Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
niedziela, 28 czerwca 2015

Telekomy są cwane. Wiedzą doskonale, że straszliwie nie lubimy dostawać reklamowego bełkotu, którym one z kolei uwielbiają nas faszerować w imieniu swoim i firm, które im za to zapłacą.

Ku czci mamony i jak najwyższego ROI.

Jak mieć ciastko i zjeść ciastko? Telekomy dobrze wiedzą, że ryb nie łowi się na truskawki, bo ryby nie lubią truskawek. Co lubią ryby? Tłuste robaki.

Co lubią klienci telekomów? Zniżki na abonament.

Więc dają nam takie zniżki za dobrowolną i nieprzymuszoną zgodę na połykania różnego rodzaju reklamowego bełkotu (a może kredycik? a może garneczek? A może granie na czekanie, a może tuzin szwedzkich widelców z wikliny?).

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.24.28

Przypomina to proces produkcji foie gras, gdzie kaczkom i gęsiom  wtyka się w przełyk sondę i wpuszcza na siłę paszę.

W Orange dostajemy za to 5,99 zł rabatu miesięcznie.

 Zrzut_ekranu_20150627_o_21.30.51

W T- Mobile - 5 zł rabatu.

 Zrzut_ekranu_20150627_o_21.21.11

W Play - 5,99 zł rabatu.

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.25.55 

Jedyną siecią w której nie zauważyłem podobnego ustrojstwa był Plus. Ale nie doklikałem do końca zamówienia (jeśli ktoś z państwa coś wie na ten temat to proszę o kontakt).

Proszę zwrócić zresztą uwagę jak idealnie jest wykalkulowana ta kwota. Przy 3 zł zniżce, wiele osób parsknęłoby śmiechem i odpowiedziało, że ich godność osobista jest warta więcej.

Ale 5 zł? Albo prawie 6 zł? To już zupełnie inna historia.

Dodam, że z tego mojego przeklikiwania się wynikało, że w każdej chwili jestem w stanie wybrać wyższy abonament bez reklam. Czyli teoretycznie mam wybór. Nie jestem do niczego zmuszany. Prawda?

Zrzut_ekranu_20150627_o_21.27.42

W końcu możesz konsumencie powiedzieć – nie,  no pasaran i płacić te 60 zł czy 72 zł rocznie więcej. A, że nie chcesz płacić? Twój wybór. Tak się tylko zastanawiam, czy to na pewno mój, skoro ofertę z rabatem za zgody marketingowe dostaję jako opcję pierwszego wyboru.

Stawiam obiad w Agorze (dwudaniowy a niech stracę z deserem!), że jakieś 90 proc. klientów godzi się właśnie na taką a nie inną opcję.

Reasumując - umowa bez reklam, jest tu nie opcją podstawową, ale specjalną, ekstra płatną.

I to niestety trend, który będzie się rozwijał. Coraz częściej będziemy musieli zapłacić więcej za możliwość korzystania z usługi bez dodatkowego karmienia paszą.

Czekam na przykład, kiedy kina za 5 czy 10 zł więcej wprowadzą możliwość obejrzenia filmu bez półgodzinnego bloku reklamowego.

09:25, miaczynski
Link Komentarze (13) »
środa, 24 czerwca 2015

Byłem niedawno na konferencji, gdzie specjaliści od technologii wraz ze specami od  sprzedawania zastanawiali się w jaki sposób wykorzystywać te wszystkie nowoczesne zabawki, które nosimy przy sobie. A także jakie elektroniczne zabawki można zainstalować w sklepie.

Można tam wsadzić dajmy na to systemy kamer z funkcją map ciepła. Pozwalają poznać i przeanalizować zachowania kupujących. Taka kamera pracowicie śledzi  jakie trasy wybierają klienci, przy których półkach spędzają najwięcej czasu, jak długo czekają w kolejce do kasy itp.

Dzięki specjalnej aplikacji dane zliczane są w czasie rzeczywistym (dla przykładu: jeśli kamera wyłapie, że sporo osób zainteresoanych jest produktem x, odpowiedni pracownik sklepu otrzyma informację, żeby uzupełnił zapas produktu na półce). Obrót rośnie, właściciel zaciera ręce a jak już wsadzi na taką półkę do której klienci mają specjalne zamiłowanie coś atrakcyjnego to ho ho!

Bekony nadchodzą

Innym rozwiązaniem są  beacony, nazwane przeze mnie w tytule tekstu bekonami. Przypomina to bowiem łowienie klienta na plasterek świeżo smażonego boczku. Klient czuje, zapach i zaczyna za nim iść, kierując się nosem. 

W wersji dla wegetarian -  niezłym wyjaśnieniem działania beaconów może być latarnia morska. Po co jest latarnia morska? Po to aby statki nie wpadły na brzeg. Wysyła im ostrzegający strumień światła. Beacon wysyła podobny sygnał do naszego telefonu poprzez bluetooth.

Idziesz sobie ulicą, przechodzi obok sklepu a sklep wysyła ci informację jakie aktualnie ma przeceny i na co.  Może wpadniesz? Podoba ci się coś szczególnie? Telefon podprowadzi cię pod ten przedmiot. Jeśli beacon jest podklejony do przedmiotu – na ekranie szybko wyświetlą ci się informacje na jego temat.

Jak wychodzisz ze sklepu na telefon dostajesz kupon promocyjny ze zniżką. Po co? żebyś powrócił/a.

Albo przechodzisz koło restauracji, wyświetla ci się na telefonie jej ocena w serwisach społecznościowych.  

Wchodzisz, oglądasz na telefonie menu i klikasz co tam chcesz sobie zjeść. Żeby zapłacić rachunek nie musisz wołać kelnera. Możesz to zrobić również telefonem.

Fajnie nie?

Jak to wygląda w realu?

