Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
piątek, 20 marca 2009

Tak,  wiem, powinienem był wziąć się za to  w wieku lat 18. Ludzie mają wtedy zdecydowanie więcej czasu. Ja kurs na prawo jazdy dostałem od żony -  w prezencie na rocznicę ślubu. Owszem,  miała z tego powodu dużo radości.

Kurs trwa 30 godzin. Być może istnieją jednostki, które po takim czasie  potrafią prowadzić auto. Chapeau bas. Ja nie potrafiłem.

Kolega z kursu po raz pierwszy wyjechał na miasto dopiero,  kiedy  zaliczył 18 godzin na placu.  O mało przy tym nie zabił instruktora,  pakując się pod ciężarówkę.

Koleżanka z kursu po przejechaniu 20 godzin nadal myli pedał gazu z hamulcem.


Mnie po pięciu lekcjach, prędkość 30 na godzinę wydawała  się astronomiczna, a skoordynowanie sprzęgła, gazu, hamulca i biegów było naprawdę ciężką próbą.
 
OK,  można również przyjąć, że wszyscy  troje jesteśmy pierdołowaci, ale proszę mi wierzyć - takich  osób jest więcej.

Firmy organizując kursy po 1,4 tys. zł za 30 godzin prowadzą do sytuacji gdy nowi kierowcy uczą się  naprawdę jeździć  dopiero po zdobyciu prawka. Jeśli oczywiście mają dzień łosia i przypadkiem  zaliczą egzamin.

Zresztą -  co tu  kryć - osoby z długoletnią praktyką   nie jeżdżą dużo lepiej.  W Warszawie zgodnie z przepisami poruszają się  chyba tylko L - ki.
Liczba  sytuacji, w których   zostałem strąbiony za zatrzymanie się przed zielona strzałką, albo znakiem STOP jest naprawdę imponująca.

Liczba  osób, które poruszają się po drodze tylko lewym pasem  - również (przypominam, w Polsce mamy ruch prawostronny).


Najbardziej jednak walą po oczach skrzyżowania.  W godzinach szczytu większośc  jest zatkana.   Bo komuś się spieszy i wjeżdża na krzyżówkę , której później nie ma szans opuścić. A po zmianie świateł blokuje skutecznie resztę kierowców.

Jakiś  błąd  systemowy tkwi w ogóle w metodzie  szkolenia kierowców. I nie załatwią tego najnowsze propozycje zmian w egzaminach na prawo jazdy, czyli skrócenie egzaminu z 40 do 25 minut, zdawanie teorii przez internet czy
wprowadzenie nowej kategorii prawa jazdy AM  (na motorowery) - dla 14 latków.

Po prostu musimy jeździć więcej. Nie podejmuję się ocenić czy to "więcej"  oznacza 40, 50 czy więcej godzin. Takie lekcje kosztowałby dużo drożej niż wspomniane 1,4 tys. zł. Czy jesteśmy jednak w stanie płacić za kurs równowartość tysiąca euro? Nie sądzę. 
 
 
-----------------------------------------------------------------------------------------
Na kurs poszedłem z założeniem, że chcę się nauczyć jeździć, a nie zdać egzamin. Na drogach za miastem spędziłem kilkanaście godzin, ucząc się wyprzedzać. Kolejne kilkanaście na skrzyżowaniach, na nauce bezkolizyjnego skręcania w lewo. Mój kumpel ma znajomą, która za każdym razem gdy przyjeżdża do  naszego miasta  - musi kobinować, jak trafić  do niego bez skręcania w lewo. Chciałem uniknąć takiej sytuacji. W miarę swobodnie poczułem się za kierownicą po przejechaniu 80 godzin*.


Co nie zmienia faktu,, że i tak oblałem egzamin*,


* za pierwszym razem w 33 minucie jazdy wymusiłem pierwszeństwo na skrzyżowaniu, za drugim   - ten sam błąd popełniłem od razu przy  wyjeździe z WORD -u .
18:44, miaczynski
Link Komentarze (78) »
wtorek, 17 marca 2009

Nie ma obiektywnych źródeł informacji. 

