Piotr Miączyński
Od ponad dekady dziennikarz gospodarczy GW. Współautor książki "Fortuna po polsku" oraz „Łowców Milionów".
RSS


RSS
wtorek, 21 kwietnia 2009

"Jasne, że tanio" -  odpowie szereg specjalistów od sprzedaży, z szeregu firm, które ogłaszają się, że to u nich jest
najtaniej w kraju, świecie i galaktyce. I nie dla idiotów drogie zakupy. Moim zdaniem nie tyle lubimy kupować tanio, co lubimy jak nam się wydaje, że jest tanio.

Kilka tygodni temu wspólne z kolegą  robiliśmy  wywiad z Ryszardem Tomaszewskim, szefem sieci Tesco. W trakcie rozmowy Tomaszewski powiedział coś, , co wydało mi się zbyt reklamiarskie, aby to  wpakować do gazety,  ale na tyle ciekawe, że to przytoczę:

"Wprowadziliśmy na półki setki nowych produktów w niskich cenach, zaczęliśmy porównywać ceny naszych produktów do cen w sklepach dyskontowych: Biedronce i Lidlu. Ludzie uważają, że jest tam najtaniej, chociaż nie jest to prawda. Podam przykład: jak prowadzimy badania to klienci nam mówią, że mięso luzem w Biedronce jest tańsze niż w Tesco.

 -  A nie jest? - my na to.

* *

Tu prezes spojrzał na nas z wyraźną  wątpliwością co do  stanu naszych szarych komórek i odrzekł:
* *

 - Biedronka nie sprzedaje mięsa luzem.


Oczywiście nie zmienia to faktu, że dla klientów ta marka  uchodzi za  najtańszą w każdej kategorii. Prawdopodobnie gdyby ktoś zrobił badania czy w Biedronce sprzedaje się najtańsze Mercedesy -  odpowiedź też byłaby pozytywna.

A moim zdaniem odpowiedż na pytanie wolimy kupować tanio czy drogo brzmi: blisko. Wolimy kupować blisko domu. A cenyto juz calkiem inna historia.

12:35, miaczynski
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Dziś kolejny dzień w roku gdy duże sklepy są zamknięte. Zakaz pracy w świeta wprowadzili półtora roku temu posłowie PiS, lewicy, Samoobrony, LPR oraz PSL. Przyznaję, że zakaz - zakazem, pisanie o handlu swoją drogą, a i tak ze
dwa razy udało mi się wybrać na zakupy do centrum handlowego i stanąć przed zamkniętymi drzwiami z miną jełopa.

Sklepy są zamknięte w Nowy Rok, Wielkanoc, 1 i 3 maja, w Zielone Świątki, w Boże Ciało, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia), we Wszystkich Świętych (1 listopada), Święto Niepodległości (11 listopada)
oraz święta Bożego Narodzenia.

Przy uchwalaniu ustawy spór był typowy: posłowie związani z prawicą i lewicą (presja związków zawodowych) wprowadzając zakaz tłumaczyli, że to w trosce o kobiety, które pracując w święta w sklepach, pozbawione są kontaktu z
rodziną. Reprezentująca wielkomiejski elektorat Platforma była przeciw. Przez moment, juz po uchwaleniu ustawy szef klubu PO Zbigniew Chlebowski zapowiadał nawet, że Platforma zakaz zlikwiduje. Obietnica ta dołączyła jednak szybko do folderu: "rzeczy, które z zapalem opowiadają politycy aby dojść do władzy,  ale i tak nie maja zamiaru ich zrealizować".

Po póltora roku można zadać pytanie: i co tęsknicie? Brakuje wam wycieczki do centrum na standardową rundkę między spożywczakiem, ciuchami a McDonaldem? ;)

Bo mnie  się wydaje, że ludzie do zakazu się już przyzwyczaili.

Ci, ktorzy koniecznie musza zrobić zakupy mogą skoczyć na stację benzynową (stacji zakaz nie dotyczy) albo do małego sklepu (w świeta wlasciciel malego sklepu jesli chce -  może stać za ladą, ale zatrudniany przez niego pracownik, już nie).

