedzi na Pana zgłoszenie uprzejmie informujemy, że z uwagą zapoznaliśmy się z przedstawionymi zastrzeżeniami i bardzo przepraszamy za powstałą sytuację.  Pragniemy Pana zapewnić, że niedopatrzenie, które wpłynęło na przekazanie nieaktualnej informacji odnośnie rozliczenia opłaty było zdarzeniem incydentalnym. Zostały podjęte stosowne kroki zmierzające do tego, aby podobna sytuacja więcej nie miała miejsca.  Jednocześnie uprzejmie informujemy, że zgodnie z postanowieniami Regulaminu Rachunków Bankowych Banku Pekao S.A. dla Osób Fizycznych (§ 118.3.) w przypadku braku na rachunku środków dla pokrycia prowizji i opłat Bank pobiera je z najbliższych wpływów na rachunek. Przekazując powyższe jeszcze raz pragniemy przeprosić za wszelkie niedogodności związane z przedmiotową sprawą. Dziękujemy za korespondencję. Zapraszamy do ponownego kontaktu. Z poważaniem  Magdalena XXXX Bank Pekao S.A.”

19:18, miaczynski
Link Komentarze (30) »
czwartek, 11 czerwca 2015

Są czasami akcje, które rozlewają się po internecie w imponującym tempie i ta do nich należy. Zaczęła się w poniedziałek a już 6 tys. osób zadeklarowało swój udział. O co chodzi?

„Lidl Polska prowadzi właśnie w swoich sklepach Tydzień Włoski. Napiszmy do menedżerów Lidla, że chcielibyśmy Tygodnia Ukraińskiego - w tym wprowadzenia do sprzedaży w Lidlu naszych ulubionych produktów spożywczych z Ukrainy. Piszmy swoje uwagi do Lidla” - zachęca organizator, którym jest Port Europa portal poświęcony Europie Środkowej.

Jest nawet ankieta jakie produkty ukraińskie chcielibyście kupić w trakcie takiego tygodnia?

Najwięcej głosów na razie ma "guz z majdany na wagę" oraz chałwa słonecznikowa. Trzecie jest piwo lwowskie.

 lidl1

Z jednej strony Lidl powinien z radości zaklaskać uszami. Taka społecznościowa akcja promocyjna? Za darmo? Z czyjeś inicjatywy?  W słusznej sprawie, bo każdy kto o akcji słyszy, w tyle głowy ma gest sympatii wobec sąsiada w kłopotach.

Z drugiej w grę wchodzi polityka. A sieci handlowe starają się od czegoś takiego trzymać z daleka. Szanse na realizację w szybkim tempie podobnego przedsięwzięcia są więc niewielkie. Aczkolwiek nie jest to niemożliwe.

Jak mi powiedzieli w Lidlu „akcje tematyczne planują długofalowo”

- Ponadto dostawcy muszą spełnić wyznaczone przez nas założenia dotyczące skali działania oraz powtarzalnej, wysokiej jakości dostarczanych do sklepów Lidl produktów 
– dlatego aktualnie trudno jest nam jednoznacznie odpowiedzieć czy udałoby nam się wprowadzić tydzień promujący oryginalne ukraińskie produkty – opowiada Anna Biskup
PR Manager
Lidl Polska.

Pozwolą państwo, że przetłumaczę to na polski: Lidl mówi, zobaczymy czy ktokolwiek tam jest w stanie dostarczyć nam towaru do blisko 600 sklepów. I sprawdzimy czy to się w ogóle dopnie finansowo.

Lidl do swoich tygodni regionalnych przywiązuje gigantyczne znaczenie. To podstawa ich marketingu. Akcje są na tyle skuteczne (kasa leci szerokim strumieniem), że ten sam koncept wprowadziła do siebie też dużo większa od Lidla – Biedronka. To może Biedronka zrobiłaby tydzień ukraiński ha?

22:50, miaczynski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 08 czerwca 2015

Wydaje się Państwu, że wasze dane u operatora komórkowego są całkiem bezpieczne? Ha! To dziś rozwieję Państwa złudzenia. Pan Michał posiada kilka abonentów firmowych w sieci Play.