Kilka dni temu napisałem z Tigim tekst o fałszerzach internetu. Przez tydzień znaleźliśmy sto osób, które za pieniądze były gotowe zareklamować dowolny produkt na forach, portalach i w porównywarkach cen.

Nawiasem mówiąc -  maile z pytaniem, czy ogłoszenie jest jeszcze aktualne przychodzą do dziś.

10 tys. postów wystarczających do zaśmiecenia całego polskiego internetu kosztowałoby nas 4 tys. zł. I przepłacilbysmy straszliwie, bo normalnie stawki są o połowę niższe. Agencja marketingu szeptanego swoim szeptaczom za jednego posta płaci 10 do 20 groszy.

Na ile Iinternet jest jeszcze miejscem, z którego można zaczerpnąć subiektywną, a nie reklamową opinię na temat produktu, czy usługi? Ile postów na forach jest fałszywych?

1 na 10?

3 na 10?

9 na 10? (chyba przesadziłem)

Jeden deweloper robi czarny PR drugiemu deweloperowi, bank - bankow,  a w tle ktoś na forach kuchennych usiłuje wypromować swój majonez  deprecjonując konkurencję ("oni" robią  mdły i z octem!).

Efekt naszego tekstu jest taki, że branża reklamowa zaczęła prace na kodeksem marketingu szeptanego.
Zgodnie z projektem:

- Żadna osoba nie może wypowiadać się jako prawdziwy konsument
produktu/uslugi jeśli faktycznie nim nie jest.

- Nie można tworzyć i rozprzestrzeniać celowo negatywnych opinii na temat
produktów/usług konkurencji w celu zepsucia wizerunku konsumenta.

- Reklamodawca i promujący ujawniają swoje zaangażowanie w działania zawsze,
kiedy zostaną o to zapytani przez odbiorców lub media.

Czy to pomoże w wyczyszczeniu sieci z marketingu szeptanego? Może trochę to zjawisko ograniczy. Całkowicie wyeliminowac nie może. Jako konsumenci stajemy się bowiem coraz bardziej odporni na tradycyjna reklamę.
I coraz bardziej nieufni.
 
Ba, często widzimy "ściemę" tam gdzie jej nie ma. I na odwrót -  nie widzimy jej tam gdzie jest.

[Pies to drapał, że dla części internautów dziennikarze (a już w szczególności dziennikarze Gazety Wyborczej) to manipulanci piszący tylko artykuły sponsorowane. Kilku moich redakcyjnych kolegów z działu gospodarczego np. Marek Wielgo czy Andrzej Kublik ma wręcz swoich gorących fanów. Fani ci pod każdym ich tekstem dają wyraz swoim bardzo specyficznym uczuciom i sądom co do proweniencji tychże  artykułów  (czy to jest miłość, czy to jest kochanie??).
Przypadki fiksacji zostawmy jednak psychologom klinicznym.]

Podświadomie szukamy czystych i obiektywnych źródeł informacji. Problem w tym, że takich... po prostu nie ma.
18:23, miaczynski
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 marca 2009
W Stanach,  w sieci Abercrombie & Fitch mają dobrą metodę, żeby namówić facetów na zakupy. Przy każdej męskiej przymierzalni jest piękna kobieta, dość kuso ubrana. Za każdym razem, jak się Amerykanin wychyli i pyta, , czy mu w tym dobrze, ona wzdycha i mówi: "Świetnie". W rezultacie faceci wychodzą ze stertami ubrań w garści.


- Zatrudniamy bardzo atrakcyjnych pracowników, bo wiemy, że piękni ludzie przyciągają pięknych ludzi. To oni nas interesują, nie kierujemy naszych produktów do nikogo poza tym gronem - twierdzi szef sieci Michael Jeffries.

(Nawiasem mówiąc -  niezły buc.)

Podobną do A&F metodę stosuje jeden z warszawskich klubów fitness. Dla dociekliwych  - dodam:  mieszczący się w jednym z centrów handlowych.

Pracownicy, którzy sprzątają salę, przynoszą napoje są normalni. Grubsi, chudsi jak tysiące osób mijanych na ulicy. Za to recepcjonistki...Atrakcyjne. Długie włosy, pełny makijaż, kuse ubrania. .