Kiedy  rozmawiałem z kilkoma wlaścicielami takich punktów t - mi, że handlować w świeta opłaca się tym, którzy moga sprzedawać alkohol. Stacjom benzynowym obroty w okresie światecznym wzrosły w każdym  razie o jakies 20 %.

PiS, składając projekt zakazu handlu w święta, policzyło, że w wariancie optymistycznym przez wprowadzenie ustawy pracę w handlu straci 18 tys. osób, a roczna dynamika PKB obniży się o ok. 0,05 pkt proc. (czyli ostrożnie
szacując, o ok. 0,6 mld zł). W wariancie pesymistycznym zatrudnienie spadnie o 27 tys. osób, a gospodarka straci ok. 1,2 mld zł.

Na ile te wyliczenia są dzis aktualne? Diabli wiedzą. Przypomnę jedynie,  że w trakcie poźniejszych sejmowych dyskusji o żadnym wzroście bezrobocia poslowie już nie mówili, bo duże sklepy borykały się wówczas z brakiem ludzi do pracy i nikogo zwalniac nie mialy zamiaru. Nawiasem mówiąc na ile takie poselskie argumenty wytrzymuja próbę czasu pokazał obecny kryzys, kiedy do każdej z dużych sieci spływają setkami podania o prace na najprostsze stanowiska po 1,4 tys. zl brutto miesięcznie.

Ale nie o tym miało być.

Od kilkunastu miesięcy co rusz pojawiaja się kolejne pomysly aby ograniczyć dni robocze. Część posłów PiS chcialaby wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę -zakazu  wzorowanego na prawie niemieckim. Mialby on zawierać  szereg
wyjątków. Gmina nadmorska, gdzie przyjeżdża dużo turystów, mogłaby w lecie z zakazu zrezygnować. Ale gmina, która turystów nie ma, już nie. Jeśli już jakaś gmina dopuści handel w niedziele, to nie jak dzisiaj od 8 do 22, ale
np. od 12 do 16.

Prezydent Łodzi, Jerzy Kropiwnicki dniem wolnym chcialby zrobić uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli Święto Trzech Króli (generalnie mówimy o 6 stycznia). W połowie października ub. roku Sejm odrzucił ten pomysł (przynajmniej na razie).

Teraz do tej listy dochodzi jeszcze Wielki Piątek. Dziennik "Polska" twierdzi, że jeden z posłów PO stworzył projekt ustawy, która ma ustanowić Wielki Piątek dniem wolnym od pracy (ciekaw co prawda jestem na ile te rewelacje "Polski" maja oparcie w rzeczywistości).

Że ekstra dni wolne fajne sa  - nikogo przekonywać nie trzeba . Znalezienie entuzjastów takich pomysłow nie jest trudne. Problem w tym, że juz teraz mamy najwięcej (tyle samo co Słowacy i Portugalczycy) świąt w calej Unii
Europejskiej, bo aż 12. Średnia w Unii to 9,6. Węgrzy mają na przyklad tylko 6 dni świątecznych w roku a uchodzący za leserów Francuzi -  11. Dzień wolny kosztuje nasza gospodarkę ponoć równe 4 duże bańki (4 mld. zł). Stać nas?

Doliczmy do tego standardowe 26 dni urlopu i wychodzi nam z tego, że statystyczny Polak wypoczywa przez 38 dni w roku. To naprawdę sporo.

Istnieje prosty sposób aby pogodzic zwolenników wprowadzenia dodatkowych świąt w roku. Dajmy pracownikom swobodę wyboru. Z 12 dni świątecznych niech sześć w roku wybiera sobie sam pracownik. I sam niech podejmie decyzję czy
chce się modlić w Świeto Trzech Króli czy udac się ze szturmówką na pochod 1 maja.
00:23, miaczynski
Link Komentarze (8) »
wtorek, 07 kwietnia 2009
W centrach handlowych widać kryzys.