Ano tak:

 

 

 

W Polsce prawdziwie innowacyjnych i jeszcze globalnych firm nie mamy zbyt wiele. Są paczkomaty (o ile uważam, że na rynku listów InPostowi idzie słabo, tak paczkomaty są naprawdę imponującym wynalazkiem). 

Mamy jednak też firmę Estimote, która zajmuje się właśnie beaconami. 10 beaconów kosztuje w niej 99 dolarów.

Zrzut_ekranu_20150624_o_18.25.46 

Oczywiście podobnego rodzaju urządzenia mogą budzić obawy. Jak daleko technologia jest w stanie wejść w nasze życie aby tylko wyciągnąć od nas pieniądze?

Jak dużo kontroli nad własnym życiem przekazujemy w ten sposób telefonom?

To jednak zależy przynajmniej na razie tylko i wyłącznie od nas. Smartfona zawsze można odłożyć na półkę i kupić sobie na Allegro poczciwą Nokię 3210. 

18:40, miaczynski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 16 czerwca 2015

Rzadko a nawet prawie nigdy nie piszę o sprawach bankowych pozostawiając to osobom bardziej kompetentnym, czyli koledze Maćkowi Samcikowi.

Tu jednak nie mogłem się powstrzymać i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze pan Marcin, którego sprawa dotyczy jest stałym czytelnikiem tego blogu.

Po drugie jest absolutnym Terminatorem reklamacji. Nie odpuszcza nigdy. Dusi, pisze, dzwoni i domaga się tłumaczeń. Do skutku. Dla wszelakich konsultantów i ludzi z biura obsługi klienta jest chodzącym koszmarem, bo zawsze ZAWSZE domaga się wyjaśnienia sprawy do końca.

Trup ścieli się gęsto, jeńców brak, Arnold Schwarzenegger kiwa głową z uznaniem. Ale do rzeczy.

Wojna za 2,98 zł

Traf chciał, że pewnego majowego poranka czytelnik odkrył, że z jego konta w banku Pekao S.A ściągnięto 2,98 zł. Za co? Nie wiadomo. Bank nie raczył tego wyjaśnić. Po prostu jednego dnia saldo wynosiło 0,00 PLN. A następnego było już minus 2,98 zł. Historia rachunku? Nie ma tam żadnej operacji na 2,98 zł. Po prostu kasa przepadła. Wyparowała.

Kwota ta przyznają państwo nie jest ogromna. Dla pana Marcina, który prowadzi dobrze prosperujący biznes i ma w Pekao kilka kont jest ona również niewielka. Ale w tym przypadku nie chodzi o pieniądze, tylko o zasady. Pan Marcin zadzwonił więc na infolinię banku chcąc dowiedzieć się z jakiego tytułu ściągnięto z jego konta te pieniądze. Niestety infolinia też nie była w stanie tego wyjaśnić. Pan Marcin więc na piśmie poprosił o wyjaśnienia.

List zakończył tak: "Jeżeli nie ma dowodu na operacje, to znaczy że Państwo ukradliście te kwotę z mojego konta."

I dostał taką odpowiedź.

Szanowny Panie,

W odpowiedzi na przysłaną korespondencje uprzejmie informujemy, że kwota 2,98 PLN pobrana z Pana rachunku w dniu 14/05/2015 jest opłatą za obsługę karty debetowej nr 6761 **** **

Na dzień 14/05/2015 na rachunku nie było zapewnionych środków, w związku z tym na rachunku powstało zadłużenie, które prosimy uregulować.”

Pod pismem były zaś podpisane dwie pełnomocniczki. Dlaczego dwie? A to już pozostanie słodką tajemnicą banku. Może się dopingowały w trakcie pisania?

Formalnie wszystko jest więc jasne. Pieniędzy na rachunku nie było, bank sobie potrącił prowizję. Ale dlaczego u licha nie odnotował tego w historii rachunku??? Pan Marcin bardzo chciał się tego dowiedzieć. Odpisał więc tak (tu z góry przepraszam co bardziej delikatne osoby):

Szanowne Panie Pełnomocnik sztuk dwa,

Obraża mnie jako Klienta Premium (Konto Pekao 24 Premium, złota karta, itd.) odpowiedź udzielona przez Panie. Tak odpowiadać możecie do właściciela konta studenckiego ale nie do mnie. Mniej arogancji w stosunku do Klienta tej rangi zalecam.

A dlaczego? Dlatego, że żadna z Pań Pełnomocnik nawet nie zadała sobie trudu sprawdzenia stanu konta obecnego a pouczacie mnie żebym uregulował zadłużenie, którego od wczoraj nie ma. Amatorszczyzna i ch.... podejście do Klienta w jednym.

Nadmienię więcej - otóż ZADŁUŻENIE jak to Panie raczyłyście napisać, uregulowało się samo poprzez niespodziewaną wpłatę 200 PLN na konto, która to wpłata uregulowała ZADŁUŻENIE. I teraz wisienka na torcie - dopiero w dniu dzisiejszym na koncie pojawiło się obciążenie konta w kwocie 2,98 PLN. DZISIAJ. DZISIAJ JEST 26.05. ZADŁUŻENIE UREGULOWANO 25.05. W porządku to jest?

Mniej arogancji bo Wasza infolinia nie potrafi udzielić odpowiedzi z jakiego tytułu jest zadłużenie na kwotę 2,98. Wasza infolinia domyśla się - nie jest pewna. To jest tylko 2,98. A co będzie jak to będzie 100 PLN? Czy tez się będziecie domyślać? I jak długo. Reklamacja była składana przeze mnie telefonicznie prawdopodobnie 13 maja. Gdybym nie upomniał się wczoraj dalej byście nie raczyli odpowiedzieć gdzie się podziało 2,98 PLN.