Stoję niedawno w kolejce do recepcj, chcę wejść. Pani z potwornym dekoltem bierze ode mnie kartę identyfikacyjną. Nachyla się nad czytnikiem, mocno eksponując przy tym swoje walory. Odrzuca włosy i uśmiecha się w moim
kierunku, jeszcze raz pręży biust.

Moje samopoczucie jako mężczyzny  - nie ukrywam -  mocno się poprawia. Do momentu kiedy nie obejrzę  się za siebie. Pani z potwornym dekoltem bierze od mężczyzny stojącego za mną kartę identyfikacyjną. Nachyla się nad czytnikiem mocno eksponując przy tym swoje walory. Odrzuca włosy i uśmiecha się w JEGO kierunku, jeszcze raz pręży biust.

Sąsiad w kolejce odchodzi od recepcji rozanielony. A pani znów pochyla się nad czytnikiem...

Inny przypadek. Znana sieć z drogimi butami dla mężczyzn. Rekrutacja pracowników. Wchodzi młoda atrakcyjna kobieta.

Rekrutujący: Ile pani ma lat?

Kobieta: Dwadzieścia.

Rekrutujący: O, jak dobrze, że nie wygląda pani tak jak na zdjęciu.

Kobieta: ???

Rekrutujący: Wyglądała pani na 30 lat. Za staro. I proszę pamiętać żeby do pracy przychodzić albo w krótkiej spódniczce albo w bluzce z dekoltem. A najlepiej i w tym i w tym.



Seks sprzedaje. Ty też, czytelniku, chętniej wszedłeś na ta stronę, kiedy zobaczyłeś słowo: seks. A ja, pisząc notkę i używając go jako wabika - wiedziałem, że wejdzie was tu dzisiaj więcej.
Pozdrawiam czytających.
18:16, miaczynski
Link Komentarze (8) »
niedziela, 01 marca 2009
Wybaczcie mi bankowcy, doradcy inwestycyjni, eksperci z pierwszych  stron gazet, - bo zgrzeszyłem.

Słuchałem was rzadko.

Gdy mówiliście, że mam brać większy kredyt na mieszkanie, a nadwyżkę pakować w fundusze inwestycyjne -  nie słuchałem.

(Choć na swoje usprawiedliwienie dodam, że wierzyłem, kiedy twierdziliście, że złotówka będzie się już tylko umacniać.)

Dziś widzę osoby, które rok temu kupowały mieszkania po 12 tys. za m  kw.  - frank kosztował wtedy około 2 zł. Dziś dług mają wyższy o połowę,  wartość mieszkań niższą o jakieś 20 proc. Wiele tych osób pochodzi ze  świata mediów.

Widzę jednostki, które brały kredyty na samochód za 70 tys. (rzecz  jasna we franku) a dziś maja do oddania 130 tys.

Kupowałem i sprzedawałem akcje. Postępowałem wbrew żelaznym zasadom  zdrowej rachunkowości. Większość zarobionych  pieniędzy od razu  wydałem. Polecieleliśmy z żoną w podróź poślubną bardzo daleko.  Pół roku później odpoczywaliśmy na Hawajach.

Zrozumiałem swój błąd i założyłem konta w IKE. Dziś jest na nich  połowa tego co wpłaciłem.

Żyłem chwilą, bo wszyscy żyliśmy chwilą.

Pytanie brzmi co dalej? Jak ze społeczeństwa przyzwyczajonego do  wydawania zamienimy się w społeczeństwo przyzwyczajone do oszczędzania?

Ponieważ złotówka zleciała na...,.powiedzmy -  bardzo zleciała, klasa  średnia z egzotycznych wycieczek do Turcji, Egiptu czy Grecji może się  teraz przenieść nad Bałtyk. (Po namyśle  - nad Bałtyk chyba nie . Też  jest diabelnie drogi.)

Nowy samochód? Nie sądzę.

Podwyżki pensji? Teraz ich długo nie będzie.