Parę dni temu dostałem maila od Vistuli - rabat 20 proc. na NOWĄ kolekcje wiosna - lato 2009. Robić przeceny - okey, każda sieć ma wkalkulowane, że towar sprzedaje w różnych cenach. Na poczatku marża jest najwyższa. Dajmy na
to na spodniach za 300 zł, zysk sklepu sięga połowę ceny. Albo i więcej. Jak sieć męskie gacie przeceni o 20 %. to i tak zarobi. Jak przeceni o 40% - to samo. Ba, w luksusowych sklepach z odzieżą nawet jak zrobią  przecenę z 2 tys. na
500 zł to i tak wychodzą na plus.

Teraz jednak sklepy - od malych po duże- wpadly w  kanał. Ubrania zamawiane były  jakieś 9 - 12 miesięcy temu, gdy o kryzysie mało kto jeszcze słyszał. Sklepy, przyzywczajone do wzrastającej co roku sprzedaży, zamówiły też więcej niz rok temu. A że nie mialy zbyt dużo wolnej gotówki, czesto brały towar  na kredyt.

A klientów jest mniej niż przed rokiem. Rynek równa w dół.

Ci, którzy kupowali droższe rzeczy, dziś wybierają tańsze.

Ci ktorzy kupowali tanie rzeczy, teraz myśla o bardzo tanich etc.

Odejście tylko 15 %. klientów dla większości sieci oznacza balansowanie na krawędzi między upadkiem,  a poważny mi problemami finansowymi. A w niektórych sklepach (zwłaszcza z wyższej półki) klientów odeszła  jedna trzecia.

Na dodatek czynsz w centrach handlowych jest w euro. Średniej wielkości sklep płaci w dobrym centrum średnio 40 - 50 euro za m kw. miesięcznie. Przed rokiembylo to np. 20 tys. miesięcznie. Teraz już 30 tys.

To się odbija na marżach. Zysk na ubraniach maleje. Jesli do tego doliczyć  gwałtowny wzrost cen prądu od poczatku roku (ok. 30 proc.) właciciele sklepów odzieżowych mają klops. Klopsa? Mogą turlać klopsa?

Sklepy na gwałt szukaja płynności finansowej czyli nazywając to po ludzku potrzebują kasy. Głównie do obslugi zadłużenia w bankach.

Efekt tego jest taki, że w centrach handlowych w kwietniu obniżka goni obniżkę, ścigając się z promocją i mijając na zakręcie okazję. Ciuchy dawno nie były tak tanie. I to we wszystkich niemal segementach: od tych ekskluzywnych po "casual:".

Takie problemy dotycza nie tylko sklepów z ubraniami, ale również z szeroko pojetymi akcesoriami domowymi (choćby różnego rodzaju graty do kuchni), sieci delikatesów, niektórych sklepów z elektroniką.

Wnioski? Tak rozważając na gorąco:

Czeka nas w tym roku  bardzo dużo promocji.

Czeka nas też spore wietrzenie centrów handlowych. Część marek zniknie z rynku. Ciekaw jestem np. jakie będa losy szeroko otwieranych w ubiegłym roku sieci kawiarni - myślę, że liczba osób które chcą zapłacić za latte 12 zł w
kryzysie się jednak zmniejszyła.

Klopoty czekają sieci delikatesowe. Im dłuższy kryzys - tym problemy beda wieksze. . Zwłaszcza w mniejszych miastach (Polska to nie tylko Warszawa, jak uważąją niektórzy) gdzie czestotliwość zakupów zmniejszy - już zmniejszyła -  grupa tzw. klientów aspirujących.

Przejęta zostanie duża sieć hipermarketów. Mam swój typ, ale nie moge go podać,bo  rzecznik prasowy sieci zaraz rzuci mi się do gardła.

Jakośc produktów - zwłaszcza odzieżowych spadnie (a to szkoda, bo przez ostatni rok szła do góry i  - co tu ukrywać przyzyczailiśmy sie do lepszych jakościowo rzeczy).