Skandalem jest potrącenie kwoty i brak księgowego odnotowania tego na koncie. Nie ja, a Państwo doprowadziliście do tej sytuacji. System pekao24, infolinia nie potrafiąca odpowiedzieć na pytanie

Od 10 lat zajmuje się Client Servicem i z doświadczenia oraz praktyki wiem, że w takim przypadku wypadało by Klienta "POINFORMOWAĆ O" i "PRZEPROSIĆ a nie łajać go jeszcze i pouczać. Rozumiem, że Szanowne Panie Pełnomocnik mają inne podejście biznesowe. Przełożeni wiedzą i popierają ten rodzaj wysublimowanej arogancji?

Rozumiem, że tak się świetnie bankowi powodzi, że mu na Klientach nie zależy. 

Marcin XXXX

ps. do kolejnej odpowiedzi dobierzcie więcej pełnomocników!"

I bank przeprosił 

Oczywiście część z państwa czytających ten tekst może odnieść wrażenie, że pan Marcin jest nieuprzejmym i chamskim bucem.

Ale jego pismo.... odniosło pewien skutek.

Szanowny Panie, W odpowiedzi na Pana zgłoszenie uprzejmie informujemy, że z uwagą zapoznaliśmy się z przedstawionymi zastrzeżeniami i bardzo przepraszamy za powstałą sytuację.  Pragniemy Pana zapewnić, że niedopatrzenie, które wpłynęło na przekazanie nieaktualnej informacji odnośnie rozliczenia opłaty było zdarzeniem incydentalnym. Zostały podjęte stosowne kroki zmierzające do tego, aby podobna sytuacja więcej nie miała miejsca.  Jednocześnie uprzejmie informujemy, że zgodnie z postanowieniami Regulaminu Rachunków Bankowych Banku Pekao S.A. dla Osób Fizycznych (§ 118.3.) w przypadku braku na rachunku środków dla pokrycia prowizji i opłat Bank pobiera je z najbliższych wpływów na rachunek. Przekazując powyższe jeszcze raz pragniemy przeprosić za wszelkie niedogodności związane z przedmiotową sprawą. Dziękujemy za korespondencję. Zapraszamy do ponownego kontaktu. Z poważaniem  Magdalena XXXX Bank Pekao S.A.”

19:18, miaczynski
Link Komentarze (30) »
czwartek, 11 czerwca 2015

Są czasami akcje, które rozlewają się po internecie w imponującym tempie i ta do nich należy. Zaczęła się w poniedziałek a już 6 tys. osób zadeklarowało swój udział. O co chodzi?

„Lidl Polska prowadzi właśnie w swoich sklepach Tydzień Włoski. Napiszmy do menedżerów Lidla, że chcielibyśmy Tygodnia Ukraińskiego - w tym wprowadzenia do sprzedaży w Lidlu naszych ulubionych produktów spożywczych z Ukrainy. Piszmy swoje uwagi do Lidla” - zachęca organizator, którym jest Port Europa portal poświęcony Europie Środkowej.

Jest nawet ankieta jakie produkty ukraińskie chcielibyście kupić w trakcie takiego tygodnia?

Najwięcej głosów na razie ma "guz z majdany na wagę" oraz chałwa słonecznikowa. Trzecie jest piwo lwowskie.

 lidl1

Z jednej strony Lidl powinien z radości zaklaskać uszami. Taka społecznościowa akcja promocyjna? Za darmo? Z czyjeś inicjatywy?  W słusznej sprawie, bo każdy kto o akcji słyszy, w tyle głowy ma gest sympatii wobec sąsiada w kłopotach.

Z drugiej w grę wchodzi polityka. A sieci handlowe starają się od czegoś takiego trzymać z daleka. Szanse na realizację w szybkim tempie podobnego przedsięwzięcia są więc niewielkie. Aczkolwiek nie jest to niemożliwe.

Jak mi powiedzieli w Lidlu „akcje tematyczne planują długofalowo”

- Ponadto dostawcy muszą spełnić wyznaczone przez nas założenia dotyczące skali działania oraz powtarzalnej, wysokiej jakości dostarczanych do sklepów Lidl produktów 
– dlatego aktualnie trudno jest nam jednoznacznie odpowiedzieć czy udałoby nam się wprowadzić tydzień promujący oryginalne ukraińskie produkty – opowiada Anna Biskup
PR Manager
Lidl Polska.

Pozwolą państwo, że przetłumaczę to na polski: Lidl mówi, zobaczymy czy ktokolwiek tam jest w stanie dostarczyć nam towaru do blisko 600 sklepów. I sprawdzimy czy to się w ogóle dopnie finansowo.

Lidl do swoich tygodni regionalnych przywiązuje gigantyczne znaczenie. To podstawa ich marketingu. Akcje są na tyle skuteczne (kasa leci szerokim strumieniem), że ten sam koncept wprowadziła do siebie też dużo większa od Lidla – Biedronka. To może Biedronka zrobiłaby tydzień ukraiński ha?

22:50, miaczynski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 08 czerwca 2015

Wydaje się Państwu, że wasze dane u operatora komórkowego są całkiem bezpieczne? Ha! To dziś rozwieję Państwa złudzenia. Pan Michał posiada kilka abonentów firmowych w sieci Play.

 - W zeszłym roku na moim koncie w portalu Play24 (posiadam odpowiednie zrzuty ekranu) pojawił się nieznany mi numer. Zgłosiłem sprawę na infolinii gdzie zostałem zapewniony przez konsultanta że cała sprawa mi się przyśniła i nie ma takiej możliwości - relacjonuje czytelnik.

Czytelnik sprawdził jeszcze raz, uszczypnął  się, aby sen przerwać, ale nie - nadal miał dostęp do czyjegoś numeru. A jeszcze konkretniej przez około tydzień mógł zarządzać kontem pewnego lekarza z Wrocławia.  Faktury, usługi historia połączeń, generalnie wszystkie dane jakie są zamieszczane w portalu play24.