Oszczędności? Moźe jak za dwa lata złotówka się trochę umocni.

Mieszkanie? Dla moich równolatków wizja kredytu mieszkaniowego na 30  czy 40 lat była już dostatecznie przygnębiająca. Tyle, że jak ktoś nie  kupił mieszkania przez ostatnich kilka lat teraz do tych 30 czy 40  musi dorzucić kolejne 5 albo 10,  aby uzbierać wkład własny.

Czy żaluję tych kilku lat szaleństwa? Ni cholery.
12:22, miaczynski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 lutego 2009
Mój dobry kumpel kupił sobie rok temu samochód - Nissana Primerę. To cudo współczesnej motoryzacji klasy średniej (m.in.  kamera ułatwiająca cofanie) żłopie litr oleju na tysiąc kilometrów. Po wielokrotnych wizytach w autoryzowanym serwisie kolega usłyszał, że to normalne i że akurat ten model firmie nie wyszedł.

I co?

I nic.

Jeżeli chce to niech się kłóci z centralą, albo idzie do sądu, albo robi co mu się żywnie podoba.

Ponieważ kolegę obowiązek dolewania oleju przy okazji każdej wizyty na stacji benzynowej doprowadzał do... różnych rzeczy -   postanowił firmie nie odpuścić. Jak na razie koresponduje z węgierską(!!!) odnogą spółki w sprawie wymiany silnika.

Jak  twierdzi - nie odpuści. Wierzę mu, bo pamiętam jego zacięcie w sprawie barwiącej marynarki. Marynarka jak marynarka - cena 500 zł. Kolega siedzi na tzw. biznesowych negocjacjach i dziwi się -  czemu ja mam takie czarne ręce? Co za fleja nie posprzątała tego stołu??? (kolegi proszę nie mylić z Kamilem Durczokiem).
Kolega dotarł z powrotem do biura - zdjął marynarkę i zdębiał - koszula cała czarna. Poszedł do sklepu i kulturalnie zażądał  - nie zwrotu pieniędzy, ale wymiany marynarki na dowolny, sklepowy produkt,  w porównywalnej cenie.

Właściciel roześmiał się mu w twarz.

- Ok. - odpowiedział kolega. - Nie jestem zbyt bogaty, ale jestem cierpliwy. Pan mi wcześniej czy później odda te pieniądze.

Zrobił ekspertyzę marynarki. Odwiedził PIH. Pieniądze za marynarkę i koszulę w końcu odzyskał, choć zajęło to kilka miesięcy.

Wnioski? W Polsce często się słyszy: mamy złe prawo, mamy fatalne sądy, nawet jeśli mamy rację nie ma sensu się szarpać.

Owszem nasze sądy i nasz procedury nie sa doskonałe. Ale -  proszę mi uwierzyć -  im więcej osób będzie dochodzić swoich praw - tym łatwiej będą miały kolejne jednostki.
15:10, miaczynski
Link Komentarze (53) »
środa, 18 lutego 2009

...kiedy operatorzy zaczną odcinać użytkowników od sieci za ściąganie. A tego nie zrobią, bo kto wówczas instalowałby szerokopasmowe łącza internetowe?

Piractwo rodzi chciwość.

- Wyobraź sobie, że jesteś w empiku - mówi Michał Sztacheta, prawnik w dużej warszawskiej korporacji. - Wkładasz do koszyka, co chcesz. Dajmy na to, kolekcję wszystkich płyt Milesa Davisa, nową płytę Kultu, ścieżkę dźwiękową
z "Dumy i uprzedzenia". Dokładasz gry: "Cywilizację 4", "Fifę 2006". I trochę filmów. A teraz z tym koszykiem mijasz kasę i wychodzisz. Nikt cię nie zatrzymuje. I jutro robisz to znowu. Na tej samej zasadzie. Fajnie, nie?

Michał przez 462 dni ściągnął za darmo z internetu 571 GB. Daje to 835
filmów lub 117 tys. piosenek w formacie MP3. Muzykę trzyma  na komputerze. Filmy leżą w czarnych klaserach pod ścianą. - Oglądam je rzadko - przyznaje Michał rozbrajająco. - Czasu mam mało. Ale
lubię kolekcjonować.