W kość dostaną też biura turystyczne - wakacje za granicą to pierwsza pozycja do ścięcia, w czasach kryzysu.

I niestety, nie moge pozbyć się wrażenia, że najgorsze dopiero przed nami.
23:25, miaczynski
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 marca 2009


Obie są podobne,  w sensie -  blond.

Doda nawet ładniejsza.

W przypadku obu  - większe zainteresowanie budzi  ich życie seksualne i fragmenty naturalnego wyposażenia, niż twórczość muzyczna -  a mimo to tylko Lady Gaga jest na świecie znana.

Dlaczego?

Najłatwiejsza odpowiedź brzmi: bo Doda śpiewać nie potrafi. Prawda? Otóż -  potrafi. Fakt, że kiedy  mam sobie przypomnieć nazwę jakiegokolwiek przeboju Dody ogarnia mnie pomroczność jasna. Z Lady Gagą takiego problemu nie ma. Nagrał jeden utwór  -"Just Dance", który większość osób choćby nie chciała -  musiała usłyszeć.


Ale piosenki to banał, duża wytwórnia - wierząc w wykonawcę - dobre utwory po prostu kupi (byle nie tak, jak  było ostatnio  w przypadku Dody,  kiedy muzycy norweskiego zespołu *Fountainheads" oskarżyli wytwórnię Universal
Music o plagiat).

Odpowiedź brzmi: Doda nie robi kariery za granica, ponieważ póki co - po angielsku ledwie duka. A o ile pokazanie półnagiej pupy jest gestem na całym świecie zrozumiałym - tak tzw. promocję trzeba prowadzić w języku obcym. U
Jay'a Leno albo Ellen DeGeneres trzeba również na przykład   opowiedzieć dowcip. Ellen, mimo, że lubi kobiety i blondynk,i od tej zasady raczej nie wprowadza wyjątków.

Z tą znajomością języków obcych przez Polaków usiłujących zrobić karierę za granicą jest w ogóle dziwnie. Kilka dni temu dziennikarze "L'Equipe" skrytykowali Ireneusza Jelenia za nieznajomość języka francuskiego. Jeleń po francusku ledwo - ledwo, a uczyć mu się nie chce.

Jeleń z Dodą to  efekt działań  naszych szkół. Zgodnie z badaniami CBOS połowa rodaków w żadnym obcym języku nie mówi. Co piąty rodak przyznaje się do znajomości rosyjskiego i angielskiego. Ile z tych osób mówi biegle w
tych językach? Myślę, że niewiele.

Pamiętam jak rozmawiałem z Krzysztofem  Pawłowskim, założycielem Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu na temat podejścia polskich naukowców do języków obcych. Powiedział mi:

 - W WSB na roku zerowym studenci uczyli się codziennie przez pięć godzin języków obcych. Tym zabiliśmy konkurencję. Naukowcy z państwowych uczelni mówili: "A fe, wy uczycie języków?". A ja w myślach sobie powtarzałem - myślcie sobie tak dalej. Języki to był strzał w dziesiątkę.


Co z tym fantem zrobić? Nasz poziom znajomości angielskiego mogą podnieść tylko... filmy z napisami. Zamiast lektora.
 
 
 
17:30, miaczynski
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 23 marca 2009
- Przygotowywałem żonie deser z jej ulubionych owoców, czyli malin - pisze do mnie pan Grzegorz.  - Po przegryzieniu jednej z malin  na pół  -żona zobaczyła coś niepokojącego. Była to - (uwaga,  napięcie - pm) WROŚNIĘTA SZCZYPAWICA.

Pan Grzegorz, chcac załagodzić sytuację -  skontaktował się z producentem owoców, czyli firmą Orlemans. Ale firma  - jak twierdzi czytelnik - potraktowała  to "komicznie". ( Tu pan Grzegorz,  niestety,  nie dodał co to znaczy "komicznie", a w sumie mógł,  bo to ciekawe.)