O proszę:

play13

Konsultant sprawdził jednak o co chodzi. Po czym się odezwał stwierdzając, że sprawy właściwie nie ma, nieprawidłowości nie stwierdzono, owszem numer został błędnie przypisany, ale już został usunięty. Czyli polska klasyka: „Ten pan przyszedł w tym płaszczu i w nim wychodzi.”

Czytelnik również by zapomniał o sprawie, ale traf chciał, że właśnie zmienił pracę i na początek zderzył się z kilku godzinnym szkoleniem z zakresu  bezpieczeństwa danych oraz ustawie o ochronie danych osobowych.

Zmotywowany wiedzą wtłoczoną mu do głowy wysłał do Playa pismo z kilkoma nieprzyjemnymi i dość kłopotliwymi dla sieci pytaniami:

1. Czy sprawa została zgłoszona do GIODO tak jak wymaga tego od Państwa ustawa o prawie telekomunikacyjnym oraz Ustawa o ochronie danych osobowych?

2. W jaki sposób jesteście Państwo w stanie udowodnić że moje dane dostępne w portalu Play24 są bezpieczne i nie widoczne innym użytkownikom tego portalu tak jak miało to miejsce w ww zgłoszeniu?

3. Czy osoba której dane były widoczne na moim koncie została poinformowana o tym zdarzeniu?

Tutaj sieć Play się zwyczajnie zapowietrzyła i zawiesiła jak nie przymierzając Windows 95 i to na ponad dwa miesiące. W końcu system się odetkał.

„W odpowiedzi na powyższe zgłoszenie poinformowaliśmy, iż opisana sytuacja wynikała z błędu systemowego, który na podstawie Pani zgłoszenia został naprawiony.“

A odpowiedzi na konkretne pytania? Tu już zaczyna się robić zabawnie. „Informuję, że niestety nie mogę udzielić informacji na temat dalszego postępowania po stwierdzeniu nieprawidłowości z uwagi na fakt, że nie jest Pani właścicielką danych, które zostały w błędny sposób udostępnione. Zapewniam jednak, że cały proces jest zgodny z wymogami jakie stawia przed Operatorem Prawo Telekomunikacyjne”

„W kwestii pytania czy Pani dane są przechowywane w sposób należyty zapewniam, że P4 zachowuje staranność, żeby właściwie zabezpieczyć dane osobowe abonentów i użytkowników sieci Play oraz przetwarzać je zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa.”

„Odnosząc się do kwestii czy osoba, której dane dotyczące Umowy były widoczne na Pani koncie Play24, została poinformowana o zajściu informuję, że niestety nie mogę odnieść się do wspomnianej kwestii z uwagi na fakt, iż nie jest Pani stroną w sprawie a szczegóły postępowania mogą być przekazane wyłącznie właścicielowi danych.”

Czyli niby sprawa była, ale jednak nie było.

Ja jestem bardzo wielkoduszny i jestem nawet w stanie uznać, że to był absolutnie pojedynczy wypadek przy pracy. Ale jakoś mi się wydaje, że sieć zamiast rozwiązać problem zwyczajnie wsadziła głowę w piasek.

I również byłbym w stanie uznać całą kwestię za pierdołę, gdyby nie moja bujna wyobraźnia. Bo od razu wpadło mi do głowy: a co by było gdyby ktoś miał nagle radosny dostęp do mojego konta?  

Jeśli mieli państwo podobne wypadki zachęcam do kontaktu.

15:03, miaczynski
Link Komentarze (15) »
piątek, 29 maja 2015

Od trzech tygodni centrum handlowe M1 w Markach robi promocję w której można dostać za zrobienie zakupów prezent.

Idea jest prosta niczym świński ogon. Za wydane 100 zł w minimum dwóch sklepach przysługuje nagroda trzeciego stopnia, czyli jakieś myszki komputerowe, torby etc.  Takich nagród jest dziesięć. Za zakupy w trzech sklepach za 200 zł można dostać słuchawki czy głośniki. Takich nagród drugiego stopnia jest12.

Wreszcie crème de la crème :zakupy za 350 zł w pięciu sklepach. Za to można dostać osiem nagród pierwszego stopnia, czyli sześć tabletów, kamerkę samochodową i nawigację.

 m1

Nagrody rozdawane są każdego dnia, w sumie 30 sztuk, według zasady kto pierwszy ten lepszy. Wszystkie produkty sa marki Modecom, czyli jeśli chodzi o elektronikę jest to raczej niższa półka.

Tutaj dochodzimy do czytelniczki pani Karoliny, która w M1 znalazła się w minioną środę. Przyjechała zapłacić niemal 15 tys. zł za wczasy dla rodziny.

Ze sprawą uporała się w kilka minut. Było trochę po 8 rano. Czytelniczka pomyślała, że skoro już przepuściła taką gotówkę to chociaż weźmie słuchawki dla syna. Ustawiła się więc w kolejce po „prezenty”. A z każdą chwilą mina jej rzedła.

Pani Karolina zajmowała formalnie pozycję 11 (co gwarantowało jej wspomniane słuchawki).

Na pozycji numer cztery stał na oko 30 letni mężczyzna. Piąta była jego matka, szósta jego ciotka. On przyjechał do centrum o północy. Przespał się w wózku na zakupy.

Do środka M1 wszedł punkt ósma i od razu ustawił się w kolejce. Nagrody wręczano o 12.

Mężczyzna miał listę kolejkową na której byli zapisani pozostali stojący. O godzinie 11 miało być zbiorowe wyczytanie kolejkowiczów (kolejek od 25 lat już nie mamy a zasady rządzące listami zakupowymi jak widać są przekazywane genetycznie). Ci których nie będzie w trakcie odczytywania listy. mieli być z niej skreśleni. Gdzie są? Tak, pani Karolina też zadała sobie to pytanie. To proste. Zmęczyli się oczekiwaniem i aktualnie spali w samochodach.