Michal byl bohaterem tekstu jaki napisałem ze Zbyszkiem Domaszewiczem dwa lata temu. Do dziś zmienilo się tyle, że Michał Sztacheta na koncie ma już nie 571 GB tylko grubo ponad 2,5 TB.

Dlaczego ciągniemy? Bo, jesli coś można dostać za darmo to czemu za to placić?

Nie przekonują mnie argumenty piratów - nie kupuję, bo plyty są za drogie. Jeszcze niedawno film na dvd kosztował 100 zł. Dziś 50 zł. czyli rownowartość dwóch biletów do kina. Czy sprzedaż płyt dvd wzrosła? Nie. Czy
wzrosłaby gdyby hollywoodzka nowość kosztowała 20 albo 10 zł? Też nie sądzę.


Śmiać mi się chce jak czytam na forum gazeta.pl argumenty: "od kazdej sprzedanej płytki CD uznany wykonawca (np. U2, Beyonce, Coldplay) otrzymuje około 50 centów przy cenach albumów oscylujących w granicach 10-15$.Muzycy
głównie zarabiaja na trasach koncertowych".

To co okradać duży koncern można, bo artysta zarabia na płytach?
Złodziejstwo pozostanie złodziejstwem.

Z drugiej strony dzisiejszy nazwijmy to rynek utworów audiowizualnych nie nadąża za rzeczywistością. Najnowsze odcinki amerykańskich seriali w rodzaju: "Grey's Anatomy",  "Desperate Housewives"  czy "Lost" oglądam ściągnięte z sieci, bo nie chce mi sie czekać aż zostaną pokazane przez polską telewizję.

Gdy serial wychodzi na dvd, kupuję go w sklepie. Nie zmienia to faktu, że oglądając wczesniej seriale -  łamię amerykańskie prawo autorskie. Chcialbym tego nie robić, ale nie mogę. Bo w Polsce nie jestem w stanie legalnie
skorzystac choćby z internetowej wypożyczalni filmów iTunes (ze względu na prawo autorskie zakupy w tym sklepie wymagają amerykańskiej karty kredytowej).
22:49, miaczynski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 lutego 2009
Od kilku dni w ramach czyszczenia mieszkania wystawiam na Allegro stare numery "Playboy'a".  Pierwszy numer tego miesięcznika pojawił się u nas  w grudniu 1992 roku,  w czasach gdy demokracja w Polsce dopiero się zaczynała, a królik
był symbolem wejścia RP  do strefy krajów cywilizowanych. Co zabawne -polskiego "Playboy'a"  na rynek wprowadzał zdeklarowany gej Tomasz Raczek.


Dziś jeden egzemplarz  "Playboy'a"  kosztuje 10 zl. Pewien internauta  za pierwszy numer magazynu oferował mi wczoraj 200 zł. Daje to stopę zwrotu przez ostatnie 17 lat na poziomie ponad 10 proc. rocznie.

Patrząc z tej perspektywy  na naszą gospodarkę można się zastanawiać ile inwestycji dało przez ostatnie lata tak stabilny wzrost? Akcje? Spoglądając na to co dzieje się na naszej giełdzie - nie bardzo. Swarzędz i Krosno, dwie
firmy, którymi  handlowano na inauguracyjnej sesji giełdy 16 kwietnia 1991 r. właśnie sa w trakcie skręcania trumny na swój pogrzeb. Krosno złożyło wniosek o upadłość.  Swarzędz nie widzi już szans na prowadzenie biznesu.
Fundusze inwestycyjne? Nie sądzę.

Lokaty bankowe? Dają zarobić, ale nie aż tak, jak kultowy magazyn z rozbieranymi laskami.  Złoto? W  siedemnastoletnim starciu  z "Playboy'em" - jednak przegrywa.   Nieruchomości? Może, choć ostatnio ich właścicielom ewentualne  zyski mocno się  kurczą.



Chyba właśnie mamy odpowiedź co chroni nasze pieniądze i przynosi solidny zarobek.



Kaczki.



Tfu.