Firma Orlemans ma na swojej stronie sondę j"Jak oceniasz jakość naszych produktów?". Co piąty z 460 głosujących stwierdził, że jakość jest niska, ponad połowa - że wysoka.

Innymi słowy -  pan Grzegorz miał pecha, że trafił do niewłaściwej części.

Podobnego pecha miałem kilka miesięcy temu i ja. Kupiłem w "Piotrze i Pawle" mielone mięso. Mięso było nie tylko  mielone, ale i zawijane. W sensie -  na wierzchu świeże, w środku wręcz przeciwnie.

Ponieważ koniecznie chciałem zrobić sobie moje ulubione spaghetti bolognese, mięso obrałem. Jak cytrynę.

Czy można obrać malinę?



A  na koniec od pana Grzegorza: "ta malinę zatrzymałem do dziś i nadal ja
mam. To było obrzydliwe".
15:51, miaczynski
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 marca 2009

Tak,  wiem, powinienem był wziąć się za to  w wieku lat 18. Ludzie mają wtedy zdecydowanie więcej czasu. Ja kurs na prawo jazdy dostałem od żony -  w prezencie na rocznicę ślubu. Owszem,  miała z tego powodu dużo radości.

Kurs trwa 30 godzin. Być może istnieją jednostki, które po takim czasie  potrafią prowadzić auto. Chapeau bas. Ja nie potrafiłem.

Kolega z kursu po raz pierwszy wyjechał na miasto dopiero,  kiedy  zaliczył 18 godzin na placu.  O mało przy tym nie zabił instruktora,  pakując się pod ciężarówkę.

Koleżanka z kursu po przejechaniu 20 godzin nadal myli pedał gazu z hamulcem.


Mnie po pięciu lekcjach, prędkość 30 na godzinę wydawała  się astronomiczna, a skoordynowanie sprzęgła, gazu, hamulca i biegów było naprawdę ciężką próbą.
 
OK,  można również przyjąć, że wszyscy  troje jesteśmy pierdołowaci, ale proszę mi wierzyć - takich  osób jest więcej.

Firmy organizując kursy po 1,4 tys. zł za 30 godzin prowadzą do sytuacji gdy nowi kierowcy uczą się  naprawdę jeździć  dopiero po zdobyciu prawka. Jeśli oczywiście mają dzień łosia i przypadkiem  zaliczą egzamin.

Zresztą -  co tu  kryć - osoby z długoletnią praktyką   nie jeżdżą dużo lepiej.  W Warszawie zgodnie z przepisami poruszają się  chyba tylko L - ki.
Liczba  sytuacji, w których   zostałem strąbiony za zatrzymanie się przed zielona strzałką, albo znakiem STOP jest naprawdę imponująca.

Liczba  osób, które poruszają się po drodze tylko lewym pasem  - również (przypominam, w Polsce mamy ruch prawostronny).


Najbardziej jednak walą po oczach skrzyżowania.  W godzinach szczytu większośc  jest zatkana.   Bo komuś się spieszy i wjeżdża na krzyżówkę , której później nie ma szans opuścić. A po zmianie świateł blokuje skutecznie resztę kierowców.

Jakiś  błąd  systemowy tkwi w ogóle w metodzie  szkolenia kierowców. I nie załatwią tego najnowsze propozycje zmian w egzaminach na prawo jazdy, czyli skrócenie egzaminu z 40 do 25 minut, zdawanie teorii przez internet czy
wprowadzenie nowej kategorii prawa jazdy AM  (na motorowery) - dla 14 latków.

Po prostu musimy jeździć więcej. Nie podejmuję się ocenić czy to "więcej"  oznacza 40, 50 czy więcej godzin. Takie lekcje kosztowałby dużo drożej niż wspomniane 1,4 tys. zł. Czy jesteśmy jednak w stanie płacić za kurs równowartość tysiąca euro? Nie sądzę. 
 