Uwzględniając listę czytelniczka była pod koniec piątej dziesiątki oczekujących.

Przed panią Karoliną stał również pan z panią. Oni czekali w aucie na parkingu od 22 wieczorem. Jak widzieli że ktoś podchodził pod centrum handlowe od razu mówili że są pierwsi.

Było też małżeństwo po 60. Regulamin mieli rozpracowany. Zgodnie z zasadami promocji można było odebrać jedną nagrodę na tydzień. To im  nie przeszkadzało.

Nagrody zdążyła już odebrać i córka i zięć, dziś przed 12 miała się pojawić czwórka ich sąsiadów. Jak wyznała pani Karolinie kobieta ma dużo wnuków, dla których potrzebuje dużo tabletów.

 A skąd paragony?

Właśnie. Obsługa sklepów w centrum była już nieco poirytowana, bo ciągle ktoś do nich przychodził z pytaniem czy przypadkiem jakiś klient nie zostawił paragonu.

Ochrona z kolei zaczęła pilnować śmietników. Co bardziej przedsiębiorczy uczestnicy grzebali w nich bowiem niezwykle namiętnie.

Od pracowników centrum pani Karolina dowiedziała się też że były już dwie bijatyki przy wręczaniu nagród. Była wzywana policja, bo ochroniarze nie dawali sobie rady. Po trzech godzinach słuchania podobnego rodzaju historii, powiedziała pas.

- Powiem brzydko, czułam się jak w stadzie debili. Jak można bić się i kłócić o tablet za stos złotych z hakiem? - dziwi się czytelniczka.

Czytelnik pan Rafał podesłał mi zdjęcia z kolejki stojącej ostatniego dnia promocji czyli w niedzielę.

- Było trochę problemów z ochroną, która chciał zabrać mi komórkę Ale w końcu udało się zrobić zdjęcie od tyłu kolejki. Tak na oko było ok. 100-120 osób. Jeden Pan mówił, że stoi od 22:00 dnia poprzedniego - relacjonuje. 

IMG_0214

Kolejka twardo stała dalej.

Jak widać jesteśmy wciąż zwierzętami. Na zakupach kierujemy się instynktem. U mężczyzny działa pierwotny instynkt łowcy, u kobiety instynkt zbieractwa. I często tego sobie nawet nie uświadamiamy. Płaty czołowe naszego mózgu związane z planowaniem, myśleniem, logiką, świadomością i oceną emocji mają "zaledwie" 250 tys. lat. Nieuświadomione reakcje, emocje, instynkty, tzw. układ limbiczny to już 5 mln lat.

Kiedy przychodzi co do czego kierują więc nami emocje. A niech tylko pojawi się w danym miejscu większa grupa osób i towar jest w ograniczonej ilości to od razu uruchamia się w nas poczucie możliwej straty.

I myślimy: MUSZĘ TO MIEĆ.

Podobnego rodzaju reakcje, można było zaobserwować choćby w trakcie bijatyk o promocyjnego karpia w Lidlu czy torebki Wittchena.

I mało kto jest na to odporny. Istnieje spora szansa, że gdybyśmy stali w tej kolejce zachowywalibyśmy się tak samo.

17:43, miaczynski
Link Komentarze (13) »
środa, 27 maja 2015

Kiedy byłem w szkole podstawowej moja pani od polskiego niejaka Misiak, oddając moje wypracowanie mówiła: Miączyński znowu napisałeś o niczym. Co z ciebie wyrośnie?- pytała kręcąc ze zmartwieniem głową.

No właśnie. Jej obawy co przyznaję ze smutkiem się sprawdziły. Proszę mi wybaczyć dziś będzie tekst absolutnie o niczym. A konkretnie o Coli z Biedronki.

cola

Cola Original to jeden z ciekawszych produktów jeśli chodzi o kopie Coca - Coli. Z jednej strony nazywa się Cola z drugiej chwali się, że jest „Original” czyli „oryginalna” co samo w sobie budzi opad szczęki.

Z trzeciej jest to właściwie Hoop Cola, tylko, że robiona na zamówienie „Biedronki”.

Cena tego trunku jest zaiste imponująca: 6 litrów można kupić w promocji za 3,99 zł . Znaczy się taniej niż woda. Mimo, że składa się głównie z wody i cukru.  O tak jak na obrazku poniżej.

1295345328_by_Bartoosh21_600 

Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie kiedy dostałem w sobotę takiego maila:

Biedronka nakazała pracownikom wycofać ze swoich sklepów "cole original". Proszę o sprawdzenie, jakie były powody takiej decyzji z ich strony. Wiarygodne info z dzisiejszego dnia 23.05.2015.

Postanowiłem spełnić życzenie czytelnika.

Co na to Biedronka?

I miał rację! Jak się okazuje butelki Coli Original zachowywały się jak bomby z opóźnionym zapłonem. Mogły w trakcie otwierania eksplodować razem z nakrętką. Był to prawdopodobnie błąd konstrukcyjny opakowań.

 - Sam produkt (napój gazowany Cola Original) był w pełni wartościowy i bezpieczny. Nieprawidłowości pojawiły się w jednostkowych przypadkach i dotyczyły wyłącznie konstrukcji opakowań.

W trosce o bezpieczeństwo naszych klientów, niezwłocznie skontaktowaliśmy się z producentem napoju, aby jak najszybciej wyjaśnić wszystkie okoliczności sprawy. Podjęliśmy także decyzję o natychmiastowym wycofaniu produktu ze sprzedaży i możliwości jego zwrotu przez klientów.

W tej chwili napoje w wadliwych opakowaniach nie są już dostępne w naszych sklepach. Produkty pod marką Cola Original oferowane obecnie w naszej sieci są w pełni bezpieczne - konstrukcja ich opakowań została zmodyfikowana w taki sposób, aby wykluczyć prawdopodobieństwo wystąpienia podobnych zdarzeń w przyszłości - pisze mi Biuro Prasowe Jeronimo Martins, czyli właściciela „Biedronki”.