 - W zeszłym roku na moim koncie w portalu Play24 (posiadam odpowiednie zrzuty ekranu) pojawił się nieznany mi numer. Zgłosiłem sprawę na infolinii gdzie zostałem zapewniony przez konsultanta że cała sprawa mi się przyśniła i nie ma takiej możliwości - relacjonuje czytelnik.

Czytelnik sprawdził jeszcze raz, uszczypnął  się, aby sen przerwać, ale nie - nadal miał dostęp do czyjegoś numeru. A jeszcze konkretniej przez około tydzień mógł zarządzać kontem pewnego lekarza z Wrocławia.  Faktury, usługi historia połączeń, generalnie wszystkie dane jakie są zamieszczane w portalu play24.

O proszę:

play13

Konsultant sprawdził jednak o co chodzi. Po czym się odezwał stwierdzając, że sprawy właściwie nie ma, nieprawidłowości nie stwierdzono, owszem numer został błędnie przypisany, ale już został usunięty. Czyli polska klasyka: „Ten pan przyszedł w tym płaszczu i w nim wychodzi.”

Czytelnik również by zapomniał o sprawie, ale traf chciał, że właśnie zmienił pracę i na początek zderzył się z kilku godzinnym szkoleniem z zakresu  bezpieczeństwa danych oraz ustawie o ochronie danych osobowych.

Zmotywowany wiedzą wtłoczoną mu do głowy wysłał do Playa pismo z kilkoma nieprzyjemnymi i dość kłopotliwymi dla sieci pytaniami:

1. Czy sprawa została zgłoszona do GIODO tak jak wymaga tego od Państwa ustawa o prawie telekomunikacyjnym oraz Ustawa o ochronie danych osobowych?

2. W jaki sposób jesteście Państwo w stanie udowodnić że moje dane dostępne w portalu Play24 są bezpieczne i nie widoczne innym użytkownikom tego portalu tak jak miało to miejsce w ww zgłoszeniu?

3. Czy osoba której dane były widoczne na moim koncie została poinformowana o tym zdarzeniu?

Tutaj sieć Play się zwyczajnie zapowietrzyła i zawiesiła jak nie przymierzając Windows 95 i to na ponad dwa miesiące. W końcu system się odetkał.

„W odpowiedzi na powyższe zgłoszenie poinformowaliśmy, iż opisana sytuacja wynikała z błędu systemowego, który na podstawie Pani zgłoszenia został naprawiony.“

A odpowiedzi na konkretne pytania? Tu już zaczyna się robić zabawnie. „Informuję, że niestety nie mogę udzielić informacji na temat dalszego postępowania po stwierdzeniu nieprawidłowości z uwagi na fakt, że nie jest Pani właścicielką danych, które zostały w błędny sposób udostępnione. Zapewniam jednak, że cały proces jest zgodny z wymogami jakie stawia przed Operatorem Prawo Telekomunikacyjne”

„W kwestii pytania czy Pani dane są przechowywane w sposób należyty zapewniam, że P4 zachowuje staranność, żeby właściwie zabezpieczyć dane osobowe abonentów i użytkowników sieci Play oraz przetwarzać je zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa.”

„Odnosząc się do kwestii czy osoba, której dane dotyczące Umowy były widoczne na Pani koncie Play24, została poinformowana o zajściu informuję, że niestety nie mogę odnieść się do wspomnianej kwestii z uwagi na fakt, iż nie jest Pani stroną w sprawie a szczegóły postępowania mogą być przekazane wyłącznie właścicielowi danych.”

Czyli niby sprawa była, ale jednak nie było.

Ja jestem bardzo wielkoduszny i jestem nawet w stanie uznać, że to był absolutnie pojedynczy wypadek przy pracy. Ale jakoś mi się wydaje, że sieć zamiast rozwiązać problem zwyczajnie wsadziła głowę w piasek.

I również byłbym w stanie uznać całą kwestię za pierdołę, gdyby nie moja bujna wyobraźnia. Bo od razu wpadło mi do głowy: a co by było gdyby ktoś miał nagle radosny dostęp do mojego konta?  

Jeśli mieli państwo podobne wypadki zachęcam do kontaktu.

15:03, miaczynski
Link Komentarze (15) »