 
-----------------------------------------------------------------------------------------
Na kurs poszedłem z założeniem, że chcę się nauczyć jeździć, a nie zdać egzamin. Na drogach za miastem spędziłem kilkanaście godzin, ucząc się wyprzedzać. Kolejne kilkanaście na skrzyżowaniach, na nauce bezkolizyjnego skręcania w lewo. Mój kumpel ma znajomą, która za każdym razem gdy przyjeżdża do  naszego miasta  - musi kobinować, jak trafić  do niego bez skręcania w lewo. Chciałem uniknąć takiej sytuacji. W miarę swobodnie poczułem się za kierownicą po przejechaniu 80 godzin*.


Co nie zmienia faktu,, że i tak oblałem egzamin*,


* za pierwszym razem w 33 minucie jazdy wymusiłem pierwszeństwo na skrzyżowaniu, za drugim   - ten sam błąd popełniłem od razu przy  wyjeździe z WORD -u .
18:44, miaczynski
Link Komentarze (78) »
wtorek, 17 marca 2009

Nie ma obiektywnych źródeł informacji. 

Kilka dni temu napisałem z Tigim tekst o fałszerzach internetu. Przez tydzień znaleźliśmy sto osób, które za pieniądze były gotowe zareklamować dowolny produkt na forach, portalach i w porównywarkach cen.

Nawiasem mówiąc -  maile z pytaniem, czy ogłoszenie jest jeszcze aktualne przychodzą do dziś.

10 tys. postów wystarczających do zaśmiecenia całego polskiego internetu kosztowałoby nas 4 tys. zł. I przepłacilbysmy straszliwie, bo normalnie stawki są o połowę niższe. Agencja marketingu szeptanego swoim szeptaczom za jednego posta płaci 10 do 20 groszy.

Na ile Iinternet jest jeszcze miejscem, z którego można zaczerpnąć subiektywną, a nie reklamową opinię na temat produktu, czy usługi? Ile postów na forach jest fałszywych?

1 na 10?

3 na 10?

9 na 10? (chyba przesadziłem)

Jeden deweloper robi czarny PR drugiemu deweloperowi, bank - bankow,  a w tle ktoś na forach kuchennych usiłuje wypromować swój majonez  deprecjonując konkurencję ("oni" robią  mdły i z octem!).

Efekt naszego tekstu jest taki, że branża reklamowa zaczęła prace na kodeksem marketingu szeptanego.
Zgodnie z projektem:

- Żadna osoba nie może wypowiadać się jako prawdziwy konsument
produktu/uslugi jeśli faktycznie nim nie jest.

- Nie można tworzyć i rozprzestrzeniać celowo negatywnych opinii na temat
produktów/usług konkurencji w celu zepsucia wizerunku konsumenta.

- Reklamodawca i promujący ujawniają swoje zaangażowanie w działania zawsze,
kiedy zostaną o to zapytani przez odbiorców lub media.

Czy to pomoże w wyczyszczeniu sieci z marketingu szeptanego? Może trochę to zjawisko ograniczy. Całkowicie wyeliminowac nie może. Jako konsumenci stajemy się bowiem coraz bardziej odporni na tradycyjna reklamę.
I coraz bardziej nieufni.
 
Ba, często widzimy "ściemę" tam gdzie jej nie ma. I na odwrót -  nie widzimy jej tam gdzie jest.

[Pies to drapał, że dla części internautów dziennikarze (a już w szczególności dziennikarze Gazety Wyborczej) to manipulanci piszący tylko artykuły sponsorowane. Kilku moich redakcyjnych kolegów z działu gospodarczego np. Marek Wielgo czy Andrzej Kublik ma wręcz swoich gorących fanów. Fani ci pod każdym ich tekstem dają wyraz swoim bardzo specyficznym uczuciom i sądom co do proweniencji tychże  artykułów  (czy to jest miłość, czy to jest kochanie??).
Przypadki fiksacji zostawmy jednak psychologom klinicznym.]