Wielbiciele Coli Original mogą odetchnąć z ulgą.

17:45, miaczynski
Link Komentarze (11) »
wtorek, 26 maja 2015

Jako żywo cała sytuacja przypomina znane mi z literatury historie z przełomu roku 1946 i 1947, kiedy w sklepach zaczęło brakować wszystkiego. Sklepikarze stanęli nagle przed gigantyczną pokusą: wystarczyło przetrzymać towar przez tydzień, dwa albo trzy, a mocno zyskiwał on na wartości. Nie każdy potrafił się oprzeć.

W rewanżu socjalistyczne władze z furią zaatakowały handlarzy, zarzucając im, że jako klasa społeczna mają naturalną skłonność do przewałek i spekulacji.

Pod naciskiem Hilarego Minca, w tamtym okresie ministra przemysłu i handlu, w czerwcu 1947 r. uchwalono nowe prawo, zgodnie z którym każdy właściciel sklepu mógł być skazany na 5 lat więzienia i 5 milionów grzywny za zbyt wysokie ceny. O tym, czy są one zbyt wysokie, decydowały rzecz jasna władze. Powołano Biuro Cen, które ustalało dopuszczalne marże i ceny maksymalne, oraz Komisję Cennikową, która kontrolowała ich przestrzeganie.

Wprowadzono domiary - specjalne podatki nakładane przez urzędy skarbowe, jeśli udało się ujawnić, że przedsiębiorca ma wyższe dochody, niż zadeklarował.

Wreszcie Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, czyli nowe ramię socjalistycznego państwa, ruszyła do sklepów. Tylko w ciągu pierwszych sześciu tygodni sprawdziła ich ponad 15 tys. Handlarze, którzy wzbudzali podejrzenia, od razu trafiali do obozów pracy. W 1947 r. było tam 4,5 tys. osób. W 1949 - już dwa razy więcej.

I nie żebym kogokolwiek chciał wtrącać do obozu pracy czy powoływać jakieś komisje (dużo ich ostatnio było), ale spekulantów jak się okazuje ciągle mamy.

Spekulują na niemowlakach

W kwietniu był pożar w holenderskiej fabryce NUTRICIA produkującej mleko w proszku Bebilonpepti 1 DHA oraz Bebilon pepti 2 DHA w proszku. To produkty dla niemowląt mających alergię.

- Jestem mamą maluszka który ze względów zdrowotnych powinien pić preparat mleko zastępczy na receptę. Z powodu pożaru w fabryce mleko nie było produkowane a więc nie było dostaw i na dzień dzisiejszy mleka w aptekach nie ma. Czekamy niecierpliwie na dostawy karmiąc dziecko resztkami – pisze do mnie pani Sylwia.

Pierwszy transport mleka trafił z końcem maja.

Jego dystrybucja wciąż jednak w niektórych regionach kraju kuleje. Poza Allegro, gdzie można je kupić bez problemu. 

- Ktoś wyczuł dobra okazję do zarobienia na biednych chorych dzieciach bo ceny są kosmiczne. Preparat z recepta kosztuje 10.49, bez ok.  34 zł.  A tu proszę nawet 60 zł za szt. Serwis nic z tym nie robi – komentuje rozgoryczona czytelniczka.

I pisze dalej, że sprzedawcy często tłumaczą, że mleko zostało im po dziecku. 

beb

- Ulubione moje ogłoszenie to 15 puszek sprzedawane bo dziecku mleko nie podpasowało. Mnie lekarz na próbę przepisał 1 szt.  Nie 15. To wszystko jest chore. Gdyby te ilości zostały w aptekach to pewnie pomogłyby niejednemu dziecku. A tak ktoś na tym nieźle zarobi – konkluduje czytelniczka.

Spekulować na matkach niemowlaków, które dla swoich dzieci zrobią wszystko?

Ała. To strasznie słabe.

Jak się dowiedziałem w firmie NUTRICIA fabryka po czterech tygodniach ograniczania produkcji teraz pracuje już na 100 proc.

- Dostępność produktu będzie zwiększać się stopniowo w poszczególnych regionach kraju – twierdzi Małgorzata Kołodrub reprezentująca koncern.

Kiedy skończą się problemy z zaopatrzeniem? Tego jednak Kołodrub nie jest w stanie precyzyjnie określić. 

Zamiennikiem Bebilonpepti  jest Nutramigen. 

09:27, miaczynski
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 maja 2015

27 marca w bliżej nieznanych okolicznościach pękł fiszbin w staniku pani Jolanty. Pani Jolanta stwierdziła, że coś trzeba z tym zrobić. To „coś” objęło wysłanie maila do biura KappAhl, (to ten sklep sprzedał jej stanik), ustalenie procedury reklamacyjnej, a następnie zaniesienie towaru do sklepu.

Nie miała co prawda paragonu, ale przecież paragon nie jest potrzebny. Prawda? Poza tym za zakupy jej mąż płacił kartą.

KappAhl?  Odpowiedział krótko: NIE.

A tak bardziej konkretnie to wysmażył takie pismo:

IMG_20150410_150106_1_1

Tu je twórczo streszczę: reklamacja jest odrzucona, bo klient nie przedstawił paragonu, a klient bez paragonu jest klientem awanturującym się (to widać ten sam typ co ci bez krawata) i takim się reklamacji nie uwzględnia.

Mąż pani Jolanty pan Dariusz, przetarł z niedowierzaniem oczy a następnie odpowiedział KappAhl mailem. W którym nieco zdziwiony poprosił o wyjaśnienie sytuacji.