Króliki.
17:50, miaczynski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lutego 2009
Modły do św. Franciszka: spadaj, spadaj!!

3,24 zł za franka. Złoty wciąż słaby. Kiedy wzrośnie? Nie wiadomo.  Kto traci? To wiadomo. Polska klasa średnia.
Osoby, które mają kredyty mieszkaniowe we  frankach. Kto winien? Jak zawsze -  spekulanci.

Ile osób zaczyna dzień od spoglądania na kursy walut?

Ile osób zaczyna zastanawiać się czy stać je na kolejną ratę?

Gdzie dla przeciętnego gospodarstwa domowego zaczyna się próg bólu,  po przekroczeniu, którego  ludzie zamiast zanieść pieniądze do banku powiedzą "pas"? Przy kursie 3,5  zł w marcu? A może 4 zl w maju?

A jeszcze pól roku temu było tak pięknie. Posiadacz kredytu we frankach patrzył na swojego kolegę (zadłużonego w zlotówkach) jak na retarda.

Chcąc niechcąć dziś wszyscy przechodzimy dokuczliwą lekcję ekonomii. Dla niektórych ta lekcja jest jednak bardziej bolesna. Od kilku tygodni media w kraju opisują zwarcie między mBankiem i Multibankiem (oba należą do BRE), a
kilkunastotysięczną grupą ich klientów.

O oprocentowaniu kredytów mieszkaniowych we franku decydują zazwyczaj dwie rzeczy: wysokość stóp procentowych w Szwajcarii, oraz marża czyli zarobek banku. Marża jest stała. Oprocentowanie się zmienia, kiedy stopy procentowe
idą w górę bądź w dól. Część klientów  BRE ma jednak oprocentowanie ustalane decyzją zarządu banków. Kiedy stopy szły w gorę - oba banki ochoczo podnosiły oprocentowanie kredytów. Dziś, gdy szwajcarskie stopy są rekordowo
małe mBank i Multibank o żadnych obniżkach nie chcą slyszeć.

Klienci BRE zaalarmowali  media. Co działo sie później  - wiadomo.

Straty banków jesli chodzi o opinię są gigantyczne i bardzo trudne do odrobienia. Zarówno mBank jak i Multibank w gronie swoich docelowych klientów będą musialy walczyć ze stereotypem bankowej Biedronki. Kosztować
to będzie fortunę. Podobnie jak fortunę za naprawę  swego wizerunku zaplaciła Biedronka. Taniej by bylo pewnie obniżyc oprocentowanie w styczniu o 0,5 pkt proc...

Obawiam się jednak, że w tej wojnie klienci mBanku i Multibanku stoją na straconej pozycji. Odejść z banków nie mogą - bo wzięcie nowego kredytu na spłatę starego w tym momencie jest ekonomicznym samobójstwem.

Ich zadłużenie z miejsca byłoby o 30 - 40 proc. większe niż w momencie zaciągania kredytu. Gdzie są zresztą chętni do przygarnięcia uciekinierów z BRE?

Spora część klientów BRE nie ma zresztą zdolności kredytowej na nową pożyczkę we frankach. Poza tym -  aby zaciągnąć nowy kredyt mieszkaniowy trzeba by było zlikwidować karty kredytowe, spłacić kredyty samochodowe etc.

BRE o tym wszystkim doskonale wie. I liczy, że kiedy kurs franka spadnie (optymistycznie można przyjąć, że nastapi to za dwa lata) zlość klientów cześciowo zmaleje. A wtedy banki złożą im nową ofertę współpracy.


I prosze mi wierzyć  - większość osób tę ofertę przyjmie.

Autor ma kredyt mieszkaniowy we frankach szwajcarskich. 

18:35, miaczynski
Link Komentarze (6) »
sobota, 14 lutego 2009

Nazywam się Piotr Miączyński i jestem dziennikarzem Gazety Wyborczej. Wkrótce pojawi się tu mój blog.
Kiedy?
Też zadaję sobie to pytanie.
Do zobaczenia!

 

 

 

 

23:55, miaczynski
Link Dodaj komentarz »
1 ... 76 , 77