Podświadomie szukamy czystych i obiektywnych źródeł informacji. Problem w tym, że takich... po prostu nie ma.
18:23, miaczynski
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 marca 2009
W Stanach,  w sieci Abercrombie & Fitch mają dobrą metodę, żeby namówić facetów na zakupy. Przy każdej męskiej przymierzalni jest piękna kobieta, dość kuso ubrana. Za każdym razem, jak się Amerykanin wychyli i pyta, , czy mu w tym dobrze, ona wzdycha i mówi: "Świetnie". W rezultacie faceci wychodzą ze stertami ubrań w garści.


- Zatrudniamy bardzo atrakcyjnych pracowników, bo wiemy, że piękni ludzie przyciągają pięknych ludzi. To oni nas interesują, nie kierujemy naszych produktów do nikogo poza tym gronem - twierdzi szef sieci Michael Jeffries.

(Nawiasem mówiąc -  niezły buc.)

Podobną do A&F metodę stosuje jeden z warszawskich klubów fitness. Dla dociekliwych  - dodam:  mieszczący się w jednym z centrów handlowych.

Pracownicy, którzy sprzątają salę, przynoszą napoje są normalni. Grubsi, chudsi jak tysiące osób mijanych na ulicy. Za to recepcjonistki...Atrakcyjne. Długie włosy, pełny makijaż, kuse ubrania. .

Stoję niedawno w kolejce do recepcj, chcę wejść. Pani z potwornym dekoltem bierze ode mnie kartę identyfikacyjną. Nachyla się nad czytnikiem, mocno eksponując przy tym swoje walory. Odrzuca włosy i uśmiecha się w moim
kierunku, jeszcze raz pręży biust.

Moje samopoczucie jako mężczyzny  - nie ukrywam -  mocno się poprawia. Do momentu kiedy nie obejrzę  się za siebie. Pani z potwornym dekoltem bierze od mężczyzny stojącego za mną kartę identyfikacyjną. Nachyla się nad czytnikiem mocno eksponując przy tym swoje walory. Odrzuca włosy i uśmiecha się w JEGO kierunku, jeszcze raz pręży biust.

Sąsiad w kolejce odchodzi od recepcji rozanielony. A pani znów pochyla się nad czytnikiem...

Inny przypadek. Znana sieć z drogimi butami dla mężczyzn. Rekrutacja pracowników. Wchodzi młoda atrakcyjna kobieta.

Rekrutujący: Ile pani ma lat?

Kobieta: Dwadzieścia.

Rekrutujący: O, jak dobrze, że nie wygląda pani tak jak na zdjęciu.

Kobieta: ???

Rekrutujący: Wyglądała pani na 30 lat. Za staro. I proszę pamiętać żeby do pracy przychodzić albo w krótkiej spódniczce albo w bluzce z dekoltem. A najlepiej i w tym i w tym.



Seks sprzedaje. Ty też, czytelniku, chętniej wszedłeś na ta stronę, kiedy zobaczyłeś słowo: seks. A ja, pisząc notkę i używając go jako wabika - wiedziałem, że wejdzie was tu dzisiaj więcej.
Pozdrawiam czytających.
18:16, miaczynski
Link Komentarze (8) »
niedziela, 01 marca 2009
Wybaczcie mi bankowcy, doradcy inwestycyjni, eksperci z pierwszych  stron gazet, - bo zgrzeszyłem.

Słuchałem was rzadko.

Gdy mówiliście, że mam brać większy kredyt na mieszkanie, a nadwyżkę pakować w fundusze inwestycyjne -  nie słuchałem.

(Choć na swoje usprawiedliwienie dodam, że wierzyłem, kiedy twierdziliście, że złotówka będzie się już tylko umacniać.)

Dziś widzę osoby, które rok temu kupowały mieszkania po 12 tys. za m  kw.  - frank kosztował wtedy około 2 zł. Dziś dług mają wyższy o połowę,  wartość mieszkań niższą o jakieś 20 proc. Wiele tych osób pochodzi ze  świata mediów.

Widzę jednostki, które brały kredyty na samochód za 70 tys. (rzecz  jasna we franku) a dziś maja do oddania 130 tys.