I zaznaczył:

„Przedstawiłem  wydruk potwierdzenia zakupy kartą w waszym sklepie, w dniu kupiłem kilka pozycji, na potwierdzeni zakupu był podany numer paragonu z waszego systemu dlaczego personel nie potrafi tak prostej czynności dokonać. W innych sklepach nie jest problemem dokonywać reklamacji  za pomocą potwierdzenia z karty.“

Jak widać w  KappAhl mają jednak inne procedury, bo sieć odpowiedziała mu tak:

„W dniu 15 kwietnia 2015 09:09 użytkownik Biuro KappAhl <Biuro@kappahl.com> napisał:

Szanowna Panie,

W odpowiedzi na Pana maila z dnia 10 kwietnia br., chcielibyśmy poinformować, iż zgodnie z art. 6 ustaw z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks cywilny (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93), który brzmi: „Ciężar udowodnienia faktu spoczywa na osobie, która z faktu tego wywodzi skutki prawne”, to do konsumenta należy obowiązek potwierdzenia danej transakcji, jeśli składa w związku z nią reklamację. Oznacza to, iż to konsument musi udowodnić sprzedawcy, że (1) dany towar został zakupiony właśnie (2) u tego sprzedawcy,(3) kiedy to miało miejsce oraz (4) za jaką kwotę.

Bez przedstawienia dowodu zakupu nie jest możliwe ustalenie daty zakupu, od której to uzależnia się bieg terminów, o których mowa w ustawie z dnia 27 lipca 2002 roku o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie kodeksu cywilnego (Dz. U. nr 141 poz. 1176 ze zm.); niemożliwe jest także jednoznaczne określenie sprzedawcy oraz samego przedmiotu zakupu i faktycznej kwoty, którą za towar zapłacił konsument.

Wydruk bankowy nie zawiera opisu produktu/produktów, nie mamy, więc możliwości by stwierdzić, czy, kiedy i za jaką kwotę, dany produkt został zakupiony, oraz czy przedstawiona kwota transakcji dotyczy jednego czy też kilku produktów zakupionych jednocześnie. Na tej podstawie uznajemy, że klient nie udowodnił skutecznie faktu zakupu danego produktu, a przedstawiony wyciąg z karty jest niewystarczający nie ze względów formalnych, ale praktycznych.

Biorąc pod uwagę powyższą argumentację, nie widzimy podstaw do weryfikacji naszego stanowiska.

Z poważaniem,

Biuro głowne
Firma nagrodzona tytułem Superbrands Polska 2013/14”.

Pan Dariusz oczywiście odpisał, że ustawa z 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz odpowiedzialności za produkt niebezpieczny (Dz. U. 2000 Nr 22, poz. 271) nie uzależnia od przedstawienia paragonu realizacji uprawień konsumenckich. Ponadto art. 11 ustawy o sprzedaży konsumenckiej przewiduje, że sprzedawca nie może uciec od odpowiedzialności w przypadku towaru niezgodnego  z umową.

Ale było to wołanie na puszczy, równie produktywne jak dajmy na to przekonywanie polityków, aby skupili się na konkretach.

Firma strzeliła focha i zamknęła się w sobie. Licząc najprawdopodobniej na to, że panu Dariuszowi nie będzie się chciało kontynuować tematu.

Oczywiście działanie ze strony sklepu jest zwykłą złośliwością obliczoną na to, że klientowi nie będzie się chciało dalej nic z tym robić.

Sklep powołuje się tutaj na art. 6 kodeksu cywilnego. Zgodnie z nim Ciężar udowodnienia faktu spoczywa na osobie, która z faktu tego wywodzi skutki prawne.”

Znaczy się skoro pan Dariusz się upiera, że kupił stanik w tym sklepie, to niech to udowodni .A że w odpowiedzi na pismo reklamacyjne firma znała nawet numer produktu? Oj tam, nie czepiajmy się szczegółów.

Swoją drogą stanik wygląda na stronie sieci tak (wyszukałem go po numerze wpisanym w odpowiedzi na pismo pana Dariusza). kapp

A co z tym paragonem?

Paragon – nie jest w jednak w takiej sytuacji absolutnie do niczego potrzebny. Żaden przepis ustawy konsumenckiej o nim  nie wspomina (tutaj dodam, że stanik został kupiony przed 25 grudnia tego roku, czyli jeszcze na podstawie starych przepisów).

Ba, zapis o wymaganiu paragonu przy reklamacji został wpisany na listę klauzul niedozwolonych przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Znajdą to państwo tu (choć w tym przypadku chodziło o sklep internetowy).

Zamiast paragonu zgodnie ze stanowiskiem UOKiK wystarczy wydruk potwierdzenia z karty czy nawet zeznanie świadków (a nawet oświadczenie pana Dariusza).

I ja nawet rozumiem, że dla sklepu jest to kłopot z przyczyn księgowych. Ale proszę mi uwierzyć podobnego rodzaju załatwianie reklamacji długoterminowo się zwyczajnie nie opłaca.

Handel to prosty biznes. Najcenniejszą rzeczą, która sklep posiada nie jest towar, ale klient do niego regularnie powraca.

Jak na razie czytelnik poprosił o interwencję miejskiego rzecznika praw konsumentów. Nie wyklucza też oddania sprawy do sądu.

11:11, miaczynski
Link Komentarze (32) »
środa, 13 maja 2015

Taryfa nocna to taka ciekawa propozycja ze strony zakładów energetycznych, dzięki której prąd możemy mieć sporo taniej.

Idea tego rozwiązania polega jednak na tym, że korzystamy z energii elektrycznej nie wtedy kiedy nam się chce, ale kiedy to się opłaca zakładowi energetycznemu. Pory te poetycko nazywane są dolinami.

I tak tzw. dolina nocna ze zniżkowymi stawkami obowiązuje między 22 a 6 rano a dolina dzienna między 13 a 15 (żeby nie było zbyt łatwo czasami też obowiązuje przez całe weekendy).

W praktyce oznacza to, że zmywarkę/pralkę włączamy po 22, albo np. przed obiadem. Dlaczego tak? Po prostu wtedy najmniejsze jest zapotrzebowanie na energię, zakłady energetyczne starają więc nas jakoś skusić abyśmy zużywali ją akurat wtedy.

Ile można na tym zarobić?

To już zależy od naszego trybu życia. Z całą pewnością nie jest to propozycja dla każdego. Pan Marcin mający, zdecydował się na taką zmianę mimo, że wszyscy znajomi mu to odradzali, argumentując, że i tak najwięcej prądu w domu zużywa lodówka, która pracuje cały czas.

Jak się okazało pan Marcin - mieszkający w domu pod Wrocławiem - ściął rachunek za prąd z 400 zł miesięcznie do niecałych 300 zł miesięcznie.

Wymagało to sporych zmian wśród domowników (wcale nie było łatwo zapamiętać, że nie włącza się wszystkiego kiedy chce, jak do tej pory). Pomogło też to że rodzina pana Marcina nie ma telewizora a jego żona pracuje w domu - może więc korzystać z okienka 13 - 15.

Nocna taryfa może też być ciekawą oferta dla osób, które ogrzewają się prądem, zapracowanych singli, bądź par, które w domu spędzają mało czasu i raczej tam tylko nocują.

Uwaga na haczyk

Na podobnego rodzaju wędrówkę dolinami w sieci Energa zdecydował się też w lutym tego roku pan Piotr. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że... źle wybrał taryfę.

Zamiast nocnej z tanimi weekendami (czyli tani prąd jest głównie nocą i w sobotę/niedzielę) wybrał taryfę nocną stałą (tani prąd jest głównie nocą, bez weekendów). A że w weekendy prądu raczej sporo zużywa, zmiana wiązałaby się dla niego z wyższymi niż do tej pory rachunkami.

Pan Piotr żył przy tym przez dłuższy czas w błogiej nieświadomości.

- Gdy kliknąłem na wybór taryfy dostałem na maila prośbę o potwierdzenie. Potwierdziłem i dostałem potwierdzenie, że zamówienie zostało "przyjęte/zrealizowane" - opisuje nam pan Piotr.

Zarzeka się, że w żadnym z tych maili nie dostał informacji jaka taryfa teraz obowiązuje i od kiedy. W mailu potwierdzającym zawarcie umowy (nie wiadomo jakiej) dostał za to wzór odstąpienia od niej i spis praw jakie mu przysługują.

- Na stronie EBOK w zakładce gdzie jest pokazana moja taryfa cały czas pojawiała się informacja, że korzystam ze starej taryfy. Miało to miejsce 11 lutego 2015 - opisuje nam pan Piotr.  
Informacja o starej taryfie wisiała sobie na jego koncie do 12 marca. Dlaczego do 12 marca? Bo tego dnia pan Piotr dostał list z którego dowiedział się, że popełnił błąd.

Niestety, minęło już wtedy już 14 dni na rozwiązanie umowy. - Jako, że pomyłki się zdarzają, a zmiana taryfy dla tak dużego operatora nie powinna być żadnym problemem, pomyślałem, że jak ładnie poproszę to przecież zrozumieją pomyłkę i pomogą mi sprawę odkręcić. Niestety dostałem odpowiedź, że "W odpowiedzi informuję, że kolejnej zmiany grupy taryfowej można dokonać po upłynięciu 12-tu miesięcy od ostatniej zmiany." - pisze nam zaskoczony pan Piotr.

Czytelnik się nie poddał i napisał jeszcze raz, argumentując że bardzo mu zależy, że jest długoletnim klientem i że mogliby mu pójść na rękę. I tutaj podkreślił to co opisaliśmy wyżej, czyli że nie dostał potwierdzenia rodzaju wybranej taryfy na maila, ani że nie zmieniono jej na jego koncie abonenckim dostępnym w internecie.

Panu Piotrowi śpieszyło się aby odkręcić sprawę, słał więc do swojego dostawcy maile z prośbami o szybką odpowiedź. Firmie Enerdze się nie spieszyło więc każdego maila rejestrowano jako nowe zgłoszenie. I za każdym razem odsyłano mu uprzejmą wiadomość, że komórki wewnętrzne nad sprawą pracują. 

Wtem, czyli już 29 kwietnia (grubo po miesiącu od pierwszego maila) dostał ostateczną odpowiedź na swoje argumenty. Dość krótką: "Szanowny Panie, dziękuję za zgłoszenie. W odpowiedzi informuję, że kolejna zmiana grupy taryfowej będzie możliwa po roku."

- Czas oczekiwania na odpowiedź z "komórek" mających szczegółowo i rzetelnie rozpatrzyć sprawę jest porażający. Bardzo mnie też zasmuca fakt, że nie można naprawić pomyłki w sposób prosty - konkluduje czytelnik.

Energa po moim mailu zmieni jednak czytelnikowi taryfę na weekendową. - Pracownicy firmy rozmawiali już z klientem i uzgodnili w jaki sposób taryfa zostanie zmieniona - pisze Jakub Dusza zbiura prasowego Grupy Energa.

Raz na 12 miesięcy

A dlaczego zmiany taryfy można dokonać tylko raz na 12 miesięcy?

Jak się okazuje nie jest to wymysł firmy energetycznej. Wynika on wprost z rozporządzenia Ministra Gospodarki z 18/08/2011 (rozdział 2 paragraf 7.3). - Rozporządzenie stanowi, że zmiana taryfy jest możliwa nieczęściej niż raz na 12 miesięcy chyba, że nastąpiła zmiana stawek. Wówczas zmiany można dokonać w okresie 60 dni od czasu wejścia w życie nowych stawek - twierdzi Dusza.

energa

[Przy powstaniu tego wpisu kontrybuował Leszek Kostrzewski]

16:56, miaczynski
Link Komentarze (6) »