Kupowałem i sprzedawałem akcje. Postępowałem wbrew żelaznym zasadom  zdrowej rachunkowości. Większość zarobionych  pieniędzy od razu  wydałem. Polecieleliśmy z żoną w podróź poślubną bardzo daleko.  Pół roku później odpoczywaliśmy na Hawajach.

Zrozumiałem swój błąd i założyłem konta w IKE. Dziś jest na nich  połowa tego co wpłaciłem.

Żyłem chwilą, bo wszyscy żyliśmy chwilą.

Pytanie brzmi co dalej? Jak ze społeczeństwa przyzwyczajonego do  wydawania zamienimy się w społeczeństwo przyzwyczajone do oszczędzania?

Ponieważ złotówka zleciała na...,.powiedzmy -  bardzo zleciała, klasa  średnia z egzotycznych wycieczek do Turcji, Egiptu czy Grecji może się  teraz przenieść nad Bałtyk. (Po namyśle  - nad Bałtyk chyba nie . Też  jest diabelnie drogi.)

Nowy samochód? Nie sądzę.

Podwyżki pensji? Teraz ich długo nie będzie.

Oszczędności? Moźe jak za dwa lata złotówka się trochę umocni.

Mieszkanie? Dla moich równolatków wizja kredytu mieszkaniowego na 30  czy 40 lat była już dostatecznie przygnębiająca. Tyle, że jak ktoś nie  kupił mieszkania przez ostatnich kilka lat teraz do tych 30 czy 40  musi dorzucić kolejne 5 albo 10,  aby uzbierać wkład własny.

Czy żaluję tych kilku lat szaleństwa? Ni cholery.
12:22, miaczynski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 lutego 2009
Mój dobry kumpel kupił sobie rok temu samochód - Nissana Primerę. To cudo współczesnej motoryzacji klasy średniej (m.in.  kamera ułatwiająca cofanie) żłopie litr oleju na tysiąc kilometrów. Po wielokrotnych wizytach w autoryzowanym serwisie kolega usłyszał, że to normalne i że akurat ten model firmie nie wyszedł.

I co?

I nic.

Jeżeli chce to niech się kłóci z centralą, albo idzie do sądu, albo robi co mu się żywnie podoba.

Ponieważ kolegę obowiązek dolewania oleju przy okazji każdej wizyty na stacji benzynowej doprowadzał do... różnych rzeczy -   postanowił firmie nie odpuścić. Jak na razie koresponduje z węgierską(!!!) odnogą spółki w sprawie wymiany silnika.

Jak  twierdzi - nie odpuści. Wierzę mu, bo pamiętam jego zacięcie w sprawie barwiącej marynarki. Marynarka jak marynarka - cena 500 zł. Kolega siedzi na tzw. biznesowych negocjacjach i dziwi się -  czemu ja mam takie czarne ręce? Co za fleja nie posprzątała tego stołu??? (kolegi proszę nie mylić z Kamilem Durczokiem).
Kolega dotarł z powrotem do biura - zdjął marynarkę i zdębiał - koszula cała czarna. Poszedł do sklepu i kulturalnie zażądał  - nie zwrotu pieniędzy, ale wymiany marynarki na dowolny, sklepowy produkt,  w porównywalnej cenie.

Właściciel roześmiał się mu w twarz.

- Ok. - odpowiedział kolega. - Nie jestem zbyt bogaty, ale jestem cierpliwy. Pan mi wcześniej czy później odda te pieniądze.

Zrobił ekspertyzę marynarki. Odwiedził PIH. Pieniądze za marynarkę i koszulę w końcu odzyskał, choć zajęło to kilka miesięcy.

Wnioski? W Polsce często się słyszy: mamy złe prawo, mamy fatalne sądy, nawet jeśli mamy rację nie ma sensu się szarpać.

Owszem nasze sądy i nasz procedury nie sa doskonałe. Ale -  proszę mi uwierzyć -  im więcej osób będzie dochodzić swoich praw - tym łatwiej będą miały kolejne jednostki.
15:10, miaczynski
Link Komentarze (53) »